O tym jak Zbożowy Diabeł wziął sapiensów pod włos

[Narrację antropo-historyczną tego odcinka opieramy na Against the Grain Jamesa C. Scotta [1]

Prawdziwym przekleństwem ludzkości (jak i w ogóle dla każdego biolo-systemu) jest monokultura. Wbrew obiegowej legendzie, według której pierwsze poważniejsze siedliska sapiensowe (w dolinie eufrato-tygrysowej) oparte były na monokulturach zbożowych, które z kolei wymagały intensywnej irygacji, a to z kolei mogło być zorganizowane jedynie przez coś w rodzaju pre-gubmintu, badania wskazują, że pierwotne zagęszczone osadnictwo w tamtym rejonie oparte było na mega-różnorodności biologicznej charakterystycznej dla naturalnych, nawilgoconych, moczarowo-zalewowych eko-systemów. Błędem(/manipulacją?), który popełniały generacje badaczy i który powielały następnie generacje interpretatorów historii jako linearnego ciągu postępu i który nadal kształtuje sposób, w jakim powszechnie postrzegana jest ekono-prehistoria sapiensowa, było przyjęcie, że te kolebko-cywilizacyjne terytoria 6 czy 8k lat temu były tak samo wyschnięte i wyzute z naturalnej wegetacji, jak to ma miejsce obecnie.

Tymczasem, według najprawdopodobniejszej wersji opartej na najnowszych badaniach prehistorii tych kolebko-cywilizacyjnych obszarów, w owym czasie środowisko tych terytoriów było bardzo przyjazne dla różnych form dzikiej wegetacji, tworząc warunki sprzyjające bio-różnorodności. Ta bio-różnorodność – zaindukowana prawdopodobnie korzystnymi zmianami klimatu, które wystąpiły cirka 10k lat temu – niejako sama serwowała zamieszkiwaczom tych pierwotnych osiadłych skupisk ludzkich jak na tacy rozmaitość i obfitość bez konieczności ciągłego przemieszczania się. W rytm zmieniających się corocznych „pulsów” ‘mokrzej/suszej’  – kalorie w przeróżnych, sezonowych formach materializowały się niezawodnie w promieniu wystarczająco małym, żeby pozwolić  sapiensom na komfort posiadania stałej bazy wypadowej. Ta naturalna profuzja charakteryzowała się – w porównaniu do późniejszych agro-monolultur – znacznie wyższymi poziomami odporności jak i odnawialności zasobów, niższymi poziomami ryzyka plagi czy nieurodzaju, a to wszystko przy znacznie korzystniejszym stosunku ‚nakłady kaloryczne (energetyczne)/efekty’. Garden of Eden anyone?

Co istotne, tego typu chaotyczne, bio-obfito-różnorodne środowisko mokradłowo-zalewowe kreuje klimat stosunkowo nieprzyjazny dla zorganizowanego frirajderstwa, czyli do zaistnienia państwa (i zainstalowania gubmintu jako instrumentu ochrony tegoż frirajderstwa). Wynika to z tego, że zasoby są niejako „płynne” – dostępne w różnych miejscach w zależności od ww. „pulsów” natury – w jednych miesiącach, korzystając z sezonowych migracji zwierzostanu, można nałapać ryb czy antylop, w innych nazbierać owoców czy orzechów, w jeszcze innych – zebrać to, co akurat wyrosło z rozrzuconych obcesowo na naturalnie nawożoną glebę aluwium ziaren. Z uwagi na chaotyczność czaso-przestrzenną, jak i względnie wysoką dostępność tych źródeł subsistence o różnorodnej naturze, opodatkowanie takiej „produkcji” – dla celów utrzymania frirajderskiej nadbudowy – jest mocno utrudnione.

Całkiem inaczej sprawy się mają w przypadku, kiedy dominującym źródłem kalorii stają się monokultury zbożowe. W tym przypadku zbiory odbywają się podczas krótkich, regularnych epizodów (żniwa). Wolumen zboża uzyskany podczas żniw jest łatwy do namierzenia i w miarę dokładnego skwantyfikowania, a przez to będzie stanowić wygodną formę ustalenia podstawy opodatkowania. Co więcej, „wybór” zawodu profesjonalnego uprawiacza zbóż determinuje przywiązanie do ziemi, w którą populacja jest  niejako „zainwestowana” – w sensie poświęcenia istotnych nakładów czaso-pracy celem przystosowania jej do monokulturowej „produkcji”. Osiadły tryb życia jeszcze bardziej ułatwia zadanie poborcy podatkowemu, jak i w razie potrzeby zapewnia bezproblemowe opcje podnoszenia stawek danin/trybutów – zainwestowanemu (także być może emocjonalnie) w swoje uprawy rolnikowi-podatnikowi trudno będzie z dnia-na-dzień podjąć decyzję o ucieczce przed fiskusem.

