Czy monetarysta może być prawdziwym przyjacielem prola?

Z jakichś nieznanych nam powodów w niektórych kręgach postać Wolfa Richtera uchodzi za „progresywną”, czy  nawet pro-prolową. Skąd ten wniosek?  Otóż jego blog wolfstreet dość często jest linkowany na nakedcapitalism, która to platforma jest uważana z kolei za ostoję anty-neoliberalizmu, a nawet czasami zajmuje się promowaniem MMT, która to Teoria, jak wiemy, jest antytezą monetaryzmu. I właśnie za tym pośrednictwem trafiliśmy w końcu (chyba pierwszy raz) na WS wprost do tego, pochylającego się nad 40+ letnią stagnacją realnych płac proli w US artykułu.

Owszem, sama prezentacja danych (2 wykresy mediany wynagrodzeń w czasie) potwierdzających tę stagnację jest warta uwagi, aczkolwiek dla każdego, kto posiada jakąkolwiek wiedzę o mechanice i historii dokonań neoliberalizmu, nie będzie to nic nowego; ale oczywiście faktografik dokumentujących tę degrengoladę nigdy nie za wiele – a nuż ktoś jeszcze nadal jest zdania, że neoliberalizm, jeśli nie wprost to może w jakiś może okrężny sposób, zmierza w kierunku przyniesienia prolom dobrobytu.

Natomiast tym co nas zafrapowało, była diagnoza przyczyn tego stanu (stagnacji płac) oraz recepty na jego poprawę autorstwa Pana WR.

Teraz – jeśli ktoś nie zdążył zerknąć okiem na linkowaną notkę – możemy pobawić się w zgadywankę – co zdaniem WR mogło zamrozić realne płace na 43 lata w Centrum leseferystycznego świata? Czy stan ten jest może wynikiem destrukcji siły negocjacyjnej proli? Czy pozycja przetargowa prola została permanentnie zniszczona na skutek rozwalcowania organizacji zwiącholowych czy też może na skutek masowego outsourcingu produkcji do krain prolo-taniości? Czy motywem takiego dociśnięcia butem była anty-inflacyjna histeria monetarystów, przyjęcie twardej strategii walki klasowej przez Posiadaczy czy może po prostu zwykła chciwość – uwolniona z okowów keynesizmu za podszeptami ferajny z Mont Pelerin – która tkwi w każdym kapitaliście? A może raczej po tym, jak w USA na przełomie lat 1960/70-tych miał miejsce lokalny peak-oil stało się jasne, że wzrosty produktywności nie mogą trwać wiecznie, a stąd materialne podstawy do podwyżek będą coraz słabsze i w związku z tym płace należało zamrozić prewencyjnie? A może wszystko to po trochu?

Otóż nie – zdaniem WR nic z tych rzeczy. Nasz zatroskany progresywista praktycznie całą winą obarcza FED i „podsycaną” przezeń inflację, która „niepostrzeżenie” zjada podwyżki. W czyim interesie FED „pompuje” inflację? W interesie firm, które dzięki temu mogą notować wyższą nominalną sprzedaż/zyski, oraz także w interesie tych dłużników, którzy spłacają swoje kredyty wg stałych stóp %, pośród których największym jest gubmint, który – „jak wiemy” – musi sprzedawać obligacje, bo  nie ma własnych pieniędzy.

A recepta WR (mająca zapewnić „odmrożenie” płac realnych)? „FED powinien utrzymywać zerową inflację!”

Jak wiemy, każdy złożony problem ma swoje rozwiązanie, które jest jasne, proste i przy tym całkowicie do d00py. Jednak dotąd byliśmy przyzwyczajeni, że takich rozwiązań dostarczają nam zazwyczaj prymitywiści leseferystyczni, w tym zwłaszcza mizesolodzy, nie zaś lewaki-mięczaki pochylające się z troską nad losem medianowych prolo-nieudaczników. Ale zaraz, zaraz… Każdy, kto posiada nos wyczulony na mizeso-ekono-BS, wie, że zrzucanie winy za wszystkie ekono-nieszczęścia na bank centralny [BC] (jako na instytucję zalatującą kolektywizmem) jest właśnie jedną z cech, które charakteryzują mizesologiczne ekono-chemitrailsy; drugą taką cechą jest bałwochwalenie silnego („nie podlegającego inflacji”) pieniądza, a trzecią – niezmącona wiara w to, że BC (jeśli już taki kolektywistyczny nowotwór już koniecznie istnieć musi) posiada zdolność kontrolowania tejże inflacji. Jest jeszcze czwarty mizesologiczno-monetarystyczny dogmat – że wysoka inflacja implikuje wysokie stopy % (stąd wzmianka WR o tym, że ew. beneficjentami są kredyciarze, ale tylko ci, którym udało się „załatwić” sobie stałe stopy; pozostali – domyślnie – w warunkach inflacji będą musieli płacić wyższe odsetki).

Ponieważ wszystkie wymienione ekono-BS znalazły się w wymienionej notce z przykrością zmuszeni jesteśmy wysnuć tezę, że Wolf Richter jest skrytym mizesologiem, bądź przynajmniej zakamuflowanym monetarystą. Teraz pytanie – czy będąc monetarystą można być autentycznym prolo-przyjacielem (czy o-prolo-troszczycielem)?

