O tym jak Zbożowy Diabeł wziął sapiensów pod włos

[Narrację antropo-historyczną tego odcinka opieramy na Against the Grain Richarda Manninga [1]

Prawdziwym przekleństwem ludzkości (jak i w ogóle dla każdego biolo-systemu) jest monokultura. Wbrew obiegowej legendzie, według której pierwsze poważniejsze siedliska sapiensowe (w dolinie eufrato-tygrysowej) oparte były na monokulturach zbożowych, które z kolei wymagały intensywnej irygacji, a to z kolei mogło być zorganizowane jedynie przez coś w rodzaju pre-gubmintu, badania wskazują, że pierwotne zagęszczone osadnictwo w tamtym rejonie oparte było na mega-różnorodności biologicznej charakterystycznej dla naturalnych, nawilgoconych, moczarowo-zalewowych eko-systemów. Błędem(/manipulacją?), który popełniały generacje badaczy i który powielały następnie generacje interpretatorów historii jako linearnego ciągu postępu i który nadal kształtuje sposób, w jakim powszechnie postrzegana jest ekono-prehistoria sapiensowa, było przyjęcie, że te kolebko-cywilizacyjne terytoria 6 czy 8k lat temu były tak samo wyschnięte i wyzute z naturalnej wegetacji, jak to ma miejsce obecnie.

Tymczasem, według najprawdopodobniejszej wersji opartej na najnowszych badaniach prehistorii tych kolebko-cywilizacyjnych obszarów, w owym czasie środowisko tych terytoriów było bardzo przyjazne dla różnych form dzikiej wegetacji, tworząc warunki sprzyjające bio-różnorodności. Ta bio-różnorodność – zaindukowana prawdopodobnie korzystnymi zmianami klimatu, które wystąpiły cirka 10k lat temu – niejako sama serwowała zamieszkiwaczom tych pierwotnych osiadłych skupisk ludzkich jak na tacy rozmaitość i obfitość bez konieczności ciągłego przemieszczania się. W rytm zmieniających się corocznych „pulsów” ‘mokrzej/suszej’  – kalorie w przeróżnych, sezonowych formach materializowały się niezawodnie w promieniu wystarczająco małym, żeby pozwolić  sapiensom na komfort posiadania stałej bazy wypadowej. Ta naturalna profuzja charakteryzowała się – w porównaniu do późniejszych agro-monolultur – znacznie wyższymi poziomami odporności jak i odnawialności zasobów, niższymi poziomami ryzyka plagi czy nieurodzaju, a to wszystko przy znacznie korzystniejszym stosunku ‚nakłady kaloryczne (energetyczne)/efekty’. Garden of Eden anyone?

Czytaj dalej

Reklamy

O obrotach kursów walutowych nad Bosforem i nie tylko

Ten artykuł z TheGuardiana skłonił nas do spontanicznego zrzucenia paru powiązanych ekono-impresji.

Obecna sytuacja Turków przypomina nieco powtórkę finału Nadwiślańskiego „cudu frankowego”, z tym że podlaną jeszcze sterydowym sosem przepychanek global-politykabukowych. W przytoczonym artykule przeczytać możemy, że nad Bosforem 90% kredytów kwitnącego do niedawna jeszcze sektora nieruchomości było (według stanu na koniec 2016 r.) denominowane/(indeksowane?) w walutach zagranicznych. Reminiscencją tej bonanzy są lasy niepokończonych/pustostanowych wież z betonu i szkła, w których zgodnie ze świetlanymi prognozami miały znaleźć swoje miejsca pracy typu superfluous rzesze biurw prywatnego sektora usług, jak i historie rwących sobie teraz włosy z głów drobnych ofiar tego boomu, czyli tych, których fala entuzjazmu skłoniła do wniesienia przedpłat na mające wyrosnąć z ziemio-dziur apartemą, których „inwestorzy” (deweloperia) – również zapakowani w kredyty fx – finansowo po prostu nie są obecnie w stanie  dokończyć.

