Archiwum kategorii: redukcja czasu pracy

Zbędny czas pracy

Zbędny (superfluous) czas pracy w tzw. gospodarce można zdefiniować jako różnicę pomiędzy agregatem społecznie niezbędnego czasu pracy (jak wyznaczony potrzebami kapitału, czyli łącznie z czasem dodatkowym, tzn. tym, w którym generowana jest nadwyżka ponad potrzeby reprodukcji siły roboczej) a agregatem czasu pracy, który byłby faktycznie niezbędny w warunkach, kiedy motywem produkcji byłyby potrzeby materialne, nie zaś abstrakt wartości.

W omawianej przez nas ostatnio pracy Postone Time, Labor and Social Domination pojęcie zbędnego czasu pracy [ZCP] pojawia się dopiero w przedostatnim 9 rozdziale (który de facto jest ostatnim w głównej narracji; 10 to rodzaj podsumowania).

Co istotne, u Postone nie znajdziemy pojęcia stanowiska zbędne (czy nadmiarowe/typu superfluous etc.), które my stosowaliśmy w trybie ad-hoc masowo na tych łamach. W trybie rygorystycznej krytyki używanie abstrakcyjnego pojęcia ZCP w odniesieniu do konkretnych stanowisk (czy konkretnych branż) należy uznać za skrót myślowy, żeby nie powiedzieć za błąd. Generalnie, kiedy punktem wyjściowym analizy zjawisk jest abstrakcyjny wymiar pracy najemnej (i generowanej przez nią wartości), nie należy zbaczać z tej perspektywy, przypisując te abstrakty do tych fenomenów produkcji, które przybierają wymiar skonkretyzowany.

Czytaj dalej

Reklamy

Fetysz pracy najemnej w ekonomii wulgarnej

Większość krytyki Nauk Marksa (w tym autorstwa samych marksistów) ma swoje źródło w zignorowaniu omawianego w tej serii dualizmu wartość vs. bogactwo materialne (towar vs. obiekt użytkowy, praca najemna vs. praca użyteczna etc.). Redukując te różne odsłony towarowego matrixa do wulgarnej tożsamości, nietrudno jest ulec pokusie uznania wywodów Marksa za „przestarzałe”, tj. nieprzystające do czasów zaawansowanej produkcji industrialnej, gdzie gros ogólnie pojętej wartości wytwarzają maszyny, często z li-tylko minimalnym zaangażowaniem siły roboczej.

Tymczasem to właśnie postępujące w coraz większym stopniu rozchodzenie się tych dwóch różnych form czy odsłon wartości prowadzi do współczesnego paradoksu, którego ekspresją jest „kompleks stanowisk nadmiarowych”, bądź – w bardziej precyzyjnym ujęciu (które przedstawimy w kolejnym odcinku) – fenomen zbędnego (superfluous) czasu pracy. Przyczyna tego jest taka, że kapitał – wbrew pozorom i wbrew powszechnemu przekonaniu – nie jest „zainteresowany” dostarczaniem wartości użytkowej (bogactwa materialnego), a raczej jego modus operandi stanowi pomnażanie zysków (akumulacja wartości); to pierwsze powstaje niejako „przy okazji”.

Problem polega na tym, że bezpośrednia obserwacja zjawisk odsłania właśnie jedynie ten „przy-okazyjny”, niejako uboczny aspekt działania kapitału (czy działania pracy najemnej), gdyż ta druga strona (generowanie wartości abstrakcyjnej i przechwytywanie wartości dodatkowej na potrzeby akumulacji) jest zawoalowana zasłoną w postaci kapitalistycznych stosunków społecznych, które – jak wspomnieliśmy poprzednio – wobec braku innych „punktów odniesienia” przyjmowane są jako „obiektywna siła natury”. Ten matrix jest o tyle jeszcze trudniejszy do przeniknięcia z poziomu indywidualnej jednostki biorącej udział w takich interakcjach, że sama ta siatka specyficznych zależności – niejako w akcie pewnego sprzężenia zwrotnego – samoczynnie generuje się w efekcie totalności opisywanych tu dualizmów charakteryzujących kategorie towaru, pracy najemnej i wartości.

