Archiwum kategorii: ekonomemetyka

Reaktywacja systemu „nakazowo-rozdzielczego” – nowa perspektywa

(Odcinek zainspirowany komentarzem internauty citizencokane  do tego wpisu Jehu.)

Niezaprzeczalnym faktem z życia współczesnego kapitalizmu jest zjawisko masowego występowania stanowisk pracy najemnej typu superflouos, tj. takich, które w żaden bezpośredni (czy najczęściej nawet nie w  pośredni) sposób nie przyczyniają się do zwiększenia efektywności zagospodarowania zasobów (bądź inaczej: nie wytwarzają wartości użytkowej).

Typowymi przykładami tego typu praco-najemno niewolnictwa będą biurwy gubmintowe, cała potężna armia rzucona na front sprzedaży, obsługa zbędnych czy sub-optymalnych z punktu widzenia zasobowego łańcuchów dostaw, jak również załogi zaangażowane najpierw do wytworzenia, a następnie do utylizacji „nadmiarowej” (czy zaplanowanej pod kątem wartości wymiany, a nie wartości użytkowej) produkcji i towarzyszących jej odpadów, pracownicy zakładów wytwarzających przedmioty na potrzeby ostentacyjnej konsumpcji  jak i produkujący środki przeznaczone do eksterminacji innych sapiensów czy w ogóle stworzeń wszelakich,  a także prolo-kompost zaangażowany do wykonywania usług służących li-tylko podtrzymaniu statusu klasy próżniaczej (kamerdynerzy, trenerzy zwierza domowego, polerowacze sreber etc.), plus do tego  praktycznie cała sfera finansów i ubezpieczeń (czy ogólniej – większość siły roboczej angażowanej na potrzeby obsługi obiegu cząstek pieniądzowych jak księgowi, doradcy, maklerzy, windykatorzy etc.), większość gargantuicznego aparatu ds. ochrony własności prywatnej, funkcjonariusze aparatu masowej dezinformacji  – wymieniać można by jeszcze długo, ale może kiedyś poświęcimy cały odcinek na stworzenie takiego katalogu, natomiast dziś o szczególnych perspektywach, które otwiera taki patologiczny społeczny podział pracy. Ale – wróć! – nieomal popełnilibyśmy poważne faux pas, pomijając w tej litanii zbędnych posad ekonomistów! Teraz dopiero możemy kontynuować.

Czytaj dalej

Reklamy

Prolo-ekono-ksenofobia vs. internacjonalizm wolnorynkowców

Na początek wyjaśnijmy, o co nam chodzi z tą ekono-ksenofobią. Otóż my wyróżniamy dwie jej (zasadniczo różne od siebie) odmiany: prolo-ekono-ksenofobię i neo-merkantylistyczną czy częściej tylko politykabukowo-manipulacyjną ekono-ksenofobię pro-kapitalistyczną. Wyjaśnieniu tego pierwszego fenomenu poświęcony jest cały dzisiejszy odcinek, natomiast ta druga odmiana polega mniej-więcej na faktycznym (czy przynajmniej werbalnym) faworyzowaniu rodzimych kapitalistów względem zagranicznych przy pełnym poszanowaniu pozostałych reguł neoliberalizmu, w tym zwłaszcza dochowaniu wierności paradygmatom dyscyplinowania siły roboczej.

Zauważmy, że te ekono-ksenofobie, choć napędzane całkiem innymi procesami i motywowane z zasady wręcz przeciwstawnymi przesłankami, mogą koegzystować w danym kraju równolegle i pokojowo, a nawet mogą upatrywać swojej politycznej reprezentacji w jednym i tym samym ugrupowaniu politykabukowym; wszystko to rzecz jasna dzięki zlobotomizowaniu zarówno politykabukowych tzw. elit jak i elektorato-masy memetyką leseferystyczną. Ale do meritum, czyli dziś o mechanice prolo-ekono-ksenofobii.

Czytaj dalej

Ekono-kucaria czyli austriackie gadanie w intersieciach

W dzisiejszym odcinku wrzucamy kilka różnych grzybów do jednego sfermentowanego barszczu:  obok psycho-grzybka ekono-slapstikowego, dodamy garść przykładowych okazów ekono-sromotników (w ramach prewencyjnej misji ostrzegania przed ekono-trucizną), oraz jedną, wykopaną z głębokiej przeszłości truflę lingwistyczną. Trufla ta to staro-nadwiślański termin „austriackie gadanie[1] [AG], który za pomocą siły naszej blogo-tuby chcielibyśmy przywrócić do powszechnego użytku, z tym że w znaczeniu bardziej adekwatnym do współczesnej rzeczywistości, gdzie tytułowe austriackie gaworzenie zyskałoby nowe życie w roli określenia komunikatów werbalno-pisanych artykułowanych pod wpływem pewnego szczególnego zespołu ekono-, ale także kulturo-patologicznego.