Przywiązanie do ziemi – czy to poprzez uwarunkowania ekonomiczne czy prawne – sprzyja również kolejnemu fenomenowi, który będzie korzystny z perspektywy hierarchicznych organizacji centralnych (cementujących frirajderstwo lub/i wykazujących ambicje ekspansyjne), tj. wyższej rozrodczości (motywacja do wyhodowania sobie dodatkowych par ‘rąk do pracy’ na roli, brak psychologicznego czynnika anty-koncepcyjnego, jakim był dyskomfort przemieszczania się z dzieciarnią w nosidłach [2]), w opozycji do bardziej mobilnych kultur funkcjonujących w  środowisku bio-różnorodności. Jak zauważa Scott, jedną z cech charakterystycznych dla proto-państw była obsesja na punkcie maksymalizacji liczebności swojej „własnej” populacji (dodajmy, obsesja, której śladów nietrudno jest się doszukać w filozofii i polityce wielu współczesnych państw). Można zauważyć, że występowało pozytywne sprzężenie zwrotne – zagęszczenie się populacji stwarzało bazę, którą mogło „skolonizować” państwo, po czym proces dogęszczania ulegał dalszej akceleracji (mitygowanej jednakże przez wyższe wskaźniki umieralności występujące w gęstych skupiskach, w tym głównie na skutek zwiększonego ryzyka epidemiologicznego).

Monokultura – cechując się wysokim poziomem terytorialnej koncentracji produkcji – stwarza również sprzyjające środowisko dla wykorzystania przy uprawach niewolniczej siły roboczej, która prawdopodobnie była istotnym filarem proto-państwowego modelu gospodarowania, a przynajmniej – nawet w przypadkach nominalnie wolnych rolników – zapewnia wysoki stopień kontroli nad populacją. (W XVIII i XIX w. ten paradygmat historyczny „zarymował”, kiedy proto-kapitaliści zaczęli wprowadzać zwyczaj zaganiania praco-najemno niewolników pod dachy swoich satanic mills, w których uprawiana była intensywna monokultura przędzalniczo-tekstylna tak, aby wydłużyć i ściśle kontrolować czas pracy najemnej, co w przypadku wcześniejszych form eksploatacji, tj. systemu nakładczego, było mocno utrudnione, o czym pisane było tam.)

Jednocześnie w momencie kiedy wytwarzanie żarcio-gadżetów zostaje „zlokalizowane”, ekono-stosunki zaczynają być stopniowo zdominowane przez takie koncepty jak prawo własności („grodzenia”), renta czynszowa, pieniądz (początkowo jako jednostka rozliczeniowa/zapis rozrachunkowy do wyliczania należnych danin, potem jako kredyt), etc. Jednocześnie wystąpi akceleracja podziału pracy, który uprzednio występował głównie jedynie w formie opartej na naturalnym podziale zadań pomiędzy te uważane za bardziej adekwatne dla samców (łowiectwo) i dla samic (zbieractwo).

Jak można wywnioskować z realistycznych opisów stosunków wczesnokapitalistycznych (XVIII-XIX w.), podział pracy należy generalnie uznać w większym stopniu jako narzędzie dominacji, aniżeli sposób poprawy efektywności. Podstawowym fenotypem tej dominacji są miejsca pracy. Monokultury zbożowe z dużym prawdopodobieństwem są odpowiedzialne za stworzenie pierwszych miejsc pracy na masową skalę.

Jeszcze innym aspektem kultury zbożowej, który sprzyja postępującej hierarchizacji, będzie towarzyszące jej zjawisko akumulacji „nadwyżek”, które pojawiają się epizodycznie po żniwach; monokulturowy model subsistence – krótkotrwałe i zsynchronizowane w czasie zbiory np. dwa razy do roku – z definicji wymusza akumulację.

