Dlaczego Rynek działał i dlaczego przestał?

W jednym z poprzednich odcinków zaświtał nam w głowach koncept, który uznaliśmy za warty rozwinięcia, że zagospodarowanie i dystrybucja zasobów oparte na Rynku mogą działać w kierunku zaspokajania potrzeb i zachcianek Konsumenta dotąd, dopóki w Systemie występuje Recyrkulacja. Inaczej: System eksploatacji oparty na „prawie” wartości—pomimo wbudowanych weń licznych brutalizmów—niesie (czy raczej niósł, o czym za chwilę) pewne korzyści dla generalnej populacji, ale tylko dopóki ta rzeczona recyrkulacja zachodzi(ła).

Co mamy na myśli przez „Recyrkulację”? Otóż my dostrzegamy dwa jej aspekty; pierwszy to (i) recyrkulacja dochodów, natomiast drugi to (ii) quasi-„recyrkulacja” zasobów, w tym zwłaszcza w rozumieniu energii, której nadwyżki umożliwiają (samo-)organizację tzw. gospodarki.

Czytaj dalej

4 kanały (rzekomego) działania magii Rynku

S.R. Waldman [SRW]—(prawdopodobnie) niezależny (i w niektórych kręgach ocierający się o status kultowości, choć ostatnio chyba nieco zblakłej) członek obozu szczerych naprawiaczy kapitalizmu opublikował ostatnio analizę funkcji (oraz umiarkowanej krytyki ich działania w praktyce neolibu), którą rzekomo wypełnia w naszym życiu codziennym Wielki Lesefer, czyli tzw. Rynek. Analiza ta z pozoru wygląda jak kolejny—dość wysublimowany, jak to bywa w przypadku SRW—akt baszingowania neolibu (który—zdaniem Autora, tym razem może zostać ciernio-ukoronowany), ale my postrzegamy ją jako swego rodzaju wyzwanie rzucone radykałom-wichrzycielom, którzy—tak jak PE-P—właśnie m. in. Wielkiego Lesefera, w tym Jego avatar w postaci Konsumenta (jak i Stwarzacza Miejsc Pracy), a nie jakąś bandę skamieniałych neolibów uważają za zło stanowiące obecnie największy problem zbiorowości ekono-sapiensów (czy ogólniej—Gajo-stworzenia).

Inaczej: SRW, smagając neolibowego chochoła i wyrażając nadzieje na jego zastąpienie czymś lepszym (czytamy: bardziej pluszową odmianą kapitalizmu), w istocie zgina kolano przed bałwanem Wielkiego Lesefera, stawiając jednak warunek, żeby Bałwan najpierw oczyścił się z neolibowych wypaczeń (powodzenia!).

Ta krytyko-promocja Bałwana podzielona jest na 4 zgrabnie uchwycone punkty, które—piętnując wypaczenia—pół-otwarcie, pół-podprogowo umacniają w odbiorcy przekonanie o zaletach grawitacji „prawa” wartości:

Czytaj dalej

Mini-raport z frontu „walki z covidem” (a.k.a. walki o reaktywację stóp zysków)

Wiemy, że jeśli chodzi o opinie w temacie covida (a szczególnie na linii covid—>gospodarka) występują trzy obozy: (i) oficjalny (tj. gubmintowo-korpo-m$mowy, który raczy uznawać covida za zagrożenie, ale jednocześnie przebiera nóżkami do powrotu do „normalności”), (ii) plandemiczny (który uważa covida za zwykłą grypę, a działania w/s jego zwalczania za plan typu NWO), oraz (iii) pandepaniczny (który sądzi, że zagrożenie jest poważniejsze niż podaje to wersja oficjalna, a zatem że decyzje o tzw. otwieraniu tzw. gospodarki, które są obecnie trendy w większości krajów, są zdecydowanie przedwczesne). PE-P zalicza się do tego 3-ciego obozu (bardziej przejmując się epidemią, niż perspektywą kompromitacji, gdyby jednak wyszło, że to NWO), co w sposób oczywisty będzie rzutować na wymowę dzisiejszego mini-raportu.

