Skąd się biorą (i dokąd zmierzają) ceny kwadratów? (odc. 1/2)

[Szkic dzisiejszej czytanki powstał ~2 m-ce temu i trochę się zestarzał, ponieważ w międzyczasie, jeszcze przed bocianami, nad Wisłę nadleciał Czarny Łabędź. Jednakże przyjmując poniższą generalną logikę cenotwórczości kwadratów (tu uzupełnioną ad-hoc jedynie o garstkę odniesień do Sytuacji obecnej) za dobrą monetę, każdy—nawet w warunkach domowych—może sobie postawić ekono-pasjansa przy użyciu kart upstrzonych przez czarne ptaszysko, żeby samemu spróbować odgadnąć kierunek ruchu kwadratowych cenek. Jakaś próba odniesienia tej teoretyki do Sytuacji bieżącej zostanie doklejona do drugiego epizodu tej 2-odcinkowej serii; to oczywiście pod warunkiem, że do czasu publikacji Kompleks nie wdroży w życie legislacji, która spenalizuje piśmiennictwo zawierające pierwiastki, które mogłyby zostać uznane za sabotaż działalności omawianego tu Koła Zamachowego gospodarki kapitalistycznej późnego stadium.]

*

W którejś z poprzednich pogadanek postawiliśmy tezę, że znakiem kryzysu w kapitalizmie fazy nad-akumulacji jest stan, w którym dostępność metrów kwadratowych dla aktywnych/zatrudnionych praco-najemno niewolników wzrasta, tzn. kiedy Δ cen lokali mieszkalnych staje się niższa niż Δ przeciętnych zarobków (przy czym nie jest to oczywiście tożsame z generalną statystyczną poprawą dostępności z uwagi na to, że takiej dynamice często towarzyszy spadek ogólnej liczby zatrudnionych, tj. wzrost bezrobolstwa).

[Warunki odpowiednie do zaistnienia kryzysu w tym rozumieniu panowały nad Wisłą już od roku-dwóch, czekając jedynie na wyraźny znak-impuls; impuls właśnie wystąpił (covid), i jeśli okaże się on wystarczająco mocny, żeby zamieszać wektorami „prawa” wartości (co wydaje się wysoce—50%+—prawdopodobne), być może już począwszy od 3-go kw. br. (lub w innym momencie, kiedy tematu rosnącej masy niesprzedanych zapasów kwadratów nie da się już dłużej traktować jako tabu) wielkość ułamka mkw, na którego stać jest nadwiślańskiego statystycznego zatrudnionego (jeszcze) wyrobnika za miesięczną pensję, po raz pierwszy od dobrych kilku lat zacznie rosnąć; ale ta prognostyka tu tylko na marginesie, bowiem dziś skupimy się na tytułowej generalnie uniwersalnej mechanice cenotwórczej.]

Za „komuny” dostępność kwadratów była ogólnie prostą funkcją stosunku ich liczby do wielkości populacji. W kapitalizmie ustalenie dostępności wygląda inaczej: będzie ona wyznaczana relacją typowych zarobków do ceny metra kwadratowego. To oznacza, że możliwa jest taka sytuacja, w której pomimo wzrostu agregatu kwadratów (czy + także pomimo spadku populacji), dostępność będzie spadać (tak np. jak to miało miejsce nad Wisłą w roku 2019).

Przyczyną tego „paradoksu” jest fakt, że system dystrybucji dóbr w kapitalizmie nie jest wyznaczany ich wartością użytkową, a raczej steruje nim „prawo” abstrakcyjnej wartości. Co więcej, w grawitacji tego „prawa” spadek dostępności kwadratów—szczególnie tam, gdzie większość (jeszcze) posiada takowe na własność—będzie postrzegany powszechnie jako zjawisko pozytywne („bogacenie się”), ponieważ w takim środowisku powierzchnie mieszkalne traktowane są w pierwszym rzędzie jako aktywa, natomiast ich rola jako obiektu zaspokajania potrzeb jawi się obserwatorom jako często drugorzędna (zwłaszcza dla tych, którzy gromadzą „dodatkowe” kwadraty celem czerpania z nich zysków—czy to z komornego czy też ze spodziewanych wzrostów wyceny).