Koincydencja zakredytowania populacji/firm denominowanego masowo w zagranicznych jednostkach rozliczeniowych oraz następującego wkrótce po dopompowaniu takich baniek załamania kursu lokalnej waluty wydaje się być raczej regułą, aniżeli przypadkiem wynikającym z chaotycznych rozgrywek rynkowych. Ten fenomen można określić jako turbo-doładowaną wersję mini-cykli Minsky’ego, gdzie podczas fazy ‘Ponziego’ (gry na wzrost wyceny aktywów) do pekabowej komory spalania zasilanej kredytem zostaje wstrzyknięta pod ciśnieniem dodatkowa dawka ośmielającego kredyciarzy kool-aidu. Podstawowym składnikiem tej mieszanki rozpuszczającej resztki mechanizmów zdrowo-rozsądkowego oporu materii jest „konkurencyjne” oprocentowanie (i towarzyszący temu miraż niskości mini-ratek), z domieszką wspomagających to wszystko komunikatów tubo-nadawanych uporczywie przez lokalne czy internacjonalistyczne media msm o zacięciu ekonomicznym, które potwierdzają „stabilne/świetlane perspektywy” krajowej waluty/wysokości stóp zwrotu dla lumpen-frirajderskich „inwestycji” nieruchomościowych.

Czytaj dalej

Systemowe pokazanie fokka praco-najemno niewolnictwu w praktyce

Wiemy, że bazą “sukcesu” reżimu dominacji zwanego kapitalizmem było wygenerowanie takiego środowiska, w którym Zdominowani (prole) garną się do dostarczania Dominatorom wartości dodatkowej spontanicznie, tj. co do zasady bez konieczności stosowania wobec nich środków przymusu bezpośredniego – inaczej niż to miało miejsce w gospodarkach opartych o oficjalne niewolnictwo [1]. W systemie praco-najemno niewolnictwa [P-NN] rolę zaganiacza do roboty pełni mniej czy bardziej dyskretny przymus ekonomiczny, dzięki mocom którego praco-najemno niewolnicy sami wystawiają się na targu zwanym rynkiem pracy, starając się wyeksponować swoje atrybuty zblazowanym plantatorom uprawiającym monokulturę zmonetyzowanego wyzyskobrania.

We współczesnych realiach Zachodu dla zdecydowanej większości populacji aktywny udział w praco-najemno niewolnictwie (bądź w jego opartych również na pracy najemnej strukturach pomocnicznych, jak urzędy, szkoły czy policja) pozostaje jedyną dostępną opcją ekono-życiową. Oczywiście są wyjątki – jakaś część nie-kapitalistów utrzymuje się w drodze faktycznego „samo-zatrudnienia” (tj. przy okazji sprzedawania owoców swojej pracy nie dostarcza wartości dodatkowej jakiemuś pośrednikowi czy organizatorowi), a inna z kolei może próbować wyżyć z „socjalu”, przy czym najczęściej ten drugi wybór wiązać się będzie z koniecznością ciągłego i mozolnego wykazywania aparatowi administracyjnemu zbudowanemu w celu utrwalania P-NN (gubmintowi) swojej nieprzydatności w charakterze wyzysko-dawacza.

Tak czy owak – w przypadku młodych pre-proli urodzonych w gospodarstwach domowych, gdzie podstawowym źródłem utrzymania jest praca najemna, domyślnie (i często wręcz w połączeniu z pełnymi optymizmu nadziejami) przyjmuje się, że przyszłe bytowanie tej dziatwy polegać ma właśnie na podążaniu ścieżką praco-najemno niewolniczą. W związku z tym każdy młody sapiens ma obowiązek uczestniczyć w konsumujących znaczną część dzieciństwa zajęciach przygotowujących właśnie do takiej roli społecznej zwanych systemem powszechnej edukacji.

Czytaj dalej

Marginalistyczny Janus* – czyli o dwóch obliczach nauki upadłej

(* – nie mylić z januszami marginalizmu typu Hausner)

Spora część zawartości wpisu została podwędzona z art. S. Williamsa.

W dzisiejszym odcinku spróbujmy ustalić, czy dwie wiodące memetyki prolo-fokkujące, tj. mizesologia i współczesna (pseudo)ekonomia neoklasyczna, które obydwie wyrosły na glebie XIX wiecznego marginalizmu, więcej łączy czy też dzieli.

