Archiwum kategorii: redukcja czasu pracy

Z cyklu „Co zamiast PKB?” – IWPNN

Jak wiemy, PE-P nie należy do zwolenników epatowania czy w ogóle posługiwania się pekabem (czy jego wariacjami typu PKB p-c/PPP) jako miernikiem dobrobytu, a już w szczególności jako wyznacznikiem dobrostanu prolo-kompostowców. Swego czasu jako przykład alternatywnego wskaźnika ekono-kondycji populacji podaliśmy Satisfaction with Life Index. Z podobnych klimatów można dorzucić opracowanie ze strony Our World in Data albo World Happiness Report (pdf  – dla ciekawych, a leniwych: Trzecia Neoliberalna na miejscu 46/155 – całkiem nieźle!)

Ale uczynić ludzi szczęśliwszymi czy chociażby bardziej usatysfakcjonowanymi nie wydaje się sprawą łatwą, stąd my dziś przygotowaliśmy propozycję zastosowania innego wskaźnika dobrostanowego – takiego, który każdy kraj mógłby sobie poprawić z dziecinną wręcz łatwością! Tym wskaźnikiem, który w tym odcinku niniejszym chcemy zaprezentować (i wypromować!) jest Indeks Wolności Praco-Najemno Niewolników [IWPNN] (lub – alternatywnie: Indeks Prolo-Wolności). Indeks ten uzyskuje się, biorąc liczbę godzin przepracowanych rocznie przez średnio-statystycznego zatrudnionego prola, a następnie dokonując jej odwrócenia (wrzucenia do mianownika [1]). Tj. im mniej godzin wyzyskodawania przypada średnio na pracującego obywatela, tym pozycja kraju w rankingu IWPNN będzie wyższa.

Spójrzmy na zestawienie przygotowane przez OECD (uszeregowane od najmniejszej do największej liczby przepracowanych prolo-godzin):

Czytaj dalej

Reklamy

Z cyklu ’Co zagania proli do roboty?’: Koszty stałe partycypacji

Zgodnie z obietnicą z poprzedniego odcinka miało być o pewnym (naszym?) patencie na poprawę perspektyw redukcji wymiaru czasu pracy najemnej poprzez zastopowanie nakręcania się spirali długów prywatnych, czy bardziej ogólnie – przez zredukowanie ciężarów renty w gospodarce praktycznego leseferyzmu. O tym konkretnym koncepcie jednak dopiero następnym razem, ponieważ uznaliśmy, że warto najpierw zarysować ekono-mechanikę, która motywuje i uzasadnia naszą hipotetyczną „reformę’.

Naszym leitmotifem/ekono-krucjatą w PE-P jest próba sprzedania mema o potrzebie i zasadności radykalnego skrócenia dopuszczalnego prawnie wymiaru czasu pracy najemnej (oraz oczywiście jej zamaskowanych form pochodnych). Nasz dzisiejszy wywód zacznijmy od tego, że sceptykom mogą nasunąć się wątpliwości czy obiekcje względem sensu takiej krucjaty w obliczu faktu, że przecież praca na obecny pełny etat (czy na 2 etaty) nie tylko nie jest przymusem, ale oprócz tego współczesne formy zatrudniania wręcz kładą nacisk na elastyczność, próbując wepchać zwyczajowy paradygmat 7-15 czy 9-17 do szuflado-lamusa. Stąd też – według takiej kontr-narracji – przed coraz większą rzeszą tak uwolnionych proli otwierają się perspektywy do dobrowolnego downshiftingu. To, że mało który prol decyduje się na wyczilałt do postaci 20 czy 30 h wyzyskodawania tygodniowo, jest – zgodnie z tą percepcją – jedynie dowodem tego, że dla większości proli krańcowa użyteczność czasu wolnego jest bardzo niska. Inaczej mówiąc – prole wolą pracować dłużej po to, aby następnie móc oddawać się przyjemnościom konsumowania, bądź też w ogóle nie wiedziałyby, co ze sobą począć, gdyby nie 8-godzinne+ dobowe cykle pomagania w kreowaniu bogactwa.

Czytaj dalej

Koniec skracania czasu pracy wg. Hunnicutta – komentarz PE

Kontynuujemy tematykę zainspirowaną artykułem Hunnicutta (streszczonym tu), odchodząc jednak tym razem od oryginalnego przekazu na rzecz luźnego rozwinięcia memetyki kiedy i dlaczego kampania o redukcję czasu pracy najemnej dobiegła swojego końca.