Dla kontrastu, w mokradłowej, „dzikiej” multi-kulturze generalnie nie było potrzeby gromadzenia istotnych zapasów – o każdej porze roku jakieś źródło kalorii było dostępne „w naturze”. Ba! Można pokusić się nawet o hipotezę, że przed zaistnieniem organizmu państwa w ogóle nie występowało coś takiego jak „nadwyżki”; wszelkie ewentualne potencjalne rezerwy produktywności były „konsumowane” na cele zwiększenia wolumenu czasu wolnego czy na artefakty kultury folkowej. Czyli inaczej – w środowisku braku przymusu i braku proto-kapitalistycznych tendencji do akumulacji nie występowała motywacja do produkowania więcej, niż wymagał tego poziom subsistence czy poziom komfortu. Efektem takiego modelu gospodarowania były większe – w porównaniu do warunków panujących w proto-państwach – wolumeny wolnego czasu (i niższa intensywność eksploatacji środowiska).

Nasuwa się wniosek, że zaistnienie procesów akumulacji wymaga zatem jakiegoś aparatu przymusu – czy to pod postacią niewolnictwa, pańszczyzny, przymusowych dostaw zboża czy innych produktów, stosunków długu, czy wreszcie w formie trybutów lub podatków. Jednocześnie – w momencie zainstalowania akumulacyjnych algorytmów – zaczyna działać degeneracyjne sprzężenie zwrotne, gdyż wszelkie nadwyżki będą stymulować pojawianie się coraz większej liczby chętnych na darmowe obiadki. Zakumulowane dobra będą również przyciągać frirajderów „z zewnątrz” (najeźdźców). Najskuteczniejsi członkowie tych frirajderskich ferajn tworzą następnie gubmint, który obiecuje plebsowi usługi ochrony bezpieczeństwo – w zamian oczywiście za haracz podatki (lub – co było znacznie bardziej rozpowszechnioną praktyką – państwo staje się po prostu organizacją instytucjonalizującą – poprzez system prawa – niewolnictwo).

Idąc dalej – nadwyżki oraz akumulacja prowadzą do pojawienia się (wśród frirajderów) popytu na dobra typu superfluous, jak np. te, które stanowią emblematy statusu (np. złoty cielec czy inne błyskotki, snobistyczne tkaniny, materiały do budowy monumentów etc.). Aby ten popyt zaspokoić, niezbędne staje się silniejsze dokręcenie śruby kompostowcom, którzy teraz, oprócz żywienia elit, muszą dodatkowo poświęcać swój ciało-czas, aby wyprodukować np. sukno, które zostanie wymienione na połyskujący kruszec sprowadzony z zamorskich krain. Czyli w takim reżimie w ślad za potrzebami typu superfluous pojawią się stanowiska pracy o takim samym charakterze.

To wszystko pomijając już fatalne skutki mono-diety zbożowej na jakość życia.

*

O tym, że narzucenie populacji tego typu organizacji nie było niczym łatwym, świadczy fakt, że introdukcję upraw zbożowych (obok normalnego zbieractwo-łowiectwa) oraz narodziny pierwszych proto-państw historycznie dzielił okres „przejściowy” wynoszący w niektórych przypadkach aż do cirka 4.000 lat (160 generacji), kiedy to dominował model „hybrydowy”, tj. produkty rolnictwa stanowiły raczej jedynie uzupełnienie diety, aniżeli jej podstawę.

Ponadto cechą charakterystyczną ośrodków proto-gubmintowych była ich epizodyczność, tzn. te cywilizacyjne formy występowały sporadycznie, a ich egzystencja była z reguły stosunkowo krótkotrwała – początkowe państwa-miasta  rzadko kiedy funkcjonowały dłużej niż kilkadziesiąt lat, a po ich kolapsie miejscowa ludność powracała do poprzednich modeli gospodarowania/stosunków produkcji, albo przynajmniej odchodziła od monokultur na rzecz np. pasterstwa, czemu – co niewykluczone – mógł towarzyszyć skokowy wzrost jakości życia takich kompostowców.

Zdarzały się też epizody totalnego odwrotu od „państwowości”, jak np. w okresie 1.800-700 BC, kiedy to obszary stałego osadnictwa w Mezopotamii zmniejszyły się do ¼ poprzedniego zasięgu, a ośrodki o charakterze zurbanizowanym występowały 16 razy rzadziej (wg. info z książki). Stanowi to kolejne potwierdzenie wyższości organizacji rozproszonych względem tych scentralizowanych oraz silnie hierarchicznych; wyższości przynajmniej w warunkach odpowiednio niskiej gęstości zaludnienia.

Tu narzuca się pytanie: co w ogóle sprawiło, że ten hybrydowy, pół-osiadły, na wskroś doskonalszy tryb zbieracko-łowiecko-rolniczy koniec końców został stopniowo wyparty przez późniejsze, zaawansowane państwa agrarne?