Marginalizm (czy wg. nomenklatury Kakarota Handtke – walrasianizm) pojawił się na ekono-scenie niejako ad-hoc wkrótce po publikacji „Kapitału” Marksa. Dla niektórych ta koincydencja stanowić może przesłankę do twierdzenia, że rewolucji marginalistycznej przyświecała idea zanegowania i pogrzebania tezy klasyków, która źródeł wartości upatrywała w pracy najemnej, a którą Marks pociągnął o jeden krok za daleko [1]. Tzn. fakt, że pracę z zasady uprawia prolo-kompost, prowokować może pewne niewygodne skojarzenia czy pytania, np. skąd bierze się wartość dodana w kapitalizmie płynąca do kieszeni kapitalistów w postaci zysków, czy w ogóle tak naprawdę komu czy czyim nakładom wysiłku zawdzięczamy możliwość konsumowania gadżetów.

W odniesieniu do fabrykantów istnienie przechwytywanej przez nich działki zysku można było próbować jeszcze wytłumaczyć ich własnymi nakładami pracy organizacyjnej, renty posiadaczy ziemskich – „nakładami pracy na jej ulepszenie” (wink-wink), natomiast jeśli chodzi o usprawiedliwienie zysków kapitałowych (robienia pieniądza z pieniądza czyli algorytm M –> M+, z pominięciem towarów C),  nie istniała odpowiednio wiarygodna memetyka, która byłaby w stanie w sposób przekonujący zaprezentować ten rodzaj frirajderstwa jako coś wnoszącego jakąkolwiek wartość dodaną.

Czytaj dalej

W 7 dni od T.I.N.A. do Chaosu?

Wiemy, że im bardziej skomplikowany system, tym trudniej przywrócić go do działania w wypadku, kiedy utraci on równowagę – auta sprzed 50 lat może i częściej od współcześnie budowanych odmawiały współpracy z rana, jednak nawet średnio-zaawansowany użytkownik z reguły był w stanie samodzielnie zreaktywować maszynę w drodze przeglądu kilku podstawowych elementów układu zasilania jak gaźnik, przewody wysokiego napięcia, świece czy kondensator/cewka lub po prostu spróbować metody na-pych. W przypadku nowoczesnych konstrukcji próby grzebania pod maską będą prawie zawsze stratą czasu – pozostaje strategia zholowania do specjalistycznego warsztatu (i oczekiwania, jak bardzo słoną kwotą przyjdzie właścicielowi zasilić pekaba).

Podobnie – im bardziej zintegrowany jest dany system, tym w przypadku awarii wyższe będą koszty przywrócenia funkcjonalności – telewizory rubin regularnie gościły na stołach operacyjnych lokalnych ZURT-ów, ale w większości przypadków reanimacja kończyła się nie-rujnującym dla kieszeni właściciela sukcesem. Dla współczesnego płaskiego następcy rubina każda awaria może oznaczać wyrok śmierci z uwagi na koszt wymiany zintegrowanych modułów, który często czyni naprawę nieekonomiczną.

Do postaci takiego właśnie systemu – silnie zintegrowanego i o wysokim stopniu skomplikowania – wyewoluowała zglobalizowana gospodarka XXI w. Zaawansowane powiązania i łańcuchy dostaw działające według paradygmatu just-in-time [JIT] na co dzień zapewniają użytkownikom systemu (zarówno producentom jak i konsumentom) nadzwyczajne poczucie komfortu – potrzebne komponenty materializują się na linii produkcyjnej w stosownym czasie, a towary na półkach supermarketów są na bieżąco uzupełniane przez wykładaczy tak, że zawsze generują wrażenie powszechnej obfitości (mimo że placówka handlowa nie posiada z reguły czegoś takiego jak magazyn sensu stricte, a jedynie przylegające do hali sprzedaży pomieszczenia, w których odbywa się rozładowywanie palet dostarczonych z jakiegoś centralnego punktu logistycznego).

Czytaj dalej

Uniwersalny Kredyt Energetyczny zamiast UBI – pomysł

(a może bardziej ekono-gimnastyka szaro-korowa niż pomysł; pomysły produkują ci, którzy wierzą w możliwość ich realizacji).

