W 7 dni od T.I.N.A. do Chaosu?

Wiemy, że im bardziej skomplikowany system, tym trudniej przywrócić go do działania w wypadku, kiedy utraci on równowagę – auta sprzed 50 lat może i częściej od współcześnie budowanych odmawiały współpracy o poranku, jednak nawet średnio-zaawansowany użytkownik z reguły był w stanie samodzielnie zreaktywować maszynę w drodze przeglądu kilku podstawowych elementów układu zasilania jak gaźnik, przewody wysokiego napięcia, świece czy kondensator/cewka lub po prostu spróbować metody na-pych. W przypadku nowoczesnych konstrukcji próby grzebania pod maską będą prawie zawsze stratą czasu – pozostaje strategia zholowania do specjalistycznego warsztatu (i oczekiwania, jak bardzo słoną kwotą przyjdzie właścicielowi zasilić pekaba).

Podobnie – im bardziej zintegrowany jest dany system, tym w przypadku awarii wyższe będą koszty przywrócenia funkcjonalności – telewizory rubin regularnie gościły na stołach operacyjnych lokalnych ZURT-ów, ale w większości przypadków reanimacja kończyła się nie-rujnującym dla kieszeni właściciela sukcesem. Dla współczesnego płaskiego następcy rubina każda awaria może oznaczać wyrok śmierci z uwagi na koszt wymiany zintegrowanych modułów, który często czyni naprawę nieekonomiczną.

Do postaci takiego właśnie systemu – silnie zintegrowanego i o wysokim stopniu skomplikowania – wyewoluowała zglobalizowana gospodarka XXI w. Zaawansowane powiązania i łańcuchy dostaw działające według paradygmatu just-in-time [JIT] na co dzień zapewniają użytkownikom systemu (zarówno producentom jak i konsumentom) nadzwyczajne poczucie komfortu – potrzebne komponenty materializują się na linii produkcyjnej w stosownym czasie, a towary na półkach supermarketów są na bieżąco uzupełniane przez wykładaczy tak, że zawsze generują wrażenie powszechnej obfitości (mimo że placówka handlowa nie posiada z reguły czegoś takiego jak magazyn sensu stricte, a jedynie przylegające do hali sprzedaży pomieszczenia, w których odbywa się rozładowywanie palet dostarczonych z jakiegoś centralnego punktu logistycznego).

Dalej – ponieważ szczelnie wypełnione towarem półki utwierdzają konsumentów, że żyjemy w czasach niezagrożonej obfitości dóbr, ci nie będą widzieć sensu w gromadzeniu istotnych zapasów czegokolwiek, a znane z czasów „komuny” zwyczaje zapełniania piwnicy zapasem ziemniaków (czy węgla) na całą zimę albo kolekcjonowanie imponującego zestawu weków będą wydawać się czymś śmiesznym. Według podobnej filozofii – just-in-time – będzie operować także większość instytucji, w tym np. placówki służby zdrowia.

Taki system będzie jednak – w razie wystąpienia istotnych dysrupcji – znacznie bardziej wrażliwy niż te z epoki pre-globalizacyjnej, które charakteryzowały się krótszymi łańcuchami współzależności i dostaw, niższym poziomem specjalizacji oraz gdzie utrzymywanie zapasów było raczej normą, aniżeli wyjątkiem.

Już co najmniej od kiedy ukazało się dzieło Taintera The Collapse of Complex Societies (2003) [1] wiemy, że krzywa krańcowych korzyści wynikających ze stopnia zaawansowania struktur społeczno-gospodarczych po okresie wędrówki w górę, w pewnym momencie zaczyna stopniowo się wypłaszczać, po czym w końcu mniej lub bardziej gwałtownie spada. Te zmiany przebiegu krzywej obrazują fakt, że realne koszty utrzymania skomplikowanych struktur zaczynają pochłaniać coraz większą część dostępnych zasobów, a moment załamania przychodzi, kiedy efekty uzyskiwane na wyjściu rozbudowanych ponad miarę systemów stają się odwrotnie proporcjonalne do nakładów.