Zgodnie z powszechnie przyjmowaną wersją ortodoksyjną do tej desperacji pchnął sapiensów ich własny „sukces” w roli łowcy; po prostu z czasem dostępność nisko-wiszących konfitur kalorycznych, w postaci mega-fauny zaczęła drastycznie spadać (w połączeniu być może ze wzrostem liczebności łowców), w związku z czym jedyną dostępną strategią stało się „sztuczne” zwiększenie „gęstości” kalorii per terytorium, choćby nawet wiązało się to ze spadkiem współczynnika ‘efekty vs. nakłady kaloryczne’ (w naturalnych warunkach zbieractwo-łowiectwo jest znacznie bardziej efektywne w tym zakresie, czego jednym z symptomów jest wyraźnie krótszy czas „pracy” względem tego, który zmuszeni są angażować uprawiacze monokultur).

Takie społeczności agrarne zostały – dopiero po upływie dość długiego czasu – przejęte („spasożytowane”?) przez organizacje o charakterze proto-państwowym [3]. Hipotezy, które mogłyby wyjaśniać genezę tego typu pra-coupu frirajderskiego są następujące:

  • zmiana klimatu na bardziej suchy – co wymusiło zastąpienie „zalewowych” (aluwialnych) metod upraw (flood&retreat agriculture) na rzecz budowania systemów irygacji, i co jednocześnie ograniczyło hybrydowe opcje zbieracko-łowieckie. Koncentracja populacji + monokultura zbożowa –> czynniki pro-państwo twórcze; rozproszenie + bio-różnorodność – wprost przeciwnie.
  • główną aspiracją starożytnych, początkowo niewielkich i efemeryczno-sporadycznych ośrodków frirajderskich opartych na monokulturach zbożowych było napompowanie demografii – zwiększenie liczebności obiektów eksploatacji;  jedną z metod osiągnięcia tego celu było podporządkowywanie sobie (i swojemu systemowi produkcji) otaczających „dzikich” plemion, najczęściej drogą przemocy (lub – jak twierdzą niektórzy – wskutek tego, że koczownicy byli mniej odporni na zarazki, które dla populacji zurbanizowanych stały się endemiczne [4]). W ten sposób co do zasady obiektywnie szkodliwa dla większej części populacji kultura państwowości stopniowo niejako „rozlewała się”,  „infekując” coraz szersze terytoria.

Można zatem próbować nakreślić różne hipotetyczne ciągi procesów degradacji (w sensie postępującej utraty wolnego czasu i zwiększania się poziomów nakładów czaso-pracy) kultur neolitowych:

  • zagęszczenie populacji–>tendencje frirajderskie–>monokultury–>akumulacja, albo
  • ekspansja frirajderstwa–>ekspansja monokultur–>procesy akumulacyjne–>dalsza ekspansja frirajderstwa etc.
  • wynalazek „udomowienia” sapiensów (niewolnictwo)–>monokultury–>zinstytucjonalizowanie frirajderstwa w postaci organizacji państwowej–>akumulacja, albo
  • ‘pogorszenie warunków klimatycznych –> monokultury –> akumulacja< –>frirajderstwo’ albo też może:
  • ‘monokultury–>tryb osiadły+gromadzenie zapasów=obudzenie się ciągot frirajderskich–>trybuty/podatki–>akumulacja–>państwo (zinstytucjonalizowane frirajderstwo)’.

Scott wydaje się optować za ostatnią z tych różnych możliwych hipotez ciągów przyczynowo-skutkowych, zauważając analogię filozofii działania proto-państw oraz „barbarzyńców-rajderów” („barbarzyńców” w odróżnieniu od „dzikich”, czyli klasycznych zbieraczy-łowców operujących wg. perspektywy subsistence), u której podstaw stał motyw nastawionej na długoterminową perspektywę („sustainable”), „miękkiej” eksploatacji gospodarek osiadłych i funkcjonujących w warunkach konieczności gromadzenia zapasów. Ba! Jak sugeruje Autor – w wielu przypadkach istniało coś w rodzaju symbiozy na linii ‘proto-państwa<–>”barbarzyńcy’ opartej na bazie zasobowej, którą dostarczał „udomowiony” sapienso-kompost agrarny.

