Roboty = więcej czy mniej roboty?

Dziś chcieliśmy zwrócić uwagę na pewien szczególny fenomen, który zdominował ekono-myślenie praktycznie na całym spektrum, tj. począwszy od brutalistów wolnorynkowych, poprzez leseferystyczne centrum, poprzez złotowiekowców, aż do realistów wolnorynkowych,  czasami nawet zagnieżdżając się także w korach samo-zadeklarowanych socjalistów, czy też „oswojonych” marksistów. Chodzi mianowicie o totem miejsc pracy.

Źródeł tego totemu należałoby najprawdopodobniej szukać w konceptach – nazwijmy to umownie – około-keynesjańskich, czy post-new-dealowych, bowiem sama idea „interwencyjnego” tworzenia miejsc pracy zrodziła się (czy nabrała popularności) prawdopodobnie w reakcji na załamanie kapitalistycznego modelu produkcji podczas Wielkiego Kryzysu w latach 1929~1933, kiedy to desperacja skłoniła gubmintowców do zainteresowania się konceptami Keynesa. W kapitalizmie w momencie kiedy obieg pieniądza ustaje (zwalnia), sparaliżowana zostaje również – jak się wydaje – zdolność do produkowania gadżetów (coś jakby na budowie zabrakło metrów). Jednym z pomysłów-recept mających zrestartować kapitalistyczny motor jest wzbudzenie „prądu” (przepływu hajsów) poprzez rozdawanie pracy – przez gubmint, bądź też poprzez jakieś formy stymulacji zatrudnienia w sektorze komercyjnym/prywatnym.

Przypominać to może swego rodzaju rytuał – jak np. zaklinanie deszczu – z tą różnicą, że szanse powodzenia w osiągnięciu celu (pobudzenia produkcji/konsumpcji) poprzez fiskalną promocję zatrudnienia są faktycznie znacznie bardziej prawdopodobne. Lepszym porównaniem byłby może przykład procesu odchudzania: warunkiem niezbędnym do obniżenia własnej masy jest (w typowych przypadkach) uzyskanie ujemnego bilansu kalorycznego (więcej spalamy niż pochłaniamy); można to osiągnąć najprościej i najekonomiczniej jedząc mniej (czyli odwracająco ekstrapolując to naszej ekono-sytuacji – wstrzykując gubmintowy fiato-hajs do gospodarki celem ułatwienia dynamiki oddłużania), ale cały ten proces będzie znacznie lepiej się prezentować, jeśli zamiast prostej redukcji wolumenu wciąganych kalorii (połączonej ewentualnie z wolno-wybiegowym bieganiem) pacjent wykupi karnet i wskoczy rączo na jakiś kołowrotek w pakerni (zacznie uprawiać praco-najemno niewolnictwo typu superfluous), gdzie każda kropla wylanego potu będzie demonstrować zgromadzonym współ-cierpiętnikom siłę jego/jej motywacji.

Inaczej – w odchudzaniu się (~likwidacji nawisu prywatnego zadłużenia) przez wstrzymanie się od pochłaniania kalorii brak jest efektu glamour, czy też występuje deficyt zachowań kompatybilnych z obowiązującym wzorcem neo-kalwinizmu – filozofii, która zajmuje się promocją apoteozy potu i łez, oraz każe z pogardą patrzeć na efekty osiągnięte bez wylania odpowiedniej ilości wymienionych cieczy, przynajmniej jeśli rozmawiamy o nauczaniu skierowanym do prolo-kompostu.