W tym kontekście istotne wydaje się ustalenie (czy ujawnienie), jaki jest mechanizm cenotwórczy dla tego konkretnego towaru, jakim są mieszkalne kwadraty.

Dawno, dawno temu zwykło się zakładać, że podstawą dla ustalania (się) cen nieruchomości zamieszkiwalnych są koszty budowy (zwane również kosztami odtworzeniowymi) plus ewentualnie—w przypadku działalności nastawionej na zysk (deweloperki)—narzut „inwestora”. Tego typu rachunek stosowały jeszcze stosunkowo do-niedawna organizacje funkcjonujące w formie spółdzielni mieszkaniowych, jak i jest on nadal często stosowany w praktyce (koszty+narzut) w przypadku wielu towarów codziennego, masowego i nie-sterowanego totemem „marki”  spożycia nie-ostentacyjnego, takich jak chleb standardowy pszenno-żytni, żwirek dla kotów, benzyna z dystrybutora etc. czy także—tak koszto-genne w budownictwie—cement, stal konstrukcyjna czy pustaki.

Jednak chyba dla większości obserwatorów od pewnego momentu stało się jasne, że kwadraty nie są zwykłym towarem, wobec którego ceno-analiza ‘koszt+narzut’ wyjaśnić mogłaby ich ruchy w sposób zadowalający. Wiemy, że cenki transakcyjne mogą być zarówno znacznie-odbiegająco wyższe od kosztów odtworzeniowych (np. Wa-wa 2006-07 r., gdzie normą były ceny na poziomie 200-300% k.o.), jak i istotnie niższe (np. w l. 2010-15 część lokalizacji we wschodniej Teutonolandii, czy w płn-zach. Czechii, gdzie nietrudno było znaleźć kwadraty po cenkach równych czy niższych niż 50% k.o.).

Takie dictum sugerować może zatem, że w tym segmencie lepiej sprawdziłaby się analiza oparta na prawie popyto-podaży. Co prawda—jeśliby przyjąć analizę marginalistów za dobrą monetę—obydwie te ścieżki cenotwórczości (narzutowo-kosztowa i popyto-podażowa) w dłuższym terminie powinny ulegać konwergencji (za sprawą konkurencji i swobody przepływu kapitału) [1], jednak w przypadku kwadratów ten fenomen w sposób oczywisty nie ma miejsca, tzn. wzrost popytu może i prowokuje wzrost podaży, ale już jeśli chodzi o udział narzutów, ten nie wykazuje tendencji do zmierzającej do rozsądnych poziomów stabilizacji, a raczej stanowi jakieś odzwierciedlenie generalnej fazy w gospodarce, którą ostatnimi czasy jest (czy może raczej była—patrz słowo wstępne powyżej) faza spekulacyjna powoli przechodząca w ponziową, jeśli chcieć użyć typologii Minskiego.

Bodajże to M. Hudson sformułował tezę-równanie, zgodnie z którym w obecnym stadium systemu „prawa” wartości ceny kwadratów ustalane są faktycznie przez prywatnych krótkoterminowych planistów centralnych, tj. przez banksterkę, czyli kwadrat jest wart tyle, ile kredytu pod jego zastaw skłonny będzie udzielić sprzedawca podstawowego produktu obecnej fazy kapitalizmu, którym jest kontrakt na mini-ratki. To znaczy wciskacze mini-ratek po konsultacjach z działami analiz swoich prywatnych centralnych jednostek planistycznych wyznaczają, ile nowych hajsów można wykreować w oparciu o będącą przedmiotem kredytowanej transakcji nieruchomość (najczęściej mieszkalną) i przydzielić te punkty jej nabywcy (czy jej posiadaczowi pod zastaw na inne cele zakupowe). Takie decyzje sumują się w skali makro do dominującej funkcji cenotwórczej, determinując ogólny poziom, na którym zawierane są transakcje, w tym także transakcje zakupów za gotówkę (bez kredytu).