Koczownicze plemiona, które – w obliczu występowania tego typu stacjonarnych ośrodków agrarnych – zwykły od czasu do czasu urządzać najazdy na te magazyny „darmowej” manny, zamiast plądrować je do gołej ziemi (jednorazowa bonanza), wykształciły strategię „stałej współpracy” – tj. albo periodycznie konfiskowały jedynie pewną część inwentarza (okup lub także często stały trybut w zamian za „ochronę”), bądź też głównym celem tych „rajdów” stawało się stopniowo nawiązanie (/wymuszenie) czegoś w rodzaju nie-do-końca-wolnej wymiany handlowej, w trakcie której barbarzyńcy pozyskiwali potrzebne im gadżety (oprócz ziarna/mąki także np. sukno czy naczynia gliniane itp.) wytwarzane przez osiadłe społeczności monokulturowe w zamian za inne dobra, których pozyskiwanie dla nomadów było łatwiejsze (wliczając w to przedmioty nabyte w trakcie handlu z jakimiś innymi ośrodkami stacjonarnymi – w tym przypadku możemy mówić o już działalności gospodarczej ~pośrednictwa handlowego możliwej dzięki np. kontroli nad szlakami transportu; notabene – istotnym elementem tej proto-wolno-wymiennej działalności gospodarczej był handel niewolnikami). Z czasem to właśnie handel stał się podstawą zaawansowanej piramidy frirajderstwa, w ramach której już nie tylko rolnictwo, ale także zbieractwo i łowiectwo zaczęły być motywowane żądzą wygenerowania/akumulacji nadwyżek (przykład z późniejszych czasów – handel zwierzo-skórami w pre-kapitalistycznej Ameryce Płn.).

*

Czyli – chcąc pokusić się o posunięcie tej interpretacji na wyższy poziom abstrakcji – można by wskazać właśnie monokultury zbożowe jako źródło grzechu pierworodnego ludzkości, który – z jednej strony – przywiązał sapiensów, którzy wolno-wolowo zdecydowali się go popełnić, do ziemi i zesłał na ich grzbiety związaną z tym harówkę, a z drugiej – wśród pozostałych członków sapiensowego plemienia – niejako wykreował pokusę frirajderstwa na masową skalę. Wielu obserwatorów tematu stosunków ‘człowiek<–>zboża’ podnosi pytanie, kto tak naprawdę został „udomowiony”, czy był przedmiotem „udomowienia” w trakcie tych procesów, tj. czy to nie przypadkiem właśnie sapiensy, które zawarły szczególny pakt ze Zbożowym Diabłem, zaprzedały tym samym swoją wolną duszę tym podstępnym roślinom, i w konsekwencji tego aktu sami skazali się na bycie przedmiotem eksploatacji na wieczność albo przynajmniej aż do czasu, kiedy nadejdzie kres cywilizacji?

*

Tonacja dzisiejszej pogadanki niektórym może niepokojąco przypominać nuty wolnorynkowych sag spod znaku von Misesa. Z poprzednich odcinków wiemy jednak, że pro-kapitalistyczna ortodoksja odjechała bardzo daleko od faktycznych korzeni tzw. libertarianizmu, które co do zasady zawierają odwołania do anty-hierachicznych anarchizmów.

Krytyka gubmintu, państwa i podatków autorstwa mizesologów – jeśli  tylko zrzucona na faktograficzne tło – jawi się jako silnie hipokrytyczna, ponieważ u jej podstaw spoczywa apoteoza hierarchii zastałej, tj. tej opartej na śfiętym prawie własności i która cementowana była przez kolejno następujące historyczne systemy usankcjonowanego prawem frirajderstwa.  Pre-państwowe, neolityczne mezopotamskie równiny – będąc typowym przykładem gospodarowania opartego o dobra wspólne (commons) – stanowiły całkowitą anty-tezę wobec tego, co propagują brutaliści wolno-rynkowi jako stan naturalny.

Dodatkowo – stosunki panujące w tej omawianej, przed-państwowej i przed-handlowej erze oparte były – w warunkach wysokich poziomów niezależności (braku przymusów) – raczej na kooperacji grup (czy w grupach) czy kulturze podarunków aniżeli na kulturze kontraktów, która nieodmiennie towarzyszy socjotechnicznym opowieściom o wolności gospodarczej. W środowisku, gdzie poziom subsistence jest powszechnie dostępny (i osiągalny przy nakładach czaso-wysiłku rzędu 3-4 godzin dziennie), nikt o zdrowych zmysłach nie będzie skłonny wchodzić w kontrakty praco-najemno niewolnicze. To właśnie dopiero odcięcie tej powszechnej dostępności (przez pra-grodzenia, introdukcję monokultur czy napompowanie ilości populacji celem budowy odpowiednio dużej bazy do realizacji frirajderstwa czy innych psychopatycznych ambicji) stanowi warunek zaistnienia stosunków dominacji – w tym masowego praco-najemno niewolnictwa, które jest jedną z cech definiujących kapitalizm.