Jak pamiętamy Hunnicutt politykę fiskalnej stymulacji F.D.Roosevelta określaną mianem New Deal zidentyfikował mniej więcej jako przewrót [1], który położył kres powszechnym jeszcze na początku lat 1930-tych tendencjom do redukcji wymiaru czasu pracy najemnej [RWCPN]. Skutkiem tego przewrotu stał się swego rodzaju (czasowy, złamany później przez kontr-rewolucję monetarystyczną) pakt-kompromis pomiędzy kapitałem a prolami. Kompromis ten odczytywany jest przez współczesnych realistów wolnorynkowych czy przez złotowiekowców jako racjonalna zasada dzielenia konfitur wzrostu produktywności pomiędzy kapitał i pracę. I właśnie w odbudowie właśnie takiego kontraktu ekono-społecznego większość z tych „postępowców”, którzy niechętnie wyglądają poza ramy ekonomii burżuazyjnej, chciałaby upatrywać remedium na bolączki współczesnego kapitalizmu.

Czytaj dalej

New Deal czyli zapomnijcie o krótszym czasie pracy

Synteza:

[wpis oparty o artykuł z 1984 r. autorstwa B.K. Hunnicutta]

Walka o redukcję wymiaru czasu pracy najemnej zaczęła się praktycznie od momentu, kiedy taka forma angażowania siły roboczej stała się powszechna, tj. w I połowie XIX w. Zwieńczenie tej kampanii nastąpiło w latach 30-tych XX w., kiedy to miało miejsce ustanowienie 40-godzinnego tygodnia pracy najemnej w wiodących krajach kapitalistycznych.

Głównym argumentem ZA (oprócz memetyki marksowskiej) był fakt polepszającej się – m.in. dzięki mechanizacji (oraz dzięki rosnącemu zaangażowaniu paliw kopalnych) – produktywności siły roboczej. Właśnie w latach 20-tych XX w. stan technologii i wykorzystania dywidendy termodynamicznej po raz pierwszy w historii umożliwił zaistnienie  zjawiska nadprodukcji, tj. takiego środowiska, w którym zdolności produkcyjne pozwalały z naddatkiem zaspokoić większość podstawowych potrzeb całej populacji.

Mimo że taki bieg ekono-rzeczy stanowił racjonalne uzasadnienie dla dalszego ograniczenia nakładów pracy ludzkiej (co zauważali powszechnie ówcześni obserwatorzy rzeczywistości, organizacje pracownicze, główno-nurtowi politycy, publicyści czy intelektualiści od prawa do lewa), kontynuacja redukcji wymiaru czasu pracy najemnej została przez elity biznesu i polityki uznana (nie bez podstaw) za zagrożenie dla funkcjonowania systemu opartego o motywy zysku i ekspansji, tj. dla kapitalizmu. Dlatego też filozofia przypisująca inherentną wartość czasowi wolnemu została stopniowo wyparta (z pomocą m.in. nowoczesnego aparatu medialnego) przez ideologię konsumeryzmu, w której krzywa tzw. potrzeb konsumenckich rosnąć MA co najmniej w takim samym tempie jak wzrosty produktywności czy dochodów z pracy najemnej.

W konsekwencji kwestia kontynuacji trendów redukcji czasu pracy stopniowo zniknęła z przestrzeni debaty społeczno-politycznej – dalsza walka na tym froncie została praktycznie całkowicie zaniechana. Źródła takiego stanu rzeczy należy niestety upatrywać także w polityce New Deal F.D.Roosevelta. Program ten, wprowadzając nowe socjo-ekono narzędzie zwane stymulacją popytu, przywrócił gospodarkę opartą o prawo wartości wymiany do stanu funkcjonalności, ale jednocześnie stał się deklaracją zdecydowanego wyboru priorytetu wartości konsumpcji ponad wartość czasu wolnego. Ekono-decyzje podjęte w latach 1930-tych stanęły u podstaw ekono-mempleksu, który nawet po 80-ciu latach nadal definiuje wektory ekono-polityki pozycjonującej się jako pro-prolowa. Skutkiem tego ekono-historycznego balastu pro-prolowa ekono-memetyka koncentruje się prawie wyłącznie na obszarach, które obiecywać mogą dalsze zwiększanie zawartości koszyka konsumpcji przy zachowaniu wymiaru czasu pracy jako constans, czyli  dokładnie tak, jak tego życzyli sobie adwokaci zablokowania kontynuacji trendów redukcji wymiaru czasu pracy w latach 1930-tych, w osobach prominentnych kapitalistów jak H. Ford, jak i w osobach domniemanych liderów pro-prolowej polityki jak FDR.