Ale wracając do kwestii wszechobecności naszego totemu miejsco-pracowego – weźmy taki aspekt ekono-memo-sfery: bardzo często spotykaną postawą wśród tzw. progresywistów czy krytyków objawów obecnej fazy kapitalizmu jest bojkot (czy przynajmniej deklaracja bojkotu) skierowany przeciwko takim działaniom korporacji, których skutkiem jest likwidacja miejsc pracy. Generalnie oczywiście tzw. automatyzacja czy robotyzacja to w dużej mierze jedynie modny ekono-hajp – w tym zakresie wszelkie nisko wiszące konfitury zostały zerwane w latach 1970-80-tych, przynajmniej jeśli chodzi o sektor fabrykantów; jeśli chodzi o handel czy usługi (np. bankowe) technologie intersieciowe i mobilne dokonały istotnych przetasowań począwszy od pierwszej dekady XXI w. i faktycznie ich wpływ wydaje się zmierzać nadal do dalszego ograniczenia udziału czynnika ludzkiego w pewnych segmentach, natomiast te procesy sprowadzają się w głównej mierze do zamieszania prolo-kompostem zaangażowanym na stanowiskach typu superfluous, w efekcie którego coraz większa i większa część zatrudnionych w usługach opada na dno składające się z posad totalnie skrapifikowanych (ugównionych) lub/i wytwarzających wartości, które mają coraz mniej wspólnego z funkcjami mogącymi nosić miano racjonalnie użytecznych.

Dając konkretny przykład takich bojkotowych postaw – wiele osób zaangażowanych w krytykę kondycji i mechaniki współczesnego kapitalizmu zarzeka się, że nigdy-przenigdy nie skorzysta z kas samoobsługowych, a w przypadku placówek dystrybucji oferujących jedynie taką opcję (np. najnowsze punkty handlowe Bezosa) w ogóle nie zamierza nawet przekraczać ich progu. Postawa taka motywowana jest w tych środowiskach właśnie głównie sprzeciwem wobec likwidowania miejsc pracy (w innych, nieomawianych tu przypadkach może wynikać z próżności czy dumy z wcielenia się w rolę konsumenta, który czerpie satysfakcję z bycia obsługiwanym, bądź też czasem z lenistwa).

Jeśli jednak spróbujemy się wyzwolić na chwilę spod władzy miejsco-pracowego totemu, tego typu „bunt” przeciwko kapitalizmowi jawi się jako postawa absurdalna, jeśli nie wręcz jako coś, co balansuje na granicy sadyzmu. Skoro kapitaliści angażują technologię w sposób pozwalający przynieść koniec otępiającemu reżimowi, w którym osoba zmuszona jest cały roboczo-dzień oddawać się czynnościom przeciągania towarów przez skaner czytnika, należałoby temu zdecydowanie przyklasnąć! Kolejnym krokiem powinny być sympatyczne roboty przypominające r2d2 zajmujące się wykładaniem towarów na półkach, skanowaniem produktów przeterminowanych czy których zabrakło na półkach, myciem podłogi etc. Przeszkodą dla wdrażania tego typu rozwiązań nie są na ogół bariery technologiczne, ale po prostu zbyt duża dostępność taniego prolo-kompostu.

Owszem – w obecnym reżimie kapitalistycznym istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że zredukowana kasjerka trafi na stanowisko jeszcze bardziej skrapifikowane i jeszcze bardziej oderwane od wytwarzania wartości dodanej/użytkowej. Ale ponownie – problem leży w degeneracyjnym działaniu rytualnego algorytmu dyscyplinowania przez pracę najemną i w kurczowym trzymaniu się miejsco-pracowego totemu.

Memetyczna projekcja miejsco-pracowego totemu – który podczas jednego historycznego epizodu zwanego New Dealem – z pozoru [1] wykazał skuteczność swoich mocy – osiągnęła po 90 latach bezprecedensowy poziom abstrakcji, tj. obecnie technologie praco-oszczędzające postrzegane są jako zagrożenie, nie zaś jako coś, co powinno przynosić efekty w postaci istotnego i postępującego ograniczenia wymiaru czasu pracy najemnej.  Naszym zdaniem ten matrix jest wynikiem jakiejś perwersyjnej asymilacji konceptów Keynesa, który jednoznacznie przecież opowiadał się za skróceniem wymiaru czasu pracy – w swoich projekcjach zakładał, że w 2030 wymiar ten będzie wynosić 15h/tydz. i choć jego proroctwa wydają się dalekie od realizacji, to faktycznie barierą nie jest tu brak materialnych czy technologicznych podstaw ku temu – to wszystko jest na miejscu – przyczyn należy raczej upatrywać w  walce klasowej (którą Posiadacze toczą przeciwko prolom), w dominacji neo-kalwinizmu oraz w memetycznej kapitulacji prolo-kompostowców, którzy bez większego oporu dali się „udomowić” neoliberałom w latach 1980/90-tych.

