Dlaczego nad Wisłą jest ciężko sprzedać MMT?

Na początku zaznaczmy, że my sprzedażą MMT (Nowoczesnej Teorii Monetarnej) już się aktualnie nie zajmujemy, i to wcale nie z tej przyczyny, że „kiepsko schodziło”, ani też nie dlatego, że uważamy ją za humbug. Chodzi raczej o to, że wiedza n/t mechaniki pieniądza „obowiązującej” we współczesnym systemie odsłania tak czy owak jedynie fragment całej ekono-układanki, która składa się na dynamiczny system adaptatywny (adaptacyjny) zwany gospodarką, a który wyewoluował do obecnej patologicznej postaci charakteryzującej się dwoma podstawowymi atrybutami: (1) rosnącym geometrycznie apetytem na zasoby oraz (2) rosnącym apetytem na bezproduktywne czy kontr-produktywne pochłanianie sapienso-czasu wolnego.

Po za tym, MMT – jak i zresztą pozostałe „odłamy” ekonomii – to opis czegoś, co NIE jest tak czy owak czymś naturalnym czy obiektywnym – zarówno kapitalizm, gubmint, jak i pieniądz to są konstrukty oparte na jakichś subiektywnie i arbitralnie przyjętych systemach wartości, natomiast prawa ekonomii, które możemy uznać za naturalne, to prawa fizyki, ewentualnie z domieszką garści determinizmów opisywanych przez naukę zwaną antropologią.

Jeśli już o antropologii – żeby posiąść szerszą ekono-perspektywę, wtrąćmy coś z Graebera:

Having a separate sphere where people exchange stuff and has its own laws is a relatively new idea. Most people in history never would have imagined that you could sell people your time. The idea of wage laborers is bizarre and exotic from the perspective of most people who ever lived.

{Fakt istnienia wydzielonej sfery, w której sapiensy wymieniają się gadżetami i która rządzi się swoimi specyficznymi prawami jest stosunkową nowością. Dla większości żyjących historycznie homo-sapiensów sprzedaż własnego czasu innym byłaby czymś niewyobrażalnym. Koncept praco-najemno niewolnictwa jest czymś dziwacznym czy egzotycznym, jeśli przyjąć perspektywę większości sapiensów, którym dane było żyć w ramach czaso-przestrzeni istnienia naszego gatunku.}

Wracając do MMT: można zaobserwować, że teoria ta nawet nad Wisłą weszła już, tak czy owak, w późne stadium nr 2 (zahaczając nieśmiało o fazę 3) standardowego procesu, przez który prawdopodobnie muszą przejść wszelkie obserwacje obrotu rzeczy wyłamujące się z bieżącej ortodoksyjnej perspektywy postrzegania zjawisk, tzn. obecnie znajduje się w fazie „heheszkowego wyśmiewania” (faza 1 to „ignoranckie ignorowanie”, faza 3 – „zaciekłe atakowanie”, faza 4 – „przecież to było od początku dla mnie oczywiste!” – jak będzie kogoś tam bujać za 20 lat Rzońca bujając się w fotelu bujanym na emeryturze pod palmami na Karaibach). Niestety, rojenie sobie nadziei, że choćby nawet za 20 lat akurat akceptacja realistycznej (tj. MMT-owej) mechaniki hajsów i rachunków narodowych zmieni cokolwiek w sposób istotny, jeśli chodzi o ww. atrybuty (1) i (2) systemu frirajderstwa, jest raczej płonna; teorie ekonomiczne mają to do siebie, że przynoszą takie zmiany, po których wszystko pozostaje generalnie po staremu. Tym, co prawdopodobnie wymusi jakieś zmiany w tej perspektywie czasowej, będą presje zasobowe, wobec których nawet moc hajsów – fiato-gubmintowych, wykreowanych przez kredyciarzy z pomocą banków, czy nawet tych namacalnie solidno-cząsteczkowych o złotożukowej czy blokczejnowej proweniencji – okaże się bezsilna.