Wynika to z tego, że wielkość tych struktur (stopień komplikacji) zawsze dostosowuje się „w górę” – kiedy pula dostępnych zasobów rośnie, natomiast nigdy nie potrafią one dokonać sztuki zeskalowania się „w dół” adekwatnie do nieuchronnych kryzysów zasobowych.  W ten sposób – w wypadku deficytu zasobów – systemowe koszty stałe zaczynają stanowić proporcjonalnie coraz większe obciążenie dla słabnącej bazy wytwórczej. Dostosowanie do takich nowych realiów w praktyce następuje co do zasady w drodze kolapsu.

Tyle w skrócie o hipotezie Taintera. Tymczasem dziś o  prawdopodobnych konsekwencjach, jakie niosłyby dla naszego współczesnego systemu gospodarowania jakiekolwiek zaburzenia przekraczające pewien (niezbyt zresztą wyśrubowany) poziom krytyczny, na podstawie innej pracy – Studium autorstwa Davida Korowicza z 2012 pt. Trade-Off –  Financial System Supply-Chain Cross-Contagion: a study in global systemic collapse.

Bardziej wrażliwych (czy uczulonych na doomsayerstwo) Czytelników uprzedzamy od razu – te konsekwencje zdaniem Korowicza będą katastrofalne, a pytanie w zakresie opisanych ciągów zdarzeń nie będzie brzmiało „czy?”, ani też „gdzie?” (bo wszędzie), tylko „kiedy?”. Na domiar złego, scenariusz Korowicza od historycznych studiów przypadku opisywanych przez Taintera różni tempo, w którym wspomniana krzywa korzyści krańcowych upadnie na dno; podczas gdy w przypadku Imperium Rzymskiego procesy te rozciągnięte były na dekady czy stulecia, obecnie może się okazać, że pozamiatane będzie już po jednym tygodniu!

Dodać należy, że tekst Korowicza to znacznie więcej, aniżeli projekcja sekwencji kolapsu, którą tutaj spróbujemy streścić w kilkudziesięciu zdaniach; Studium zawiera m.in. przybliżenie teorii złożonych systemów adaptacyjnych (complex adaptive systems), do której to kategorii należy współczesna globalna gospodarka oraz naświetlenie anatomii sił, które stopniowo czynią kolaps coraz bardziej nieuchronnym. Dzięki temu rzeczony scenariusz umieszczony jest w solidnym teoretycznym kontekście.

Trudno (i chyba bez-sensu) byłoby próbować upchnąć całą tę teorię do jednej blogo-notki, dlatego też dziś skupimy się tylko na jednym – a przy okazji chwytliwym (i najbardziej ekscytującym dla każdego kasandrowicza) – aspekcie całego tekstu, tj. właśnie na mechanice załamywania się lodu na jeziorze zwanym Chaos pod ciężarem współczesnej formy kapitalizmu, która przez 2 stulecia bezkarnego czy beztroskiego wciągania zasobów zdążyła utuczyć się do coraz trudniej dających się utrzymać w pionie rozmiarów; natomiast wszystkim zainteresowanym resztą teorii kolapsu (do której być może będziemy powracać w przyszłości) polecamy zapoznanie się z tekstem oryginalnym.

*

Jak wspomnieliśmy, Globalna gospodarka to złożony system adaptacyjny, któremu funkcjonowanie/ochronę przed entropiczną dezintegracją zapewniają coraz bardziej rosnące strumienie zasobów (surowców mineralnych, w tym zwłaszcza źródeł skoncentrowanej energii) podawane na wejściu tej czarnej skrzynki. „Adaptacyjny” nie oznacza jednak bynajmniej, że możliwości tej adaptacji są nieskończone (mimo, że jak dotąd faktycznie sprawdzały się nawet w przypadkach poważnego kryzysu, jak ten z 1929 r. czy ostatnio GFC; niestety, nie stanowi to wystarczających podstaw do dość powszechnie akceptowanej ekstrapolacji, że kapitalizm będzie w stanie zawsze wyjść z każdego kryzysu).