Wiemy, że standardowy mizesolog czy monetarysta nie ma w zawyczaju lamentować nad marnym losem medianowców. Zamiast tego będzie raczej skłonny zagrzewać proli do intensyfikacji brania się do roboty – na bazie błędo-złożeniowej ekstrapolacji od mikro do makro monetaryści starają się przekonać proli (skutecznie!), że jeśli każdy prol zepnie się maksymalnie to wtedy z pewnością los wszystkich prol już wkrótce ulegnie zasadniczej poprawie. W tym kontekście leseferyści – jak to dżentelmeni – zwykle unikają tematów wysokości płac (za wyjątkiem rytualnego jęczenia w/s regulacji stawek minimalnych), albowiem te przecież wylicza właściwie Wielki Kalkulator Rynkowy. Tymczasem WR, aplikując instrumenty analityczne wyciągniete jakby wprost z mizesologicznej podręcznej skrzynki ekono-narzędziowej, jednocześnie wydaje się podsycać prolo-roszczeniowość. O co może tutaj chodzić?

Otóż naszym zdaniem WR może być jakimś nowym prototypem lesefero-drona, wypuszczonym na rynek memetyczny z uwagi na fakt, że sprzedawanie standardowej gadki-szmatki o słabej wydajności, niskiej mobilności i żenującej elastyczności staje się coraz trudniejsze w środowisku, w którym coraz więcej proli zmuszona jest zap13rdalać na 2 etatach i często gotowa jest – dla oszczędności czasu i pieniędzy – spać w aucie zaparkowanym wprost pod swoim zakładem wyzyskodawania. Inaczej mówiąc poprzednia generacja teolibo-szczekaczek, typu Balcerowicz/Mordasewicz/Gomułka (czy ich licznych amerykańskich odpowiedników) traci z każdym dniem postępującej degradacji gospodarki leseferystycznej swoją siłę oddziaływania, stając się powoli auto-karykaturą i obiektem ekono-obciachu.

Stąd memetyka leseferystyczna, próbując być dalej cool, będzie – jak się można spodziewać – wprowadzać ulepszone modele rozsiewników swoich wirusów umysłowych, a jednym z takich modeli – jak  podejrzewamy – jest właśnie WR. Pochylenie się nad mizerią prolo-zarobków nic nie kosztuje (i nie obiecuje żadnej zmiany status quo), natomiast pod tym płaszczykiem można bardziej skutecznie rozsiewać monetarystykę, która – jak można było się przekonać przez 40+ lat praktyki – jest co do zasady memetyką anty-prolową. A dlaczego?

Podstawą krytycznego podejścia do monetaryzmu jest uznanie pewnych podstawowych faktów:

  • „Prole wydają więcej, niż zarabiają”, co z kolei jest podstawowym czynnikiem generacji zysków; stąd to prole stanowią kastę dłużników, podczas gdy kasta wierzycieli składa się z kapitalistów.

  • Inflacja nie bierze się z „druku” typu QE; ponieważ gros pieniądza powstaje w wyniku akcji kredytowej banków komercyjnych, BC co do zasady może próbować zwalczać inflację poprzez ograniczenie tej akcji kredytowej, podnosząc stopy % – ale temu krokowi towarzyszyć będzie jednocześnie ograniczenie aktywności gospodarczej (co w krainie Mt2 > Mt1 oznacza redukcję miejsc wyzyskobrania) oraz oczywiście te wszystkie prole, które wzięły kredyty wg. zmiennych stóp, będą fokked-up; ale nawet to nie gwarantuje sukcesu – pamiętamy „dokonania” naszego monetarystycznego guru w l. 1990-tych – mimo szokująco wysokich stóp inflacja hulała sobie w najlepsze – prawdopodobnie znacznie ważniejszym czynnikiem jej zdławienia było napompowanie bezrobocia do niebotycznych poziomów – kiedy po wielu latach starań rezerwowa armia osiągnęła w końcu liczbę 3 mln (w l. 2002-03], presja inflacyjna została w końcu zduszona przez pozbawienie siły nabywczej 20% aktywnej zawodowo populacji. Można to zobaczyć na naszym starym wykresie, na którym pojawiło się nam coś w rodzaju ducha krzywej Phillipsa.

  • Wysokie stopy, zarzynając popyt i kredyciarzy (i dopiero w efekcie tego zbijając inflację), karmią jednocześnie rentierstwo; obserwacja realnego ekono-świata wskazuje, że prole co do zasady nie posiadają oszczędności, a jeśli już posiadają – to w zasadzie tylko te wymuszone, najczęściej w efekcie tego, że część ich zarobków przechwytują różne finansowe sępy-fundusze para-emerytalne, które pompują następnie wyceny posiadanych w portfolio aktywów, najczęściej w drodze okrawania firm ze wszystkich parafernaliów, które nie służą bezpośredniej, co-kwartalnej generacji zysków oraz poprzez duszenie płac, skutkiem czego wygenerowany zostaje konflikt interesów pomiędzy prolami w wieku produkcyjnym, a tymi, którzy zostali zapakowani na pokład takich wehikułów finansowych, a przez to ich byt zależeć będzie od tego, w jakie obszary – zielone czy czerwone – zdryfuje ten statek, u którego steru stoją kapitanowie finansów (dla których prole to nic więcej, aniżeli kłopotliwe cargo).

  • Inflacja w normalnych warunkach (braku szoków podażowych) może mieć źródło w środowisku, w którym prole uzyskały (np. w wyniku niskiego bezrobocia czy pełnego zatrudnienia) przewagę negocjacyjną, w efekcie czego rosną płace –> kapitaliści chcą sobie to zrekompensować przez podniesienie cen. W tym świetle – kiedy wzrost dochodów proli POPRZEDZA inflację – obsesje anty-inflacyjne muszą – w paradygmacie leseferystycznym – logicznie znaleźć ujście w żądzy pohamowania wzrostu płac, czego nalepszą metodą jest doprowadzenie do wzrostu bezrobocia – dowolnym sposobem, czy to będzie wyciśnięcie większej podaży prolo-godzin (np. przez wciągnięcie porcji imigracji zarobkowej, uharatanie socjalu etc.), podniesienie stóp %/podatków czy przeniesienie zakładów produkcyjnych do krain prolo-taniości.

