Co to wartość dodatkowa?

Być może zaprawionym badaczom pism Marksa zagadnienie  będzie wydawać się trywialnym, jednak dla incydentalnych marksonautów koncept wartości dodatkowej (która reprezentuje skwantyfikowany wyzysk) stwarzać może pewne problemy absorbcyjne. Tzn. często zdarza się, że ta memo-maczuga wykorzystywana jest niejako na oślep, jako coś, czego kształt mniej-więcej nadaje się do pulweryzowania sag praco-rozdawaczowych.

Wic polega na tym, że intuicyjnie łatwo jest wyobrazić sobie, że wartość dodatkowa prokuruje się w każdym jednym zakładzie wyzyskobrania zatrudniającym proli, po czym suma tych wartości zebrana ze wszystkich takich zakładów w całej gospodarce składa się na coś, co my próbowaliśmy zmierzyć jako agregat renty kapitalistycznej KRRK. Wiemy jednak, że ekstrapolacja od-mikro-do-makro to często (jeśli nie najczęściej) ścieżka prowadząca do błędów złożenia czy na inne ekono-manowce, podobnie jak to ma miejsce z kwestią zysków. Agregat zysków w gospodarce można, owszem, skalkulować, podliczając profity netto wszystkich pojedynczych firm, ale z punktu widzenia ogarniania natury zjawisk będzie to ćwiczenie cokolwiek jałowe, które nie będzie w stanie wskazać żadnych interesujących i logicznych zależności przyczynowo skutkowych.

Czytaj dalej

Reklamy

Dlaczego nad Wisłą jest ciężko sprzedać MMT?

Na początku zaznaczmy, że my sprzedażą MMT (Nowoczesnej Teorii Monetarnej) już się aktualnie nie zajmujemy, i to wcale nie z tej przyczyny, że „kiepsko schodziło”, ani też nie dlatego, że uważamy ją za humbug. Chodzi raczej o to, że wiedza n/t mechaniki pieniądza „obowiązującej” we współczesnym systemie odsłania tak czy owak jedynie fragment całej ekono-układanki, która składa się na dynamiczny system adaptatywny (adaptacyjny) zwany gospodarką, a który wyewoluował do obecnej patologicznej postaci charakteryzującej się dwoma podstawowymi atrybutami: (1) rosnącym geometrycznie apetytem na zasoby oraz (2) rosnącym apetytem na bezproduktywne czy kontr-produktywne pochłanianie sapienso-czasu wolnego.

Po za tym, MMT – jak i zresztą pozostałe „odłamy” ekonomii – to opis czegoś, co NIE jest tak czy owak czymś naturalnym czy obiektywnym – zarówno kapitalizm, gubmint, jak i pieniądz to są konstrukty oparte na jakichś subiektywnie i arbitralnie przyjętych systemach wartości, natomiast prawa ekonomii, które możemy uznać za naturalne, to prawa fizyki, ewentualnie z domieszką garści determinizmów opisywanych przez naukę zwaną antropologią.

Czytaj dalej

Roboty = więcej czy mniej roboty?

Dziś chcieliśmy zwrócić uwagę na pewien szczególny fenomen, który zdominował ekono-myślenie praktycznie na całym spektrum, tj. począwszy od brutalistów wolnorynkowych, poprzez leseferystyczne centrum, poprzez złotowiekowców, aż do realistów wolnorynkowych,  czasami nawet zagnieżdżając się także w korach samo-zadeklarowanych socjalistów, czy też „oswojonych” marksistów. Chodzi mianowicie o totem miejsc pracy.