W tym miejscu warto zauważyć, że klu motywacji zarówno przedstawicieli prywatnych planistów jak i często klienteli, która stanowi paliwo konieczne do wprawienia w ruch tych procesów po drugiej stronie lady, stanowi chciwość; kwestie zaspokajania potrzeb—które stały kiedyś u podstaw różnego rodzaju organizacji ds. budownictwa quasi-kolektywistycznego—mają bardzo ograniczony wpływ na tego typu operacje. Przedstawiciela centralnego planisty prywatnego nie interesują przecież (ani interesować nawet nie powinny, jeśli chce on-ona skutecznie wypełniać swoją rolę społeczną w kapitalizmie) potrzeby biorcy mini-ratek, a raczej—w typowym przypadku—jego zdolność do obsługi tych ratek; dodajmy—generalnie bieżąca zdolność do ich obsługi, tj. wyliczana w oparciu o bieżące dochody i bieżące zapisy kontraktu praco-najemno niewolniczego (+ ew. tzw. historia kredytowa przechowywana w różnego rodzaju bazach kombinatu mini-ratkowo-ubezpieczeniowo-egzekucyjnego).

Czyli inaczej—przydzielacza mini-ratek raczej w niewielkim stopniu będą interesować jakiekolwiek projekcje makro wybiegające poza ramy dajmy na to 12 miesięcy (w tym też dostępne i znane powszechnie projekcje demograficzne), ponieważ tego typu dywagacje nie leżą w jego-jej plenipotencjach (wyjątkiem będzie tu wiek mini-ratko-biorcy—projekcje dożywalności nie powinny kolidować z okresem spłacania mini-ratek, przynajmniej jeśli mówimy o bankowości tradycyjnej, a nie o sępach pożyczkodawstwa specjalizujących się w przejęciach tytułów własności i w „czyszczeniu” lokali ze zlobotomizowanego agresywnym marketingiem krawaciarskim plebsu). Od ewentualnych kłopotów, które mogą objawić się poza tą kilka-kwartalną perspektywą, są inne komórki (monitorowania, molestowania, egzekucji itp.), jak i parasol ubezpieczeń rozpięty nad co bardziej ryzykownymi operacjami.

Owszem, w przypadkach, kiedy wierchuszka centralnych planistów prywatnych zwącha, że sprawy w wymiarze makro weszły w fazę Ponziego, może zacząć wydawać dyrektywy i okólniki, które ograniczą brawurę działań ich armii targeciarzy-krawaciarzy. Jednak jak wykazała praktyka (np. ogólnie przebieg GFC czy bardziej konkretnie nadwiślańsko rekomendacja S), takie otrzeźwienie przychodzi raczej jako quasi-paniczna reakcja post-faktumowa (na kumulację niewypłacalności,  załamanie rynku „minimalizujących ryzyka” derywatów bazujących na mini-ratkach, czy wyraźne symptomy-tendencje „frankowiczów” do znajdowania się pod wodą pod wpływem rosnącego balastu nominowanego w pln obciążenia ich „inwestycji”), aniżeli jako działania, które mogłyby w jakikolwiek istotny sposób zapobiec zderzeniu od-ponzio-kredytowej g00vno-masy z ekono-wentylatorem (który, niestety, podczas wspomnianych epizodów sprzed 12 lat nie zdołał przewietrzyć atmosfery, a co najwyżej wywiał—w wiodącej gospodarce leseferystycznej za Oceanem—kilka-kilkanaście mln tamtejszych mini-ratkowców z zajmowanych przez nich wcześniej pomieszczeń kwadratowych).

To po stronie—nazwijmy to—podaży (w tym podaży instrumentów/punktów hajsowych, które zapewniają smarowanie tych mechanizmów).