Korowicz zwraca uwagę na fakt występowania i rosnącą rolę czegoś, co można określić jako kluczowe węzły czy osie (hubs), które stanowią bazowe filary globalnej gospodarki. Te huby moglibyśmy autorsko podzielić na rzeczowe –  czyli ośrodki wydobycia i przetwarzania surowców (platformy wiertnicze, rurociągi, rafinerie, zakłady produkcji nawozów sztucznych etc.), energetyczne sieci przesyłowe i pozostała infrastruktura o charakterze newralgicznym (np. sieci IT, wod-kan) – oraz kulturowe, na co złożą się systemy monetarno-finansowe, korzyści skali [2], jak i przyjęte w kapitalizmie jako typowe wzorce zachowań (wola do przestrzegania prawa w zakresie np. własności prywatnej środków produkcji, prawa międzynarodowego, konsumenckie zachowania stadne, zaufanie do ww. systemów finansowych etc.).

Każdy z tych filarów jest niezbędny do funkcjonowania całości i dla żadnego z nich nie istnieje awaryjny system rezerwowy, który mógłby w znaczącym stopniu choćby czasowo przejąć funkcje takiego kluczowego węzła [3]. Co więcej, poważna dysrupcja któregokolwiek z tych filarów może z dużym prawdopodobieństwem „zarazić” wszystkie inne huby jak i pozostałe obszary gospodarowania na zasadzie efektu domina. Dodatkowe ryzyko niesie fakt, że wszystkie wymienione węzły wyewoluowały w środowisku praktycznie nieustannego wzrostu produkcji (pekabu), tak więc ich funkcjonalność i zdolności adaptacyjne w warunkach od-wzrostu (który – przypominamy – w krajach Centrum już jest faktem, jeśli mówimy o realnych dobrobytach) mogą okazać się nieadekwatne, jeśli nie wręcz całkiem bezużyteczne.

Historycznie, kolapsy – przynajmniej dla jakiejś części czy pod-klasy populacji – nie musiały wcale oznaczać czegoś złego per se; np. ponoć w schyłkowej fazie Imperium Rzymskiego dla ubezwłasnowolnionej niespłacalnymi długami agrarnej ludności nowy, prostszy porządek niesiony przez barbarzyńców w miejsce zaawansowanych struktur imperialnych oznaczał często poprawę warunków bytowania.

Obecną sytuację charakteryzują jednak co najmniej trzy fenomeny, które rozwój optymistycznych scenariuszy post-kolapsowych stawiają pod wielkim znakiem zapytania. Po pierwsze – jak zauważył ww. Tainter – w przeciwieństwie do kolapsów historycznych, które miały charakter mniej lub bardziej lokalny, współczesne imperium należy traktować jako globalne, tzn. nie istnieje siła „zewnętrzna”, która w miejsce starego mogłaby wprowadzić nowy, prostszy czy bardziej efektywny porządek. Ergo: kolaps, jeśli nastąpi, obejmie jednocześnie całą Planetę.

Dalej – historycznym przypadkom redukcji stopnia złożoności społeczeństw towarzyszyło z reguły gwałtowne załamanie demograficzne (czasem lokalnie rzędu do nawet 90%) – czy to wskutek zwiększonej śmiertelności spowodowanej upadkiem produkcji rolnej, czy też może częściej w drodze migracji, gdzie ludność upadłego imperium (w tym zwłaszcza w przypadku ośrodków miejskich) w poszukiwaniu lepszych warunków bytowania rozpraszała się po otaczających terytoriach. Przy obecnych wolumenach i gęstościach zaludnienia trudno wyobrazić sobie, aby taki proces mógł przebiegać w sposób bezbolesny.

