Archiwa tagu: produktywność

Koniec skracania czasu pracy wg. Hunnicutta – komentarz PE

Kontynuujemy tematykę zainspirowaną artykułem Hunnicutta (streszczonym tu), odchodząc jednak tym razem od oryginalnego przekazu na rzecz luźnego rozwinięcia memetyki kiedy i dlaczego kampania o redukcję czasu pracy najemnej dobiegła swojego końca.

Jak pamiętamy Hunnicutt politykę fiskalnej stymulacji F.D.Roosevelta określaną mianem New Deal zidentyfikował mniej więcej jako przewrót [1], który położył kres powszechnym jeszcze na początku lat 1930-tych tendencjom do redukcji wymiaru czasu pracy najemnej [RWCPN]. Skutkiem tego przewrotu stał się swego rodzaju (czasowy, złamany później przez kontr-rewolucję monetarystyczną) pakt-kompromis pomiędzy kapitałem a prolami. Kompromis ten odczytywany jest przez współczesnych realistów wolnorynkowych czy przez złotowiekowców jako racjonalna zasada dzielenia konfitur wzrostu produktywności pomiędzy kapitał i pracę. I właśnie w odbudowie właśnie takiego kontraktu ekono-społecznego większość z tych „postępowców”, którzy niechętnie wyglądają poza ramy ekonomii burżuazyjnej, chciałaby upatrywać remedium na bolączki współczesnego kapitalizmu.

Czytaj dalej

Zapomnij o podwyżkach – pracuj krócej za tyle samo

Przerwiemy na chwilę naszą narrację o historii „komuny”, żeby wrócić do spraw bieżących (czy przyszłych), dla których pożywkę regularnie dostarcza nam Forsal. Tym razem forsalowy tekst, który na zaintrygował, zwraca celnie uwagę na zagadkowe zjawisko, gdzie – wbrew nadziejom realistów rynkowych (i wbrew obawom randroidów) – zmniejszające się bezrobocie rejestrowane w wiodących krajach leseferystycznych nie przyniosło jak na razie zauważalnego wzrostu płac. Z wyjaśnieniem tego, jakby się wydawać mogło, dość kontra-logiko-rynkowego fenomenu spieszy ekonomista socjete-żenerala (legitymujący się znajomo brzmiącym imienio-nazwiskiem Omair Sharif): winna jest (surprise!) słaba produktywność!

Nieco przekornie dziś Pracownia postanowiła się z tezą ekono-eksperta zgodzić; tj. zgodzić się w tym zakresie, że produktywność jest (i prawdopodobnie pozostanie już zawsze) kiepska, ale, co ważne, tylko w tym zakresie, kiedy mamy na myśli uśrednioną realną produktywność w ujęciu makro (realną czyli taką, która określa zdolności wytwarzania gadżetów, a nie przetaczania strumieni $). Tzn. w zakładach, w których jeszcze się coś wytwarza (czyli tych, które postanowiły tkwić w przeżytkowych, brudnych i hałaśliwych odmętach gospodarki industrialnej), ta produktywność rosła, rośnie i najprawdopodobniej jeszcze długi czas rosnąć będzie, czyli wolumen gadżetów, opuszczających linię produkcyjną, przypadający na jednego prolo-operatora urządzeń wytwarzających, będzie każdego roku coraz większy.

Jednak tym lokalnym przyrostom wydajności towarzyszy nieustannie zjawisko rozprzestrzeniania się epidemii superfluous jobs/labor (stanowisk czy czynności nadmiarowych – zbędnych z punktu widzenia dostarczania przydatnych produktów i usług) – częściowo w zakładach produkcyjnych (np. marketingowcy), ale przede wszystkim w pozostałych, nowoczesnych post-industrialnych sektorach gospodarki, w tym szczególności w sektorze usług, zwłaszcza w branży tzw. usług dla biznesu. Krańcowe przyrosty produktywności w już stajloryzowanych na maksa i zaawansowanie zautomatyzowanych fabrykach są jednocześnie generalnie coraz mniejsze (hajpowanie o robotach jest w modzie, ale fakty są takie, że w branży produkcji nisko wiszące konfitury zostały zebrane już w XX w.), natomiast jeśli chodzi o generację superflouos jobs w zasadzie nie występują tu żadne bariery technologiczne; jedynymi ograniczeniami będzie tu dostępność prolo-godzin w przystępnych cenach, zdolność absorbcji przepływu strumieni pieniądza zgodnie z algorytmem Mt2 > Mt1, oraz ewentualnie w jakimś stopniu dostępność taniej energii, którą można wrzucić do tego konkretnego paro-gwizdkowego kotła generacji pekabu. Czytaj dalej