*

Czytaj dalej

Zapomnij o podwyżkach – pracuj krócej za tyle samo

Przerwiemy na chwilę naszą narrację o historii „komuny”, żeby wrócić do spraw bieżących (czy przyszłych), dla których pożywkę regularnie dostarcza nam Forsal. Tym razem forsalowy tekst, który na zaintrygował, zwraca celnie uwagę na zagadkowe zjawisko, gdzie – wbrew nadziejom realistów rynkowych (i wbrew obawom randroidów) – zmniejszające się bezrobocie rejestrowane w wiodących krajach leseferystycznych nie przyniosło jak na razie zauważalnego wzrostu płac. Z wyjaśnieniem tego, jakby się wydawać mogło, dość kontra-logiko-rynkowego fenomenu spieszy ekonomista socjete-żenerala (legitymujący się znajomo brzmiącym imienio-nazwiskiem Omair Sharif): winna jest (surprise!) słaba produktywność!

Nieco przekornie dziś Pracownia postanowiła się z tezą ekono-eksperta zgodzić; tj. zgodzić się w tym zakresie, że produktywność jest (i prawdopodobnie pozostanie już zawsze) kiepska, ale, co ważne, tylko w tym zakresie, kiedy mamy na myśli uśrednioną realną produktywność w ujęciu makro (realną czyli taką, która określa zdolności wytwarzania gadżetów, a nie przetaczania strumieni $). Tzn. w zakładach, w których jeszcze się coś wytwarza (czyli tych, które postanowiły tkwić w przeżytkowych, brudnych i hałaśliwych odmętach gospodarki industrialnej), ta produktywność rosła, rośnie i najprawdopodobniej jeszcze długi czas rosnąć będzie, czyli wolumen gadżetów, opuszczających linię produkcyjną, przypadający na jednego prolo-operatora urządzeń wytwarzających, będzie każdego roku coraz większy.

Jednak tym lokalnym przyrostom wydajności towarzyszy nieustannie zjawisko rozprzestrzeniania się epidemii superfluous jobs/labor (stanowisk czy czynności nadmiarowych – zbędnych z punktu widzenia dostarczania przydatnych produktów i usług) – częściowo w zakładach produkcyjnych (np. marketingowcy), ale przede wszystkim w pozostałych, nowoczesnych post-industrialnych sektorach gospodarki, w tym szczególności w sektorze usług, zwłaszcza w branży tzw. usług dla biznesu. Krańcowe przyrosty produktywności w już stajloryzowanych na maksa i zaawansowanie zautomatyzowanych fabrykach są jednocześnie generalnie coraz mniejsze (hajpowanie o robotach jest w modzie, ale fakty są takie, że w branży produkcji nisko wiszące konfitury zostały zebrane już w XX w.), natomiast jeśli chodzi o generację superflouos jobs w zasadzie nie występują tu żadne bariery technologiczne; jedynymi ograniczeniami będzie tu dostępność prolo-godzin w przystępnych cenach, zdolność absorbcji przepływu strumieni pieniądza zgodnie z algorytmem Mt2 > Mt1, oraz ewentualnie w jakimś stopniu dostępność taniej energii, którą można wrzucić do tego konkretnego paro-gwizdkowego kotła generacji pekabu. Czytaj dalej

O perspektywach praco-rozdawnictwa

Można stwierdzić, że dla sympatyków wszystkich nurtów ekonomii burżuazyjnej jedną z największych trosk jest niedostateczny poziom praco-rozdawnictwa, czyli inaczej: zatrudnienie jest mniejsze (czy bezrobocie większe) niż optymalne, przynajmniej z perspektywy pekabu. Różnice pomiędzy poszczególnymi obozami wolnorynkowców leżą w odmiennym zidentyfikowaniu przyczyn takiego niekorzystnego (czy przynajmniej kłopotliwego) stanu rzeczy. I tak odpowiednio np.:

  1. Wolnorynkowcy, którzy grawitują w kierunku singularitarianizmu („techno-osobliwiatarianie„?) będą skłaniać się do poglądu, że praco-rozdawnictwo będzie w trendzie zanikającym z uwagi na geometryczny postęp automatyzacji i robotyzacji

  2. Złotowiekowcy jak i realiści wolnorynkowi przyczyn upatrują po stronie popytu, który jest niedostateczny z powodu np. za niskich płac (czy zbyt małych deficytów budżetowych – w tym drugim przypadku)

  3. Leseferyści-ksenofoby winą obarczają outsourcing czyli ucieczkę produkcji do krajów trzeciego świata czy choćby na peryferie neoliberalnego centrum, będącą wynikiem niedostatecznego patriotyzmu kapitału, czego wyrazem ma być wyzyskiwanie proli obcych w miejsce rodzimych (co ciekawe, w krajach peryferii neoliberalnego imperium ksenofobo-leseferyzm charakteryzuje się nieco innymi, a często wręcz przeciwstawnymi objawami: lamentowany jest napływ obcego kapitału, a otwieranie oddziałów zagranicznych przez krajowych wyzyskobiorców łechce narodową dumę z ekspansjonistycznych zdolności naszego kapitału; taki ideowy misz-masz może niestety wskazywać na pewne wewnętrzne sprzeczności podejścia, które wykazuje determinację do terytorialnego otagowania kapitału, być może w próżnej nadziei, że za tym fantomem stoi coś więcej niż podążanie za algorytmem M(t2) > M(t1)

  4. Mizesolodzy wskazują (niespodzianka!) gubmint jako źródło wszelkich ekono-nieszczęść; także i w przypadku niemrawego praco-rozdawnictwa winowajcą jest typowy gubmintowy katalog instrumentów zwalczania wolnościo-przedsiębiorczości jak podatki dochodowe, płaca minimalna, socjal, bank centralny, deficyty budżetowe, pieniądz fiat etc. etc. – klimaty znajome.

Czytaj dalej

UBI vs. redukcja wymiaru pracy – zdefiniowanie celów

Koncept UBI (bezwarunkowy dochód gwarantowany) wydaje się być tolerowany w środowisku praktycznego leseferyzmu w przeciwieństwie do innych – naszym zdaniem bardziej racjonalnych – pomysłów upodmiotowienia (czy odzasobowienia) proli, co z pozoru może wydawać się zaskakującym odwrotem od 30-40-letniej socjal-darwinistycznej ofensywy leseferystycznej, która w obecnej mutacji prowadzona jest pod kryptonimem austerity (bądź zamiennie – pod hasłem ‘uzdrawiania finansów publicznych’, ‘reform strukturalnych rynku pracy’, ‘poprawy konkurencyjności’ etc.). Dowodem wysokiego poziomu tej tolerancji jest  fakt, że temat UBI nie tylko wypływa dość regularnie w leseferystycznych periodykach głównego potoku – z reguły sprzedawany czy typowany jako jedyne rozwiązanie „dylematu” substytucji klasycznej pracy najemnej albo przez automatyzację (np. tu) bądź też przez wyrugowanie takich sztywnych/nie-elastycznych przestarzałych form uczestnictwa w generowaniu pekabu przez rosnącą popularność wolności kontraktów zielone światło dla apkowego neofeudalizmu „ekonomii fuchowej” (zob. tam), ale  zdarza się nawet, że faktyczne projekty takich rozwiązań trafiają pod głosowania (np. helweckie referendum), czy gdzieniegdzie wręcz są nieśmiało wdrażane (pilot UBI w Finlandii; nawiasem mówiąc, z naszej strony wątpimy w realność wprowadzenia pełnowymiarowego* UBI w krajach, które nie dość, że podpisały euro-leseferystyczne pakta fiskalne, to jeszcze na dodatek zeksternalizowały swoją politykę monetarną; to się może udać jedynie przy założeniu totalnej masakry pozostałego socjalu i systemów usług publicznych; a może właśnie o to chodzi?). Tym, co szczególnie uruchamia nasz alert, są pojawiające się głosy poparcia dla UBI ze strony figur, które grają w lidze Globalnych Posiadaczy, w tym takich znanych jako zagorzali głosiciele neo- czy krzemo-randroidalnej filozofii. Czytaj dalej

Robota dla roboty to głupota czyli fokk jobs

Niedawno natrafiliśmy na interesujący esej autorstwa historyka prof. Jamesa Livingstona dostępny do poczytania tu. Interesujący, bowiem mamy tu do czynienia z rzadkim fenomenem odrzucenia kultu praco-rozdawania czy tzw. kreowania miejsc pracy, który to kult, jak słusznie zauważa Autor, jest wspólnym mianownikiem zarówno tzw. prawicy i tzw. lewicy; obie te memetyki różnią się między sobą w tym zakresie jedynie wyborem środków, za pomocą których takie korzystne zwiększenie prolo-wykorzystania ma być osiągnięte.

