Co to była „komuna” – post scriptum

Ok, zdajemy sobie sprawę, że dawka historio-ekono- memetyki pod hasłem  ‘Co to była „komuna”? zbliża się do poziomów znużenia, ale tak czy owak chcielibyśmy wrzucić coś w charakterze podsumowania naszego streszczenio-przekładu artykułu libcom.org  (tam i tu). Czym zatem w końcu była ta „komuna” (czyli XX-wieczne reżimy gospodarek tzw. nakazowo-rozdzielczych)? Ale może najpierw może ‘czym nie była’? Otóż nie była, oprócz może krótkich lokalnych epizodów jak spontaniczne przechwytywanie zakładów produkcyjnych przez chcących się samo-rządować proli, „prawdziwą komuną”, tzn. taką, gdzie następuje abolicja płaco-najemno-niewolnictwa czy odejście od systemu podziału organizatorzy/wykonawcy produkcji. Nie była, gdyż w kraju tzw. Rad, prolo-rady faktycznie nie miały nic do powiedzenia, a proli do roboty w miejsce burżuazji zaganiała biurokracja, która do kontroli i zabezpieczenia swojej pozycji budowała stopniowo coraz bardziej wszechobecny i opresyjny aparat przymusu gubmintowego. Nie była, ponieważ internacjonalizm schowano bardzo szybko i bardzo głęboko do szuflady, za cel przyjmując ekspansję państwa (wielo)narodowego, które miało być wehikułem propagacji  interesów/siły przetargowej tej biurokracjo-kasty na arenie międzynarodowej, wykorzystującej przy okazji instrumentalnie towarzyszy-internacjonalistów w innych krajach do memo-propagacji takiego narodowo-kastowego celu. Nie była, ponieważ alienacja proli od środków produkcji i środków spożycia pozostała bez istotnych zmian względem wzorców przyjętych w leseferyzmie.

Czytaj dalej

Czy 500+ jest progresywne?

(Uwaga: ten odcinek – zgodnie z dewizą PE – nie ma na celu grzebania w nadwiślańskim mrowisku politykabuki. Program 500+ traktujemy jedynie jako materiał do studium przypadku dla rozwinięcia zagadnień stosunków neoliberalne państwo <–> prole.)

Dla tych, którym nie zechce się czytać całości, dostarczamy odpowiedź na tytułowe pytanie od razu na wstępie: przyjmując roboczo „progresywność” jako zestaw działań (czy szczerych postulatów takich działań), mających w długoterminowej (inter-generacyjnej) perspektywie poprawić zoptymalizować zagregowaną jakość życia populacji w relacji do dostępnych zasobów – odpowiedź brzmi: NIE, 500+ nie jest  progresywne. Czy jest to postęp względem tego, co mieli do zaproponowania leseferyści zielono-wyspowi? Prawdopodobnie tak [1], ale pod warunkiem, że deklaratywne cele Programu (tj. zwiększenie dzietności) NIE zostaną osiągnięte. (BTW. ciekawe uwagi w/s „co to postęp?” do poczytania tu).

Czytaj dalej

Co to była „komuna” (odc. 2)

W toku roztrząsania genezy degeneracji „komuny” w poprzednim odcinku tego mini-cyklu doszliśmy do hipotezy, według której w ZSRR nie działało prawo wartości wymiany ani też nie występowało zjawisko stowaryzowania pracy, a stąd nie mieliśmy do czynienia z ekstrakcją wartości dodatkowej – ergo: klasyfikacja tego systemu jako kapitalistycznego (kapitalizmu państwowego) jest bezzasadna.

