Do czego potrzebna jest „praca” superflouos – teoria syndromu małpki-kapucynki

Czytelnicy naszego bloga jak i wszyscy krytyczni obserwatorzy ekono-życia wiedzą, że we współczesnym kapitalizmie 70-90% realizowanego agregatu czasu pracy najemnej reprezentuje parę w gwizdek, czyli poświęcone jest na wykonywanie czynności nieistotnych/zbędnych (a często wręcz kontr-produktywnych) z perspektywy dostarczania zasobów na potrzeby spożycia, zwłaszcza jeśli mamy na myśli taką konsumpcję, którą na wyrost – ignorując chwilowo wyzwania termodynamiczne – można nazwać racjonalną (nie-ostentacyjną). Tego rodzaju aktywność my określamy jako „praca” (a dokładniej stanowiska/miejsca pracy) typu superflouos.

Powstaje pytanie: skoro tak gigantyczne ilości czaso- i wysiłko-nakładów każdego dnia każdego miesiąca i każdego roku podlegają nieustającym procesom marnotrawstwa – co sprawia, że to szaleństwo nie tylko trwa w najlepsze, ale wręcz tworzenie nowych tego typu stanowisk witane jest entuzjastycznie zarówno przez leseferystyczne gubminty, jak i przez będącą ofiarą tego absurdalnego systemu prolo-populację?

Czytaj dalej

Reklamy

Bitcoin – zwiastun nadejścia osobliwości ‘prawdziwego kapitalizmu’?

Gospodarka oparta na prawie wartości wymiany (a.k.a. kapitalizm) z zasady zawsze pozostawała doskonale obojętna wobec ścieżek peregrynacji realnych zasobów, przynajmniej dopóki finalnym rezultatem tych przepływów było nabicie hajsowych sald kreatorów bogactwa przy zachowaniu spolegliwości prolo-kompostu na odpowiednim poziomie. Jednocześnie – celem „naukowego” uzasadnienia frirajdersko-rabunkowej eksploatacji zasobów, zarówno tych nieodnawialnych (jak np. dywidenda termodynamiczna), jak i odnawialnych (prolo-kompost) – graalem teoretyków leseferyzmu stała się towaryzacja absolutna, która – w wersji prawdziwego kapitalizmu – miała objąć także ziemię (naturę), pracę (czas sapiensowy) oraz pieniądz, czyli trzy kategorie, które stanowią klasę „fikcyjnych towarów” (ficticious commodities) wg. Polanyi’ego.

Historycznie, to właśnie polityczne próby usankcjonowania towarowego statusu tych trzech szczególnych kategorii wydają się wyznaczać granicę, poza którą funkcje zdrowego rozsądku czy racjonalizmu zasobowego przejmuje szczególna grawitacja rynkowa, do której zainstalowania dążyła zawsze i dąży nadal uparcie ortodoksja leseferystyczna. Tzn. tam, gdzie z przyczyn pragmatyki zdecydowano się porzucić pogoń za towaryzacją absolutną, tam też zdarzały się epizody generalnej prosperity. Przykładami odejścia od ortodoksji było ustanowienie (pod naciskiem świadomej, zdesperowanej i zorganizowanej prolo-masy) standardu wymiaru czasu pracy typu 5 x 8, a później New Deal, czy powojenne gospodarki ~pełnego zatrudnienia czy towarzyszące temu próby wdrażania konceptów „państwa opiekuńczego” w Europie Zachodniej.

Czytaj dalej

Reaktywacja systemu „nakazowo-rozdzielczego” – nowa perspektywa

(Odcinek zainspirowany komentarzem internauty citizencokane  do tego wpisu Jehu.)

Niezaprzeczalnym faktem z życia współczesnego kapitalizmu jest zjawisko masowego występowania stanowisk pracy najemnej typu superflouos, tj. takich, które w żaden bezpośredni (czy najczęściej nawet nie w  pośredni) sposób nie przyczyniają się do zwiększenia efektywności zagospodarowania zasobów (bądź inaczej: nie wytwarzają wartości użytkowej).