  • Wysoka inflacja ≠ wysokie stopy% – jak pisaliśmy wyżej, podnoszenie stóp % jest typową reakcją na wzrost inflacji BC osadzonych twardo w monetarystycznej legendzie, ale tak czy owak to jest decyzja polityczna/biuriokratyczna, tj. nie jest tak, że wysokie stopy muszą towarzyszyć wysokiej inflacji. Znacznie skuteczniejszym killerem inflacji byłyby podwyżki podatków (bezpośrednie zwiększenie tempa anihilacji hajsów) – to jednak rodzi dwa podstawowe problemy dla admirałów leseferystycznej gospodarki – (1) podatki ustala parlament (którego członkowie przynajmniej w jakimś stopniu pozostają w łączności z elektoratem), nie zaś mająca elektorat w d00pie garstka starannie dobranych wyznawców Wielkiego Lesefera i (2) podatków nikt nie lubi (oprócz złotowiekowców-masochistów), natomiast stopy % znacznej części populacji wiszą kalafiorem, a stąd mogą być manipulowane stosownie do potrzeb bez oglądania się na tłuszczę.

  • Wreszcie: część ogarniających sprawy wolnorynkowców wpadła na alternatywny pomysł, jak trzymać inflację pod butem (ale na pewno nie na poziomie 0%), nie generując jednocześnie mizerii czy to dla fabrykantów, czy dla skazanych na praco-rozdawanie proli, a to poprzez zwiększenie roli auto-stabilizatorów fiskalnych, które miałyby się w tej wersji opierać bardziej na stronie wydatkowej, aniżeli na hajso-anihilującej (podatkach), a przy tym też nie pompując kieszeni rentierów. Mowa o programach typu JG, które, jeśli kiedykolwiek zaimplementowane, zdjęłyby jarzmo totemu kontrolowania inflacji z BC wprost na wykonawcze ramię gubmintu, przekierowując wszelkie ew. pretensje socjal-darwinistycznego rentierstwa czy lumpen-rentierstwa na  operatorów tych „sztucznie utworzonych” stanowisk i ich adwokatów. Wolf Richter, pozostając w swoim zero-inflacyjnym klimacie, powinien w takim hipotetycznym momencie wrzucić jakiś wpis zalecający zmniejszenie stawek biorcom JG tak, żeby wszystkim pracownikom (czy raczej konsumentom) żyło się lepiej – zgodnie z zasadami kwantowo-monetarystycznego zaplątania memetycznego.

Pan WR wydaje się implikować, że w warunkach zerowej inflacji nominalne podwyżki stawek dla praco-najemno niewolników będą podążać zgodnie z historycznymi trendami, tj. wolno, bo wolno, ale będą rosnąć. Taka hipoteza (jeśli wyartykułowana wprost) prosiłaby się jednak o uzasadnienie. Owszem, z ekono-piśmiennictwa znane jest zjawisko sztywności (czy lepkości [1]) płac. Faktycznie jednak jest to bardziej konstrukt abstrakcyjny czy obserwowalny epizodycznie fenomen aniżeli jakaś aksjomatyczna zasada – wszystko zależy od tego, jak bardzo dokręcona jest prolo-dociskająca śruba. Jeśli stanie się tak, że deflacja czy zero-inflacja akurat podtopi zyskowność czy skłonności inwestycyjne kapitalistów i w konsekwencji zmiecie część pracorozdawaczy z rynku, zamiast podwyżek nominalnych należałoby się spodziewać raczej kolejnej fali prolo-uelastyczniania wymuszonego lamentami szczekaczek-pracorozdawaczek oraz przynajmniej zamrożenia ustawowych pensji minimalnych.

Tak czy owak, jest raczej pewne, że standardowy praktyczno-leseferystyczny gubmint – którego w zasadzie jedyną ekono-prerogatywą jest takie balansowanie gospodarką, aby mediana płac znajdowała się w okolicach poziomu subsistence (kalorie+rachunki+spłata mini-ratek/czynsz+prosta prolo-reprodukcja) – zrobi wszystko, aby w warunkach zerowej inflacji nie dopuścić do wzrostu płac nominalnych. Jedynym wielce prawdopodobnym skutkiem makro takiej hipotetycznej zero-inflacyjnej polityki w środowisku M(t2) > M(t1) byłby wzrost bezrobocia (choć nie można wykluczyć, że trwałe zblokowanie cen – przy założeniu, że w ogóle jest to wykonalne – doprowadziłoby do kolapsu kapitalizmu, co dodaje propozycjom WR pewnego powabu; choć to mało prawdopodobne, nie należy wykluczać, że WR gra w 11-wymiarowe ekono-szachy, których mechaniki PE-P nie jest w stanie ogarnąć).