Następna sprawa – handel, czyli tzw. wolno-wolowa wymiana – jeden z podstawowych totemów brutalistów wolno-rynkowych: mając świadomość wielce prawdopodobnej genezy tego fenomenu, może narzucić się hipoteza, że ten proces jest motywowany w znacznie większym stopniu żądzą podporządkowywania czy sprawowania kontroli, aniżeli  jakimś naturalnym popędem zmierzającym okrężnymi ścieżkami do krainy eldorado wzajemnych korzyści. Akt wymiany przysługi między członkami stada zbieraczy-łowców w ramach algorytmu tit-for-tat oraz transakcję wymiany niewolników na złoto czy ziarna na zwierzo-skóry oddziela rubikon, za którym leżą mniej czy bardziej ucywilizowane pola frirajderskiej monokultury.

Z perspektywy obecnego, zaawansowanego podziału pracy zwanego kapitalizmem rola monokultury upraw roślinno-zwierzowych w kształtowaniu stosunków zależności czy w ogóle trybu życia wydaje się być marginalna z uwagi choćby na to, że rolnictwo to zaledwie kilka % pekabu i jeszcze mniejszy % zawodowo aktywnych (tak czy owak jednak także i tu monokultury przemysłowych upraw/hodowli odciskają swoje piętno w nowej odsłonie starego). Mimo to koncept poddania populacji dyscyplinie indukowanej przez różnego rodzaju monokultury jest ciągle żywy. Już samą powszechność szeroko rozumianego (obejmującego pseudo-samozatrudnienie jak i najemników zatrudnionych na niższych szczeblach sektora gubmintowego) praco-najemno niewolnicwa, które jest głównym źródłem utrzymania dla dajmy na to 70-80% gospodarstw domowych, można odczytywać jako symptom deficytu różnorodności, jeśli chodzi o dostępność wyborów życiowych (ale także deficytu różnorodności doświadczeń życiowych [5]).

Taką sub-monokulturą staje się powoli także sektor zatrudnienia na stnowiskach typu superfluous (zidentyfikowany i określony dość trafnie – choć zawężająco [6] – z nieco innej perspektywy jako „konkurencja o sumie zerowej” w artykule autorstwa A.Turnera). Ponieważ indywidualne strategie fabrykantów stopniowo eliminują konieczność udziału praco-najemno niewolników w procesach wytwarzania dóbr, powstała w ten sposób „nadwyżkowa” armia proli wymaga innych metod zagospodarowania/dyscyplinowania w ramach wyznaczanych przez algorytm M(t2)>M(t1). Ta monokultura jałowego, paro-gwizdkowego kołowrotkowania według różnych szacunków obejmuje od 30 do nawet 70-80% „aktywnej” na rynku praco-najemno niewolnictwa populacji. Jest to odpowiednik wspomnianego „rozlewania się” kultury proto-państwowości, która pomimo swej pośledniości i szkodliwości, infekuje coraz większe obszary ekono-życia z chwilą, kiedy przekroczenie pewnego rubikonu czy zainstalowanie jakiegoś algorytmu uruchamia błędne koło degeneracyjnych zdarzeń.

Z przyczyn napędzanego dywidendą termodynamiczną nadzwyczajnego zagęszczenia populacji opcje zbieracko-łowiecko-incydentalno-rolnicze są obecnie znacznie ograniczone na większości terytoriów zglobalizowanego systemu frirajderstwa. Niemniej jednak warto zwrócić uwagę, że nawet pomimo tych obiektywnych trudności nadal w większości krajów pewna niewielka część populacji próbuje funkcjonować poza praco-najemno niewolniczą monokulturą, wzbraniając się jak to tylko możliwe przed kapitulacją, którą stanowi zgoda na stowaryzowanie swojego własnego czasu, mimo wszystkich towarzyszących współcześnie takim postawom  niedogodności. Przykładem tego będą chociażby (nieco paradoksalnie [7] pod-prąd narracji „przeciw-zbożowej”) nie-towarowe gospodarstwa rolne, czyli te posiadające poletka poniżej przysłowiowych 5ha, wspominana w jednym z naszych odcinków kultura Roma, zbieracze złomu, czy – głównie tam, gdzie stosunkowo niska gęstość populacji jeszcze na to na to pozwala (jak na razie głównie w USA) – wszelkiej maści prepersi czy doomsayerowscy preppersowianie (nad Wisłą za 1-szy stopień wtajemniczenia w tej zabawie można uznać posiadanie ogródka działkowego).