Tak czy owak – aktualnie każdy, kto próbuje głosić MMT-ową ewangelię [1] (jak np. ten odważny dziennikarz), odbija się od muru, który przez 28 lat pracowicie wznosiły m.in. nad Wisłą mizesologiczne myślo-betoniarki (vide komenciki pod cyt. art.). Dzięki ciężkiej (acz nie wątpimy, że w tym przypadku godziwie opłacanej) i systematycznie uprawianej pracy organicznej wyhodowano co najmniej dwa pokolenia zdominowane przez przedstawicieli memetycznie wyinżynierowanego szczepu zwanego (przez nas) ekono-kucarianami, dla których fetyszem stały się cuchnące naftaliną ekono-suchary upieczone swego czasu przez niszową garstkę psychopatycznych socjotechników, wykatapultowanych następnie na orbitę kulto-popularności przy pomocy nadzwyczajnych nakładów siary wysupłanej przez elitę frirajderów. Wysoce zdyscyplinowane roje posiadających identyczne, sprokurowane w loboto-laboratoriach myślo-odstojnikowych memo-DNA ekono-kucarian zaprogramowane są do zaciekłego żądlenia wszystkiego, co pojawi się w msm-owych intersieciach i co nie pachnie jak skarpety von Mizesa tak, aby taki obcy element zbryzgać wystarczająco zabójczą dawką żółci histerii hiperinflacyjnych.

Ale to wszystko wiemy. Niemniej jednak poświęćmy chwilę na przeanalizowanie fenomenu względnej skuteczności tych żółci. Generalnie bowiem „eureka” dostarczana przez MMT jest stosunkowo łatwa do zgaszenia quasi-zenowską ripostą: „bogactwo nie bierze się z drukowania”. (To, że – pomijając już fakt, że w ogóle „bogactwo”≠ satysfakcja z życia – w skali makro nie bierze się ono również z wygrzebywania Złotego Cielca spod ziemi, czy z rabowania go Inkom, ani także z aktu udzielenia kredytu per-se, ale raczej z umiejętnego pozyskiwania energii do napędzania procesów – to wszystko nie wydaje się być w stanie nadgryźć ekono-kucariańskiego czy monetarystycznego muru w żaden istotny sposób.)

Tzn. jak się wydaje, świadomość tego, że gubmint teoretycznie może sprokurować hajs stosownie do swoich potrzeb, generalnie nie będzie wcale budzić entuzjazmu, nawet jeśli naszemu interlokutorowi mozolnie wklepiemy w korę, że taka siara może stymulować np. zatrudnienie praktycznie ex nihilo, tj. bezczynna siła robocza (prole-bezrobole) w rzeczywistości (i wbrew bon-motowi monetarystów) jest (z punktu widzenia ekonomii, a nie termodynamiki) darmowym lanczem, który można spożyć spożytkować, pobudzając tę masę do aktywności za pomocą impulsów elektronicznych pozyskanych przez gubmint z zapylonego powietrza nadwiślańskiego [2]. Czyli inaczej – fiato-siara wstrzyknięta odpowiednio celnie w żyły uzależnionej od wzrostu gospodarki kapitalistycznej może przywrócić do ekono-życia obumarłe ekono-mitochondria (proli-bezroboli), które pod wpływem tego impulsu zaczną coś-tam produkować (przekształcać dzięki katalizatorowi hajsowemu energię pozyskaną „z zewnątrz” na gadżety czy na usługi), w związku z czym zasilanie makro całego organizmu ulegnie (subiektywnej) poprawie (w znaczeniu: zostanie zintensyfikowane).