Wreszcie – w nawiązaniu do powyższego – w dawnych, preindustrialnych czasach gdzieś zawsze były dostępne rezerwy – czy to ziemi uprawnej, surowców czy źródeł energii (wówczas głównie drewna). Obecnie takich rezerw nie ma – eksploatacją objęta jest praktycznie całość powierzchni nadających się pod uprawy i wszystkie miejsca zalegania złóż, jakie udało się znaleźć podczas dokładnego i uporczywego skanowania Planety na ich występowanie. Redukcja złożoności gospodarki oznaczać będzie mniejszą intensywność tej eksploatacji, czego skutki dla uzależnionych od konsumpcji energii populacji będą prawdopodobnie niewesołe, przynajmniej do czasu, kiedy liczebność konsumentów nie osiągnie rozmiarów dających się podtrzymać za pomocą takich mniej intensywnych procesów ekstrakcji.

*

Ale, przechodząc już do obiecanego scenariusza upadku – zgodnie z tytułem cyt. Studium najbardziej prawdopodobnym impulsem inicjującym łańcuchową sekwencję kolapsu będzie kolejny kryzys finansowy wywołany rosnącą dysproporcją pomiędzy długiem a dochodami [4], ale nie można wykluczyć, że podobny scenariusz może uruchomić równie dobrze inny incydent o charakterze dysrupcyjnym, jak katastrofa naturalna/klimatyczna, peak-oil, poważna zapaść infrastruktury energetycznej, niepokoje społeczne, migracje czy strajki generalne. Do tego ostatniego przypadku wrócimy pod koniec odcinka, gdzie spróbujemy uchwycić związek pomiędzy damokleso-wiszącą groźbą kolapsu a żywotnością neoliberalnego T.I.N.A.; teraz spróbujmy przybliżyć pokrótce, w jaki sposób według Korowicza postępowałby mechanizm takiego błyskawicznego kolapsu.

Pomijając szczegóły rozwoju takiego scenariusza opisane przez Korowicza (który można uznać za wiarygodny lub nie – czytaj str. 56-59), załóżmy, że stoimy już na progu pełnoskalowego kryzysu finansowego, który w pewnych szczególnych środowiskach instytucjonalnych (np. w takim, które występuje w Eurozonie) może prowokować pozytywno-sprzężeniowe ciągi zdarzeń prowadzące do akceleracji procesów degradacyjnych.

Na co warto zwrócić uwagę – jeżeli kryzys finansowy nie zostanie opanowany ZANIM wyczerpią się bieżące zapasy podstawowych towarów – żywności, paliw i medykamentów – utrzymywane w krajowych magazynach (a czasu jest niewiele – pamiętajmy, że działamy w bez-magazynowym paradygmacie JIT), system gospodarczy może przekroczyć granicę, zza której nie będzie już powrotu. Zakażenie wysoce zintegrowanych sektorów przybierze postać reakcji łańcuchowej, gdzie procesy degradacyjne wraz z upływem czasu będą nabierać tempa, przy czym szybkość postępu dezintegracji będzie proporcjonalna do stopnia zaawansowania modelu JIT. Oznacza to, że tempo rozprzestrzeniania się „zarazy” będzie najszybsze w krajach Centrum charakteryzujących się najwyższym poziomem zintegrowania łańcuchów dostaw.

Żeby zmieścić przebieg kolapsu w ramach czasowych naszego klik-bajtowego tytułu, spróbujmy zmiksować kolapso-scenariusz Korowicza z treścią zamieszczonej przez niego na str. 16 ramki zapożyczonej z kolei z raportu Amerykańskiego Stowarzyszenia Transportowców [5] – w gospodarce opartej na paradygmacie JIT transport faktycznie może okazać się kluczowym „słabym ogniwem” (zgodnie z prawem minimum Liebiga), ponieważ tym co jest istotne na-co-dzień w funkcjonowaniu globalistycznego Golema są przepływy (flows), a nie agregat inwentarza (stocks) – np. fenomen peak-oil należy utożsamiać raczej ze spadkiem dziennych wolumenów dostaw na rynek, aniżeli z wyczerpywaniem się zasobów surowca per se.