[Celowo pomijamy tu zagłębianie się w tę odsłonę podaży, wokół której wulgarna analiza buduje swoją opowieść o ceno-twórczości, wskazując m.in. takie czynniki jak „ograniczony regulacjami dostęp do gruntów budowlanych”, „długotrwałe procedury biurokratyczne”, „wysokie koszty pracy” etc. jako rzekomy powód galopady cenowej; jak wyjaśniliśmy powyżej, znaczenie tych „barier” jest drugorzędne, zwłaszcza w w fazach spekulacyjno-ponziowych.

Deweloperka—funkcjonująca niejako jako organ wykonawczy naszych Planistów—działa według dość prostego algorytmu, tj. na wejściu otrzymuje sygnał aktualnie „obowiązujących” cen (emitowany przez banksterkę) wraz z sygnałami aktualnie „obowiązujących” kosztów (od księgowego) oraz aktualnie odczytanej prędkości upychania gotowych/pół-gotowych kwadratów (od krawaciarzy/garsonierek z działu sprzedaży) i na tej podstawie podejmuje decyzje o ekspansji (czy ew. ograniczaniu) produkcji, której „realizacja” nastąpi w perspektywie 2-3 lat. Określenie tego sektora mianem „koła zamachowego gospodarki” w tym kontekście nabiera specyficznego sensu w znaczeniu takim, że rozkręcone w fazie spekulacyjnej lub/i Ponziego „inwestycje” trudno jest zatrzymać ad hoc, nawet jeśli w międzyczasie odczyty ww. sygnałów ulegną diametralnym zmianom.

W uzupełnieniu można jeszcze dodać truizm, że choć w opisywanych warunkach dominującą funkcją kwadratów jest przechowywanie/pomnażanie „bogactwa”, a stąd ruchy ich cenek podlegają tym samym siłom co np. korporacyjne papiery, „lepkość” tych kwadratowych cenek będzie—z różnych powodów, o których tu nie będziemy się rozpisywać—znacznie wyższa, tzn. zarówno ich wzrosty jak i spadki będą przebiegać w mocno zwolnionym tempie w porównaniu do akcji na akcjach czy na surowcach notowanych masowo w szulerniach (zwanych giełdami) organizowanych pod egidą Centralnej Planistyki Prywatnej).]

Po stronie popytu współczynnik chciwości jako determinatora strategii jest równie—jeśli w pewnych przypadkach nie jeszcze bardziej—wysoki. Tj. każdej jednostce wzrostu pekaba odpowiadać będzie jakaś wielokrotność wzrostu pro-chciwościowych aspiracji biorców mini-ratek, czy w ogóle uczestników transakcji kwadratowych. Współczesna numerologia pekabowa określa to zjawisko mianem bogacenia się populacji (rośnie wycena aktywów, jak i również—wraz ze wzrostami komornego—pekabe, ponieważ istotnym składnikiem tego loboto-wskaźnika jest pozycja dochodów z czynszu imputowanego/fantomowego, które w tym matrixie rachunków narodowych uzyskuje domyślnie każdy, kto rezyduje na własnych kwadratach). Skutkiem tego, klu obecnej tzw. polityki gospodarczej sprowadza się do działań wspierających te nierównowagi i dysproporcje pomiędzy wartością użytkową a abstrakcyjną wartością wymiany. Spektrum takich działań jest szerokie, np. ulgi podatkowe, odpisy mini-ratek od pitów, dopłaty do czynszów, oraz—co najistotniejsze—niskie stopy % (o czym więcej za moment).