Typowymi przykładami tego typu praco-najemno niewolnictwa będą biurwy gubmintowe, cała potężna armia rzucona na front sprzedaży, obsługa zbędnych czy sub-optymalnych z punktu widzenia zasobowego łańcuchów dostaw, jak również załogi zaangażowane najpierw do wytworzenia, a następnie do utylizacji „nadmiarowej” (czy zaplanowanej pod kątem wartości wymiany, a nie wartości użytkowej) produkcji i towarzyszących jej odpadów, pracownicy zakładów wytwarzających przedmioty na potrzeby ostentacyjnej konsumpcji  jak i produkujący środki przeznaczone do eksterminacji innych sapiensów czy w ogóle stworzeń wszelakich,  a także prolo-kompost zaangażowany do wykonywania usług służących li-tylko podtrzymaniu statusu klasy próżniaczej (kamerdynerzy, trenerzy zwierza domowego, polerowacze sreber etc.), plus do tego  praktycznie cała sfera finansów i ubezpieczeń (czy ogólniej – większość siły roboczej angażowanej na potrzeby obsługi obiegu cząstek pieniądzowych jak księgowi, doradcy, maklerzy, windykatorzy etc.), większość gargantuicznego aparatu ds. ochrony własności prywatnej, funkcjonariusze aparatu masowej dezinformacji  – wymieniać można by jeszcze długo, ale może kiedyś poświęcimy cały odcinek na stworzenie takiego katalogu, natomiast dziś o szczególnych perspektywach, które otwiera taki patologiczny społeczny podział pracy. Ale – wróć! – nieomal popełnilibyśmy poważne faux pas, pomijając w tej litanii zbędnych posad ekonomistów! Teraz dopiero możemy kontynuować.

Czytaj dalej

Deflacyjny scenariusz kolapsu energetycznego współczesnego modelu gospodarowania

W kilku poprzednich odcinkach przewijał się nasz ulubiony doomsejerski koncept, tj. zderzenia się algorytmów pompowania pekabu z barierą możliwości dalszego zaciągania na te potrzeby coraz większych ilości dywidendy termodynamicznej. Dziś parę słów o jednej z możliwych, nieco kontr-intuicyjnej wersji upadku współczesnych modeli gospodarowania, czy w ogóle całej Cywilizacji opartej na spalaniu węglowodorów.

Najpierw przypomnijmy tło faktograficzne.

Czytaj dalej

Prolo-ekono-ksenofobia vs. internacjonalizm wolnorynkowców

Na początek wyjaśnijmy, o co nam chodzi z tą ekono-ksenofobią. Otóż my wyróżniamy dwie jej (zasadniczo różne od siebie) odmiany: prolo-ekono-ksenofobię i neo-merkantylistyczną czy częściej tylko politykabukowo-manipulacyjną ekono-ksenofobię pro-kapitalistyczną. Wyjaśnieniu tego pierwszego fenomenu poświęcony jest cały dzisiejszy odcinek, natomiast ta druga odmiana polega mniej-więcej na faktycznym (czy przynajmniej werbalnym) faworyzowaniu rodzimych kapitalistów względem zagranicznych przy pełnym poszanowaniu pozostałych reguł neoliberalizmu, w tym zwłaszcza dochowaniu wierności paradygmatom dyscyplinowania siły roboczej.

Zauważmy, że te ekono-ksenofobie, choć napędzane całkiem innymi procesami i motywowane z zasady wręcz przeciwstawnymi przesłankami, mogą koegzystować w danym kraju równolegle i pokojowo, a nawet mogą upatrywać swojej politycznej reprezentacji w jednym i tym samym ugrupowaniu politykabukowym; wszystko to rzecz jasna dzięki zlobotomizowaniu zarówno politykabukowych tzw. elit jak i elektorato-masy memetyką leseferystyczną. Ale do meritum, czyli dziś o mechanice prolo-ekono-ksenofobii.

Czytaj dalej

Ekono-kucaria czyli austriackie gadanie w intersieciach

W dzisiejszym odcinku wrzucamy kilka różnych grzybów do jednego sfermentowanego barszczu:  obok psycho-grzybka ekono-slapstikowego, dodamy garść przykładowych okazów ekono-sromotników (w ramach prewencyjnej misji ostrzegania przed ekono-trucizną), oraz jedną, wykopaną z głębokiej przeszłości truflę lingwistyczną. Trufla ta to staro-nadwiślański termin „austriackie gadanie[1] [AG], który za pomocą siły naszej blogo-tuby chcielibyśmy przywrócić do powszechnego użytku, z tym że w znaczeniu bardziej adekwatnym do współczesnej rzeczywistości, gdzie tytułowe austriackie gaworzenie zyskałoby nowe życie w roli określenia komunikatów werbalno-pisanych artykułowanych pod wpływem pewnego szczególnego zespołu ekono-, ale także kulturo-patologicznego.