Dla zwiększenia efektu dramatyzmu przyjmijmy, że akcja dzieje się w którymś z większych krajów eurozony, który określimy kryptonimem X.

*

Dzień 1 – Kumulacja pogłosek o deklaracji defaultu (niewypłacalności systemu bankowego/budżetu działającego w paradygmacie użytkownika waluty, nie zaś emitenta) w kombinacji z załamaniem się notowań giełdowych sektora finansowego sprawia, że nad ranem pod oddziałami banków formują się tasiemcowe kolejki. W międzyczasie po paru godzinach wszystkie bankomaty zostają doszczętnie opróżnione. Gotówka/płynność staje się królem. Tego wieczora banki zamykają swoje podwoje o zwykłej porze (ochrona wspomagana przez policję daje w końcu radę usunąć protestujących, którzy nie zdążyli dostać się do okienka/zostali odprawieni z kwitkiem z powodu wyczerpania się gotówki w skarbcu), jednak następnego dnia (jak i każdego kolejnego) pozostaną zamknięte.

Dzień 2 – Ranek przynosi oficjalną informację o „czasowym” zamrożeniu wypłat depozytów oraz o wprowadzeniu częściowej kontroli kapitału [6]. Źródła rządowe potwierdzają również, że gubmint wszedł na ścieżkę wojenną w/s kształtu unii monetarnej i odmawia spłat zapadających transz zobowiązań do czasu renegocjacji warunków zadłużenia.

Tymczasem w miastach da się zauważyć coraz większe strumienie ludzi i samochodów zmierzających w kierunku supermarketów. Na stacjach benzynowych zaczynają formować się pokaźne kolejki. W połowie dnia punkty sprzedaży przestają akceptować płatności kartami, a systemy płatności on-line zostają wyłączone. Pod koniec dnia półki sklepowe są praktycznie puste – bańka mitu powszechnej obfitości pęka po zaledwie kilku godzinach; obsługa uspokaja, że świeże dostawy przybędą  „jutro”.

Dzień 3 – większość cepeenów zaczyna dzień od wywieszania tabliczek „Paliwa brak”. Dostawy nadal przybywają, ale każda z nich zostaje rozdysponowana w ciągu kilku godzin. TIR-y – podstawowe ogniwo systemu JIT – żeby przebić się do pompy – tracą godziny, gdyż dojazd jest szczelnie zablokowany przez sznury osobówek, których kierowcy „pilnują”, żeby nikt nie wskoczył bez-kolejki. Część truckerów tankuje tylko po to, aby później zostać odprawiona z kwitkiem z miejsc odbioru towaru – „tylko gotówka!”. Inni mają dosyć i po prostu decydują się przeczekać, parkując ciężarówki gdzie popadnie i przechodząc – zgodnie z przepisami o czasie pracy – w tryb „odpoczynek”; część w ogóle porzuca pojazdy, żeby zdążyć wziąć udział w polowaniu na towar.

Niektóre stacje benzynowe w nadziei zapanowania nad sytuacją podnoszą ceny o kilkaset %, co daje impuls do pierwszych aktów agresji konsumenckiej. [To jednak jeszcze nic w porównaniu do dramatycznych scen, jakie będą rozgrywać się w momencie, kiedy w starbuniu zabraknie sojowego latte i sygnału wi-fi – przypisek Edytora].

Sklepy kończą dzień z pustymi półkami – spora część z nich następnego dnia już się nie otworzy.

Jednocześnie producenci, którzy działają w oparciu o filozofię JIT, zaczynają odczuwać braki komponentów, a w szpitalach zaczyna brakować niektórych medykamentów.