*

To tyle w temacie „neo-luddystów” [2] (albo może neo-kalwinistycznych nostalgicznych miłośników mało-skalowych zakładów lumpen-wyzyskobrania typu sklepik „rodzinny”, którzy pielęgnują fobie, że sojusz technologii i korpo-behemotów = skok na miejsca pracy).  Drugą stroną tego samego medalu będzie techno-fetyszystyczny, czy dysrupto-ewangelizatorski hajp o tym, jak to technologie TWORZĄ  miejsca pracy. Przykładem takiego podejścia będzie ten artykuł z theGuardiana.

Niestety (czy na szczęście), filozofia entuzjastów miejsco-praco-generujących techno-dysrupcji to jest kolejny humbug i to co najmniej na trzech płaszczyznach.

Primo – z najbardziej oczywistej flanki – jaki jest w ogóle sens postępu technologicznego, który przysparzać ma jeszcze więcej roboty? Ktoś może zaoponować, że chodzi w tym o efekt dalszego pomnażania dobrobytu – powstaną stanowiska pracy charakteryzujące się wysoką wydajnością – może kasjerki zaczną pisać apki albo kodować, bądź też zaczną czesać grubą kasę na eksponowaniu swoich osiągnięć kulinarnych na platformach mediów socjalnych? Ten kontr-argument ulega jednak natychmiastowemu kolapsowi w zderzeniu z faktografiką punktów 2-3 poniżej.

Sekundo – techno-hajpowcy to z reguły wyznawcy Teorii Magicznego Decouplingu, czyli odsprzęglenia się wzrostu relnego dobrobytu od bazy zasobowej. My tutaj już niejednokrotnie dokonywaliśmy teoretycznego obalenia tego fałszywego paradygmatu, ale kto nie wierzy – może poczytać coś bardziej twardo-liczbowego. Związek przyczynowo-skutkowy biegnie wzdłuż osi  ‘zasoby–>technologia–>materialny dobrobyt’, nie zaś według życzeniowej, neoklasycznej układanki ‘Wolny Rynek+Technologia–>zmaterializowanie się/swobodna substytucja zasobów–>materialny dobrobyt’.

Tercjo – postęp technologiczny to nie jest wynalazek XXI-wieczny, który narodził się parę czy paręnaście lat temu w skolonizowanej przez techno-randroidów Dolinie Krzemowej. Zachodził on w różnych, często bardziej dysrupcyjnych formach znacznie wcześniej, także np. w latach 1968-2018. Tymczasem liczby za ten okres wskazują na to, że mimo ciągłego postępowania tego postępu realne dochody jak i realna siła nabywcza cirka 50% (dolnego 5-tego decyla) pracującej populacji w krajach zaawansowanego Centrum leseferystycznego praktycznie stoją w miejscu, przy ciągle wzrastającym poziomie zadłużenia prywatnego tego kompostu. Inaczej – praktyka pokazuje, że faktyczny proces „umaszynowienia” sprowadza się do wykreowania coraz węższej elity praco-najemno niewolników, a kreowane w wyniku substytucji czynnika ludzkiego nowe stanowiska pracy to w większości zajęcia typu g00wnianego, których wykonywanie zapewnia w najlepszym przypadku – używając terminologii z-Marksa – prostą reprodukcję siły roboczej, a i to najczęściej jedynie dzięki ustanowieniu przez gubmint anty-wolnościowego narzędzia w postaci płacy minimalnej w kombinacji z instrumentami typu bony żywnościowe dla prolo-kompostu (food stamps)

Przyczyny takiego stanu rzeczy mogą być dwie:  (1) kapitalistyczny system dąży z zasady i naturalnie do sprowadzenia globalnie większości (~80%) wynagrodzeń do najniższego wspólnego mianownika umożliwiającego (w najlepszym wypadku) prostą reprodukcję prolo-kompostu albo/i (2)  topniejąca baza zasobowa jest główną determinantą stagnacji, i jest to czynnik pozostający współcześnie w stanie prawie całkowitej obojętności na postęp technologiczny.