Źródeł tego totemu należałoby najprawdopodobniej szukać w konceptach – nazwijmy to umownie – około-keynesjańskich, czy post-new-dealowych, bowiem sama idea „interwencyjnego” tworzenia miejsc pracy zrodziła się (czy nabrała popularności) prawdopodobnie w reakcji na załamanie kapitalistycznego modelu produkcji podczas Wielkiego Kryzysu w latach 1929~1933, kiedy to desperacja skłoniła gubmintowców do zainteresowania się konceptami Keynesa. W kapitalizmie w momencie kiedy obieg pieniądza ustaje (zwalnia), sparaliżowana zostaje również – jak się wydaje – zdolność do produkowania gadżetów (coś jakby na budowie zabrakło metrów). Jednym z pomysłów-recept mających zrestartować kapitalistyczny motor jest wzbudzenie „prądu” (przepływu hajsów) poprzez rozdawanie pracy – przez gubmint, bądź też poprzez jakieś formy stymulacji zatrudnienia w sektorze komercyjnym/prywatnym.

Czytaj dalej

O tym jak Zbożowy Diabeł wziął sapiensów pod włos

[Narrację antropo-historyczną tego odcinka opieramy na Against the Grain Richarda Manninga [1]

Prawdziwym przekleństwem ludzkości (jak i w ogóle dla każdego biolo-systemu) jest monokultura. Wbrew obiegowej legendzie, według której pierwsze poważniejsze siedliska sapiensowe (w dolinie eufrato-tygrysowej) oparte były na monokulturach zbożowych, które z kolei wymagały intensywnej irygacji, a to z kolei mogło być zorganizowane jedynie przez coś w rodzaju pre-gubmintu, badania wskazują, że pierwotne zagęszczone osadnictwo w tamtym rejonie oparte było na mega-różnorodności biologicznej charakterystycznej dla naturalnych, nawilgoconych, moczarowo-zalewowych eko-systemów. Błędem(/manipulacją?), który popełniały generacje badaczy i który powielały następnie generacje interpretatorów historii jako linearnego ciągu postępu i który nadal kształtuje sposób, w jakim powszechnie postrzegana jest ekono-prehistoria sapiensowa, było przyjęcie, że te kolebko-cywilizacyjne terytoria 6 czy 8k lat temu były tak samo wyschnięte i wyzute z naturalnej wegetacji, jak to ma miejsce obecnie.

Tymczasem, według najprawdopodobniejszej wersji opartej na najnowszych badaniach prehistorii tych kolebko-cywilizacyjnych obszarów, w owym czasie środowisko tych terytoriów było bardzo przyjazne dla różnych form dzikiej wegetacji, tworząc warunki sprzyjające bio-różnorodności. Ta bio-różnorodność – zaindukowana prawdopodobnie korzystnymi zmianami klimatu, które wystąpiły cirka 10k lat temu – niejako sama serwowała zamieszkiwaczom tych pierwotnych osiadłych skupisk ludzkich jak na tacy rozmaitość i obfitość bez konieczności ciągłego przemieszczania się. W rytm zmieniających się corocznych „pulsów” ‘mokrzej/suszej’  – kalorie w przeróżnych, sezonowych formach materializowały się niezawodnie w promieniu wystarczająco małym, żeby pozwolić  sapiensom na komfort posiadania stałej bazy wypadowej. Ta naturalna profuzja charakteryzowała się – w porównaniu do późniejszych agro-monolultur – znacznie wyższymi poziomami odporności jak i odnawialności zasobów, niższymi poziomami ryzyka plagi czy nieurodzaju, a to wszystko przy znacznie korzystniejszym stosunku ‚nakłady kaloryczne (energetyczne)/efekty’. Garden of Eden anyone?

Czytaj dalej

O obrotach kursów walutowych nad Bosforem i nie tylko

Ten artykuł z TheGuardiana skłonił nas do spontanicznego zrzucenia paru powiązanych ekono-impresji.

Obecna sytuacja Turków przypomina nieco powtórkę finału Nadwiślańskiego „cudu frankowego”, z tym że podlaną jeszcze sterydowym sosem przepychanek global-politykabukowych. W przytoczonym artykule przeczytać możemy, że nad Bosforem 90% kredytów kwitnącego do niedawna jeszcze sektora nieruchomości było (według stanu na koniec 2016 r.) denominowane/(indeksowane?) w walutach zagranicznych. Reminiscencją tej bonanzy są lasy niepokończonych/pustostanowych wież z betonu i szkła, w których zgodnie ze świetlanymi prognozami miały znaleźć swoje miejsca pracy typu superfluous rzesze biurw prywatnego sektora usług, jak i historie rwących sobie teraz włosy z głów drobnych ofiar tego boomu, czyli tych, których fala entuzjazmu skłoniła do wniesienia przedpłat na mające wyrosnąć z ziemio-dziur apartemą, których „inwestorzy” (deweloperia) – również zapakowani w kredyty fx – finansowo po prostu nie są obecnie w stanie  dokończyć.