Warunkiem funkcjonowania algorytmów od-chciwościowych jest wiara w co-najmniej kontynuację dotychczasowych trendów wzrostu i tempa akumulacji wartości abstrakcyjnych. Realizm termodynamiczny (czy w części przypadków—także demograficzny) to główny nemesis chciwości, w którego maskowanie zaangażowany jest wszechobecny kombinat rozsiewania podnoszącej-na-duchu biorców mini-ratek memetyki wolnej od „zewnętrznych” ograniczeń ekspansji. Te i inne realizmy (jak np. w zakresie zdolności do obsługi kredytów, których wolumen w skali makro rośnie 2 czy w niektórych przypadkach—jak np. w UK—5 razy szybciej niż agregat dochodów) stanowią niemile-widziany czynnik sabotażu wzrostu (pekabe, wolumenów sprzedaży mini-ratek), i taka ekono-partyzantka taki ekono-terroryzm będzie zwalczany z całą stanowczością przez centralnych planistów prywatnych (używających do tych celów gubmintów oraz ambony pekabowego kultu w postaci ewangelistów wykrzykujących przez tuby m$m kazania zagrzewające do brania mini-ratek), ale także w drodze wewnętrznej korpo-selekcji, w ramach której to kultury faworyzowane są postawy denializmu wobec jakichkolwiek barier (silna motywacja osobista, targeto-orientacja, łamanie barier, yes-we-can-izm etc.).

Jak można zauważyć, naszkicowane powyżej mechanizmy wpisują się w generalny algorytm kapitalizmu, który sprowadzić można do filozofii ‘produkcja dla produkcji’. Tj. tłuczenie kwadratów będzie postrzegane jako rozwój bez względu na to, czy wskutek stawiania tej substancji kwadratowej dostępność dachów nad głową maleje czy rośnie, jak i bez względu na to, czy w warunkach demograficznego zwijania ta działalność wytwarza w ogóle jakąś wartość, którą można określić mianem użytkowej.

Wracając do (pozornie kluczowego) zagadnienia stóp %: w obiegu funkcjonują zasadniczo dwie interpretacje główno-nurtowe w zakresie związku pomiędzy wysokością tych stóp a dostępnością kwadratów (obie—choć każda zawiera ziarenko prawdy—wulgarno-mylące na różny sposób).

Pierwsza, niejako „oficjalna” (w sensie: artykułowana i prawdopodobnie też wyznawana przez kadry neolibowych gubmintów, jak i przez część garnituru pro-popytowców spod znaku zbastardyzowanego pseudo-keynesizmu) twierdzi, że niskie stopy pomagają w nabywaniu własnego M, szczególnie „młodym” (czy „młodo-małżeństwom”). Ta teza byłaby jednak prawdziwa jedynie przy takim założeniu, że cenki kwadratów są funkcją li-tylko kosztów budowy (+ „uczciwy” narzut kapitalisty, cokolwiek to nie znaczy), a nie zaś—jak to jest w rzeczywistości— przedmiotem dość szczególnej gry popyto-podażowej (kupowanie motywowane oczekiwaniami wzrostu wyceny/prezerwacji roszczeń).

Te realia są z kolei punktem wyjścia drugiej („opozycyjnej” wobec pierwszej) wulgarystycznej hipotezy, zgodnie z którą „za-niskie” stopy % wręcz fokkują „młodych”, ponieważ ich niskość znajduje mniej-więcej proporcjonalne odzwierciedlenie w cenkach kwadratów (+ ponadto—są one niejako wabikiem, który skłania zdesperowanych poszukiwaczy dachu nad głową do irracjonalnych decyzji zakupowych po to tylko, aby potem „cwana banksterka” działająca pod parasolem anty-wolnościowego banku centralnego mogła ich sfokkować, kiedy stopy % „nieuchronnie” pójdą do góry).

Ta druga logika jest mniej-więcej równie chybotliwo-wulgarna, co poprzednia—zależność pomiędzy stopami a cenkami jest równie daleka od linearnej jak ta od-kosztowa, jak i podwyżki tych stóp nie są czymś nieuniknionym (a nawet jeśli się zdarzą, będzie to najpewniej pso-pawłowa reakcja banku centralnego na ewentualne, choć coraz mniej prawdopodobne, „nadmierne” wzrosty wynagrodzeń, co—uśredniając w skali makro—byłoby aktem utrzymania relatywnych obciążeń mini-ratkowców na tym samym poziomie względem zarobków; a ponieważ—przynajmniej w krajach Centrum—należy spodziewać się raczej postępujących obniżek realnych płac, nie należy wykluczać, że centralni planiści prywatni będą utrzymywać bliskie zeru stopy do końca kapitalizmu i o jeden dzień dłużej).