Do czego dzisiejszy ekono-misz-masz ma zmierzać? Otóż nietrudno zauważyć, że nadwiślańskie ekono-intersieci są na masową skalę spenetrowane komentariatem, którego jedną z najważniejszych pożywek wydają się być ekono-miazmaty wydobywające się z mizesologicznych myślo-zbiorników (czy myślo-odstojników), a mizesologia wywodzi się – jak to się składa – właśnie z Austrii – kraju, który (według złośliwych) wydaje się cechować nad-reprezentatywną produkcją osobników-rozsiewaczy patologicznych i pozbawionych sensu idei. Ten kontrapunkt – z punktu widzenia kapitalistów – stanowi korzystne uzupełnienie (czy dopełnienie) lobotomizacji populacji neoliberalnym (pragmatyczno-leseferystycznym) przekazem MSM. Tzn. jeśli nawet jakiś standardowy odbiorca treści nie będzie do końca usatysfakcjonowany wersją dystorsji interpretacji ekono-świata podaną w postaci standardowej papki toko-gadomszczyźnianej, próbując dokopać się do jakiejś alternatywy, z dużym prawdopodobieństwem wyląduje w mulistych odmętach austriackich pogaduszek – choćby za wskazówkami dostarczanymi przez fenomenalny w swojej wszechobecności ekono-kucariański [2] komentariat posługujący się na co-dzień właśnie jakąś odmianą ekono-austro-narzecza (czy niedorzecza). Czytaj dalej

Na tropie socjalizmu w Skandynawii

Podobnie jak mizesolodzy próbujący uparcie znaleźć swoją success story, która mogłaby służyć za solidny prop [ang. filar/podpora ale także i „rekwizyt”] usprawiedliwiający sens skrajnego leseferyzmu i socjal-darwinizmu [1], tak i złotowiekowcy  szukają historii dokumentującej sukces socjalizmu, i wydaje się (im), że taki przykład odnaleźli – a to mianowicie w północnych, nordyckich ostępach Europy.

O ile jest dla nas jasne, że jakakolwiek mizesologiczna legenda o zbawiennych mocach leseferyzmu to nic więcej, niż tylko akwizycja odwróconej ekono-homeopatii (odwróconej, bo właśnie tylko 100% stężenie wolnego rynku jest w stanie uleczyć ofiary „rozcieńczonego” przez kolektywistów standardowego leseferyzmu), o tyle mamy wątpliwości, co przyświeca tak naprawdę poszukiwaczom „prawdziwego” socjalizmu, którzy, przyznajmy szczerze, w trakcie tych wędrówek, nierzadko gotowi są wcielić się podobnie w rolę sprzedawców ekono-olejku-zwężowego. Można zazdrościć Skandynawom resztek państwa dobrobytu albo wytrwałości (czy może stoicyzmu) w opozycji do nadchodzącej neoliberalnej zimy,  ale kupowanie czy rozsiewanie mema urabiającego z kapitalistycznych krajów Północy wzorzec socjalizmu przypomina mizesologijne praktyki, gdzie jako przykład prawdziwego kapitalizmu gotowi jesteśmy wytypować praktycznie dowolny kraj, którego pekabe akurat w danej chwili rośnie szybciej niż przeciętna (włączając w to właśnie Skandynawię).

Czytaj dalej

Czy monetarysta może być prawdziwym przyjacielem prola?

Z jakichś nieznanych nam powodów w niektórych kręgach postać Wolfa Richtera uchodzi za „progresywną”, czy nawet pro-prolową. Skąd ten wniosek?  Otóż jego blog wolfstreet dość często jest linkowany na nakedcapitalism, która to platforma jest uważana z kolei za ostoję anty-neoliberalizmu, a nawet czasami zajmuje się promowaniem MMT, która to Teoria, jak wiemy, jest antytezą monetaryzmu. I właśnie za tym pośrednictwem trafiliśmy w końcu (chyba pierwszy raz) na WS wprost do tego, pochylającego się nad 40+ letnią stagnacją realnych płac proli w US artykułu.

Owszem, sama prezentacja danych (2 wykresy mediany wynagrodzeń w czasie) potwierdzających tę stagnację jest warta uwagi, aczkolwiek dla każdego, kto posiada jakąkolwiek wiedzę o mechanice i historii dokonań neoliberalizmu, nie będzie to nic nowego; ale oczywiście faktografik dokumentujących tę degrengoladę nigdy nie za wiele – a nuż ktoś jeszcze nadal jest zdania, że neoliberalizm, jeśli nie wprost to może w jakiś może okrężny sposób, zmierza w kierunku przyniesienia prolom dobrobytu.