Inaczej mówiąc, teoretyzowanie o promocji realnych płac w zero-inflacyjnym środowisku jest całkowitą mrzonką, pomijając już fakt taki, że aktualnie stosowane metody zapobiegania inflacji tak naprawdę targetują poziom aktywności gospodarczej per se, tj. w przypadku kiedy ekono-trendy (wskutek jakiejś chaotycznego pojawienia się jakiejś fazy optymizmu) przybliżą nas do perspektywy pełnego zatrudnienia, na gospodarkę musi zostać wylane jakieś anty-inflacyjne wiadro zimnej wody, przynajmniej lokalnie. Pojawienie się dynamiki presji na wzrost płac jest często wprost na otwartych kanałach definiowane przez lesefero-szczekaczki jako zagrożenie dla gospodarki, vide np. Rzońca albo przykład z ostatnich dni: niejaki J.Janecki [2]. Mechanika jest taka: jeśli prolom uda się w jakiś sposób wyrwać więcej grosza od wyzyskobiorców, ci będą z kolei próbować odbić sobie to, podnosząc ceny (czyli, jak można powiedzieć, u źródeł inflacji de facto będzie stać chciwość). Wobec takiej (rzadko obecnie spotykanej) dynamiki dylemat jest prosty: albo prolom uda się w trakcie tego procesu ścierania się interesów wyrwać kawałek realnego tortu dochodowego, albo też do akcji wkroczy rozhisteryzowany anty-inflacyjnie gubmint (np. poprzez wyciśnięcie dodatkowej porcji prolo-godzin) i dzięki temu zostanie utrzymane status quo. Kurczowe trzymanie się zero-inflacyjnego celu będzie miało taki skutek, że cała ta dynamika nie będzie miała szans wystartować w ogóle, w związku z czym szanse na podwyżki będą równe takiemu wolfo-richterowemu celowi inflacyjnemu.

Ale dosyć tego surfowania po falach algorytmu M(t2) > M(t1). Czytelnicy PE-P chyba już wiedzą, że dla nas marchewka wzrostu realnych wynagrodzeń (w krajach Centrum, szczególnie takich, które konsumują już teraz – w warunkach 40+ letniej stagnacji płac – ~5x tyle zasobów co średnia globalna, a pewno 7-8x tyle, co mediana) jest jedynie fantomem, którego zmaterializowanie się jest wysoce nieprawdopodobne;  można co najwyżej myśleć o racjonalizacji dystrybucji zasobów tego kurczącego się tortu.

Jedyną strategią pro-prolową, która wydaje się być realistyczna termodynamicznie, będzie dążenie do zasadniczej, uniwersalnej i prawnie usankcjonowanej zamordystycznej redukcji wymiaru czasu wyzyskodawania. Prole zamieszkujące Centrum muszą się niestety pogodzić z tym, że wobec faktu wyczerpywania się zasobów dywidendy termodynamicznej ich materialny poziom życia będzie niższy niż ten, którym mogli się (epizodycznie) cieszyć ich rodzice i dziadkowie. Jedynym sensownym kierunkiem jest, primo, zmuszenie kapitalistów do postawienia własnym sumptem odpowiednio efektywnej, zasobo-oszczędzającej bazy produkcyjnej, a następnie – jeśli faza I osiągnie zadowalający poziom – wyrzucenie algorytmu całkowicie M(t2) > M(t1) do kosza (czy może raczej akceleracja jego nieuchronnego zmierzchu, co pomoże oszczędzić przynajmniej część zasobów).

[W kontekście realistycznych scenariuszy zwijania się kapitalizmu otwieranie nowego frontu walki z inflacją można porównać do przywdziewania metalowej zbroi na wypadek, jesli nasz Titanic zderzy się z górą lodową; prawdopodobnym problemem umierającego kapitalizmu będzie – oprócz załamania się stóp zysku – głęboka deflacja. Owszem – niskie stopy % sprzyjają pewnym patologiom typu windowanie cen pewnych aktywów nadających się do spekulacji, ale patologie w dystrybucji zasobów są tak czy owak nieodłączną cechą gospodarek motywowanych wartością wymiany (głównym problemem jest napompowanie cen ziemi, ale to jest bardziej funkcją eksplozji demograficznej i utowarowienia tego zasobu w ramach kapitalizmu, aniżeli skutkiem luźnej polityki stóp; prędzej czy później, pod wpływem presji środowiskowych, to szaleństwo będzie musiało być i tak w jakiś sposób powstrzymane). Słowem, każdego, kto terkocze o inflacji w warunkach gigantycznego zadłużenia gospodarstw domowych i stagnacji zarobków w środowisku barier dalszego pompowania pekabu (nie mówiąc już o nadchodzącym zmierzchu gospodarki monetarnej jako takiej), należy od razu uznać za ekono-szarlatana (albo ew. za ekono-maverika, któremu marzy się brutalne i podstępne rozsadzenie systemu przy wykorzystaniu memetyki z arsenału tegoż właśnie systemu).]

W efekcie przyjęcia wyżej wymienionej strategii (redukcji wymiaru czasu pracy wymuszającej na kapitalistach efektywność), być może kilka kolejnych prolo generacji będzie mogło się przynajmniej cieszyć niespotykaną od XVIII w. ilością wolnego czasu, który – miejmy (płonną) nadzieję – pozwoli dokonać zasadniczej przebudowy osobistych memetyk, a to następnie z kolei – optymistycznie – umożliwi zachowanie integralności cywilizacji w warunkach braku dywidendy termodynamicznej. Dzisiejszą lekcją jest to, że tego czasu wolnego nie należy marnować na lekturę piśmiennictwa pseudo-progresywistów wszelkiej maści (których zarówno liczba jak i poziom wyrafinowania będą najprawdopodobniej rosły proporcjonalnie do tempa kumulowania się nierozwiązywalnych problemów gospodarek leseferystycznych), a już zwłaszcza takich, którzy pozycjonują się jako prolo-przyjaciele, jednocześnie przemycając podprogowo (z premedytacją czy z przyczyn ignorancji) pro-frirajderską propagandę, czego przykładem był cytowany dziś wpis WR (przynajmniej, jeśli uznamy teorię 11-wymiarowych ekono-szachów za mało prawdopodobną).