O tym, że popyt na kwadraty nie jest głównie odzwierciedleniem stóp % (ale też ani nie demografii, ani poziomu kosztów odtworzeniowych) przypomina choćby sytuacja post-GFC w krainie Wielkiego Szatana, gdzie pomimo polityki quasi-zirp „wspomaganej” dodatkowo QE, popyt (jak i cenki) ostro zanurkowały. Dla kontrastu—nad Wisłą np. w latach 2000-2001 raczkujący jeszcze wówczas sektor deweloperski rósł dynamicznie (jak i rosły cenki), pomimo że podstawowe stopy % były na poziomie sporo powyżej 10% (a mini-ratki „frankowe” z niższym oprocentowaniem wówczas dopiero nieśmiało wkraczały na scenę jako oferta dla wyłącznie zamożnej klienteli).

I o ile wszystkie ww. wymienione czynniki mają pewne przełożenie na popyt (np. niskie stopy niewątpliwie podgrzewają manię parkowania nadwyżek w apartemą w czasach tzw. prosperity), o tyle generalną nutę w tej grze w ekono-muzyczne krzesła na obecnym zdegenerowanym stadium kapitalizmu wyznaczają nastroje generalnej publiki, w tym zwłaszcza nastroje górno-decylowców (top 10-20%, ale z wyłączeniem crème de la crème 0,1%, która niekoniecznie raczy angażować się w zachowania stadne), którzy w obrotach tej maszynerii pełnią zarówno rolę paliwa, jak i—prędzej-czy-później—ofiary różnego rodzaju hiper-aspiracji napędzanych tendencjami do emulowania stylu Dominatorów (w postaci np. czczenia totemu pasywnych dochodów czy pogoni za „prestiżowymi” lokalizacjami/aranżacjami architektonicznymi etc.).

Dystansując się od tych wulgaryzmów, część ekonomistów z obozu post-keynesjańskiego (jak i my tu w PE-P) stoi, na stanowisku, że naturalna stopa % dla misiów-oszczędnisiów powinna wynosić 0 albo i poniżej (zysk na aktywach pozbawionych ryzyka = darmowy lancz)  i ktoś  (np. ktoś napromieniowany mizesologią) może to nieopacznie odczytać jako deklarację wsparcia dla dalszego pompowania cen kwadratów zgodnie z mechaniką analogiczną do pompowania aktywów abstrakcyjnych typu papiery dłużne. Jest to błędna konkluzja—tych spraw nie należy mieszać, tj. należy konceptualnie oderwać związek pomiędzy rozdawaniem tanich mini-ratek na lewo-i-prawo, a „ustawowym” wynagradzaniem misiów-oszczędnisiów, który to związek opiera się na bulszitowej teorii funduszy pożyczkowych promowanej zarówno przez kapitalistyczne gubminty, jak i przez legendarnie „kontestującą” te gubminty memetykę mizesologiczną.

Płacenie posiadaczom depozytów (misiom-oszczędnisiom) figulca-zmakulca w postaci 0% (czy nawet perfidne „podjadanie” ich oszczędności stopami <0), a tzw. „dopłacanie” biorcom kredytów (za pomocą ujemnych—nominalnie czy realnie—stóp%), to dwie różne pary ekono-kaloszy; kto jak kto, ale PE-P (i raczej też nie post-keynesjanie) na pewno nie należy do adwokatów pompowania siły nabywczej populacji przy użyciu polityki masowego i niedyskryminacyjnego przydzielania mini-ratek, jakiejkolwiek formy by to miało nie przyjąć. Tym, co należałoby generalnie zrobić (chcąc chronić sferę zaspokajania potrzeb mieszkaniowych przed degeneracyjnym działaniem „prawa” wartości), jest primo zimmunologizowanie procesów dystrybucji tego quasi-towaru-quasi-aktywa od wirusa chciwości, przynajmniej tam, gdzie rozmawiamy o obiektach zaspokajania faktycznych potrzeb z dolnych pokładów maslovo-piramidy. Chodzi tu m.in. o to, że—inaczej niż w przypadku żonglerki np. akcjami, instrumentami czy tulipano-cebulkami—spekulacja kwadratami posiada bezpośrednie i niewątpliwie szkodliwe przełożenie na sferę zaspokajania istotnych i realno-uniwersalnych potrzeb (nie-zachcianek).