Czytaj dalej

Dualizmy towaru, wartości i pracy najemnej w kapitalizmie (3)

Co to towar?

Kontynuując naszą wyprawę w poszukiwaniu pra-przyczyn patologicznego pożerania czasu przez współczesny kapitalizm, po nakreśleniu tła w poprzednich odcinkach spróbujemy zacząć właściwy wątek od tego, od czego wyprowadził swoją krytykę w Kapitale sam Marks, tj. od pojęcia towaru.

Według interpretacji Postone, Marks zarówno koncept towaru jak i pracy najemnej traktował jako fenomeny historyczne, tj. analizował te zjawiska ściśle w kontekście epoki, w której dane było mu konstruować swoje teorie. Jest to o tyle istotne, jeśli chodzi o odczytywanie przesłania Marksa, że obydwie te kategorie charakteryzuje specyficzna, dualistyczna natura, która aktywuje się (w pełni) jedynie w tym konkretnym otoczeniu jakim jest kapitalizm; w innych środowiskach (czy to wspólnot pierwotnych, feudalizmu czy takich, które może nastaną kiedyś w przyszłości) te kategorie nie wykazują dualizmu (tzn. praca to prostu praca, a dobro materialne/obiekt użytkowy to prostu dobro materialne/obiekt użytkowy), a każdym razie nie w sposób (czy nie w takiej skali), który pozwoliłby zdominować życie społeczno-ekonomiczne algorytmom mającym źródło w tych dualizmach.

Zdaniem Postone gros krytyki Nauk Marksa (płynącej z różnych stron, w tym od „tradycyjnych marksistów” jak i od ekonomistów burżuazyjnych) oparta jest na zignorowaniu tej historycznej specyfiki, tzn. praca najemna („kontraktowa”) to w takim ujęciu to samo co praca w ogóle. W tej „wulgarnej” interpretacji, praca najemna niewiele różni się (jeśli w ogóle) od pracy np. niezależnych jednostek prowadzących produkcję nie-towarową (typowa forma produkcji np. w średniowieczu) czy ogólnie takiej, która wykonywana jest na potrzeby własne/klanu (nie jest zorientowana na wymianę towarową). Następnie na bazie tego typu uogólnień i przeinaczeń konstruowana jest (pseudo-)krytyka „marksowej teorii wartości”.

Czytaj dalej

Dualizmy towaru, wartości i pracy najemnej w kapitalizmie (odc.1)

Wprowadzenie do tematu

Na początku zaznaczmy – nie zamierzamy pozycjonować się w charakterze jakichś guru w temacie Marksa; co więcej – faktu naszej incydentalnej znajomości tematu nie staraliśmy się specjalnie ukrywać, a i niejednokrotnie zapewne udowodniliśmy to „czynem”, tu i ówdzie zniekształcając czy spłaszczając przesłanie brodatego Morfeusza kapitalistycznego matrixa. Dziś zamierzamy jednak ogłosić, że od pewnego czasu zaczęliśmy czynić poważne kroki w kierunku uporządkowania marksowych skrawków memetycznych, które zalęgły nam się w głowach.

Skąd to „nagłe” zainteresowanie? Otóż jak wiemy, głównym ekono-konikiem ujeżdżanym przez PE-P jest koncept Radykalnej Redukcji Wymiaru Czasu Pracy Najemnej (RRWCPN). Ale jakkolwiek bardzo by ta Idea (czy Postulat) nie wydawała się szlachetna czy może nawet porywająca, problemem wydaje się być znalezienie odpowiednio spójnego dla niej uzasadnienia, czy też skonstruowanie czegoś w rodzaju studium wykonalności. Jest to o tyle ważne, że cały ten koncept nie tylko że pozostaje w całkowitej sprzeczności ze współcześnie dominującą „myślą ekonomiczną” (i to nie tylko z tą o neolibowej proweniencji), ale oprócz tego jeszcze – z poziomu indywidualnego obserwatora (który niejednokrotnie zmuszony jest czy czuje się w obowiązku poszukiwać „więcej pracy”) – budzić może instynktowny opór („nawet pracując 50 h/tydz. ledwo dociągam do pierwszego”, albo „mi tam się marzy pełen etat zamiast fuchowania, to może wtedy udałoby mi się zaciągnąć mini-ratki na apartamencik, zamiast mieszkać kątem u jareckich”).