Koincydencja zakredytowania populacji/firm denominowanego masowo w zagranicznych jednostkach rozliczeniowych oraz następującego wkrótce po dopompowaniu takich baniek załamania kursu lokalnej waluty wydaje się być raczej regułą, aniżeli przypadkiem wynikającym z chaotycznych rozgrywek rynkowych. Ten fenomen można określić jako turbo-doładowaną wersję mini-cykli Minsky’ego, gdzie podczas fazy ‘Ponziego’ (gry na wzrost wyceny aktywów) do pekabowej komory spalania zasilanej kredytem zostaje wstrzyknięta pod ciśnieniem dodatkowa dawka ośmielającego kredyciarzy kool-aidu. Podstawowym składnikiem tej mieszanki rozpuszczającej resztki mechanizmów zdrowo-rozsądkowego oporu materii jest „konkurencyjne” oprocentowanie (i towarzyszący temu miraż niskości mini-ratek), z domieszką wspomagających to wszystko komunikatów tubo-nadawanych uporczywie przez lokalne czy internacjonalistyczne media msm o zacięciu ekonomicznym, które potwierdzają „stabilne/świetlane perspektywy” krajowej waluty/wysokości stóp zwrotu dla lumpen-frirajderskich „inwestycji” nieruchomościowych.

Czytaj dalej

Systemowe pokazanie fokka praco-najemno niewolnictwu w praktyce

Wiemy, że bazą “sukcesu” reżimu dominacji zwanego kapitalizmem było wygenerowanie takiego środowiska, w którym Zdominowani (prole) garną się do dostarczania Dominatorom wartości dodatkowej spontanicznie, tj. co do zasady bez konieczności stosowania wobec nich środków przymusu bezpośredniego – inaczej niż to miało miejsce w gospodarkach opartych o oficjalne niewolnictwo [1]. W systemie praco-najemno niewolnictwa [P-NN] rolę zaganiacza do roboty pełni mniej czy bardziej dyskretny przymus ekonomiczny, dzięki mocom którego praco-najemno niewolnicy sami wystawiają się na targu zwanym rynkiem pracy, starając się wyeksponować swoje atrybuty zblazowanym plantatorom uprawiającym monokulturę zmonetyzowanego wyzyskobrania.

We współczesnych realiach Zachodu dla zdecydowanej większości populacji aktywny udział w praco-najemno niewolnictwie (bądź w jego opartych również na pracy najemnej strukturach pomocnicznych, jak urzędy, szkoły czy policja) pozostaje jedyną dostępną opcją ekono-życiową. Oczywiście są wyjątki – jakaś część nie-kapitalistów utrzymuje się w drodze faktycznego „samo-zatrudnienia” (tj. przy okazji sprzedawania owoców swojej pracy nie dostarcza wartości dodatkowej jakiemuś pośrednikowi czy organizatorowi), a inna z kolei może próbować wyżyć z „socjalu”, przy czym najczęściej ten drugi wybór wiązać się będzie z koniecznością ciągłego i mozolnego wykazywania aparatowi administracyjnemu zbudowanemu w celu utrwalania P-NN (gubmintowi) swojej nieprzydatności w charakterze wyzysko-dawacza.

Tak czy owak – w przypadku młodych pre-proli urodzonych w gospodarstwach domowych, gdzie podstawowym źródłem utrzymania jest praca najemna, domyślnie (i często wręcz w połączeniu z pełnymi optymizmu nadziejami) przyjmuje się, że przyszłe bytowanie tej dziatwy polegać ma właśnie na podążaniu ścieżką praco-najemno niewolniczą. W związku z tym każdy młody sapiens ma obowiązek uczestniczyć w konsumujących znaczną część dzieciństwa zajęciach przygotowujących właśnie do takiej roli społecznej zwanych systemem powszechnej edukacji.