Tak też uważał H.Ticktin, który miał okazję zabrać głos w sprawie znacznie później (w l. 1970-tych), kiedy „degenerację” „komuny” trudno było już uznawać za jakiś stan przejściowy. Narracja Ticktina, pomimo istotnych słabości, jeśli chodzi o koherentność diagnozy czy jej kompatybilność z teorią Marksa, zawiera niewątpliwie szereg interesujących spostrzeżeń wartych krótkiego zarysowania. Czytaj dalej

Ekono-zło zamieszkało na wiki.pl

Miało być kontynuowane o „komunie”, ale ciągle trafia się coś, co nas rozprasza. Może mamy ekono-adhd? A może to ONI robią wszystko, żeby odcinek nr 2 nigdy się nie ukazał? >:D Tak czy owak, tym razem czynnik odwrócenia uwagi dostarczyła wiki_pl.

W zasadzie podejrzewaliśmy, że coś jest nie-halo już od dawna, ale rzeczywista skala inwazji anty-ekonomii na wiki.pl objawiła nam się przypadkowo przy okazji zerknięcia na art. w/s Wielkiego Kryzysu. Naszą uwagę zwróciła nagłówkowa notka „Treść tego artykułu może nie być zgodna z zasadami neutralnego punktu widzenia.” Po krótkim grzebaniu o co kaman, całe zamieszanie stało się jasne: otóż postrzeganie New Deala jako tratwy ratunkowej, którą prolom (a w innej wersji – jeszcze bardziej nie-neutralnej – kapitalistom, o czym za chwilę) sprezentował FDR, czyniąc z gubmintu praco-rozdawacza, w środowisku nadwiślańskiej perwersji wolnorynkowej debaty ekonomicznej nie może być odczytywane jako neutralny punkt widzenia. Stronniczość polega na nieuwzględnieniu w treściach cyt. artykułu perspektywy pewnego szczególnego gatunku ekono-memo-generatorów, który w większości miejsc na świecie zredukowany został w drodze lesefero-memo-ewolucji do pełnienia funkcji li-tylko pomocniczej, jak np. zamulania tabloidowych ekono-forów; czyli inaczej: przetrwał w skali globalnej jedynie w postaci pewnych artefaktów – pozostałości dawnej, epizodycznej „świetności” (tj. czasów, kiedy co bardziej zawzięci entuzjaści tej odmiany ekono-patologii zdobywali się nawet na taki desperacki akt poświęcenia jak przeczytanie całego „Atlasa, który wzruszył ramionami” [wszystkie wasze tłumaczenia są tak udane? nie dziwota, że zamiast zarabiać uczciwie na życie, marnujecie czas na ekono-chemitrailsowanie] łącznie z legendarnym 90-stronnicowym monologiem dżonogaltowym, przy którym nawet nasze diatrybowanie zaczyna wydawać się wzorcem zwięzłości); czyli artefaktów takich jak bezgraniczna afirmacja wyzysku, bałwochwalcze czczenie praco-rozdawaczy (ale tylko prywatnych!), balansująca na granicy sadyzmu promocja socjal darwinizmu czy fanatyczne wspieranie cząsteczkowej teorii pieniądza. Te archaiczne formy współcześnie żerują czy są uprawiane głównie już na ogół tylko w różnych mrocznych niszach, a praktyczni leseferyści starają się je na ogół trzymać na bezpieczny dystans od „salonów” czy od głównych ośrodków krzewienia anty-wiedzy (nauki upadłej tj. ekonomii burżuazyjnej głównego nurtu). Czytaj dalej

Zapomnij o podwyżkach – pracuj krócej za tyle samo

Przerwiemy na chwilę naszą narrację o historii „komuny”, żeby wrócić do spraw bieżących (czy przyszłych), dla których pożywkę regularnie dostarcza nam Forsal. Tym razem forsalowy tekst, który na zaintrygował, zwraca celnie uwagę na zagadkowe zjawisko, gdzie – wbrew nadziejom realistów rynkowych (i wbrew obawom randroidów) – zmniejszające się bezrobocie rejestrowane w wiodących krajach leseferystycznych nie przyniosło jak na razie zauważalnego wzrostu płac. Z wyjaśnieniem tego, jakby się wydawać mogło, dość kontra-logiko-rynkowego fenomenu spieszy ekonomista socjete-żenerala (legitymujący się znajomo brzmiącym imienio-nazwiskiem Omair Sharif): winna jest (surprise!) słaba produktywność!