Celem złapania kontekstu notki zachęcamy do rozpoczęcia od przeczytania artykułu. Dla tych “leniwych” (czy może raczej – zgodnie z duchem podejścia fokk jobs – “szanujących swój czas” – co należy uszanować i pochwalić) w kilku zdaniach o co chodzi w rzeczonym tekście: Czytaj dalej

Alert leseferystyczny: Tramp zabierze pracę Chińczykom! (Albo i nie.)

Dzisiejszy wpis został zainspirowany notką (na którą uwagę zwróciliśmy oczywiście skuszeni tytułem rodem niczym z Fucktu) z wybizu. O ile większość notek (i ich autorów) na wybizie nawet nie próbuje ukrywać swojej leseferystycznej instrumentalności – i żeby każdą z nich odpatologizować Pracownia musiałaby być czynna 24h/dobę – o tyle akurat teksty autorstwa tego konkretnego członka wybizowej neoliberalnej załogi wydają się przynajmniej nieźle ogarniać zagadnienia makro (w tym także tematy pieniądza, co jest rzadkością). Ogólną tezę notki, nad implikacjami której chcieliśmy się dziś skupić, oddaje cytat: Czytaj dalej

To zmienia wszystko – oprócz paradygmatu praco-rozdawania

At the highest end, green investment could create thirty-four times more jobs then just building another pipeline.

N.Klein „This Changes Everything

Na początek uwaga – ten wpis nie ma na celu zdyskredytowania N.Klein czy w ogóle całej idei przezbrojenia modelu zasilania gospodarki na bardziej czy całkowicie zielony. Jeśli chodzi o ten aspekt książki – zastąpienia spalania węglowodorów solarami i innymi tego typu gadżetami – mamy jedynie uwagi co do dość prze-optymistowanego i raczej ubogiego w liczbowe odniesienia do termodynamiki obrazu energetyki odnawialnej, jaki rysuje nam Klein; tu można bez trudu znaleźć lepsze pozycje, chociaż z kolei na plus należy zaliczyć trafne wykazanie związku czy wręcz symbiozy paradygmatów kompulsywnej ekstrakcji z przyjętym modelem praktycznego leseferyzmu (neoliberalizmu). Inną rzeczą – dla nas nieco irytującą – jest to, że Klein zdecydowała się konsekwentnie ciągnąć narrację w konwencji frazeologii monetarystycznej, czyli pieniądzo-cząsteczkowej. Takie podejście będzie z zasady obarczone błędem logicznym; błędem takim gdzie za podstawę rozumowania przyjmuje się środowisko gospodarcze, w którym transfer wolumenów cząstek pieniądza z jednej sfery gospodarki do innej (np. z przemysłu wydobywczego do branży produkcji solarów) pozwala automatycznie i bezoporowo przekierowywać zasoby (które pokornie podążą w ślad za tymi pieniądzo-cząstkami), podczas gdy w rzeczywistości makro (i to poważnie makro, bowiem rozmawiamy o problemach globalnych) tak to nie zadziała.  Ale dziś nie o tym.

W tej notce chcieliśmy zwrócić uwagę na inny syndrom, obecny bynajmniej nie tylko u Klein, ale charakterystyczny dla praktycznie wszystkich znaczących nurtów, mających na sztandarach „naprawę kapitalizmu”; syndrom, który można uznać za ucieleśnienie powiedzenia, że „dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane”. Chodzi nam tu o nieprzemijalny w tych wszystkich kampaniach dobro-chęciowo kapitalizmo-ratująco-łatających imperatyw „praco-dawania” (lub zamiennie „miejsco-praco-kreowania”) przyjmowany uniwersalnie za totem przez znakomitą większość naprawiaczo-apologetów kapitalizmu – począwszy od środowisk ortodoksji leseferystycznej, przez realistów wolnorynkowych aż do złotowiekowców. Czytaj dalej