Natomiast tym co nas zafrapowało, była diagnoza przyczyn tego stanu (stagnacji płac) oraz recepty na jego poprawę autorstwa Pana WR.

Czytaj dalej

Skąd się biorą zyski i czy to stanowi problem dla ekono-heterodoksów?

Dziś powrót do heterodoksyjnych konceptów makro, które roztrząsaliśmy już kiedyś na starych blogach MMT, jednak tym razem z uwzględnieniem pewnej krytycznej perspektywy – wartej naszym zdaniem uwagi – na którą natrafiliśmy dzięki prof. Egmontowi Kakarot-Handtke [EKH] z Uniwersytetu w Sztutgarcie, który bloguje pod tym adresem. O co tym razem chodzi?

Otóż EKH jest niewątpliwie mocnym (acz niszowym) przykładem ekono-chemitrailsera czy ekono-maverika choćby z uwagi na to, że jego teksty przepełnione są niedyskryminacyjną dezawuacją WSZYSTKICH istniejących sekt ekonomistów, których On sam wyróżnia 4: Walrasjanie (marginaliści), Keynesiści (w tym heterodoksi typu MMT, czy w ogóle PK), Marksiści i Austriańczycy (mizesolodzy). Na jakiej podstawie EKH bazuje swój atak? Otóż Jego zdaniem memetyka każdej z tych sekt opiera się na nie-naukowym fundamencie. W przypadku marginalistów i mizesologów szczególnym problemem jest to, że swoją memetykę konstruują w drodze ekstrapolacji mikro do makro [1], natomiast przypadłością już wszystkich szkół jest niezrozumienie kluczowego w nauce ekonomii konceptu, jakim jest zysk.

Brak ogarniania konceptu zysku jest (według EKH) przez wszystkie wymienione szkoły maskowany ekono-mowo-trawą, głównie o ekono-politycznym zabarwieniu – stosownie do upodobań czy sympatii poszczególnych sekt. Następnie na tej nie mającej naukowych podstaw bazie sekty te pieczołowicie budują swoje odmienne mega-konstrukcje memetyczne, które jednak – posiadając wbudowany pierworodny grzech a-logiczności u samego swojego zarania – są niczym więcej jak wielką kupą mambo-dżambo wzniesioną faktycznie celem propagacji jakichś interesów, nie zaś bynajmniej na potrzeby zgłębiania wiedzy o faktycznych procesach i zależnościach [2].

Czytaj dalej

500+ jako inspiracja do ekono-zapasów w monetarystycznym kisielu

Jednym z najzabawniejszych ekono-produktów ubocznych generowanych przez leseferystyczny gubmint odmiany „ekono-ksenofobicznej”, który ma okazję obecnie reprezentować kapitalistów nad Wisłą, są przepychanki memetyczne ekono-recenzentów, zwłaszcza te koncentrujące się wokół wprowadzonego przez ten gubmint para-socjalu, ze szczególnym uwzględnieniem jego wpływu na wynik fiskalny. O ile wiosną na topie był temat przekroczenia przez generację złotówkowych aktywów finansowych netto rubikono-granicy 1 bln, o tyle obecnie ekono-hajp skupił się na tzw. nadwyżce budżetowej (czyli odessaniu hajsów z gospodarki), która ponoć pojawiła się po 7 m-cach fiskalnych roku 2017, wynosząc po tym okresie 2,4 mld.  Co się zatem tak naprawdę dzieje? Na to pytanie spróbujemy odpowiedzieć na końcu odcinka, ale najpierw o tytułowych zapasach.

Czytaj dalej

Z cyklu „Co zamiast PKB?” – IWPNN

Jak wiemy, PE-P nie należy do zwolenników epatowania czy w ogóle posługiwania się pekabem (czy jego wariacjami typu PKB p-c/PPP) jako miernikiem dobrobytu, a już w szczególności jako wyznacznikiem dobrostanu prolo-kompostowców. Swego czasu jako przykład alternatywnego wskaźnika ekono-kondycji populacji podaliśmy Satisfaction with Life Index. Z podobnych klimatów można dorzucić opracowanie ze strony Our World in Data albo World Happiness Report (pdf  – dla ciekawych, a leniwych: Trzecia Neoliberalna na miejscu 46/155 – całkiem nieźle!)