Czyli, reasumując, odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi NIE – nie można pogodzić wyznawania monetaryzmu z aspiracją bycia prawdziwym przyjacielem prolo-kompostu, przynajmniej przy założeniu, że chcemy konserwować model oparty o algorytm M(t2) > M(t1), a.k.a. kapitalizm. Mimo to – wielu próbuje (z tego część być może nawet szczerze). Oczywiście, teoretycznie, możliwe jest instrumentalne posługiwanie się monetarystyką na potrzeby akceleracji procesów auto-rozkładu kapitalizmu, jednak aby uznać taką strategię za obiecującą, jej autorzy, naszym zdaniem, powinni umieszczać ją w odpowiednim, logicznym kontekście.

PS. Dla jasności – ten odcinek nie ma na celu kwestionowania faktu, że w praktyce gubminty stoją na straży trzymania płac pod neoliberalnym butem. Źródło siły tego nacisku nie tkwi jednak w schemacie, według którego funkcjonują instytucje gubmintowe (włączając w to banki centralne) per se; wszelkie efekty prolo-mizerii osiągane są przez to, że w praktyce tzw. demokracji reprezentatywnej gubminty krajów kapitalistycznych są jedynie wehikułem transmisji interesów kapitalistów, czyli inaczej – istniejące instytucje, zakładając możliwość obsadzenia ich faktycznymi reprezentantami proli (tj. 90% populacji), byłyby w stanie z łatwością zasadniczo zmienić sposób dystrybucji dochodów i strumienia dóbr z elitarnego na egalitarny. Niestety, warunkiem tego wydaje się być abolicja demokracji przedstawicielskiej (która w praktyce zdegradowała się już dawno do systemu 1$ ≈ 1 głos) jak i odejście od kurczowego trzymania się algorytmu M(t2) > M(t1).

Dodatkowo my – w przeciwieństwie do WR i wielu innych pseudo-zatroskanych prolo-losem – trwamy przy hipotezie, że wzrosty płac realnych w krajach Centrum osiągnęły już i tak maksimum na gruncie tego, co można wycisnąć dla populacji z dostępnych (jeszcze) zasobów dywidendy termodynamicznej. Chcąc zachować kapitalistyczne stosunki produkcji (w tym zasadę wyciskania podaży prolo-godzin w ilości minimum 40 h/tydz. zamiast rekomendowanej przez PE-P radykalnej obniżki wymiaru czasu pracy połączonej z eutanazją rentierstwa) ewentualnych lekarstw doraźnych należałoby szukać przede wszystkim w działaniach takich jak oddłużenie populacji w drodze np. Debt Jubilee, tj.  dokonując transferu pasywów proli w bilanse gubmintów, bądź – zamiennie – właśnie wręcz podkręcić dynamikę inflacyjną (np. przez radykalne podwyżki płac minimalnych), cały czas utrzymując niskie stopy % tak, żeby umożliwić zmniejszenie realnego ciężaru długów w relacji do dochodów.


1. Termin lepkość na pierwszy rzut oka sugeruje coś w rodzaju, że prole mają lepkie łapki i w związku z tym zawsze czają się, żeby zrujnować swojego praco-łaskawo-dawcę, albo że płace per se to coś takiego lepko-odrażającego, co powinno być najlepiej w ogóle zlikwidowane. Faktycznie jednak chodzi o to, że (jak to ponoć zauważył Keynes – notoryczny – wg. mizesologii – promotor inflacji) prole reagują alergicznie na nominalne obniżki płac, natomiast ich malutkie umysły nie pozwalają im dostrzec obniżek realnych, które da się załatwić, psując hajsy.
2. „Sytuacja spadającego bezrobocia i rosnącego zatrudnienia jest bardzo niekorzystna z punktu widzenia gospodarki, jeśli musi się przełożyć na wzrost płac – komentuje Jarosław Janecki, główny ekonomista z Societe Generale w Warszawie.” (źródło: forsal). To krótkie stwierdzenie doskonale obrazuje filozofię kasty wierzycieli, których ewolucja systemu wyniosła – od co najmniej ~40 lat – na pozycję admirałów gospodarki kapitalistycznej.

Reklamy

Skąd się biorą zyski i czy to stanowi problem dla ekono-heterodoksów?

Dziś powrót do heterodoksyjnych konceptów makro, które roztrząsaliśmy już kiedyś na starych blogach MMT, jednak tym razem z uwzględnieniem pewnej krytycznej perspektywy – wartej naszym zdaniem uwagi – na którą natrafiliśmy dzięki prof. Egmontowi Kakarot-Handtke [EKH] z Uniwersytetu w Sztutgarcie, który bloguje pod tym adresem. O co tym razem chodzi?

Otóż EKH jest niewątpliwie mocnym (acz niszowym) przykładem ekono-chemitrailsera czy ekono-maverika choćby z uwagi na to, że jego teksty przepełnione są niedyskryminacyjną dezawuacją WSZYSTKICH istniejących sekt ekonomistów, których On sam wyróżnia 4: Walrasjanie (marginaliści), Keynesiści (w tym heterodoksi typu MMT, czy w ogóle PK), Marksiści i Austriańczycy (mizesolodzy). Na jakiej podstawie EKH bazuje swój atak? Otóż Jego zdaniem memetyka każdej z tych sekt opiera się na nie-naukowym fundamencie. W przypadku marginalistów i mizesologów szczególnym problemem jest to, że swoją memetykę konstruują w drodze ekstrapolacji mikro do makro [1], natomiast przypadłością już wszystkich szkół jest niezrozumienie kluczowego w nauce ekonomii konceptu, jakim jest zysk.