Zgodnie z naszymi wcześniejszymi przewidywaniami, wszystkim kapitalistycznym gubmintom (ale także hybrydowemu sino-gubmintowi pod wodzą KPCh) już po ok. 2 miesiącach załamania procesów akumulacji zaczęły swędzieć rączki do otworzenia zaworów obiegów do pompowania pary w pekabowy gwizdek, tj. „otwarcia” branż nie-esencjonalnych zamrożonych (niby nakazowo, ale w głównej mierze po prostu spontanicznie z uwagi na powstrzymanie się zaniepokojonej klienteli od konsumpcji fakultatywnej) podczas pierwotnych działań anty-covidowych. Można zauważyć, że mania „otwierania” ma miejsce prawie wszędzie, bez względu na to, czy na danym terytorium zaraza kontynuuje rozprzestrzenianie się (jak np. nad Wisłą), czy też nie.

Oczywiście podstawowy motyw ku takiej strategii zapewnia nacisk kapitalistów chcących kontynuować wyciskanie/realizację wartości dodatkowej w tych nie-esencjonalnych obszarach—np. ponoć już pojawiają się przymiarki do pozywania krajów za wymierzone w epidemię restrykcje obrotu towarowo-usługowego/przemieszczania się przed sądy kapturowe w ramach ISDS (rekompensata za „utracone” zyski). Ale porównywalną rolę odgrywa też prawdopodobnie kolektywne ego gubmintowe, które pali się do zademonstrowania wszem-i-wobec, że „sytuacja została (DZIĘKI NAM!) opanowana”. (Jeśli chodzi o generalną populację, opinie są podzielone jak na wstępie, choć jak wskazywałyby niektóre badania opinii, powrót do dawnej „normy” nie cieszy się zbytnio szerokim poparciem).

Czytaj dalej

Co w kapitalizmie rozumie się jako „gościnność”?

Od dłuższego już czasu przymierzaliśmy się do zreferowania jednego z najbardziej ekono-patologicznych sektorów tzw. gospodarki w kapitalizmie, który stanowi egzemplifikację dominacji wartości abstrakcyjnych nad użytkowymi, a więc tym samym—marnotrawstwa zasobów i czasu ludzkiego, a który jednocześnie jest oczkiem w głowie neolibowych gubmintów (oraz podobnie neolibowych tzw. samorządów—o czym więcej w dalszym toku) szczególnie w obecnym stadium współczesnego modelu eksploatacji, tj. w warunkach nad-akumulacji kapitału, gdzie—jak się wydaje—ostatnią deską ratunku do podtrzymania stóp zysków przed zatonięciem są branże dostarczania towarów i usług na cele konsumpcji typowo ostentacyjnej oraz tzw. „premium”.

Jak być może niektórzy Czytelnicy się zorientowali po tytule, chodzić będzie jeden z pod-zbiorów sektora tzw. turystyki, w wersji angielskiej często określany lobotomizującym kolokwializmem hospitability industry [HI], czyli—przekładając na nadwiślański—branżą („przemysłem”) gościnności.

Czytaj dalej

Po co kapitalizmowi gubminty?

Na tych łamach wielokrotnie przypominaliśmy, że w kapitalizmie—wbrew popularnym legendom o demokracji, równości, jedności w Rynku etc.—istnieje klasa panująca, czy przynajmniej dominująca (którą są kapitaliści), oraz—co istotne dla dzisiejszego toku—że—wbrew opowieściom prymitywistów wolnorynkowych o spiskach kolektywistycznych—gubminty w kapitalizmie nie stanowią od-kolektywistycznego „hamulca wolnej psiedsiębiorczości”, ale są składnikiem tego systemu dominacji.

Dwie interpretacje tego paradygmatu, które przewijały się na naszych łamach, były następujące:

  1. gubmintowcy to minionki kapitalistów
  2. gubmintowcy to fenotypy kapitalizmu/integralna część składowa homeostatyczno-dyssypacyjnego systemu-ameby ‘produkcja dla produkcji’

Lektura tego eseju (oryginalnie z lat 1970-tych!) The Ruling Class Does Not Rule Freda Blocka skłoniła nas do podjęcia próby odpowiedzi na pytanie, czy te—bez wątpienia dość różne—interpretacje wzajemnie się wykluczają i—jeśli tak—która z nich jest właściwa oraz do jakich konkluzji—w kontekście tytułowego pytania—będzie nas to prowadzić.