[Paradoksalnie – ten najbardziej „progresywny” (i w zasadzie jedyny) postulat MMT – tj. Gubmintowa Gwarancja Zatrudnienia – wydaje się być jednocześnie tym składnikiem Teorii, który może paść pierwszy ofiarą patologicznej absorbcji MMT-owego mempleksu przez „ekonomię” głównonurtową. Tzn. stosunkowo nietrudno sobie wyobrazić spatologizowaną realizację tego programu, która przybrałaby postać skrojonej na miarę naszych czasów reaktywacji prywatnych workhousów zasilanych suwerennymi gubmintowymi fiato-hajsami, coś może na wzór tego, jak w US zorganizowany jest wspierający pekaba system prywatnych ośrodków inkarceracji.]

Zaawansowanym interlokutorom można próbować nakreślić mechanizm żądzy gromadzenia aktywów finansowych uprawianej przez garść prywatnych aktorów, których misio-oszczędnisiowe tendencje niejako zamrażają pewną część siary cyrkulującej w obiegu, co z kolei powoduje niewykupienie części produkcji od kapitanów biznesu, którzy zwijają się jak w ukropie po to, żeby przekształcić zasoby mineralne oraz zasoby prolo-czasu w zapisy na swoich kontach – to pod warunkiem, że potrafimy kontynuować wątek pomimo ostentacyjnego poziewywania adresata naszych pro-MMT-owych monologów.

Problem komunikacyjny teorii typu MMT wydaje się leżeć w tym, że nie posiadają one w swoim arsenale odpowiednich odtrutek [3] na łopatolo-zenowski jad ekono-kucarian. I najprawdopodobniej nigdy ich nie posiądą, a to z tego powodu, że pieniądz per se jest fenotypem metod gospodarowania opartych na frirajderstwie, a zatem z definicji mechanika tego środowiska będzie zawsze sprzyjać namnażaniu się memów frirajderskich, a tępić te, które dla uformowanej w czasie i obecnie okrzepłej monokultury frirajderstwa stanowić mogą potencjalne zagrożenie – groźbę wstrząśnięcia wypracowanym pieczołowicie statusem quo (np. niebezpieczne ocieplenie klimatu fiskalnego, czy asteroidalne uderzenie roju platynowych monet o nominale – który w grawitacji cząsteczko-pieniądzowej reprezentuje masę impaktu – 1 biliona $ każda).

Przechodząc na niższy poziom abstrakcji, można spróbować zidentyfikować kilka podstawowych barier, które blokują i będą blokować infekcje memetyką MMT.

Po pierwsze – współczesne gubminty stanowią ciała, które co do zasady notują ponadprzeciętny wskaźnik nieufności na tle innych organizacji (żeby to przełamać, należałoby może sformować gubmint złożony w całości ze strażaków, tzn. takich prawdziwych – w kaskach i z toporkami, i którzy ogarniają tematy ściągania kotów z drzew, a nie cyborgowania po radach nadzorczych). „Obdarzenie” takiego standardowego gubmintu (czy chociażby ujawnienie faktu, że jest on już obdarzony) nadzwyczajną mocą kreacji hajsów konceptualnie można sprowadzić do sytuacji mikro, w której naszemu klasowemu (ze szkoły) psychopatycznemu prześladowcy grono pedagogiczne pozwala raczyć się w trakcie przerwy darmową mieszanką sterydów i „fety”, podczas gdy my musimy budować nasze mechanizmy obronne za pomocą bananów i jogurtu zakupionych za kieszonkowe w szkolnym sklepiku.

Dalej – dla zdecydowanej większości prolo-gospodarstw domowych w życiu codziennym naturalnym środowiskiem jest przymus ekonomiczny, który sprawia, że poświęcają oni 40h+ tygodniowo celem zdobycia siary po to, aby następnie móc (przy dobrych wiatrach) w wąskim okienku pozostawionego czasu wolnego dokonać aktów reprodukcji prolo-siły roboczej. Fakt, że kreacja siary odbywa się gdzieś-tam w akcie ex-nihilowym, budzić będzie spory dysonans poznawczy, jeśli nie wręcz głęboko-wewnętrzny sprzeciwo-protest. Z poziomu jednostki wygląda to jasno – hajs=towar, który można za ten hajs nabyć. Prokurowanie hajsów z atmosfery–>więcej cząstek siary konkuruje o tę samą „grudkę” towarów (lump of products?), którą zdołali (w pocie czoła) wyprodukować nam przedsiębiorcy. Efekt? Odparowanie części płacy za pomocą „podatku inflacyjnego”. Mizeso-zen.