*

Trudno powiedzieć, które z powyższych podejść – (1) technologia grozi destrukcją miejsc pracy, czy (2) technologia TWORZY nowe (w znaczeniu: dodatkowe) miejsca pracy – jest bardziej absurdalne (naszym zdaniem to drugie).

Tak czy owak, można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że – dopóki nie zmienią się współcześnie panujące paradygmaty-algorytmy sterujące gospodarką – wpływ liczby robotów na agregat roboty sapiensowej (tej potrzebnej i tej zbędnej) pozostanie znikomy. O wielkości, intensywności oraz „jakości” zatrudnienia w obecnym systemie tak naprawdę decydują całkiem inne czynniki, w tym szczególnie nastrój kapitalistyczno-gubmintowej prasy do wyciskania prolo-godzin oraz dostępność energii do napędzania tej prasy.

Szukając paraleli, która mogłaby w jakiś sposób pomóc w wyjaśnieniu powyższych konfuzji (na podstawie jednej historyjki z The Electric Kool-Aid Acid Test): kiedy Kesey został zaproszony jako prelegent na jeden z eventów anty-wojennych (na rzecz zakończenia wojny w Wietnamie), swoją „prelekcją” postawił publikę w stan dyskomfortowej konsternacji, wskazując na fakt, że „marsze anty-wojenne” mające apelować do gubmintu wraz z całą towarzyszącą temu anty-wojenną gadką-szmatką = zgoda na reguły gry pisane przez tych, którzy wojny organizują (inaczej – w nomenklaturze Merry Pranksterów – „występujesz w ich filmie”, zamiast pisać scenariusz swojego własnego). Adekwatną postawą-remedium jest podejście „fuck war!”.

Nieco podobna sytuacja ma miejsce, jeśli chodzi o miejsca pracy: dopóki walka i energia kompostowców zostaje skanalizowana w rejony typu „więcej pracy!” albo „więcej stabilności zatrudnienia”, kompost po prostu skazuje się na odgrywanie drugoplanowej albo statystycznej roli w Ich (Posiadaczy-frirajderów) filmie.  W obrazie kręconym przez frirajderów prolo-kompost będzie zawsze czarnym charakterem skazanym na spektakularna porażkę w finale, albo też będzie po prostu statystą/kaskaderem, którego rozgniecenia wymaga walec głównej narracji. Natomiast pierwszym krokiem, który jest niezbędny do osiągnięcia zmian nachylenia stołu/odgięcia perspektywy, jest przejęcie skryptu-scenariusza poprzez zaintonowanie mantry „fuck jobs!”.

Z tą różnicą, że dysonans poznawczy tych, którzy protestują przeciwko likwidacji miejsc pracy jest znacznie dalej posunięty w stosunku do tego, jaki prezentowali kontestatorzy wojny. Bardziej adekwatną paralelą byłaby sytuacja, w której grupa mieniąca się „pacyfistami” postuluje, aby podczas walk co drugą salwę oddawać w powietrze, argumentując, że to zmniejszy liczbę ofiar, pozostawiając przy tym popyt na amunicję bez zmian. Z tym że, odwracając tę paralelę z powrotem do kwestii zatrudnienia, mówimy tu o wojnie toczonej przeciwko wolnemu czasowi oraz przeciwko środowisku. A tę wojnę należy zakończyć – a przynajmniej de-eskalować – nie zaś poszukiwać sposobów na jej poskromienie czy na przejęcie nad nią chociaż części kontroli, bo taka kontrola jest w praktyce niemożliwa; stosunki pracy najemnej to będą zawsze stosunki dominacji i frirajderstwa.

Inaczej mówiąc: chodzi o kwantowy przeskok czy przebiegunowanie zbiorowej ekono-świadomości [3].