Z poprzednich odcinków z kat. ekonomia vs. termodynamika pamiętamy, że z uwagi m.in. na rosnący energetyczny koszt energii [ECoE] gospodarka industrialna nie jest już dłużej w stanie utrzymać realnego dobrobytu materialnego w krajach Centrum na poziomie choćby sprzed dekady, nie mówiąc już o zapewnieniu dalszego jego wzrostu. (Jeśli ktoś chce sobie odświeżyć, jakie są podstawowe uwarunkowania działania ekonomii, można to zrobić, oglądając kolejny filmik Pana Jancovici).

Spadek dostępności taniej energii w sposób dość istotny koliduje z paradygmatem postępu opartego na algorytmach wartości wymiany, do którego kapitaliści, spora część ludności, jak i leseferystyczne gubminty zdążyli się na przestrzeni drugiej połowy XX w. dość mocno przywiązać. To przywiązanie z kolei w połączeniu z determinacją tychże gubmintów do ochrony interesów Globalnych Frirajderów (Posiadaczy) sprawia, że żadne istotne próby zmiany tego kolizyjnego kursu nie są (i najprawdopodobniej nie będą) podejmowane, mimo że wykoncypowanie sposobów zaradczych (może nie panaceów, ale przynajmniej skutecznych anestetyków) nie przekracza możliwości przeciętnego blogera, czego dowodem ma być właśnie dzisiejsza czytanka.

Czytaj dalej

Zagadki wydajności pracy najemnej (odc. 3/3)

W pierwszych dwóch odcinkach naszego mini-serialu o globalnych, często dość znaczących różnicach w odczytach wydajności (czy PKB/p-c), pokusiliśmy się o sporządzenie (otwartej) listy czynników, które naszym zdaniem mogą determinować te dysproporcje, jak mierzone rynkową wyceną efektów nakładów praco-najemno niewolniczych w różnych krajach leseferystycznych. Te czynniki, do których wyróżnienia skłoniła nas nasza wyobraźnia, to:

  1. Globalne preferencje do przechowywania „oszczędności” (parkowania zakumulowanych gór nadwyżek finansowych) w walucie określonych krajów (/używanej w danym kraju)
  2. Ilość energii p/c dostępna do napędzania procesów
  3. Poziom organizacji procesów (kultura industrialna/stopień stajloryzowania populacji)
  4. Zdolność kredytowa członków populacji (i także firm)
  5. Stabilność pozytywnych sprzężeń na linii gubmint-Posiadacze (a.k.a. kapitał ma narodowość)

Poprzednio omawiane były nr-y 1, 3 (jako jedyny, który współdzielimy z wyznawcami wróżki-wolnorynkuszki) oraz – w odc. 2  – nr 2. Dziś kontynuujemy z poz. 4 i 5.

*

Czynnik zdolności kredytowej (nr 4) wrzucamy do równania mimo tego, że jest to w dużej mierze wartość pochodna – głównie odzwierciedlająca na zasadzie pozytywnych sprzężeń zachowanie pozostałych zmiennych. Niemniej jednak lokalna zdolność kredytowa może, choćby epizodycznie, zmieniać pole globalnej gry wydajnościowej.

Czytaj dalej

Eksport to koszt i nawet S.Keen tego nie zmieni

Przerwiemy na moment naszą mini-serię o „wydajności”, ponieważ chcieliśmy bez zbędnej zwłoki zwrócić uwagę Czytelników na memo-naparzankę, w jaką uwikłały się ostatnio dwie drużyny ligi heterodoksów, tj. główno-nurtowcy realizmu wolnorynkowego (post-keynesjanizmu) ze S. Keenem w ataku oraz schizmatycy P-K spod herbu MMT (reprezentowani przez tandem W.Mosler + B.Mitchell).

O co poszło? Otóż te przepychanki rozpętały się (czy może raczej wybuchły na nowo – ten temat zawsze stał kością niezgody pomiędzy tymi hetero-sektarianami) w temacie Deficytów Obrotów Bieżących [DOB], a dokładnie rzecz biorąc co do roli, którą te Deficyty odgrywają w ekono-życiu poszczególnych krajów.  Warto dodać, że – biorąc poprawkę na nużący charakter przedmiotu sporu – żywość dyskusji można określić jako balansującą na granicy flejmu.

Zanim przystąpimy do recenzji występów obu drużyn i przed wydaniem własnego werdyktu, najpierw parę słów wprowadzenia celem nakreślenia tła o co w tym wszystkim kaman.