Czytaj dalej

Czy covid w przeciwieństwie do neolibo-wirusa zwiększy dostępność kwadratometrów nad Wisłą?

[W charakterze obiecanej doklejki aktualizującej do mini-cyklu o procesach cenotwórczości kwadratometrów 1 , 2.]

Najprawdopodobniej procesy obecnej, skatalizowanej covidem zapaści kapitalizmu sprawią, że odwieczna propaganda nadwiślańskich neolibów nakręcających nad Wisłą od 20 lat pekaba korbą naganiająco-ubogacającą p/t „kilku-milionowy deficyt mieszkań” zostanie w końcu zdemaskowana jako nie-mający obecnie już żadnych fundamentalnych podstaw mit. Pozostałe, aktywnie oddziałujące na psychikę górnodecylowej części populacji jeszcze w zeszłym roku, resztki tej konstrukcji (hologramy bogacenia się, „bezpiecznego” lokowania nadwyżek i ich ochrony przed „galopującą inflacją” oraz przed rabowaniem misiów-oszczędnisiów „za-niskimi stopami%”, „pewnych” zarobków z wynajmu) czeka brutalna weryfikacja, m. in. wskutek znacznego spowolnienia migracji (wewnętrznej i zewnętrznej) i spadku zaangażowania mas siły roboczej (w tym tej ze Wschodu), odpływu braci studenckiej (w tym tej z Dalekiego Wchodu), czy wyschnięcia strumieni tzw. turystów korzystających z najmu para-hotelowego, których dostarczane taniolotami desanty w latach poprzednich dolewały paliwa do perpetuumowo-(im)mobilowej maszynki ubogacającej.

Spodziewamy się, że w fazie pierwszej tego procesu urealniania kwadrato-gospodarki będziemy mieć do czynienia z samo-zamrożeniem aktywności na tym rynku, kiedy to aktorzy-gracze, w których sercach niepewność zaczyna powoli wypierać entuzjazm goszczący tam w latach poprzednich, dokonają taktycznego przyczajenia, czy to w nadziei na to, że „zła karma” odejdzie  sama (jeśli tylko zamknąć ekono-oczy na wystarczająco-długo), czy też—w przypadku bardziej realistycznych jednostek—w oczekiwaniu na „odkrycie” nowego poziomu cenek.

Temu oczekiwaniu towarzyszyć będzie postępująca kumulacja podaży, ponieważ na tym etapie nadal aktywnym czynnikiem zaburzającym zdolności do trzeźwej oceny sytuacji będą głęboko-zakorzenione elementy wiary w przytoczony na wstępie wdrukowany w świadomość narodową paradygmat brako-mieszkaniowy, a procesy wyciągania wniosków spowolnione zostaną przez wiskotyczność postrzegania własnego bogactwa zaklętego w kwadratowych aktywach, tj. głęboką niechęć do sprzedaży istotnie (>10%) poniżej osiągniętego historycznie w danej lokalizacji maksimum transakcyjnego (info o którym może być pozyskane równie dobrze z tabel różnych organizacji pompowania cenek typu HRE/Mzimu-Mzuri, od agenta nieruchomości, ale także i np. w drodze asymilacji plotek/przechwałek byłego sąsiada etc.). Fazę tą można też określić obrazowo mianem zatwardzenia cenowego.

Czytaj dalej

Co się dzieje, kiedy kapitalizm przestaje operować „normalnie”?

Nie będzie wielkim nadużyciem stwierdzenie, że w wyniku ataku covida kapitalizm przestał „normalnie” operować, czyli innymi słowy—„prawo” wartości przestało (przynajmniej tymczasowo) wprawiać  gospodarki w ruch w sposób, który zapewniałby kontynuację procesów akumulacji w ujęciu generalnym.

Inaczej—pekabe, które reprezentuje wolumen zużycia zasobów, prolo-godzin oraz agregat zysków przestało rosnąć, wobec czego (prawie) wszyscy zastanawiają się, jak odwrócić tę zapaść, czyli powrócić do „normalności”.