1. Z tym „z pozoru” może trochę przesadzamy. Bilans ówczesnych programów zatrudniania pod egidą Public Works Administration dostarczał bez wątpienia namacalnych wartości dodanych, a spora część owoców tego wysiłku przetrwała nawet do dnia dzisiejszego. Problem z replikacją tych wzorców w dzisiejszych uwarunkowaniach polega na tym, że na horyzoncie nie widać ani żadnych skonkretyzowanych planów takiego zatrudnienia, które można by uznać za kompatybilne z punktu widzenia aktualnego stanu termodynamiki i dostępności zasobów, jak też i trudno wyobrazić sobie ich sensowne wdrożenie w neoliberalnym środowisku ukształtowanym przez filozofię totalnego terroru Rynku, którą rządzą hasła typu: ‘prywaciarz zawsze zrobi lepiej, taniej i szybciej’, czy – odwijając z bawełny – ’każdy projekt gubmintowy ma co do zasady służyć ubogaceniu jakiejś grupy Posiadaczy’; czyli, ogólnie mówiąc, dwie podstawowe cechy współczesnych programów gubmintowych to krapifikacja celów oraz krapifikacja standardów zatrudnienia.

2. „Luddyści” w cudzysłowie, ponieważ oryginalny ruch o tej nazwie bardziej niż technologiom per se sprzeciwiał się ich wykorzystaniu do wzmocnienia stosunków dominacji na linii frirajderstwo-praca. Obecnie sprawa dominacji jest już tak czy owak przyklepana, a jeśli faktycznie technologia może ją jeszcze bardziej umocnić, to, jak wskazuje przykład oryginalnych luddystów, tego typu ścieżka oporu prowadzi i tak donikąd. Nie mówiąc już o tym, że jak uczy historia, narzędzia typu „bojkot konsumencki” u poważnego kapitalisty wzbudzić mogą co najwyżej uśmieszek politowania.

3. Wracając jeszcze do Keseya – na podstawie obserwacji zawartych w TEKAAT wydaje się, że taka zbiorowa zmiana świadomości była graalem dla tej barwnej postaci. Akurat w opisywanych latach (1963-5) taka zmiana „wisiała w powietrzu”, być może dzięki odczuwalnemu wzrostowi dobrobytu w US. Kesey próbował wykorzystać ten moment, porzucając karierę pisarza i angażując się w działania, które miałyby zmierzać do akceleracji procesów zmian (wspomniana grupa pod szyldem Merry Pranksters) – m.in. poprzez organizację eventów pod kryptonimem The Acid Test, czyli krótko mówiąc masowego spożywania kwasu (LSD), czemu towarzyszył multimedialny miks muzy, tańca, performansów z użyciem elektroniki, światła oraz ruchomych obrazów. W owym czasie LSD było legalne i dostępne za śmieszne pieniądze (albo wręcz za friko), i przez wielu uważane było – nie bez pewnych podstaw – jako środek do „zhakowania” żmudnej, standardowej ścieżki do osiągnięcia satori, czyli ~ogarnięcia natury rzeczy. Jednym ze znaków firmowych eventów spod batuty Keseya była zdolność do przynajmniej chwilowego zestrojenia wibracji tak odległych na co dzień fragmentów układanki społecznościowej, jak bohema i inne lekko-duchy, aktywiści religijni (unitarianie), chaotyczni wciągacze środków („heads”), muzykanci i inni twórcy, rozmaitej proweniencji młodzież, ale także standardowi prole, w tym również przedstawiciele kompostu afro-amerykańskiego („spades”) i w końcu nemesis średnio-klasowców od projektu American Dream uosabiana przez Hell’s Angelsów. Projekty MP odniosły sukces jedynie ograniczony (lokalnie – do Zachodniego Wybrzeża; nieco paradoksalnie obecnie rejon ten stał się centrum emanacji prolo-fokkujących techno-wibracji)  – z uwagi m.in. na szeroko zakrojone akcje nękania ze strony sił prawa i porządku (w tym aresztowania i wyroki za posiadanie zielska, od którego MP również nie stronili, a które trafiło na listę owoców zakazanych już wcześniej), (czy też po prostu cała ta akcja skazana była od początku na porażkę wobec ciągle zbyt dużego oporu materii). Taki kontr-atak, który w późniejszych latach już tylko ulegał intensyfikacji (kryptonim War on Drugs, a także, być może, – kryptonim ‚kontr-rewolucja monetarystyczna’ wdrożona celem utrzymania dobrobytu i jego skutków w ryzach), zbytnio nie dziwi – zmiana świadomości społecznej groziła zatarciem trybów frirajderskiej maszynki ekstrakcyjnej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.