Jednym z bazowych pomysłów w tym przedmiocie, który proponuje część obozu post-keynesjańskiego (np. S. Keen), jest nałożenie ograniczeń po stronie podaży mini-ratek, czyll postawienie tamy alienacji procesów cenotwórczych kwadratów od „normalnego” prawa popyto-podaży. Zgodnie z tym podejściem, funkcja popytu znajduje wyraz w ilości hajsów, które najemca jest w stanie wykasłać do kieszeni kamienicznika za comiesięczne korzystanie z kwadratów, a stąd maksymalny agregat mini-ratek przyznanych przez uzbrojonego w krawat (i excela) żołnierza frontowego armii banksterskiej na zakup takiego dobra inwestycyjnego powinien być zakotwiczony w potencjalnych wpływach z renty wynajmu (np. limit kredytu = 10 lat wpływów z komornego).

[Jeszcze o innej twarzy popytu—popyt na hajsy będzie zaspokajany ochoczo przez prywatne jednostki ds. „drukowania” (kreacji hajsów poprzez udzielanie kredytu) dotąd, dopóki rosną cenki aktywów (w tym kwadratów) będących przedmiotem zastawu, a ta „produkcja” pieniądzorowych IOU będzie się po części rozlewać na inne działy gospodarki (np. płace wyrobników rychtujących apartamenty, którzy grosz utłuczony podczas nadgodzin wydadzą na ekstra przydziały parówek lub/i gadżetów made in ChRL etc.etc.). Natomiast w momencie, kiedy ta maszynka (banksterska prasa drukarska) zwolni obroty z uwagi np. na znak zapytania rysujący się nad dalszymi spadkami dostępności kwadratów (czyt. wzrostem ich cen), nad pekabe zawiśnie groźba „kryzysu”, ponieważ „zabraknie metrów” potrzebnych do napędzania produkcji opartej o „prawo” wartości, tzn. realizacja wyciskanej z kompostu wartości stanie się—do czasu przejściowo, a w końcu kiedyś trwale—utrudniona z uwagi na konflikt pomiędzy potrzebą prolo-dyscyplinowania a żądzo-instynktami ekspansji.]

W praktyce ta zasada (zależności cen kwadratów od zdolności najemców do wykasłania na komorne) może i nawet czasami działać do pewnego momentu (zwłaszcza w co bardziej prowincjonalnych lokalizacjach), ale benczmark—w postaci wysokości oprocentowania mini-ratek na tego typu inwestycje—nadal będą wyznaczać Centralni Planiści Prywatni służący koniec-końców bałwanowi Chciwości. Wiemy również, że po przekroczeniu pewnego rubikonu—którego osiągnięcie sygnalizuje kierującym się chciwością nabywcom akceleracja oderwania się krzywej cenek od krzywej pekabu—głównym motywem nabywania kwadratów stają się oczekiwania dalszego przyspieszenia wzrostów wyceny. W tym momencie jakakolwiek analiza oparta o „prawa” ekonomii ortodoksyjnej staje się bezprzedmiotowa—procesy cenotwórcze przyjmują postać chaotyczno-stadną; na tym etapie przewidywanie ruchów cen w perspektywie kilku-letniej zaczyna przypominać prognozowanie, z której strony świata zawieje wiatr za 2 tygodnie (albo kiedy nastąpi podstępny atak perfidnego Czarnego Łabędzia).