Czytaj dalej

Marginalistyczny Janus* – czyli o dwóch obliczach nauki upadłej

(* – nie mylić z januszami marginalizmu typu Hausner)

Spora część zawartości wpisu została podwędzona z art. S. Williamsa.

W dzisiejszym odcinku spróbujmy ustalić, czy dwie wiodące memetyki prolo-fokkujące, tj. mizesologia i współczesna (pseudo)ekonomia neoklasyczna, które obydwie wyrosły na glebie XIX wiecznego marginalizmu, więcej łączy czy też dzieli.

Marginalizm (czy wg. nomenklatury Kakarota Handtke – walrasianizm) pojawił się na ekono-scenie niejako ad-hoc wkrótce po publikacji „Kapitału” Marksa. Dla niektórych ta koincydencja stanowić może przesłankę do twierdzenia, że rewolucji marginalistycznej przyświecała idea zanegowania i pogrzebania tezy klasyków, która źródeł wartości upatrywała w pracy najemnej, a którą Marks pociągnął o jeden krok za daleko [1]. Tzn. fakt, że pracę z zasady uprawia prolo-kompost, prowokować może pewne niewygodne skojarzenia czy pytania, np. skąd bierze się wartość dodana w kapitalizmie płynąca do kieszeni kapitalistów w postaci zysków, czy w ogóle tak naprawdę komu czy czyim nakładom wysiłku zawdzięczamy możliwość konsumowania gadżetów.

W odniesieniu do fabrykantów istnienie przechwytywanej przez nich działki zysku można było próbować jeszcze wytłumaczyć ich własnymi nakładami pracy organizacyjnej, renty posiadaczy ziemskich – „nakładami pracy na jej ulepszenie” (wink-wink), natomiast jeśli chodzi o usprawiedliwienie zysków kapitałowych (robienia pieniądza z pieniądza czyli algorytm M –> M+, z pominięciem towarów C),  nie istniała odpowiednio wiarygodna memetyka, która byłaby w stanie w sposób przekonujący zaprezentować ten rodzaj frirajderstwa jako coś wnoszącego jakąkolwiek wartość dodaną.

Czytaj dalej

W 7 dni od T.I.N.A. do Chaosu?

Wiemy, że im bardziej skomplikowany system, tym trudniej przywrócić go do działania w wypadku, kiedy utraci on równowagę – auta sprzed 50 lat może i częściej od współcześnie budowanych odmawiały współpracy z rana, jednak nawet średnio-zaawansowany użytkownik z reguły był w stanie samodzielnie zreaktywować maszynę w drodze przeglądu kilku podstawowych elementów układu zasilania jak gaźnik, przewody wysokiego napięcia, świece czy kondensator/cewka lub po prostu spróbować metody na-pych. W przypadku nowoczesnych konstrukcji próby grzebania pod maską będą prawie zawsze stratą czasu – pozostaje strategia zholowania do specjalistycznego warsztatu (i oczekiwania, jak bardzo słoną kwotą przyjdzie właścicielowi zasilić pekaba).

Podobnie – im bardziej zintegrowany jest dany system, tym w przypadku awarii wyższe będą koszty przywrócenia funkcjonalności – telewizory rubin regularnie gościły na stołach operacyjnych lokalnych ZURT-ów, ale w większości przypadków reanimacja kończyła się nie-rujnującym dla kieszeni właściciela sukcesem. Dla współczesnego płaskiego następcy rubina każda awaria może oznaczać wyrok śmierci z uwagi na koszt wymiany zintegrowanych modułów, który często czyni naprawę nieekonomiczną.