Odparowanie po co? Po to, aby zrealizować jakieś trudne do ogarnięcia funkcje gubmitu. Co gorsza, wbrew narracjom złotowiekowców, spora część tych funkcji faktycznie mija się z celami, które można by określić jako generujące wartość dodaną czy użytkową. Oczywiście – w środowisku wytworzonym przez Neoliberalny Kolektyw Myślowy taki stan marnotrawstwa środków nie jest przypadkiem (choć z pozoru sprawia wrażenie kolejnego sabotażu autorstwa kolektywistów) – gubmint tworzy np. coraz większy agregat biurwo-stanowisk bynajmniej nie po to, żeby ułatwić załatwianie spraw petentów, ale dla celów (1) zapanowania nad rozłażącymi się w szwach algorytmami planowania prywatnego, (2) zagospodarowania „nadmiarowej” siły roboczej (niszowa i „nieoficjalna” gwarancja zatrudnienia dla wybranych), (3) pobudzenia przepływów cząsteczek hajsowych oraz (4) wdrażania zaawansowanych metod kontroli nad prolo-populacją.

Kolejna kwestia – dlaczego inflacja przeraża proli (szczególnie na Wisłą), pomimo faktu, że co do zasady statystyczny prol nie posiada żadnych istotnych oszczędności, które inflacyjny potwór mógłby pożreć (za to z reguły „posiada” kredyt)?. Dwie rzeczy: (1) w niektórych przypadkach (np. nad Wisłą) ciągle żywe jest pawłowo-skojarzenie: inflacja≡mizeria gospodarcza (alá lata 80-te PRL). Dodatkowo mamy casus Wenezueli (aktualny ulubiony konik, na którym szarżują ekono-kucarianie – tu nie będziemy się rozwodzić nad tym casusem pre-szoko-doktrynowym; może kiedyś zbierzemy garść faktów, żeby z tego zrobić odrębny odcinek)

(2) Jeśli chodzi o kredyciarzy – powszechnie przyjęte jest, że inflacja=>podwyżki stóp% (w klimacie, gdzie większość istotnych kredytów podlega zmiennym stopom, stanowi to problem). Tak – ten paradygmat jest obecnie co do zasady faktem, natomiast należy pamiętać, że (i) stopy ustalają gubmintowi biurokraci z RPP, oraz (ii) podwyżki stóp „zwalczające” inflację to jedynie artefakt pseudo-ekonomii neoklasycznej. Czyli inaczej – to gubmint – w dobrej czy złej wierze – wykorzystuje inflację jako pretekst do sfokkowania kredyciarzy/nabicia kabzy misiom oszczędnisiom (zwanym przez złośliwych zamrażaczami obiegu hajsów czy rentierami). Niemniej jednak, w takim środowisku, w którym gubmint pso-pawłowo zwalcza inflację za pomocą podwyżek stóp%, kredyciarze będą się jej obawiać w równym, albo nawet większym stopniu, co misie-oszczędnisie, co niewątpliwie jest zaplanowaną cechą systemu, a nie jakimś amatorskim nieporozumieniem.