[Jeśli już o gęstości  – z opowieści neolitycznych wynika jeszcze jedna nauczka – tam gdzie następuje zagęszczenie monokulturowe (czy to zbóż, zwierza czy sapiensów) tam też wzrasta geometrycznie ryzyko epidemii. Właśnie wszelkiego rodzaju zarazy zdaniem wielu badaczy tematu stały za częstymi, nagłymi kolapsami neolitycznych ośrodków proto-państwowych. Współcześnie wyhodowana globalna monokultura rynków finansowych, która w znacznej mierze determinuje procesy gospodarcze stojące niżej w hierarchii kapitalistycznego frirajderstwa (jak wytwarzanie gadżetów czy także żywności), to wręcz proszenie się o jakąś mega-epidemię, która w połączeniu z kurczącą się bazą zasobową może w ciągu kilku lat czy nawet miesięcy cofnąć licznik „postępu” cywilizacyjnego o dekady, jeśli nie o stulecia.]

Tak czy owak – przyjmując powyższą metaforę, gdzie monokulturą, która dostarcza populacji „kalorii”, jest system praco-najemno niewolnictwa – przy obecnym zagęszczeniu populacji (jak i biorąc pod uwagę generalne uzależnienie od tej monotonnej „diety”) opcja całkowitej abolicji tej „uprawy” na rzecz jakiejś bardziej urozmaiconej kultury nie wydaje się realistyczna.

Natomiast tym, co niewątpliwie wydaje się być celem realistycznym, jest możliwość stopniowej redukcji zasięgu monokultury P-NN. Tu – już niejako zwyczajowo (co złośliwi mogą uznać za symptom, że w mono(tematyczną)kulturę zmienia się również PE-P) – narzuca się konkluzja, że najprostszym pierwszym krokiem pod prąd współczesnego homogenicznego systemu frirajderstwa byłoby powołanie Ruchu Wolno-Piątkowców (czyli żądaczy uczynienia każdego piątku tym, czym obecnie jest sobota, czyli pierwszym dniem weekendu). Każdy skrawek czasu wyrwany spod dominacji monokultury P-NN oznacza, że na tej „przestrzeni” będzie mogło wyrosnąć coś nowego, innego niż nudne i depresywne do bólu ciągnące się aż po horyzont łany złożone z miliardów prolo-godzin. Wolne Piątki oznaczałyby, że w tym pięknym dniu tygodnia każdy obdarzony tym czaso-spłachetkiem mógłby z chłopa pańszczyźnianego przekształcić się na chwilę w zbieracza-poszukiwacza innych opcji życiowych, czy to związanych z wykonywaniem pracy na potrzeby swoje i rodziny bez oddawania połowy+ jej owoców do kieszeni wyzyskobiorców i poborców podatkowych, czy to w poszukiwaniu okazji do wzbogacenia swoich szarych komórek czymś bardziej treściwym niż codzienny korpo-kool-aid, czy też po prostu eksplorować dziewiczy teren dla swojej własnej przyjemności.

Tak czy owak, kiedy wrota do tego „nowego” terenu uda się raz wyważyć, frirajderom będzie bardzo trudno ponownie „ogrodzić” Piątki, a jednocześnie można mieć nadzieję, że kiedy populacja na własne oczy zobaczy, że mniej pracy najemnej ≠ mniej „pożywienia” (realnego dobrobytu), może przynajmniej na część sapiensów spłynie coś w rodzaju oświecenia co do faktycznej natury monokultury P-NN oraz motywów, dla których została ona zaintrodukowana.

PS. Z tej czytanki wypływa jeszcze jedna ważna wskazówka: skoro Państwo od samego swojego zarania było organizacją propagacji interesów frirajderów i zniewolenia sapienso-kompostu, + nie jest niczym trudnym zaobserwowanie, że podstawy tego paradygmatu – zamaskowane pod memetyką wolności rynku – funkcjonują skutecznie nadal i dziś, byłoby wielką naiwnością upatrywać sojusznika w krucjacie na rzecz ograniczenia destruktywnego oddziaływania monokultury P-NN w strukturach tegoż Państwa; jeśli już, to rzeczone Państwo będzie raczej – w długoterminowej perspektywie – ku temu największą przeszkodą. Stąd też podstawą jakichkolwiek racjonalnych strategii anty-monokulturowych będzie minimalizacja ich zależności od struktur państwowych – w tym zwłaszcza odcięcie się od jakichkolwiek ruchów politykabukowych oraz, co za tym idzie, bojkot wyborów organizowanych w ramach tzw. demokracji przedstawicielskiej (jedynym wyjątkiem od tej zasady są być może wybory na szczeblu lokalnym – np. do rady gminy).