Czytaj dalej

Jaka właściwa stopa dyskonta przyszłych pokoleń?

Dziś garść refleksji w temacie dyskontowania przyszłych pokoleń, tzn. w jakim stopniu te następne pokolenia bylibyśmy (czy powinniśmy być) skłonni uznać za mniej ważne od tych żyjących tu-i-teraz.

Inspiracją do tych z pozoru dziwnych rozważań stał się artykuł J. Hickela The Nobel Prize for Climate Catastrophe. Artykuł ten to z kolei krytyka dokonań W. Nordhausa, którego prace nad tematyką pekab vs. globalne ocieplenie (GO) przyniosły mu nagrodę szwedzkiej banksterki, zwaną kolokwialnie Noblem z Ekonomii.

O co chodzi z tą krytyką? Otóż Hickel zarzuca „Nobliście” wysuwanie postulatów, aby utrzymywać tytułową stopę dyskonta na poziomie „nie za małym”. „Nie-za-małym” z jakiego powodu? Otóż z takiego, że zbyt-mały stanowić będzie hamulec pekabowy.

Jakie odzwierciedlenie w praktyce ma (czy może mieć) zastosowanie różnych wariantów polityki w zakresie tej konkretnej stopy dyskonta? Mianowicie jeśli przyjęta zostałaby niska jej wartość (czyli: uważamy, że przyszłe pokolenia są jedynie troszkę mniej ważne od tych obecnie żyjących, czy może raczej obecnie rządzących) jednym z ważniejszych priorytetów byłaby ochrona zasobów, czy ogólnie środowiska. Ergo: wciąganie tych zasobów należałoby – przynajmniej jeśli mówimy o przyjętym za normę dyktacie zmonetyzowanej wartości wymiany – uczynić kosztownym, np. poprzez obłożenie eksploatacji wysokimi podatkami (lub ograniczyć zużycie/emisje za pomocą innych metod dostępnych w gospodarkach objętych paradygmatem wartości wymiany). W sytuacji odwrotnej, tj. wysokiego dyskonta, dominującą filozofią powinno być ekono-carpe-diem, czyli mniej-więcej to, z czym mamy do czynienia obecnie.

Czytaj dalej

„Sacred Economics” – cz.3, czyli Recepty

Dziś trzecia część naszej próby przybliżenia treści traktatu Charlesa Eisensteina [C.E.] „Sacred Economics” [SE].

Przejdźmy już do sedna proponowanego przez SE Algorytmu, który miałby sterować przepływem zasobów po nastaniu Ery Zjednoczenia, a którego instrumentem wykonawczym byłby … pieniądz (kaboom!).

Ale prosimy zachować spokój! Wic polega na tym, że tym razem „opowieść o pieniądzu” byłaby całkiem inna, tj. pieniądz ten miałby „posiadać oparcie” w zasobach i poprzez szczególne mechanizmy (które opiszemy za chwilę) stanowić instrument promocji poszanowania tych zasobów, zamiast – jak w obecnej Erze Separacji – indukować urojone niedobory (scarcity) czy stojące u podstaw strategii akumulacji roszczeń lub/i kołowrotkowania „niepokoje”.

Czytaj dalej

Roboty = więcej czy mniej roboty?