[Dlatego też w sytuacji, kiedy dominującą funkcją kwadratów staje się „bogacenie się” (w miejsce funkcji zamieszkiwania, czy nawet tłuczenia „pewnych” pasywnych dochodów na komornym) wskazana jest daleko posunięta wstrzemięźliwość, jeśli chodzi o publikowanie własnych przewidywań rozwoju sytuacji (przynajmniej w przypadkach, kiedy prognosta nie jest płatnym agentem kompleksu żonglerki kwadratami); dżoker żądz „bogacenia się” może—nawet przez dłuższy czas—pobić atuty nawet najbardziej realistycznej analizy fundamentalnej uwzględniającej dane dotyczące np. nadchodzącego i niepowstrzymywalnego przebiegunowania popyto-podażowych sił mającego źródło w zaklepanych dekady temu strukturach demografii. Ale jeszcze większym ryzykiem obarczone jest przyjęcie wiary, że w kapitalizmie istnieje coś takiego jak „pewny” wehikuł spekulacji/lokowania, na którym „nie można stracić”. PE-P, obstawiając (memetycznie, a nie np. szortując deweloperzyskowe papiery dłużne) scenariusz załamania cenek nadwiślańskich kwadratów gdzieś na przestrzeni lat 2020-25, kładzie na szali jedynie swoją (jakkolwiek i tak już wątpliwą dla niektórych) ekono-reputację.]

[CDN]


1 Oczywiście, jeśli ta generalna „zasada pełnej i nieskrępowanej wolnej konkurencji” działałaby w praktyce, w większości branż kapitalistycznej gospodarki, w tym zwłaszcza w tych, gdzie ma miejsce wytwarzanie wartości użytkowych w oparciu o dojrzałe technologie, które efektywność procesów dopchnęły do fizycznych marginesów, grawitacja tej zasady ściągnąć by musiała wartość narzutów do zera, czyli (teoretycznie) kapitalista wynagradzany byłby jedynie za swoją pracę w charakterze organizatora procesów. Wiemy jednak, że ziszczanie się tego typu obrazków z ekonomicznej Strażnicy w praktyce należy raczej do rzadkości.
(powrót)

3 komentarze do “Skąd się biorą (i dokąd zmierzają) ceny kwadratów? (odc. 1/2)

  1. Arczi

    Witam, trochę poczytałem też waszego wcześniejszego bloga i chciałbym się upewnić czy dobrze rozumiem odnośnie kreacji pieniądza, oraz druku przez bank centralny.
    Czy polski bank centralny ma jakieś ograniczenia skupu obligacji stworzonych przez rząd? Czy musi posiadać w tym celu jakieś rezerwy (np. USD) czy jest jedynie ograniczony przez jak to ujęliście przez „progi długu, traktaty-zobowiązania do fiskalnej dyscypliny, cele stawiane przed bankiem centralnym itp”

    Polubienie

    Odpowiedz
    1. pracownia e-p Autor wpisu

      Tak, pisaliśmy to na serio i pozostaje to aktualne. Ograniczenia są wyłącznie natury instytucjonalno-zwyczajowo-prawnej. Pierwotna emisja „długu” gubmintu nadwiślańskiego jest zastrzeżona dla nabywców „prywatnych” (w hurcie—dealerów), natomiast NBP (do czasu ataku covida) generalnie też nie bawił się w handel tymi papierzyskami nawet na rynku wtórnym (inaczej niż u Wielkiego Szatana, nad Wisłą do działań w zakresie utrzymywania stóp % na ustalonym poziomie służą nie obligacyje, ale tzw. bony pieniężne drukowane z zasmogowanego powietrza nadwiślańskiego przez sam NBP).
      Jak się okazało parę dni temu tę „zasadę” trzymania się z boku łatwo przyszło odstawić do lamusa. Podobnie nie należy wykluczać, że rozwój wypadków doprowadzi do dalszych, bardziej fundamentalnych zmian w przedmiocie „zasad” finansów państwa.

      Polubienie

      Odpowiedz
  2. Pingback: W 2021 pękła w Polsce bańka na rynku nieruchomości

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.