Nieco przekornie dziś Pracownia postanowiła się z tezą ekono-eksperta zgodzić; tj. zgodzić się w tym zakresie, że produktywność jest (i prawdopodobnie pozostanie już zawsze) kiepska, ale, co ważne, tylko w tym zakresie, kiedy mamy na myśli uśrednioną realną produktywność w ujęciu makro (realną czyli taką, która określa zdolności wytwarzania gadżetów, a nie przetaczania strumieni $). Tzn. w zakładach, w których jeszcze się coś wytwarza (czyli tych, które postanowiły tkwić w przeżytkowych, brudnych i hałaśliwych odmętach gospodarki industrialnej), ta produktywność rosła, rośnie i najprawdopodobniej jeszcze długi czas rosnąć będzie, czyli wolumen gadżetów, opuszczających linię produkcyjną, przypadający na jednego prolo-operatora urządzeń wytwarzających, będzie każdego roku coraz większy.

Jednak tym lokalnym przyrostom wydajności towarzyszy nieustannie zjawisko rozprzestrzeniania się epidemii superfluous jobs/labor (stanowisk czy czynności nadmiarowych – zbędnych z punktu widzenia dostarczania przydatnych produktów i usług) – częściowo w zakładach produkcyjnych (np. marketingowcy), ale przede wszystkim w pozostałych, nowoczesnych post-industrialnych sektorach gospodarki, w tym szczególności w sektorze usług, zwłaszcza w branży tzw. usług dla biznesu. Krańcowe przyrosty produktywności w już stajloryzowanych na maksa i zaawansowanie zautomatyzowanych fabrykach są jednocześnie generalnie coraz mniejsze (hajpowanie o robotach jest w modzie, ale fakty są takie, że w branży produkcji nisko wiszące konfitury zostały zebrane już w XX w.), natomiast jeśli chodzi o generację superflouos jobs w zasadzie nie występują tu żadne bariery technologiczne; jedynymi ograniczeniami będzie tu dostępność prolo-godzin w przystępnych cenach, zdolność absorbcji przepływu strumieni pieniądza zgodnie z algorytmem Mt2 > Mt1, oraz ewentualnie w jakimś stopniu dostępność taniej energii, którą można wrzucić do tego konkretnego paro-gwizdkowego kotła generacji pekabu. Czytaj dalej

Co to była „komuna”? (1/3?)

Dla zwolenników leseferyzmu czy w ogóle dla miłośników wolnego rynku to, co reprezentował sobą ZSRR oraz następnie państwa satelickie, nie wydaje się budzić większych wątpliwości: była to po prostu jedyna osiągalna w praktyce personifikacja utopii zwanej komunizmem.

Fakt nieosiągnięcia zakładanych standardów czy wręcz degeneracji poniżej tych, które stały się później normą w burżuazyjnych krajach pod współrządami socjaldemokratów, nie był tajemnicą nawet dla populacji, zamieszkujących terytoria objęte reżimami para-kolektywistycznymi, a przez to odciętych od bezpośredniego ostrzału leseferystycznych myślo-czołgów. Wskutek ciężaru faktografiki nawet ci, którzy byli uczestnikami czy entuzjastami Rewolucji jak i pokolenia późniejszych badaczy tematu o około-marksistowskiej proweniencji – większość z nich była skłonna przyznać, że praktyka była dość odległa od oczekiwań czy od pokładanych nadziei.