Do czego dzisiejszy ekono-misz-masz ma zmierzać? Otóż nietrudno zauważyć, że nadwiślańskie ekono-intersieci są na masową skalę spenetrowane komentariatem, którego jedną z najważniejszych pożywek wydają się być ekono-miazmaty wydobywające się z mizesologicznych myślo-zbiorników (czy myślo-odstojników), a mizesologia wywodzi się – jak to się składa – właśnie z Austrii – kraju, który (według złośliwych) wydaje się cechować nad-reprezentatywną produkcją osobników-rozsiewaczy patologicznych i pozbawionych sensu idei. Ten kontrapunkt – z punktu widzenia kapitalistów – stanowi korzystne uzupełnienie (czy dopełnienie) lobotomizacji populacji neoliberalnym (pragmatyczno-leseferystycznym) przekazem MSM. Tzn. jeśli nawet jakiś standardowy odbiorca treści nie będzie do końca usatysfakcjonowany wersją dystorsji interpretacji ekono-świata podaną w postaci standardowej papki toko-gadomszczyźnianej, próbując dokopać się do jakiejś alternatywy, z dużym prawdopodobieństwem wyląduje w mulistych odmętach austriackich pogaduszek – choćby za wskazówkami dostarczanymi przez fenomenalny w swojej wszechobecności ekono-kucariański [2] komentariat posługujący się na co-dzień właśnie jakąś odmianą ekono-austro-narzecza (czy niedorzecza). Czytaj dalej

Redukcja wymiaru czasu pracy w PL – pierwszy głośniejszy głos na puszczy

Z zasady trzymamy się z dala od politykabuki, ale dziś –  z uwagi na główny motyw przyświecający PE-P – czujemy się w obowiązku krótko zaanonsować, że chyba po raz pierwszy w historii Trzeciej Neoliberalnej mainstreamowe (tj. notowane przy najmniej od czasu do czasu przez agencje badania opinii) ugrupowanie polityczne wyartykułowało postulat dość radykalnej redukcji wymiaru czasu pracy najemnej [RWCPN]. (Zajawki w tym przedmiocie jak i może dalszych szczegółów należy poszukiwać tu.)

Ponieważ – zgodnie z linią memetyczną PE-P – w obecnym ekono-środowisku taki właśnie postulat jest jedynym, który w miarę realistycznie zmierza do optymalnego zespolenia (czy przynajmniej pogodzenia) dwóch filozofii – dążenia do poprawy prolo-doli oraz realizmu termodynamicznego – niezwłocznie przyznajemy tamtejszemu Zespołowi Programowemu naszą Odznakę Progresywizmu.

Czytaj dalej

Na tropie socjalizmu w Skandynawii

Podobnie jak mizesolodzy próbujący uparcie znaleźć swoją success story, która mogłaby służyć za solidny prop [ang. filar/podpora ale także i „rekwizyt”] usprawiedliwiający sens skrajnego leseferyzmu i socjal-darwinizmu [1], tak i złotowiekowcy  szukają historii dokumentującej sukces socjalizmu, i wydaje się (im), że taki przykład odnaleźli – a to mianowicie w północnych, nordyckich ostępach Europy.

O ile jest dla nas jasne, że jakakolwiek mizesologiczna legenda o zbawiennych mocach leseferyzmu to nic więcej, niż tylko akwizycja odwróconej ekono-homeopatii (odwróconej, bo właśnie tylko 100% stężenie wolnego rynku jest w stanie uleczyć ofiary „rozcieńczonego” przez kolektywistów standardowego leseferyzmu), o tyle mamy wątpliwości, co przyświeca tak naprawdę poszukiwaczom „prawdziwego” socjalizmu, którzy, przyznajmy szczerze, w trakcie tych wędrówek, nierzadko gotowi są wcielić się podobnie w rolę sprzedawców ekono-olejku-zwężowego. Można zazdrościć Skandynawom resztek państwa dobrobytu albo wytrwałości (czy może stoicyzmu) w opozycji do nadchodzącej neoliberalnej zimy,  ale kupowanie czy rozsiewanie mema urabiającego z kapitalistycznych krajów Północy wzorzec socjalizmu przypomina mizesologijne praktyki, gdzie jako przykład prawdziwego kapitalizmu gotowi jesteśmy wytypować praktycznie dowolny kraj, którego pekabe akurat w danej chwili rośnie szybciej niż przeciętna (włączając w to właśnie Skandynawię).