Tymczasem—traktując obecną Sytuację stricte w kategoriach ekono- (tj. abstrahując od godnych ubolewania skutków zdrowotno-epidemiologicznych)—to właśnie sytuacja, której mamy okazję być świadkami, wydaje się reprezentować pod wieloma względami normalność; normalność, za którą można uznać stan, w którym zachowania społeczne zostały przynajmniej częściowo uwolnione od grawitacji „prawa” abstrakcyjnej wartości.

Jako ilustrację tej dynamiki weźmy przykład tego, co się dzieje na rynku ropy, a co wydaje się stanowić zaprzeczenie logiki aplikowanej przez filozofię krótkowzrocznej promocji frirajderstwa zwaną ekonomią neoklasyczną (czy szerzej: burżuazyjną). Do czasu covida segment handlu tym surowcem zwykło się było uznawać za charakteryzujący się dość mało elastycznym popytem, ponieważ ropa pełniła rolę podstawowego prime-movera procesów akumulacji, która—mimo że w ostatnich „normalnych” czasach postępowała dość wolno—tak-czy-owak wymagała rok-w-rok zwiększania „produkcji” płynno-czarnego złota.

Czytaj dalej

Covidowa zapaść kapitalizmu = inflacja czy deflacja?

Jak można było się spodziewać, zaraz po ogłoszeniu przez gubminty pakietów reanimacji zaatakowanego covidem kapitalizmu łeb podnieśli histerycy inflacyjni—głównie z tradycyjnych mizeso-kucariańskich kręgów, ale także i niektórzy z całkiem przeciwstawnej flanki. Jak się wydaje, dla sporej części obserwatorów i to wywodzących się z różnych stron spektrum ekono-memetycznego (fundamentalistów rynkowych, realistów ekono-termodynamicznych, a nawet marksistów), każdy szanujący się kryzys kapitalizmu musi zostać zwieńczony brutalnym epizodem hiperinflacyjnym nieco na podobnej zasadzie, jak scenariusz solidnego filmu typu slasher kończy się grand-finalem w formie pojedynku pomiędzy protagonistą-psychopatą z ostatnią pozostałą przy życiu postacią (zawsze płci żeńskiej) z grupy zmasakrowanych studentów na wakacjach/obozie treningowym; konwencja w zakresie kreślenia scenariuszy upadku gospodarki kapitalistycznej (czy—w wersji mizesolo—socjalistycznej, bo prawdziwy kapitalizm skończył się na długo przed wydaniem Kill ’Em All) po prostu wymaga spuentowania hiperinflacją i nikomu nie ma potrzeby tłumaczyć dlaczego.

W temacie inflacjo-fobii mamy do czynienia ze swego rodzaju paradoksem: z jednej strony gros publiki—z różnych przyczyn (jak „zdrowo-chłopski rozum”, przedawkowanie mizeso-baśnii w klimatach b-ci Grimm o złych gubmintach psujących hajsy „dodrukiem” etc.)—deklaruje zawsze nieufność wobec „papierowych” pieniędzy, a stąd jest podatna na sugestie, że gubmintowe sypanie „nieczystych” (w przeciwieństwie do czystego Cielca) fiato-hajsów na jątrzące się rany ukoronowanego kapitalizmu to prosta ścieżka do Zimbabłe, zwłaszcza jeśli mówimy o wręczaniu tych z-morowo-powietrzowych punktów zdemoralizowanej tłuszczy, która nie nabyła umiejętności zawodowych odpowiednio przydatnych, żeby móc sprzedawać swój czas w dowolnie sfokkowanych warunkach targu rynku praco-najemno niewolników.

Z drugiej flanki—gros publiki (choć niekoniecznie ten sam) nie dość, że te nowo-wypuszczane z gubmintowych pras drukarskich hajsy widywał dotąd głównie w telewizorze na tabelkach i wykresach prezentowanych przez wyszczekanych krawaciarzy z kanałów byznesowych (a nie we własnych kieszeniach), to jeszcze teraz, dzięki covidowi, hajsów—i to jakichkolwiek—będzie widzieć coraz to mniej i mniej (a już zwłaszcza tych, które—jak myszy z brudu, czy jak hart ducha z samobiczowania—lęgły się dotąd samoistnie w wyniku przedsiębiorczości, służąc do łaskawego tworzenia praco-miejscówek dla tak łaknącego ich ludu).

