Archiwum kategorii: komuna

Co to była „komuna” – post scriptum

Ok, zdajemy sobie sprawę, że dawka historio-ekono- memetyki pod hasłem  ‘Co to była „komuna”? zbliża się do poziomów znużenia, ale tak czy owak chcielibyśmy wrzucić coś w charakterze podsumowania naszego streszczenio-przekładu artykułu libcom.org  (tam i tu). Czym zatem w końcu była ta „komuna” (czyli XX-wieczne reżimy gospodarek tzw. nakazowo-rozdzielczych)? Ale może najpierw może ‘czym nie była’? Otóż nie była, oprócz może krótkich lokalnych epizodów jak spontaniczne przechwytywanie zakładów produkcyjnych przez chcących się samo-rządować proli, „prawdziwą komuną”, tzn. taką, gdzie następuje abolicja płaco-najemno-niewolnictwa czy odejście od systemu podziału organizatorzy/wykonawcy produkcji. Nie była, gdyż w kraju tzw. Rad, prolo-rady faktycznie nie miały nic do powiedzenia, a proli do roboty w miejsce burżuazji zaganiała biurokracja, która do kontroli i zabezpieczenia swojej pozycji budowała stopniowo coraz bardziej wszechobecny i opresyjny aparat przymusu gubmintowego. Nie była, ponieważ internacjonalizm schowano bardzo szybko i bardzo głęboko do szuflady, za cel przyjmując ekspansję państwa (wielo)narodowego, które miało być wehikułem propagacji  interesów/siły przetargowej tej biurokracjo-kasty na arenie międzynarodowej, wykorzystującej przy okazji instrumentalnie towarzyszy-internacjonalistów w innych krajach do memo-propagacji takiego narodowo-kastowego celu. Nie była, ponieważ alienacja proli od środków produkcji i środków spożycia pozostała bez istotnych zmian względem wzorców przyjętych w leseferyzmie.

Czytaj dalej

Co to była „komuna” (odc. 2)

W toku roztrząsania genezy degeneracji „komuny” w poprzednim odcinku tego mini-cyklu doszliśmy do hipotezy, według której w ZSRR nie działało prawo wartości wymiany ani też nie występowało zjawisko stowaryzowania pracy, a stąd nie mieliśmy do czynienia z ekstrakcją wartości dodatkowej – ergo: klasyfikacja tego systemu jako kapitalistycznego (kapitalizmu państwowego) jest bezzasadna.

Tak też uważał H.Ticktin, który miał okazję zabrać głos w sprawie znacznie później (w l. 1970-tych), kiedy „degenerację” „komuny” trudno było już uznawać za jakiś stan przejściowy. Narracja Ticktina, pomimo istotnych słabości, jeśli chodzi o koherentność diagnozy czy jej kompatybilność z teorią Marksa, zawiera niewątpliwie szereg interesujących spostrzeżeń wartych krótkiego zarysowania. Czytaj dalej

Co to była „komuna”? (1/3?)

Dla zwolenników leseferyzmu czy w ogóle dla miłośników wolnego rynku to, co reprezentował sobą ZSRR oraz następnie państwa satelickie, nie wydaje się budzić większych wątpliwości: była to po prostu jedyna osiągalna w praktyce personifikacja utopii zwanej komunizmem.

Fakt nieosiągnięcia zakładanych standardów czy wręcz degeneracji poniżej tych, które stały się później normą w burżuazyjnych krajach pod współrządami socjaldemokratów, nie był tajemnicą nawet dla populacji, zamieszkujących terytoria objęte reżimami para-kolektywistycznymi, a przez to odciętych od bezpośredniego ostrzału leseferystycznych myślo-czołgów. Wskutek ciężaru faktografiki nawet ci, którzy byli uczestnikami czy entuzjastami Rewolucji jak i pokolenia późniejszych badaczy tematu o około-marksistowskiej proweniencji – większość z nich była skłonna przyznać, że praktyka była dość odległa od oczekiwań czy od pokładanych nadziei.

Ponieważ powszechnym konsensusem jest to, że, krótko (i delikatnie) mówiąc, cały ten eksperyment okazał się nieudany, dla praktycznego współczesnego anty-leseferysty naturalnym działaniem wydawałoby się odstawienie tych historii na bok i skoncentrowanie się na rzeczach, które dzieją się tu i teraz. I tak też byśmy uczynili, gdyby nie ewidentne ciągoty leseferystów, którzy upadek „komuny” skwapliwie wykorzystują do celów całkowitego pogrzebania całej idei świata, który miałby się opierać na zasadzie „każdemu według potrzeb [1], od każdego wg. możliwości” [KWP-OKWM] zamiast na wolnej wymianie rynkowej, oraz w którym nie występowałby podział na klasy organizatorów produkcji oraz jej realizatorów. Czytaj dalej

Ratuj gubmincie! czyli o różnych wymiarach ekono-utopii

Dawno dawno temu pewien gość-wykładowca na jednym z prowincjonalnych ośrodków wpajania nauki upadłej – jakiś skamielino-keynesista zabłąkany pośród nowo-nawróconej na falach doktryny szoku kadry entuzjastów bezkompromisowego dopychania proli kolanem ostrego tayloryzmu  – wypowiedział jedno z niewielu zdań, które utkwiły w naszej pamięci z całego tego toku anty-nauczania: ~„kapitalista jest bezradny wobec siły państwa; państwo może dowolnie wykorzystać swoją moc tak, żeby zmobilizować kapitalistę do zachowań, które uzna za słuszne czy stosowne  do swoich celów”.