Te (nieliczne) politykabukowe ugrupowania, które głoszą postulaty redukcji zasięgu monokultury PN-N, mogą być, owszem, przydatne czy zasługujące na miano „progresywnych” w tym zakresie, że podnosząc Temat podczas swoich kampanii wyborczych, przyczyniają się do jego propagacji – tzn. mogą sprawić, że Idea stanie się rozpoznawalna jako coś, co jest przynajmniej w jakimś stopniu możliwe do zrealizowania. Jednak kiedy tylko tacy progresywni politykabukowcy staną się częścią procesów władzy z prawdopodobieństwem rzędu 99% nie uczynią nic w kierunku tej realizacji, bądź co najwyżej wykpią się jakimś nic-nie-znaczącym tokenem, typu 7 h pracy zamiast 8 w każdy ostatni piątek miesiąca. Taki wielce prawdopodobny scenariusz z kolei będzie czymś, co może łatwo pogrzebać całkowicie Naszą Ideę na zasadzie: ‘widzita-rozumita, domagali się Wolnych Piątków, ale kiedy zobaczyli „liczby od środka”, zeszli szybko na Ziemię i przekonali się na własne oczy, że się po prostu nie da i tak jak swego czasu Tsipras musieli zgiąć kolano przed Rynkiem. Lepiej zapomnieć w ogóle o sprawie!’.

_______________________________

1. Pdf był swego czasu dostępny za-frikowo online. Niestety, nie dysponujemy aktualnym linkiem.

2. Może coś ma też do rzeczy fakt, że udomowiony zwierzostan wykazuje się wyższą płodnością; być może podobne zjawisko występuje u „udomowionych” sapiensów.

3. Przy czym należy pamiętać, że prawdopodobnie aż do XVI w. populacja „bezpaństwowców” w skali globu pozostawała liczniejsza od agregatu tej, którą można było zaliczyć do faktycznie „poddanych” władzy jakiejś organizacji o charakterze państwowym.

4. Gęste skupiska ludzi i zwierza uformowane w ramach proto-państw były wylęgarnią wszelkiej maści zaraz; u populacji zurbanizowanych z czasem wykształcała się odporność (choroby endemiczne), natomiast dla ludów koczowniczych wszelki kontakt z uodpornionymi „państwowcami” mógł oznaczać skutki podobne jak wizyta konkwistadorów dla tubylców w Ameryce Płd.

5. Tę zanikającą wobec zaawansowanego podziału pracy heteredoniczność życia Scott podsumowuje zgrabną paralelą: stosunek wielowymiarowości pomiędzy życio-pracą zbieracza-łowcy a rolnika jest podobny jak ten pomiędzy różnorodnością czynności „zawodowych” tego drugiego względem tych wykonywanych przez pracownika taśmowego.

6. Jakoś tak się utarło, że w typowych narracjach (jak choćby ta Graebera o Bullshit Jobs) jako benczmark zbędnych z punktu widzenia zaspokajania potrzeb, zero-sumowych posad pada wartość 30%. W tego typu szacunkach gros zależy od tego, jak zdefiniujemy produkcję/usługi przydatne, czy też jakie potrzeby uznamy za racjonalne do zaspokajania. Niektórzy (np. złotowiekowcy) będą często skłonni uznać większość posad biurwowych czy nawet aparato-przymusowych organizowanych pod egidą gubmintu za przydatne/nie-gówniane (w odróżnieniu od np. tele-molestowaczy, rozdawaczy ulotek czy wyprowadzaczy psów). Wg. naszej pracownianej interpretacji (która akurat w kwestii biurw jest bliższa stanowisku ekono-kucarianśkich nostalgistów wilczkowych) z kolei szacunki całego agregatu gówno-prac w zaawansowanych gospodarkach kapitalistycznego Centrum oscylują na poziomie ~60-70% ogólnej liczby tych, którzy pracują celem osiągania dochodów monetarnych. Niektórzy idą jeszcze dalej i podbijają stawkę nawet do 90% ogółu zatrudnienia.

7. Ten paradoks – odwrócenie biegunów znaczenia słowa „niezależność” – wynika z praktycznie totalnej eliminacji domeny commons w krajach kapitalistycznych. Przykładem ograniczania tej domeny mogą być regulacje w zakresie wykluczenia opcji pozyskiwania przez plebs kalorii z łowiectwa sięgające (np. w UK) jeszcze czasów średniowiecza (łowiectwo jako rozrywka przynależna dżentelmenom).

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.