Czytaj dalej

Czy covid ujawni skalę fenomenu zbędnego czasu pracy?

Odpowiedzi na tytułowe pytanie udzielimy już na wstępie: TAK—przynajmniej dla tych obserwatorów, których uwaga nie będzie rozproszona lamentowaniem upadającego totemu pekabu. Co więcej—ujawnił częściowo już po kilku tygodniach swojej aktywności. Obecnie takie operacje, których znamienną cechą było znaczne zaangażowanie zbędnego czasu pracy jak tzw. turystyka wraz z jej pod-sektorem tzw. gościnności (o którego mechanice więcej w przyszłej czytance) oraz transportu „rozrywkowego” („tanie-latanie”), czy kompleksy sportów komercyjnych czy tzw. rozrywki masowej (w wydaniu na-żywo) praktycznie zawiesiły operacje paro-w-gwizdkowego żerowania na prolo-czasie.

Funkcjonowanie szeregu innych gałęzi tzw. gospodarki o zbliżonej filozofii działania—typu punkty komercyjnego żywienia zbiorowego, kosmetyki osobistej, kołczingu etc.—weszło w stan przypominający hibernację; podobny tryb przyjął wyhodowany na piersi neoliberalizmu prominentny „sektor” biurw gubmintowych i korporacyjnych—utrzymywany jest w zasadzie tylko w miarę niezbędny szkielet tych operacji, w znacznym stopniu wykonywany na zasadzie pracy zdalnej, tj. bez bezpośredniego nadzoru ze strony menago-poganiaczy (czego skutkiem jest—jak się domyślamy—faktyczny spadek prolo-godzin zaangażowanych nawet w tę „niezbędną” obsługę klienta).

Czytaj dalej

Kryzys zyskowności = wzrost dostępności kwadrato-metrów? (2/2)

Kontynuując w temacie procesów kształtujących ceny kwadrato-metrów oraz zagadnienia ich malejącej podczas kapitalistycznych boomów (a rosnącej podczas kryzysów) dostępności oraz sposobów mających temu niby-to zaradzić—wątek skończyliśmy poprzednio na roztrząsaniach zależności pomiędzy cenkami nabycia/wielkością przyznanej kwoty mini-ratek a stawkami komornego i że propozycje powiązania pułapu kredytu udzielonego pod nieruchomość mieszkalną z potencjalnymi wpływami czynszu miałyby jakoby zakotwiczyć kwadratowe cenki w poziomie dochodów standardowej populacji, tym samym ograniczając galopady cenowe (spekulacje) w fazach spekulacyjnej i ponziowej cyklu kapitalistycznego gospodarowania.

Inny ekonomista burżuazyjno-nieortodoksyjny M. Hudson niejako przesuwa akcent tego podejścia, proponując, aby cena kredytu (odsetki) nie podlegała odliczeniom od podatków (nie tylko zresztą w przypadku kredytów powiązanych z kwadratami), ponieważ żonglerzy aktywami (jak np. różnej maści sępo-fundusze próbujące żerować na kwadratowych maniach, jak i lumpen-rentierzy na mikro-pseudo-działalności), mając do wyboru zapłatę podatku albo odsetek, zwierzęco-instynktownie wybierają z reguły tę drugą opcję (mechanizmy tego są wyjaśnione dokładnie np. w The Bubble and Beyond). [Pomijając tu już inną sztandarową propozycję Hudsona w postaci wyrównania stołu do ekono-gry za pomocą współczesnego Debt Jubilee,  (bądż alternatywną podobną propozycję QE dla ludu); za ideą Hudsona stoi jednak—w naszym odczycie—nie tyle jakieś radykalne odwrócenie czy zresetowanie stosunków neo-feudalizmu zdominowanego obecnie przez kastę Wierzycieli (wspomaganą memetycznie przez ich minionków: misiów-oszczędnisiów, lumpen-rentierów, bond-vigilantów, złoto-żukowców i mizesologów i innych para-faszystowskich militantów), ale raczej chęć generalnej poprawy konkurencyjności krajowej czy także może globalnej gospodarki kapitalistycznej (zmniejszenie udziału renty w pekabe), a przez to „rozkręcenie produkcji”.

Czytaj dalej