Być może w ten właśnie sposób nastąpiło zasianie ziarna, które, nawet po latach wciągania sporych dawek socjal-darwinizmu, czekało spokojnie na odpowiedni moment zwątpienia, żeby zaowocować spontanicznie i znienacka blogowaniem o doktrynie, której generalnym przekazem jest właśnie podejście, rekomendujące między wierszami zobrazowanie kapitalistów jako zwierzostanu użytkowego, nie zaś jako naszych ulubionych zwierzo-pupili, wobec których czujemy się zobowiązani dostarczać regularnie pożywną karmę  (czyt.: wytrenowaną i odpowiednio zmotywowaną siłę roboczą czy dotacje do otwierania miejsc wyzyskobrania), sprzątać kuwety (socjalizować zeksternalizowane koszty demolki środowiska przez prywatnych producentów) i kompulsywnie ich smyrać (nie zapominać o uchyleniu czapki praco-rozdawaczom w obecności mediów i łasić się do nich podczas sabatów w Krynicy) w nadziei, że takie zwierzątko domowe zrewanżuje się nam w jakiś magiczny sposób, np. spojrzy na nas przychylnie oczętami czy nie narobi kupy na środku salonu (tu, żeby odkryć karty: nasza mowa jest czcza, bo sami jesteśmy w służbie dwóch koto-overlordów). Ta, konfrontująca w jakimś stopniu dopieszczanie kapitału, doktryna pragmatycznego (jak zakładaliśmy) spojrzenia na ekono-kapitalistyczny świat to było MMT, blogowane poprzednio tam. Czytaj dalej

Maksymalizacja podaży prolo-godzin: w „komunie” i teraz

W para-diagnozie przyczyn upadku modelu gospodarczego zwanego „komuną” pośród 11 naprędce skleconych hipotez na pozycji nr 10 wrzuciliśmy „brak poszanowania prolo-czasu”. Najprawdopodobniej jest to jedyna oryginalna czy autorska propozycja na całej liście, stąd też nie będziemy ukrywać, że odczuwamy do niej sentyment i zamierzamy ją w niniejszym wpisie nieco rozwinąć.

Otóż w sam pierwotny koncept komuny niejako wbudowany był (czy powinien byłby być) – jakkolwiek niedorzeczny – pomysł, że możliwy jest taki model gospodarczy, w którym nastąpi jakieś ulżenie doli prola w porównaniu do systemu opartego na ekstrakcji wartości dodatkowej w leseferystycznym środowisku algorytmu M(t2) > M(t1). Niewątpliwe elementem takiego ulżenia byłoby przynajmniej stopniowe redukowanie wymiaru czasu pracy najemnej (jeżeli już nie abolicja takiego paradygmatu stosunku pracy od razu na wstępie). Tymczasem nasza historyczna „komuna” – nie odmawiając jej takich osiągnięć, jak ustanowienie uniwersalnego wieku emerytalnego na rozsądnym poziomie (czy w ogóle w miarę przyjaznego systemu wsparcia zużytych proli) – prezentowała stosunkowo twarde stanowisko, jeśli chodzi o tygodniowy wymiar czasu pracy. Dodajmy, że – pomimo teoretycznie społecznej własności większej części środków produkcji – mieliśmy do czynienia nadal ewidentnie z pracą najemną, z tym że w środowisku motywującym mieszanym, czyli można powiedzieć punktowo-zasobowym. Czytaj dalej

Dlaczego upadła „komuna” – ekono-zgadywanka

Pod pewnymi względami frapującą może wydawać się być zagadka upadku modelu, który w Polsce tzw. Ludowej na przestrzeni 20 lat osiągnął skumulowany wzrost PKB na poziomie 97% (1959-1978) wobec 79% w Trzeciej Neoliberalnej (1989-2008)*. W roku, który można pod pewnymi względami uznać jako szczytowy punkt na krzywej krańcowej efektywności systemu nakazowo-rozdzielczego – czyli w 1978 – PKB per capita w PRL wyniosło 6.111 $ (dolary Geary-Khamis 1990), wobec 12.828 w UK, 14.240 we Francji, 13.455 w Niemczech, 12.064 we Włoszech, 8.695 w Grecji, czy 9.023 w Hiszpanii (dla ciekawych dla dalszego porównania: 5.491 w Jugosławii, 6.253 na Węgrzech, 7.786 w Czechosłowacji, 5.011 w Chile, 978 w Chinach, 4.064 w Korei Płd., czy 6.559 w byłym zagregowanym ZSRR – reszta dla ekono-geeków w pliku cytowanym na dole). Widać tu jasno – z odczytu proporcji bardzo zbliżonych do stanu obecnego (za wyjątkiem Korei i Chin rzecz jasna) – że nasze obecne „gonienie Zachodu” jest w rzeczywistości jak na razie pogonią za odrobieniem strat dystansu „zgubionego”  po 1978 r. i wcale nie należy wykluczać, że na celu „dogonienia” tego relatywnego stanu sprzed 40 lat będą musiały spocząć realistyczne oczekiwania względem leseferystycznej terapii stosowanej nad Wisłą. Czytaj dalej