Ponieważ powszechnym konsensusem jest to, że, krótko (i delikatnie) mówiąc, cały ten eksperyment okazał się nieudany, dla praktycznego współczesnego anty-leseferysty naturalnym działaniem wydawałoby się odstawienie tych historii na bok i skoncentrowanie się na rzeczach, które dzieją się tu i teraz. I tak też byśmy uczynili, gdyby nie ewidentne ciągoty leseferystów, którzy upadek „komuny” skwapliwie wykorzystują do celów całkowitego pogrzebania całej idei świata, który miałby się opierać na zasadzie „każdemu według potrzeb [1], od każdego wg. możliwości” [KWP-OKWM] zamiast na wolnej wymianie rynkowej, oraz w którym nie występowałby podział na klasy organizatorów produkcji oraz jej realizatorów. Czytaj dalej

Ratuj gubmincie! czyli o różnych wymiarach ekono-utopii

Dawno dawno temu pewien gość-wykładowca na jednym z prowincjonalnych ośrodków wpajania nauki upadłej – jakiś skamielino-keynesista zabłąkany pośród nowo-nawróconej na falach doktryny szoku kadry entuzjastów bezkompromisowego dopychania proli kolanem ostrego tayloryzmu  – wypowiedział jedno z niewielu zdań, które utkwiły w naszej pamięci z całego tego toku anty-nauczania: ~„kapitalista jest bezradny wobec siły państwa; państwo może dowolnie wykorzystać swoją moc tak, żeby zmobilizować kapitalistę do zachowań, które uzna za słuszne czy stosowne  do swoich celów”.

Być może w ten właśnie sposób nastąpiło zasianie ziarna, które, nawet po latach wciągania sporych dawek socjal-darwinizmu, czekało spokojnie na odpowiedni moment zwątpienia, żeby zaowocować spontanicznie i znienacka blogowaniem o doktrynie, której generalnym przekazem jest właśnie podejście, rekomendujące między wierszami zobrazowanie kapitalistów jako zwierzostanu użytkowego, nie zaś jako naszych ulubionych zwierzo-pupili, wobec których czujemy się zobowiązani dostarczać regularnie pożywną karmę  (czyt.: wytrenowaną i odpowiednio zmotywowaną siłę roboczą czy dotacje do otwierania miejsc wyzyskobrania), sprzątać kuwety (socjalizować zeksternalizowane koszty demolki środowiska przez prywatnych producentów) i kompulsywnie ich smyrać (nie zapominać o uchyleniu czapki praco-rozdawaczom w obecności mediów i łasić się do nich podczas sabatów w Krynicy) w nadziei, że takie zwierzątko domowe zrewanżuje się nam w jakiś magiczny sposób, np. spojrzy na nas przychylnie oczętami czy nie narobi kupy na środku salonu (tu, żeby odkryć karty: nasza mowa jest czcza, bo sami jesteśmy w służbie dwóch koto-overlordów). Ta, konfrontująca w jakimś stopniu dopieszczanie kapitału, doktryna pragmatycznego (jak zakładaliśmy) spojrzenia na ekono-kapitalistyczny świat to było MMT, blogowane poprzednio tam. Czytaj dalej

Neoliberalne metody stymulacji podaży prolo-godzin

Na początku, celem uniknięcia nieporozumień, zaznaczmy, że kiedy mowa jest o presji na zwiększenie „podaży prolo-godzin” [podaż P-G] nie jest to wcale tożsame z czymś, co neolibo-kolokwialnie określane jest jako promocja zatrudnienia.  Podaż P-G to ogólnie mówiąc agregat czasu, który prole są „gotowe” czy „skłonne” poświęcić na czynności wyzyskodawania, czyli pracy najemnej (bądź formom funkcjonalnie równoważnym).

Użyliśmy tu „gotowe”/”skłonne” w cudzysłowach, albowiem duża część,  jeśli nie większość generacji P-G ma miejsce oczywiście w wyniku działania przymusu ekonomicznego; jedynie pewna część proli-szczęśliwców, generując P-G, kieruje się innymi czynnikami, jak np. syndromem uciążliwości czasu wolnego, chęcią aktywnego uczestniczenia w pompowaniu pekabu, spotykania się z innymi prolami, czy wreszcie osiąganiem satysfakcji poprzez wykonywanie czynności pracy.