Dziś chcieliśmy zwrócić uwagę na pewien szczególny fenomen, który zdominował ekono-myślenie praktycznie na całym spektrum, tj. począwszy od brutalistów wolnorynkowych, poprzez leseferystyczne centrum, poprzez złotowiekowców, aż do realistów wolnorynkowych,  czasami nawet zagnieżdżając się także w korach samo-zadeklarowanych socjalistów, czy też „oswojonych” marksistów. Chodzi mianowicie o totem miejsc pracy.

Źródeł tego totemu należałoby najprawdopodobniej szukać w konceptach – nazwijmy to umownie – około-keynesjańskich, czy post-new-dealowych, bowiem sama idea „interwencyjnego” tworzenia miejsc pracy zrodziła się (czy nabrała popularności) prawdopodobnie w reakcji na załamanie kapitalistycznego modelu produkcji podczas Wielkiego Kryzysu w latach 1929~1933, kiedy to desperacja skłoniła gubmintowców do zainteresowania się konceptami Keynesa. W kapitalizmie w momencie kiedy obieg pieniądza ustaje (zwalnia), sparaliżowana zostaje również – jak się wydaje – zdolność do produkowania gadżetów (coś jakby na budowie zabrakło metrów). Jednym z pomysłów-recept mających zrestartować kapitalistyczny motor jest wzbudzenie „prądu” (przepływu hajsów) poprzez rozdawanie pracy – przez gubmint, bądź też poprzez jakieś formy stymulacji zatrudnienia w sektorze komercyjnym/prywatnym.

Czytaj dalej

O tym jak Zbożowy Diabeł wziął sapiensów pod włos

[Narrację antropo-historyczną tego odcinka opieramy na Against the Grain Jamesa C. Scotta [1]

Prawdziwym przekleństwem ludzkości (jak i w ogóle dla każdego biolo-systemu) jest monokultura. Wbrew obiegowej legendzie, według której pierwsze poważniejsze siedliska sapiensowe (w dolinie eufrato-tygrysowej) oparte były na monokulturach zbożowych, które z kolei wymagały intensywnej irygacji, a to z kolei mogło być zorganizowane jedynie przez coś w rodzaju pre-gubmintu, badania wskazują, że pierwotne zagęszczone osadnictwo w tamtym rejonie oparte było na mega-różnorodności biologicznej charakterystycznej dla naturalnych, nawilgoconych, moczarowo-zalewowych eko-systemów. Błędem(/manipulacją?), który popełniały generacje badaczy i który powielały następnie generacje interpretatorów historii jako linearnego ciągu postępu i który nadal kształtuje sposób, w jakim powszechnie postrzegana jest ekono-prehistoria sapiensowa, było przyjęcie, że te kolebko-cywilizacyjne terytoria 6 czy 8k lat temu były tak samo wyschnięte i wyzute z naturalnej wegetacji, jak to ma miejsce obecnie.

Tymczasem, według najprawdopodobniejszej wersji opartej na najnowszych badaniach prehistorii tych kolebko-cywilizacyjnych obszarów, w owym czasie środowisko tych terytoriów było bardzo przyjazne dla różnych form dzikiej wegetacji, tworząc warunki sprzyjające bio-różnorodności. Ta bio-różnorodność – zaindukowana prawdopodobnie korzystnymi zmianami klimatu, które wystąpiły cirka 10k lat temu – niejako sama serwowała zamieszkiwaczom tych pierwotnych osiadłych skupisk ludzkich jak na tacy rozmaitość i obfitość bez konieczności ciągłego przemieszczania się. W rytm zmieniających się corocznych „pulsów” ‘mokrzej/suszej’  – kalorie w przeróżnych, sezonowych formach materializowały się niezawodnie w promieniu wystarczająco małym, żeby pozwolić  sapiensom na komfort posiadania stałej bazy wypadowej. Ta naturalna profuzja charakteryzowała się – w porównaniu do późniejszych agro-monolultur – znacznie wyższymi poziomami odporności jak i odnawialności zasobów, niższymi poziomami ryzyka plagi czy nieurodzaju, a to wszystko przy znacznie korzystniejszym stosunku ‚nakłady kaloryczne (energetyczne)/efekty’. Garden of Eden anyone?