Do postaci takiego właśnie systemu – silnie zintegrowanego i o wysokim stopniu skomplikowania – wyewoluowała zglobalizowana gospodarka XXI w. Zaawansowane powiązania i łańcuchy dostaw działające według paradygmatu just-in-time [JIT] na co dzień zapewniają użytkownikom systemu (zarówno producentom jak i konsumentom) nadzwyczajne poczucie komfortu – potrzebne komponenty materializują się na linii produkcyjnej w stosownym czasie, a towary na półkach supermarketów są na bieżąco uzupełniane przez wykładaczy tak, że zawsze generują wrażenie powszechnej obfitości (mimo że placówka handlowa nie posiada z reguły czegoś takiego jak magazyn sensu stricte, a jedynie przylegające do hali sprzedaży pomieszczenia, w których odbywa się rozładowywanie palet dostarczonych z jakiegoś centralnego punktu logistycznego).

Czytaj dalej

Uniwersalny Kredyt Energetyczny zamiast UBI – pomysł

(a może bardziej ekono-gimnastyka szaro-korowa niż pomysł; pomysły produkują ci, którzy wierzą w możliwość ich realizacji).

Z poprzednich odcinków z kat. ekonomia vs. termodynamika pamiętamy, że z uwagi m.in. na rosnący energetyczny koszt energii [ECoE] gospodarka industrialna nie jest już dłużej w stanie utrzymać realnego dobrobytu materialnego w krajach Centrum na poziomie choćby sprzed dekady, nie mówiąc już o zapewnieniu dalszego jego wzrostu. (Jeśli ktoś chce sobie odświeżyć, jakie są podstawowe uwarunkowania działania ekonomii, można to zrobić, oglądając kolejny filmik Pana Jancovici).

Spadek dostępności taniej energii w sposób dość istotny koliduje z paradygmatem postępu opartego na algorytmach wartości wymiany, do którego kapitaliści, spora część ludności, jak i leseferystyczne gubminty zdążyli się na przestrzeni drugiej połowy XX w. dość mocno przywiązać. To przywiązanie z kolei w połączeniu z determinacją tychże gubmintów do ochrony interesów Globalnych Frirajderów (Posiadaczy) sprawia, że żadne istotne próby zmiany tego kolizyjnego kursu nie są (i najprawdopodobniej nie będą) podejmowane, mimo że wykoncypowanie sposobów zaradczych (może nie panaceów, ale przynajmniej skutecznych anestetyków) nie przekracza możliwości przeciętnego blogera, czego dowodem ma być właśnie dzisiejsza czytanka.

Czytaj dalej

Zagadki wydajności pracy najemnej (odc. 3/3)

W pierwszych dwóch odcinkach naszego mini-serialu o globalnych, często dość znaczących różnicach w odczytach wydajności (czy PKB/p-c), pokusiliśmy się o sporządzenie (otwartej) listy czynników, które naszym zdaniem mogą determinować te dysproporcje, jak mierzone rynkową wyceną efektów nakładów praco-najemno niewolniczych w różnych krajach leseferystycznych. Te czynniki, do których wyróżnienia skłoniła nas nasza wyobraźnia, to:

  1. Globalne preferencje do przechowywania „oszczędności” (parkowania zakumulowanych gór nadwyżek finansowych) w walucie określonych krajów (/używanej w danym kraju)
  2. Ilość energii p/c dostępna do napędzania procesów
  3. Poziom organizacji procesów (kultura industrialna/stopień stajloryzowania populacji)
  4. Zdolność kredytowa członków populacji (i także firm)
  5. Stabilność pozytywnych sprzężeń na linii gubmint-Posiadacze (a.k.a. kapitał ma narodowość)

Poprzednio omawiane były nr-y 1, 3 (jako jedyny, który współdzielimy z wyznawcami wróżki-wolnorynkuszki) oraz – w odc. 2  – nr 2. Dziś kontynuujemy z poz. 4 i 5.

*

Czynnik zdolności kredytowej (nr 4) wrzucamy do równania mimo tego, że jest to w dużej mierze wartość pochodna – głównie odzwierciedlająca na zasadzie pozytywnych sprzężeń zachowanie pozostałych zmiennych. Niemniej jednak lokalna zdolność kredytowa może, choćby epizodycznie, zmieniać pole globalnej gry wydajnościowej.

Czytaj dalej