Brak ogarniania konceptu zysku jest (według EKH) przez wszystkie wymienione szkoły maskowany ekono-mowo-trawą, głównie o ekono-politycznym zabarwieniu – stosownie do upodobań czy sympatii poszczególnych sekt. Następnie na tej nie mającej naukowych podstaw bazie sekty te pieczołowicie budują swoje odmienne mega-konstrukcje memetyczne, które jednak – posiadając wbudowany pierworodny grzech a-logiczności u samego swojego zarania – są niczym więcej jak wielką kupą mambo-dżambo wzniesioną faktycznie celem propagacji jakichś interesów, nie zaś bynajmniej na potrzeby zgłębiania wiedzy o faktycznych procesach i zależnościach [2].

Czytaj dalej

500+ jako inspiracja do ekono-zapasów w monetarystycznym kisielu

Jednym z najzabawniejszych ekono-produktów ubocznych generowanych przez leseferystyczny gubmint odmiany „ekono-ksenofobicznej”, który ma okazję obecnie reprezentować kapitalistów nad Wisłą, są przepychanki memetyczne ekono-recenzentów, zwłaszcza te koncentrujące się wokół wprowadzonego przez ten gubmint para-socjalu, ze szczególnym uwzględnieniem jego wpływu na wynik fiskalny. O ile wiosną na topie był temat przekroczenia przez generację złotówkowych aktywów finansowych netto rubikono-granicy 1 bln, o tyle obecnie ekono-hajp skupił się na tzw. nadwyżce budżetowej (czyli odessaniu hajsów z gospodarki), która ponoć pojawiła się po 7 m-cach fiskalnych roku 2017, wynosząc po tym okresie 2,4 mld.  Co się zatem tak naprawdę dzieje? Na to pytanie spróbujemy odpowiedzieć na końcu odcinka, ale najpierw o tytułowych zapasach.

Czytaj dalej

Z cyklu „Co zamiast PKB?” – IWPNN

Jak wiemy, PE-P nie należy do zwolenników epatowania czy w ogóle posługiwania się pekabem (czy jego wariacjami typu PKB p-c/PPP) jako miernikiem dobrobytu, a już w szczególności jako wyznacznikiem dobrostanu prolo-kompostowców. Swego czasu jako przykład alternatywnego wskaźnika ekono-kondycji populacji podaliśmy Satisfaction with Life Index. Z podobnych klimatów można dorzucić opracowanie ze strony Our World in Data albo World Happiness Report (pdf  – dla ciekawych, a leniwych: Trzecia Neoliberalna na miejscu 46/155 – całkiem nieźle!)

Ale uczynić ludzi szczęśliwszymi czy chociażby bardziej usatysfakcjonowanymi nie wydaje się sprawą łatwą, stąd my dziś przygotowaliśmy propozycję zastosowania innego wskaźnika dobrostanowego – takiego, który każdy kraj mógłby sobie poprawić z dziecinną wręcz łatwością! Tym wskaźnikiem, który w tym odcinku niniejszym chcemy zaprezentować (i wypromować!) jest Indeks Wolności Praco-Najemno Niewolników [IWPNN] (lub – alternatywnie: Indeks Prolo-Wolności). Indeks ten uzyskuje się, biorąc liczbę godzin przepracowanych rocznie przez średnio-statystycznego zatrudnionego prola, a następnie dokonując jej odwrócenia (wrzucenia do mianownika [1]). Tj. im mniej godzin wyzyskodawania przypada średnio na pracującego obywatela, tym pozycja kraju w rankingu IWPNN będzie wyższa.

Spójrzmy na zestawienie przygotowane przez OECD (uszeregowane od najmniejszej do największej liczby przepracowanych prolo-godzin):

Czytaj dalej

Fuzja ekonomii i termodynamiki typu MSM – recepta na synergetyczną bombę lobotomizującą?

Każdy, kto zagląda do PE-P, czy w miejsca takie jak Cassandra Legacy, Club Orlov czy archdruidreport (obecnie już nieistniejący, ale zarchiwizowany pod podanym linkiem) zauważy, że problemy wyczerpywania się zasobów, w tym zwłaszcza dywidendy termodynamicznej w postaci paliw kopalnych, są w takich miejscach prezentowane jako co najmniej równej wagi problem jak Globalne Ocieplenie [G.O.]. Tymczasem w przypadku, jeśli chcieć by czerpać wiedzę z kanałów główno-nurtowych [MSM], przyswojona zawartość informacyjna dotyczyłyby praktycznie jedynie tego drugiego aspektu (potencjalnego!) konfliktu gospodarki z termodynamiką. Czyli inaczej – mielibyśmy okazję zapoznać się jedynie z jedną stroną zagrożeń, na jakie może natrafić w najbliższej przyszłości model gospodarczy oparty na wrzucaniu węglowodorów (ko)palnych do pekabowego kotła.

Ta asymetria informacyjna frapowała nas już od dość dawna, jednak od pewnego czasu zdziwienie ustąpiło miejsca podejrzeniom, że w gruncie rzeczy nie mamy do czynienia z procesem połowicznego informowania, a z ze zorganizowanym procesem dezinformacyjnym, coś na kształt jak to ma miejsce w przypadku zagadnień stricte ekonomicznych.