Dzień 4 – pogłoski o stanie wyjątkowym nie sprawdzają się – gubmint próbujący gorączkowo wynegocjować zastrzyk płynności z EBC chce uniknąć bycia otagowanym łatką „junty”. Tym samym ostatnia szansa na przywrócenie dostaw poprzez czasowe zajęcie środków transportu, stacji paliw, wprowadzenie reglamentacji paliw i żywności oraz ograniczeń ruchu prywatnych pojazdów etc., co pozwoliłoby obejść blokadę finansowania i przepływu towarów, zostaje zaprzepaszczona. Jednocześnie ww. negocjacje stają i tak w martwym punkcie, ponieważ w szeregu krajów strefy monetarnej zaczynają pojawiać się symptomy zapowiadające dynamikę dnia nr 1.

Tymczasem w kraju X sytuacja pogarsza się z godziny na godzinę. Nie działa już poczta ani kurierzy (nawet za pobraniem!). Panika sprawia, że ze sklepów wykupywane jest wszystko – większość populacji, zamiast udać się do miejsc wyzyskodawania, spędza dzień na polowaniu na cokolwiek, co zawiera kalorie. Uprawiacze tego łowiectwa coraz częściej zmuszeni są robić to na piechotę (zbiorkom zaczyna działać chaotycznie).

A i praco-rozdawacze nie mają głowy do pilnowania dyscypliny – większość z nich pada również ofiarą przywiązania do bezgotówkowego systemu JIT; na chwilę społeczeństwo staje się bardziej egalitarne – zasoby gotówki w portfelach, benzyny w baku i domowych zapasów kalorii są podobnie mizerne u kompostowców, biurokratów jak i u większości członków menedżmentu; prawie wszyscy w równym stopniu oddają się zachowaniom stadnym. Jedynie grubsze ryby – posiadacze aktywów zagranicznych jak konta czy nieruchomości, mogą pozwolić sobie na odrobinę planowania strategicznego i zająć się pakowaniem kosztowności oraz załatwieniem miejsca w kolejce do helikoptera, który ewakuuje ich tam, gdzie magia elektronicznych zapisów finansowych IOU nadal jeszcze działa.

Rafinerie pracują na ćwierć gwizdka, ponieważ nowe dostawy coraz częściej warunkowane są dokonaniem przedpłaty w gotówce.

Dzień 5 – większość sklepów i cepeenów nie decyduje się na otwarcie swoich podwoi, czy to z uwagi na brak towaru, czy z obawy przed atakiem zdesperowanej tłuszczy. Incydenty prób plądrowania są na szczęście rzadkie, gdyż większość populacji jest świadoma tego, że półki i lokalne mini-magazyny są tak czy owak puste.

Zaczyna się problem ze śmieciami – śmiecio-wozy nie mają gdzie zatankować (+ ponieważ te usługi w UE zostały sprywatyzowane, nie istnieje opcja ich awaryjnego uruchomienia w drodze nakazu administracyjnego – kłopoty z płynnością i paliwem skutecznie paraliżują operacje).

Przestają kursować również pociągi towarowe – z uwagi na załamanie systemu płatności i gwarancji kredytowych obrót towarowy jest mocno utrudniony – większa część nadawców towarów żąda przedpłat w gotówce – składy wagonów stoją na bocznicach w oczekiwaniu na dalsze instrukcje; jednocześnie mają miejsce pierwsze incydenty prób „przejęcia” zawartości wagonów – zwłaszcza zawierających najbardziej cenną w tych czasach zawartość, jak paliwa czy żywność. Na razie są to działania amatorskie, i większość z nich miejscowy SOK jest w stanie udaremnić; w kolejnych dniach nie będzie jednak już tak łatwo.

Rozładunki zostają także wstrzymane w portach – szanse na realizację akredytyw stoją pod wielkim znakiem zapytania.