Generalnie – tyle wystarczy, żeby MMT spłynęła po korach populacji jak woda po ekono-kaczce (bonusowy bon-mot na dobranoc: jeśli coś kwacze nad Wisłą jak monetarystyczna kaczka, to najprawdopodobniej jest to nadwiślańska monetarystyczna kaczka po prostu typowy, zdrowo-rozsądkowy nadwiślański znawca ekonomiki). Niestety, jak nadmieniliśmy, nie ma sposobu na spenetrowanie tej bariery, przynajmniej w obecnych uwarunkowaniach. Na pseudo ekono-zen (w postaci, która sprowadza się do arbeit macht frei – sorki za hiperbolowanie  totemów obarczonych emocjonalnym ładunkiem historycznym, ale fokktograficznie ten smutny paradygmat nadal żyje w postaci siostrzanej, praco-rozdawniczowej holo-marchewki, tyle że w bardziej cywilizowanym i pozbawionym środków przymusu bezpośredniego opakowaniu, służąc wytrwale frirajderom do celów zagonienia kompostowców do kołowrotków) jedyną adekwatną odpowiedzią może być tylko prawdziwy ekono-zen.

A prawdziwy tu-i terazowy ekono-zen to pytan-koany typu: „czy lepiej mieć więcej czasu wolnego niż mniej?”, „czy czas = towar?”, „czy (z-cliché’-owo) pracuję po to, żeby żyć, czy może odwrotnie?”, „dlaczego postęp technologiczny = mniej czasu wolnego?”, „jaką wartość dodaną dostarcza uczestnictwo w konkurencji o sumie zerowej?”, „kto zna bogatego, który bogactwa dorobił się wykonywaniem pracy najemnej (innej niż minionkowanie Posiadaczom w roli kasty CEO)?”, „czy istnieje coś takiego, jak satysfakcjonujący stan posiadania?”, „czy wynalazki rodzą się z lenistwa czy z ciężkiej pracy?”, „czy o dobrobycie jednostki powinna decydować loteria dziedziczeniowa, loteria genetyczna czy może jednak coś innego?”, „co reprezentuje PKB? (czy katastrofy naturalne są dobre dla PKB?)”, „czy wpuszczając klienta w kredyt frankowy w 2008 przyczyniłam się do wzrostu pekabe? czy z wykonania tego zadania odczułam satysfakcję, a jeśli tak, to dlaczego?”, „dlaczego w krajach, w których pracuje się najdłużej, liczba żyjących poniżej progu ubóstwa jest z reguły największa?”, „czy pracując najemnie, czuję się wolny?”, „dlaczego blisko 40% badanych uważa, że wykonywana przez nich praca najemna jest pozbawiona sensu” etc. etc.

PS. Na marginesie, trawestując, w społeczeństwie, którego ulubiony środek odurzający warzony jest w mizesologicznych myślo-fermentatorach, a następnie – używając przenośni – pakowany w swojsko i przyjaźnie wyglądające puszki czy butelki przyozdobione narodowymi ikonami jak harnasie czy kłosy zbożowe, MMT może niebezpiecznie kojarzyć się z czymś w rodzaju ekono-DMT :-D, a każdego, kto przyzwyczaił się do czerpania uciechy z bycia zglebowanym, perspektywa podróży w kosmosy będzie z natury rzeczy napawać obawą.


1. Dla tych, którzy na tę „ewangelię” nie mieli okazję być wyeksponowani – nie ma się czego obawiać – MMT to nie jest nauka rakietowa; będzie to strywializowanie tematu, ale bazę memetyki MMT można spróbować streścić w dwóch akapitach:

Najpierw gubmint ustanawia jednostkę miary wartości (USD w USA, PLN w PL etc.), w której następnie denominowane będą zobowiązania (podatki, długi prywatne). Zobowiązania te reguluje się za pomocą punktów (hajsów wyrażających jednostkę miary). Aby to zadziałało, potrzeba najpierw dostarczyć takich punktów do systemu. W odniesieniu do podatków stosowne punkty do gry emituje gubmint (powołując do tego celu gubmintowy bank centralny, który kreuje je w drodze uznania konta/udzielenia pożyczki) po to, żeby dostarczyć ich do obiegu, zanim – w dalszym kroku – zażąda ich zwrotu (najczęściej zwrotu tylko ich części; pozostała nadwyżka – zwana kolokwialnie „deficytem budżetowym”, a w postaci skumulowanej „długiem publicznym” – składa się na oszczędności netto sektora prywatnego) od podatników, na których nakłada ex nihilo (siłą gubmintowego aparatu przymusu) zobowiązania w formie podatków. Operacja ta służy funkcjonalnie przekierowaniu części realnych zasobów (w tym pracy ludzkiej) na (różne, w tym różne przedziwne) potrzeby gubmintu, ale jednocześnie nałożone zobowiązania podatkowe (które można regulować wyłącznie za pomocą ww. punktów) czynią te punkty czymś, co posiada wymierną wartość obiegową (taxes drive money – podatki nadają mocy fiato-hajsom, czyli czartalizm). Z tej perspektywy obligacje gubmintowe to funkcjonalnie nic więcej jak tylko pewna szczególna forma tych punktów, tj. taka, która – zgodnie z jakimiś arbitralnie ustanowionymi regułami gry – przynosi ich posiadaczom dochody odsetkowe (być może „w zamian” za to, że za obligacje nie kupimy jajek w sklepie – żeby zrealizować taki zakup, musimy je wpierw wymienić na inną formę hajsów, tj. na gotówkę albo na zapis depozytowy).

Jeśli chodzi o zobowiązania w postaci długów prywatnych – ten sam gubmint ustanawia ramy działalności komercyjnego sektora bankowego, który kreuje swoje własne punkty wyrażone w tej samej jednostce miary, co zobowiązania podatkowe. Co istotne – rozliczenia transferów na liniach bank komercyjny<–>gubmint oraz bank komercyjny<–>bank komercyjny wymagają użycia zdematerializowanych punktów (zapisów elektronicznych/księgowych), na których emisję monopol ma gubmintowy bank centralny (tych samych, które służą do regulowania podatków). Gubmintowy bank centralny jednocześnie pełni rolę izby rozliczeniowej, za pośrednictwem której regulują wzajemne rozrachunki banki komercyjne. Natomiast rozliczenia na liniach bank komercyjny<–>podmiot prywatny, oraz podmiot prywatny<–>podmiot prywatny odbywać mogą się albo przy użyciu punktów emitowanych przez banki komercyjne (depozyty), bądź przy użyciu zmaterializowanych punktów wypuszczanych przez gubmintowy bank centralny (banknoty). Zwróćmy uwagę, że – w przeciwieństwie do mechaniki opisanej w akapicie 1 – w obszarze prywatnej kreacji hajsów nie powstają, ani powstać nie mogą, oszczędności NETTO, ponieważ tu każdej operacji towarzyszą równoważne zmiany zapisów Wn/Ma wewnątrz sektora prywatnego; co oczywiście nie stoi w żaden sposób na przeszkodzie fenomenowi formowania się dwóch klas, czy kast – wierzycieli (zgromadzaczy pieniądzowych roszczeń) oraz dłużników (kredyciarzy).

2. Tu przypomniała nam się pewna (akurat wyjątkowo zabawna, biorąc pod uwagę standardowy poziom mizesologicznego poczucia humoru, gdzie dowcipem wszechczasów, z którego należy śmiać się do rozpuku do końca świata i o jeden dzień dłużej, jest ten, jak to socjalistom znowu skończyły się cudze hajsiory, kaboom!) drwina z konceptu kreacji hajsów ex-nihilo – że CHF-y różnią się od PLN-ów tym, że są preparowane z „górskiego powietrza”. W świetle tych faktów staje się jasne, dlaczego złotówka jest czymś pośledniejszym od franka i – dodatkowo, co potwierdzałoby tę hipotezę –  jej kurs zanurkował wraz z masowym pojawieniem się (czy raczej może spóźnioną detekcją) problemu smogu na terytorium Trzeciej Neoliberalnej parę lat temu.

3. Najbliżej był chyba Mosler ze swoimi 7 Deadly Sins

Reklamy

2 komentarze do “Dlaczego nad Wisłą jest ciężko sprzedać MMT?