Czytaj dalej

Dla kogo (a na kogo) upadł Mur?

Ostatnio na nakedcapitalism.com podchwyciliśmy link do starej, ale interesującej i nadal aktualnej notki z 2014 r. For Whom the Wall Fell? A Balance Sheet of the Transition to Capitalism  [Dla kogo upadł Mur? Bilans transformacji do kapitalizmu]. Wymowa artykułu jest generalnie w sposób dość istotny sprzeczna z ustaleniami ipeeno-ekonomii: przejście do kapitalizmu okazało się jednoznacznie korzystne jedynie dla 3 krajów byłego Obozu „komunistycznego”, których populacja stanowiła łącznie zaledwie 10% ogółu ludności będącej przedmiotem tych transformacji.

Ale jest też dobra wiadomość dla nadwiślańskich ipeeno-ekonomistów: na tym podium, oprócz Albanii i Estonii, znalazła się – ta-dam! – Trzecia Neoliberalna!

Co z resztą ferajny? Można sobie doczytać dokładniej w artykule; my nadmienimy tylko, że jego Autor – Branko Milanovic – przyjmując za podstawę kryterium pekabowego „doganiania” bogatych krajów OECD – wyróżnił 4 kategorie scenariuszy, według których ukształtowała się na przestrzeni lat 1990-2013 ekono-sytuacja post-„komunistycznych” krajów (w nawiasach % udział populacji, które przynależały do danej grupy):

  1. Ewidentna porażka (20%)
  2. Względna porażka (40%)
  3. Dotrzymywanie tempa (10%)
  4. Sukces (30%)

gdzie „sukces” oznaczał średni roczny wzrost pekabu powyżej 2%.

Czytaj dalej

Po co są praco-rozdawacze? (2/2)

Kontynuując (podkoloryzowane) streszczenie „What Do Bosses Do?” S. Marglina, dziś o podziale pracy i roli Integratorów w ERZE FABRYK.

Wg. „oficjalnej” wykładni leseferystycznej, w momencie kiedy nastąpiło poważne zespolenie dwóch technologii: wykorzystania energii grawitacyjnej wody (a następnie spalanego węgla) oraz zaawansowanych maszyn przędzalniczych, zorganizowanie siły roboczej w jednym miejscu – fabryce (w miejsce powszechnego uprzednio systemu pracy nakładczej) – stało się niejako dziejową koniecznością mającą służyć dalszemu usprawnianiu generowania bogactwa materialnego. Fakt zwycięstwa fabryki nad cottage industry (chałupnictwem) stanowić ma dowód, że ekono-ewolucja „wybrała” model fabryczny jako po prostu lepszy, czyli bardziej efektywny.

Marglin zwraca jednak uwagę, że w piśmiennictwie okresu można z łatwością odnaleźć ślady innych, już nieco mniej „progresywnych” motywów, którymi kierowali się kapitaliści, zaganiając proli do swoich XIX-wiecznych Satanic Mills – koncentracja siły roboczej pod dachem kapitalisty niewątpliwie pozwalała zaostrzyć nadzór i dyscyplinę, których aplikacja w modelu zdalnej pracy chałupniczej była bez wątpienia trudniejsza. Ale zaraz, zaraz… przecież zgodnie z leseferystyczną memetyką, w warunkach konkurencji doskonałej nie ma w ogóle potrzeby dyscyplinowania czy nadzorowania pracowników przez kapitalistów, ponieważ zadania te mają wypełniać najlepiej mechanizmy rynkowe per se! Zatem fakt, że klasa Integratorów dostrzegała potrzebę takiej dyscyplinującej reorganizacji produkcji, świadczy o tym,  że wolna konkurencja w praktyce nie działała w obiecywany przez teoretyków leseferyzmu sposób!

Czytaj dalej

Po co są praco-rozdawacze? (odc. 1/2)

[Na podstawie „What Do Bosses Do?” Stephena Marglina]

Jednym z najmocniejszych i stosunkowo trudnych do kontestacji memów pro-kapitalistycznych jest założenie, że kapitalistyczny model podziału pracy, a dokładniej mówiąc – alienacji proli od procesów produkcyjnych – przynosi korzyści nieosiągalne w innych modelach gospodarczych, a to w postaci – jak się dość powszechnie uważa – nadzwyczajnej efektywności. Mówiąc brutalnie – taki podział ról w gospodarce dopiero kiedy zostanie nałożony na wygenerowany przez kapitalistyczne stosunki produkcji „miękki” przymus ekonomiczny, jest w stanie zaowocować synergią, w której nastąpi korzystne zespolenie efektów zarówno odpowiedniej motywacji jak i organizacji pracy. Dodatkowo konkurencja między kapitalistami poszukującymi okazji do zwiększenia zysku prowadzić będzie do technologicznego „wyścigu zbrojeń”. W rezultacie system ten – pomimo swoich niedoskonałości i pewnych niedogodności – na wyjściu będzie zapewniać nadzwyczajny poziom dobrobytu materialnego.