W międzyczasie – ponieważ granice są jeszcze otwarte, a część pociągów pasażerskich i samolotów jeszcze kursuje – z każdą godziną (począwszy od dnia nr 2) coraz większa masa sfrustrowanych konsumentów rusza na zakupy i do bankomatów w sąsiadujących krajach (tam część kart wydanych w X przez oddziały banków zagranicznych jeszcze działa [7]). W ten sposób panika wykupowo-wypłatowa rozprzestrzenia się na coraz większy i większy obszar. Spora część tej masy zbieraczy-poszukiwaczy – w tym zwłaszcza ci, którzy ruszyli na łowy autem – w ogóle rezygnuje z powrotu, tworząc luźne grupy konsumentów-nomadów. Korzystając z tego, że za granicą jeszcze tego dnia można  gdzie-nie-gdzie kupić paliwo, decydują się kontynuować ucieczkę, na zasadzie aby dalej od centrum „zakażenia”. Skutkiem tych migracji jest to, że następnego dnia sytuacja w regionach sąsiadujących z X osiągnie pełną fazę „dzień nr 1” opisaną powyżej.

Dzień 6 – poranek wita mieszkańców miast i wsi atmosferą przypominającą 1 stycznia na opioidach – na ulicach zero ruchu, za to pełno przewalających się śmieci. Okazjonalnie można dostrzec smętne grupki próbujące dotargać niedomagających członków rodziny do placówek służby zdrowia, które jednak z godziny na godzinę tracą swoją funkcjonalność z uwagi na brak dostaw farmaceutyków czy chociażby tlenu w butlach. Mimo to – dzięki zaangażowaniu personelu – pacjenci są nadal przyjmowani i w miarę możliwości udzielana jest im niezbędna pomoc, z tym że coraz częściej przedmiotem pożądania tych, którzy czują się nadal na siłach dochować wierności Hipokratesowi (a nie Mamonowemu Hipokrytesowi) stają się podręczniki procedur rodem z XIX w. (powrót do źródeł: przy odrobinie zapału eter jest chyba dość łatwy do sprokurowania – czy wśród czytelników są jacyś młodzi chemicy?)

W międzyczasie większość firm zdążyła już wysłać  pracowników (tj. tych, którzy sami jeszcze nie porzucili miejsca wyzyskodawania na rzecz uczestnictwa w łowieniu towarów) na bezpłatny urlop.

Urzędy jeszcze są otwarte (podatki można płacić w gotówce! chętnych jednak brak), a służby samorządowe próbują organizować prowizoryczne centra doraźnej pomocy, jednak z uwagi na brak odpowiednich środków i prerogatyw te działania mają charakter głównie symboliczny.

Pod wieczór ma miejsce pierwsza przerwa w dostawach prądu (energetykom zaczyna doskwierać brak części zamiennych) – ale tym razem jeszcze trwa tylko godzinę.

Dzień 7 – gubmint, w obliczu porażki negocjacji („Od teraz pierwszym obowiązkiem każdego członka EUM jest uporządkowanie swojego własnego podwórka” – czyli ‘każdy sobie rzepkę skrobie’) decyduje się wreszcie wprowadzić o 9,00 stan wyjątkowy. Granice zostaną zamknięte, ale do tego czasu kraj zdążyło już opuścić 5% populacji – w tym głównie aktywnych i sprawnych osób w wieku produkcyjnym, w dużej mierze fachowców, bez których zrestartowanie większości firm za jakiś czas okaże się zadaniem niewykonalnym. Ten exodus następnie rozprzestrzenia się jak fale wywołane wrzuceniem kamyka do stawu – opóźnienie fazy w kolejnych krajach Wspólnoty wynosi zaledwie 4-7 dni. (Po 14 dniach, kiedy ostateczny demontaż Schengen zamraża wszelkie migracje, kwestia co począć z koczującymi nomadami, bezradnymi w momencie kiedy ich karty płatnicze po kilku dniach straciły użyteczność, stanie się akceleratorem procesów degradacji międzyludzkich standardów Wspólnotowych).

Niestety – opracowanie szczegółowych  procedur przejmowania materiałów, towarów, środków produkcji i transportu pod bezpośrednią kontrolę gubmintu i zasad reglamentacji zajmie cały kolejny tydzień. Do tego czasu łańcuchy produkcji i zaopatrzenia znajdą się w stanie zaawansowanego rozkładu, a ich manualny restart okaże się niewykonalny. Import bazowych składników do produkcji zbliży się do zera. W międzyczasie black-outy, przerwy w dostawach wody i gazu (i wi-fi!) staną się raczej normą, niż wyjątkiem.