Czytaj dalej

Systemowe pokazanie fokka praco-najemno niewolnictwu w praktyce

Wiemy, że bazą “sukcesu” reżimu dominacji zwanego kapitalizmem było wygenerowanie takiego środowiska, w którym Zdominowani (prole) garną się do dostarczania Dominatorom wartości dodatkowej spontanicznie, tj. co do zasady bez konieczności stosowania wobec nich środków przymusu bezpośredniego – inaczej niż to miało miejsce w gospodarkach opartych o oficjalne niewolnictwo [1]. W systemie praco-najemno niewolnictwa [P-NN] rolę zaganiacza do roboty pełni mniej czy bardziej dyskretny przymus ekonomiczny, dzięki mocom którego praco-najemno niewolnicy sami wystawiają się na targu zwanym rynkiem pracy, starając się wyeksponować swoje atrybuty zblazowanym plantatorom uprawiającym monokulturę zmonetyzowanego wyzyskobrania.

We współczesnych realiach Zachodu dla zdecydowanej większości populacji aktywny udział w praco-najemno niewolnictwie (bądź w jego opartych również na pracy najemnej strukturach pomocnicznych, jak urzędy, szkoły czy policja) pozostaje jedyną dostępną opcją ekono-życiową. Oczywiście są wyjątki – jakaś część nie-kapitalistów utrzymuje się w drodze faktycznego „samo-zatrudnienia” (tj. przy okazji sprzedawania owoców swojej pracy nie dostarcza wartości dodatkowej jakiemuś pośrednikowi czy organizatorowi), a inna z kolei może próbować wyżyć z „socjalu”, przy czym najczęściej ten drugi wybór wiązać się będzie z koniecznością ciągłego i mozolnego wykazywania aparatowi administracyjnemu zbudowanemu w celu utrwalania P-NN (gubmintowi) swojej nieprzydatności w charakterze wyzysko-dawacza.

Tak czy owak – w przypadku młodych pre-proli urodzonych w gospodarstwach domowych, gdzie podstawowym źródłem utrzymania jest praca najemna, domyślnie (i często wręcz w połączeniu z pełnymi optymizmu nadziejami) przyjmuje się, że przyszłe bytowanie tej dziatwy polegać ma właśnie na podążaniu ścieżką praco-najemno niewolniczą. W związku z tym każdy młody sapiens ma obowiązek uczestniczyć w konsumujących znaczną część dzieciństwa zajęciach przygotowujących właśnie do takiej roli społecznej zwanych systemem powszechnej edukacji.

Czytaj dalej

Oficjalne: PE-P wycofuje poparcie dla JG

Jak mogli zauważyć uważni Czytelnicy naszych ekono-chemitrailsów, ekono-memetyka PE-P – w przeciwieństwie do skamielinowych form typu mizesologia – żyje, a przez to podlega procesom ewolucji (czy – jak niektórzy Czytelnicy pewno po dzisiejszym odcinku stwierdzą – dewolucji). I podobnie jak w przypadku biolo-ewolucji te procesy przemian epizodycznie ulegają akceleracji, czego ekspresją będzie właśnie dzisiejszy odcinek.

Traf chciał, że po lekturze jakiegoś kolejnego, stutysięczno-pierwszego internetowego sporu pomiędzy zwolennikami UBI (Uniwersalnego Dochodu Gwarantowanego) a adwokatami JG (Gubmintowej Gwarancji Zatrudnienia) „coś w nas pękło”; tym czymś była niestety wiara w sens dalszego propagowania konceptu JG. Dla jasności dodajmy – obecna wiedza nie daje nam również żadnych podstaw do przyznania UBI pracownianego stempla progresywności; stąd w tym „odwiecznym” sporze my przyjmujemy od dziś pozycję neutralno-rezygnacyjnej obojętności.

Czytaj dalej