Innym systemom gospodarowania do osiągnięcia sukcesu zabrakło (czy zabraknąć ma) właśnie tego efektu synergii. Np. jedne z nich (niewolnictwo, gospodarki nakazowo-rozdzielcze, czyli „komuna”) będą co prawda zdolne (być może nawet w większym stopniu niż kapitalizm) do stworzenia zaawansowanych struktur organizacyjnych dla celów maksymalizacji produkcji, natomiast ich problemem – z różnych przyczyn – będzie deficyt dostępnych instrumentów motywacji siły roboczej. Inne z kolei, jak feudalizm, o ile charakteryzują się nieco lepszym od tych pierwszych środowiskiem dla motywowania do pracy (np. na własnym dzierżawionym poletku czy warsztacie, w dniach wolnych od odrabiania pańszczyzny oczywiście), jednak natura tych systemów utrudnia zawiązanie się złożonej organizacji (i zaawansowanego podziału pracy), skutkiem czego produkcja będzie odbywać się w prymitywnych łańcuchach np. pracy nakładczej. Podobnie – żaden z tych systemów (ponoć) nie zawiera samoczynnie nakręcających się procesów innowacji przez dysrupcję, stąd skazane będą na trwanie w odmętach stagnacji technologicznej.

Czytaj dalej

Skąd wziął się kapitalizm?

W wersji „oficjalnej” kapitalizm był albo – w środowisku memetycznym zorientowanym wokół totemu postępu – wynikiem naturalnej ewolucji stosunków produkcji, stanowiąc jej szczytowe osiągnięcie, bądź też – w narracji niektórych odłamów ortodoksji leseferystycznej – to szczytowe osiągnięcie jest (czy raczej ma być, bo prawdziwego kapitalizmu tak naprawdę jeszcze nigdzie nie ma, łinkłink) niczym więcej jak tylko właśnie powrotem do natury – mitycznej krainy truck-barter-eksczeńdżowania, który to jednak powrót jest nieustannie sabotowany przez spiski kolektywistów. Tak czy owak, kapitalizm (nawet jeśli taki nie do końca prawdziwy czy perfekcyjny) stanowił niewątpliwie postęp wobec feudalistycznych metod organizacji gospodarowania, i „jak dotąd nie udało się wymyślić niczego lepszego” (i prawdopodobnie się nigdy nie uda – ile razy ktoś próbuje, zawsze kończy się to płaczem i brakiem papieru toaletowego).

Może tak, może nie. Zacznijmy od tego, że obiektywna analiza dobroczynnego wpływu kapitalizmu na zdolność produktywnego angażowania zasobów jest praktycznie niemożliwa z uwagi na to, że historia ekspansji tego modelu gospodarowania zbiegła się prawie dokładnie w czasie z introdukcją (na szeroką skalę) angażowania dywidendy termodynamicznej do napędzania procesów gospodarczych, a krzywa intensyfikacji aplikacji tej dywidendy jest często-gęstą bliźniaczą siostrą krzywej pekabowej. Być może gdyby nie kapitalizm, zasysanie i spalanie paliw kopalnych następowałoby wolniej i przez to pekab rósłby w mniejszym tempie, ale założenie, że bez kapitalizmu nie byłoby maszyny parowej, silnika spalinowego czy elektryfikacji byłoby raczej dość śmiałą hipotezą. Jedynym dość bezsprzecznym [1] faktem wydaje się być to, że wymiana elit – gdzie klasa próżniacza utrzymująca się z rent feudalnych była stopniowo wypierana przez kapitalistów zorientowanych na zyski z produkcji – stanowiła postęp jeśli chodzi o generację bogactwa materialnego, przynajmniej z punktu widzenia makro (bo w skali mikro, a zwłaszcza z poziomu plebso-pod-ludzików, już wcale niekoniecznie, o czym za chwilę).

Czytaj dalej

Parę słów o akceleracjonizmie

Akceleracjonizm to mniej więcej filozofia oparta na takim proroctwie, że kapitalizm sam w sobie zawiera ziarno swojej zguby i, jeśli pozostawiony swojemu biegowi, otworzy drogę do jakiegoś innego, w domyśle lepszego, systemu gospodarowania zasobami. Na ogół wyróżnia się dwa typy akceleracjonizmu: „prawicowy” czy „wolnorynkowy” (N.Land) i „lewicowy” (marksistowski). Zgodnie z memetyką tego pierwszego kapitalizm prowadzić ma do czegoś na kształt singularitarianizmu ala Kurzweil, natomiast wersja marksistowska zakłada, że produktem finalnym kapitalizmu będzie komunizm, czyli abolicja niewolnictwa praco-najemnego (oraz – w wersji pełnej – także pieniądza i państwa). Na potrzeby tego odcinka tę drugą odmianę nazwijmy markscelerocjanizmem.

Bowiem zalążki akceleracjonizmu można znaleźć już właśnie w piśmiennictwie Marksa. Generalnie idea jest taka, że kapitał jest ślepą siłą, swego rodzaju organizmem (czy może zbitkiem memów, które – zalęgnąwszy się w korach sapiensowych, próbują za pomocą opanowanych przez siebie biolo-wehikułów, skompatybilizować hurtowe peregrynacje ziemskiej materii zgodnie ze swoimi prerogatywami, bez oglądania się na potrzeby owych sapiensowych nośników), który raz wprawiony w ruch nie da się kontrolować i którego jedynym celem jest auto-ekspansja. Ta ścieżka niejako przy okazji generuje usprawnienia technologiczne i organizacyjne oraz  prowadzi także do zjawiska koncentracji kapitału w procesie, gdzie większe kapitalisto-ryby pożerają te mniejsze. W końcowym etapie tej dynamiki nastąpi jakiś kolaps – to znaczy po osiągnięciu pewnego progu rozwoju kapitalizm sam sobie własnoręcznie odetnie możliwości dalszej generacji zysków, a tym samym ekspansji; inaczej mówiąc w pewnym momencie zachowanie algorytmu M(t2) > M(t1) stanie się, jeśli nie fizycznie, to ma-te-ma-ty-cznie (i prawdopodobnie także memetycznie) niemożliwe.

Czytaj dalej