Czytaj dalej

Globalne różnice w „wydajności” – o co tu może chodzić? (2/3)

W pierwszym odcinku naszego mini-serialu o globalnych, często dość znaczących różnicach w odczytach wydajności (czy PKB/p-c), pokusiliśmy się o sporządzenie (otwartej) listy czynników, które naszym zdaniem mogą determinować te dysproporcje, jak mierzone rynkową wyceną efektów nakładów praco-najemno niewolniczych w różnych krajach kapitalistycznych. Wyróżnione przez nas czynniki to:

  1. Globalne preferencje do przechowywania „oszczędności” (parkowania zakumulowanych gór nadwyżek finansowych) w walucie określonych krajów (/używanej w danym kraju)
  2. Ilość energii p/c dostępna do napędzania procesów
  3. Poziom organizacji procesów (kultura industrialna/stopień stajloryzowania populacji)
  4. Zdolność kredytowa członków populacji (i także firm)
  5. Stabilność pozytywnych sprzężeń na linii gubmint-Posiadacze (a.k.a. kapitał ma narodowość)

Poprzednio omawiane były nr-y 3 (jako jedyny, który współdzielimy z wyznawcami wróżki-wolnorynkuszki) oraz 1. Dziś kontynuujemy z poz. 2  (kwestie 4 i 5 – celem zachowania pozorów auto-dyscypliny zgodnej z zasadą nr 1 Skutecznego Blogowania, tj. zachowania kompaktowości wpisów, jak i dla z powstrzymania spadków naszej blogo-wydajności liczonej współczynnikiem ilość wrzutek/m-c – zdecydowaliśmy się dziś oszczędzić na potrzeby wypełnienia nieplanowanego wcześniej wydłużenia serii o odcinek nr 3).

*

Jeśli chodzi o pkt 2 – dostępność zewnętrznej energii w skoncentrowanych formach umożliwiających napędzanie procesów – pamiętamy, że jest to faktycznie warunek sina qua non, aby w ogóle można było mówić o wydajności jako takiej (a przynajmniej o wyższej niż ta, którą reprezentuje kopacz dołów wyposażony w łopatę kawałek kija). W tym odcinku koncentrujemy się jednak na różnicach w wydajności w krajach, gdzie teoretycznie prawie wszędzie kapitaliści mogą kupować energię po mniej-więcej podobnych cenach światowych.

Czytaj dalej

Globalne różnice w „wydajności” – o co tu może chodzić? (odc.1/2)

Komuś, kto może pozwolić sobie na marnowanie czasu na dumanie nad makro-naturą ekono-rzeczy, może przyjść pewnego dnia do głowy pytanie: jaki jest mechanizm, który sprawia, że wynagrodzenia proli (czy PKB per capita) w cofniętej w czasie dzięki euro-sado-monetaryzmowi cywilizacyjnie/gospodarczo  gdzieś do lat może 1970-tych (a może i do 1960-tych) Grecji są nadal wyższe (zarówno nominalnie wg. przeliczników walutowych, ale także według przelicznika PPP) niż w ChRL, którą często określa się mianem fabryki świata i którą można uznać za lidera w praktycznie każdej dziedzinie wytwórczości, nie tylko biorąc pod uwagę zdolność do produkowania gadżetów po konkurencyjnych cenkach, ale także jeśli chodzi o szerokie spektrum aplikacji nowoczesnych technologii?

Podobnych zestawień można oczywiście znaleźć więcej. Dlaczego np. nie posiadająca znaczących tradycji przemysłowych Hiszpania z bezrobociem 16,5% szczyci się PKB-p/c-PPP dwukrotnie wyższym od cieszącej się zbliżonym do pełnego zatrudnienia Białorusi? Czy prole w zdezindustrializowanej Irlandii faktycznie wyrabiają 4,5 raza więcej niż prole w bogatej w surowce naturalne i produkującej odrzutowce Brazylii? Co sprawia, że na zdemoralizowanego socjalem mieszkańca stacji paliwowej zwanej Norwegią przypada 2,7 x tyle ~wytworzonych dóbr co na z-socjal-zdarwinizowanego obywatela innej, większej stacji zwanej Rosją?

Czytaj dalej