Wystąpienie podaży P-G, jak wiadomo, nie jest tożsame z jej „realizacją” czyli zatrudnieniem. Owszem, te kategorie będą się często przenikać czy korelować pozytywnie. Natomiast należy zawsze mieć na uwadze, że sytuacja, w której współczynnik realizacji osiągnie 1 (czyli 100% generacji P-G znajdzie „nabywców” po stronie praco-rozdawaczy), byłaby absolutnym koszmarem z punktu widzenia „efektywności” gospodarki praktycznego leseferyzmu, godząc w samą jego podstawę, którą jest zdolność do prolo-dyscyplinowania. Tzn. inaczej: w momencie, kiedy faktyczne bezrobocie osiągnęłoby 0% (czy ew. 2%, jeśli wliczymy frykcję) nastąpiłoby załamanie funkcji fali, która zapewnia dominację kaptału, a wtedy… sami nie wiemy, co wtedy by nastąpiło; wystarczy powiedzieć, że nie można wykluczyć nawet tego, że udział wynagrodzeń w pekabie zanotowałby istotny wzrost. Idąc dalej i wcielając się w buty leseferysty, można wyobrazić sobie chociażby takie scenariusze, w których bogactwo zaczęłoby (relatywnie) odpływać od  inwestorów, a w takim razie pewno  zabrakłoby im cząstek pieniądzowych na inwestycje! Nie mówiąc już o tym, jak przykra i upokarzająca dla kreatorów bogactwa (a demoralizująca dla proli) byłaby perspektywa konieczności „proszenia” się u wyzyskodawców! I co z totemem praco-rozdawacza? Czytaj dalej

Czym napędzany jest neoliberalizm – take 2

Dawno dawno temu tu przedstawiliśmy dwie hipotezy n/t tego, skąd neoliberalny mempleks czerpie swoją memetyczną siłę, która zapewniła mu globalny monopol na organizację modelu polityczno-gospodarczego i nadal pozwala sprawować globalnie rząd ekono-dusz pomimo szeregu poważnych porażek tego szczególnego trybu angażowania i dystrybucji zasobów, wśród których najważniejsze to np. GFC z 2007/8 (+brak zauważalnego odbicia pomimo, że minęło już 10 lat!), sprawy nierówności dochodowych, szaleństwo austerity czy chociażby ~40 lat stagnacji realnych wynagrodzeń w krajach neoliberalnego Centrum. Pierwszą z tych hipotez można określić jako Wielkie Neoklasyczne Nieporozumienie, drugą jako Neoliberalny Kolektyw Myślowy.

Dzisiaj chcieliśmy dorzucić jeszcze dwie kolejne próby znalezienia odpowiedzi na pytanie, co sprawia, że system organizacji gospodarki, który obecnie wydaje się gwarantować już tylko dalszą stagnację/spadek materialnego poziomu życia dla większości oraz kontynuację rabunkowej gospodarki zasobami naturalnymi i ludzkimi, nadal wydaje się być niezagrożony jakimikolwiek poważnymi próbami jego systemowej kontestacji. Czytaj dalej

Tylko u nas: Wielka tajemnica bogactwa narodów wreszcie ujawniona! (+garść ekscentrycznych dywagacji)

Można by powiedzieć, że cała nauka o ekonomii – a przynajmniej ta jej część, która próbuje opisywać czy wyjaśniać kwestie „bogactwa narodów” – to tak naprawdę tylko zbiór mambo-dżambo, którego jedyną imponującą cechą jest ilość napisanych zbędnych słów, podczas gdy całą tę zagadkę demaskuje jeden prosty wykres:

japan_energy_gdp-kopia-2

Źródło:  V. Smil  Energy in Nature and Society (przydatna rzecz na półce każdego realisty termodynamicznego). TPES czyli Total Primary Energy Supply (Całkowita podaż energii pierwotnej) Czytaj dalej