Czytaj dalej

Czy monetarysta może być prawdziwym przyjacielem prola?

Z jakichś nieznanych nam powodów w niektórych kręgach postać Wolfa Richtera uchodzi za „progresywną”, czy nawet pro-prolową. Skąd ten wniosek?  Otóż jego blog wolfstreet dość często jest linkowany na nakedcapitalism, która to platforma jest uważana z kolei za ostoję anty-neoliberalizmu, a nawet czasami zajmuje się promowaniem MMT, która to Teoria, jak wiemy, jest antytezą monetaryzmu. I właśnie za tym pośrednictwem trafiliśmy w końcu (chyba pierwszy raz) na WS wprost do tego, pochylającego się nad 40+ letnią stagnacją realnych płac proli w US artykułu.

Owszem, sama prezentacja danych (2 wykresy mediany wynagrodzeń w czasie) potwierdzających tę stagnację jest warta uwagi, aczkolwiek dla każdego, kto posiada jakąkolwiek wiedzę o mechanice i historii dokonań neoliberalizmu, nie będzie to nic nowego; ale oczywiście faktografik dokumentujących tę degrengoladę nigdy nie za wiele – a nuż ktoś jeszcze nadal jest zdania, że neoliberalizm, jeśli nie wprost to może w jakiś może okrężny sposób, zmierza w kierunku przyniesienia prolom dobrobytu.

Natomiast tym co nas zafrapowało, była diagnoza przyczyn tego stanu (stagnacji płac) oraz recepty na jego poprawę autorstwa Pana WR.

Czytaj dalej

Skąd się biorą zyski i czy to stanowi problem dla ekono-heterodoksów?

Dziś powrót do heterodoksyjnych konceptów makro, które roztrząsaliśmy już kiedyś na starych blogach MMT, jednak tym razem z uwzględnieniem pewnej krytycznej perspektywy – wartej naszym zdaniem uwagi – na którą natrafiliśmy dzięki prof. Egmontowi Kakarot-Handtke [EKH] z Uniwersytetu w Sztutgarcie, który bloguje pod tym adresem. O co tym razem chodzi?

Otóż EKH jest niewątpliwie mocnym (acz niszowym) przykładem ekono-chemitrailsera czy ekono-maverika choćby z uwagi na to, że jego teksty przepełnione są niedyskryminacyjną dezawuacją WSZYSTKICH istniejących sekt ekonomistów, których On sam wyróżnia 4: Walrasjanie (marginaliści), Keynesiści (w tym heterodoksi typu MMT, czy w ogóle PK), Marksiści i Austriańczycy (mizesolodzy). Na jakiej podstawie EKH bazuje swój atak? Otóż Jego zdaniem memetyka każdej z tych sekt opiera się na nie-naukowym fundamencie. W przypadku marginalistów i mizesologów szczególnym problemem jest to, że swoją memetykę konstruują w drodze ekstrapolacji mikro do makro [1], natomiast przypadłością już wszystkich szkół jest niezrozumienie kluczowego w nauce ekonomii konceptu, jakim jest zysk.

Brak ogarniania konceptu zysku jest (według EKH) przez wszystkie wymienione szkoły maskowany ekono-mowo-trawą, głównie o ekono-politycznym zabarwieniu – stosownie do upodobań czy sympatii poszczególnych sekt. Następnie na tej nie mającej naukowych podstaw bazie sekty te pieczołowicie budują swoje odmienne mega-konstrukcje memetyczne, które jednak – posiadając wbudowany pierworodny grzech a-logiczności u samego swojego zarania – są niczym więcej jak wielką kupą mambo-dżambo wzniesioną faktycznie celem propagacji jakichś interesów, nie zaś bynajmniej na potrzeby zgłębiania wiedzy o faktycznych procesach i zależnościach [2].

Czytaj dalej