  1. jacek

    „Niestety, rojenie sobie nadziei, że choćby nawet za 20 lat akurat akceptacja realistycznej (tj. MMT-owej) mechaniki hajsów i rachunków narodowych zmieni cokolwiek w sposób istotny, jeśli chodzi o ww. atrybuty (1) i (2) systemu frirajderstwa, jest raczej płonna; teorie ekonomiczne mają to do siebie, że przynoszą takie zmiany, po których wszystko pozostaje generalnie po staremu.”

    To błędny pogląd, wynikający ze złej oceny celów, które są realizowane za pomocą propagowania MMT. Oczywiście, że nie ma znaczenia, że MMT poprawnie opisuje „mechanikę hajsów”! Wysiłki udowodnienia komukolwiek, a już szczególnie ekonomistom, że „nie mają racji” i powinni przyjąć „prawdziwy” opis są bezcelowe i z góry skazane na niepowodzenie. Przekonali się o tym tacy ekonomiści jak Steve Keen czy Mike Norman, lata wysiłków i co z tego? Jestem przekonany, że większość ekonomistów zawsze WIEDZIAŁA jak jest naprawdę, w końcu to ich praca.

    Tak naprawdę chodzi o sypanie piasku w tryby machiny propagandy, która zapewnia łatwe zbicie wszelkiej progresywnej dyskusji za pomocą argumentu „nie ma na to pieniędzy”.

    Nie chodzi o naprawienie świata, ale tylko o to, aby trudniej było kraść. W końcu kościół kiedyś także miał monopol na wiedzę i prawdę objawioną. Przekonanie ludzi, że Ziemia nie jest centrum wszechświata nie było TYLKO naukową dyskusją. W sumie to przecież nieważne co tam sobie krąży i jak, ale raz obalony argument na zawsze utrudnił religii podpieranie wiary argumentami, które kiedyś wydawały się oczywiste i nie do ruszenia.

    Polubienie

    Odpowiedz
    1. pracownia e-p Autor wpisu

      Fakt, zakładanie, że wiodący ekonomiści (tacy jak nasza ulubiona laleczka do wbijania szpilek ekono-voodoo w osobie Rzońcy), którzy trzęsą stopami, a jednocześnie mogą nie ogarniać natury hajsów, może napawać niepokojem, czy niedowierzaniem. Niemniej, nie należy wykluczać takiej sytuacji, że człowiek, wrzucony najpierw w tryby standardowej edukacji ekonomicznej, a następnie na tory realizacji Algorytmów, po prostu nie ma czasu na oddawanie się refleksjom nad naturami rzeczy, którymi steruje, na podobnej zasadzie jak operator młota pneumatycznego nie musi być zaznajomiony z mechaniką gazów, ani nawet nie będzie mu potrzebna znajomość „wyższego” celu, dla którego ubija materię 8 godzin dziennie; wystarczy, że dobrze ubija i wszyscy, którzy są istotni w tych procesach, są zadowoleni. Na tym polega magia podziału pracy.
      Możemy sobie żonglować hipotezami „czy ONI wiedzą , a za srebrniki udają, że nie” vs. „czy są po prostu prostu profesjonalnymi ignorantami wąsko wyspecjalizowanymi automatonami”, ale najprawdopodobniej te dywagacje nie zaprowadzą nas do niczego konkretnego. Ruml już w 70 lat temu publicznie wyartykułował, że „podatki nie służą finansowaniu wydatków gubmintowych”, a Atlas tylko wzruszył ramionami i dalej zawijał w sreberka.
      W tym wszystkim najgorszym kanałem jest temat, co bylibyśmy skłonni uznać za „progresywne”. Nawet w tak banalnej kwestii jak nauki Kościoła trudno odnaleźć konsensus – np. czy zamiana kultu samobiczowania na kultywowanie aspiracji uszczknięcia fragmentów konsumerystycznego cielca reprezentuje jakiekolwiek wyzwolenie?

      Polubienie

      Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.