Ale uczynić ludzi szczęśliwszymi czy chociażby bardziej usatysfakcjonowanymi nie wydaje się sprawą łatwą, stąd my dziś przygotowaliśmy propozycję zastosowania innego wskaźnika dobrostanowego – takiego, który każdy kraj mógłby sobie poprawić z dziecinną wręcz łatwością! Tym wskaźnikiem, który w tym odcinku niniejszym chcemy zaprezentować (i wypromować!) jest Indeks Wolności Praco-Najemno Niewolników [IWPNN] (lub – alternatywnie: Indeks Prolo-Wolności). Indeks ten uzyskuje się, biorąc liczbę godzin przepracowanych rocznie przez średnio-statystycznego zatrudnionego prola, a następnie dokonując jej odwrócenia (wrzucenia do mianownika [1]). Tj. im mniej godzin wyzyskodawania przypada średnio na pracującego obywatela, tym pozycja kraju w rankingu IWPNN będzie wyższa.

Spójrzmy na zestawienie przygotowane przez OECD (uszeregowane od najmniejszej do największej liczby przepracowanych prolo-godzin):

Czytaj dalej

Dla kogo (a na kogo) upadł Mur?

Ostatnio na nakedcapitalism.com podchwyciliśmy link do starej, ale interesującej i nadal aktualnej notki z 2014 r. For Whom the Wall Fell? A Balance Sheet of the Transition to Capitalism  [Dla kogo upadł Mur? Bilans transformacji do kapitalizmu]. Wymowa artykułu jest generalnie w sposób dość istotny sprzeczna z ustaleniami ipeeno-ekonomii: przejście do kapitalizmu okazało się jednoznacznie korzystne jedynie dla 3 krajów byłego Obozu „komunistycznego”, których populacja stanowiła łącznie zaledwie 10% ogółu ludności będącej przedmiotem tych transformacji.

Ale jest też dobra wiadomość dla nadwiślańskich ipeeno-ekonomistów: na tym podium, oprócz Albanii i Estonii, znalazła się – ta-dam! – Trzecia Neoliberalna!

Co z resztą ferajny? Można sobie doczytać dokładniej w artykule; my nadmienimy tylko, że jego Autor – Branko Milanovic – przyjmując za podstawę kryterium pekabowego „doganiania” bogatych krajów OECD – wyróżnił 4 kategorie scenariuszy, według których ukształtowała się na przestrzeni lat 1990-2013 ekono-sytuacja post-„komunistycznych” krajów (w nawiasach % udział populacji, które przynależały do danej grupy):

  1. Ewidentna porażka (20%)
  2. Względna porażka (40%)
  3. Dotrzymywanie tempa (10%)
  4. Sukces (30%)

gdzie „sukces” oznaczał średni roczny wzrost pekabu powyżej 2%.

Czytaj dalej

Parę słów o akceleracjonizmie

Akceleracjonizm to mniej więcej filozofia oparta na takim proroctwie, że kapitalizm sam w sobie zawiera ziarno swojej zguby i, jeśli pozostawiony swojemu biegowi, otworzy drogę do jakiegoś innego, w domyśle lepszego, systemu gospodarowania zasobami. Na ogół wyróżnia się dwa typy akceleracjonizmu: „prawicowy” czy „wolnorynkowy” (N.Land) i „lewicowy” (marksistowski). Zgodnie z memetyką tego pierwszego kapitalizm prowadzić ma do czegoś na kształt singularitarianizmu ala Kurzweil, natomiast wersja marksistowska zakłada, że produktem finalnym kapitalizmu będzie komunizm, czyli abolicja niewolnictwa praco-najemnego (oraz – w wersji pełnej – także pieniądza i państwa). Na potrzeby tego odcinka tę drugą odmianę nazwijmy markscelerocjanizmem.

Bowiem zalążki akceleracjonizmu można znaleźć już właśnie w piśmiennictwie Marksa. Generalnie idea jest taka, że kapitał jest ślepą siłą, swego rodzaju organizmem (czy może zbitkiem memów, które – zalęgnąwszy się w korach sapiensowych, próbują za pomocą opanowanych przez siebie biolo-wehikułów, skompatybilizować hurtowe peregrynacje ziemskiej materii zgodnie ze swoimi prerogatywami, bez oglądania się na potrzeby owych sapiensowych nośników), który raz wprawiony w ruch nie da się kontrolować i którego jedynym celem jest auto-ekspansja. Ta ścieżka niejako przy okazji generuje usprawnienia technologiczne i organizacyjne oraz  prowadzi także do zjawiska koncentracji kapitału w procesie, gdzie większe kapitalisto-ryby pożerają te mniejsze. W końcowym etapie tej dynamiki nastąpi jakiś kolaps – to znaczy po osiągnięciu pewnego progu rozwoju kapitalizm sam sobie własnoręcznie odetnie możliwości dalszej generacji zysków, a tym samym ekspansji; inaczej mówiąc w pewnym momencie zachowanie algorytmu M(t2) > M(t1) stanie się, jeśli nie fizycznie, to ma-te-ma-ty-cznie (i prawdopodobnie także memetycznie) niemożliwe.

Czytaj dalej