Tymczasem fala paniki zdążyła już dotrzeć za Ocean, gdzie zaczynają właśnie odgrywać się pierwsze sceny runów na banki. FED jest w stanie działać szybciej niż uwikłany w pan-europejskie przepychanki EBC i bez zbędnej zwłoki wysyła Czarne Furgonetki wypełnione jeszcze ciepłą, świeżo wypuszczoną z paszcz pras drukarskich gotówką, dzięki czemu konsumenci mogą śmiało – bez obaw o to, czy zadziałają ich karty – ruszyć w kierunku supermarketów i pomp celem poczynienia stosownych zapasów. Jak długo jednak magia fiato-hajsów w kraju otoczonym oceanem chaosu i mocno uzależnionym od globalizacyjnych przepływów importowych powstrzymać będzie w stanie dalszy rozwój dynamiki kolapsowej?

*

Można zauważyć, że w ciągu tych hipotetycznych 7 dni zrealizowały się 2 pierwsze fazy kolapsu – utrata wiary w finanse oraz w możliwości zaopatrzeniowe Rynku – z pięciu, które wyróżnia D.Orlov.

Niezależnie czy gubminty zdołają powstrzymać degradacyjne sprzężenia zwrotne na tej fazie, czy też kolaps będzie postępować poprzez kolejne etapy  – jakiś (ewentualnie) nowo-postawiony system będzie zmuszony bazować na znacznie, znacznie niższym poziomie złożoności procesów…

Ale – nie dajmy się ponieść futurologiom – napisanie dalszego ciągu wykracza już poza domenę PE-P; zawarta w tytule obietnica – jak rozrysować upadek cywilizacji konsumerystycznej w ciągu 7 dni – została dotrzymana.

Teraz – przyjmując ten scenariusz za prawdopodobny (choćby nawet z innym, wolniejszym tajmingiem), spróbujmy wyciągnąć z tego jakieś przydatne konkluzje.

*

BAU = TINA?

Czy w świetle zarysowanego scenariusza blitz-kolapsu należałoby uznać, że podejmowanie jakichkolwiek prób przeciwstawienia się T.I.N.A. (np. poprzez ww. strajki generalne czy powołanie do życia – w drodze jakiegoś zbiegu okoliczności czy „niedopatrzenia” ze strony TPTB –  gubmintu prawdziwych „populistów”) może doprowadzić nie tylko do poważnego sfokkowania konsumentów, ale także niesie zagrożenie  błyskawicznego zarżnięcia cywilizacji, jaką znamy?

Czyli inaczej – czy Golem globalizacji urósł już do tego stopnia, że nie ma innego wyjścia, jak tylko starać się utrzymać Go w pionie, gdyż w razie upadku cała ta budowana przez dekady konstrukcja rozleciałaby się na kawałki, grzebiąc pod swoją masą w pierwszym rzędzie właśnie niedysponujących żadnymi rezerwami prolo-kompostowców, a ponowne postawienie łańcuchów dostaw nawet podstawowych produktów on-line byłoby praktycznie niemożliwe?

Idąc tym tropem, może należałoby przyjąć zatem, że cały aplikowany co najmniej od czasów GFC zestaw działań puszko-kopaniowych [BAU] ma głębokie uzasadnienie w realiach i – wbrew pojawiającym się gdzieś na lewych czy prawych marginesach głosom krytyki – stanowi faktycznie jedyny dostępny scenariusz, który choć na jakiś czas pozwoli utrzymać większość z 7,5 mld sapiensów przy życiu.

Czyli zarówno akcje ratowania banków TBTF w 2008, QE, asceza fiskalna, 300 mld „pomoc” dla Grecji (czyt. zamiana populacji całego kraju w niewolników długu na co najmniej 42 lata), polityka twardego pieniądza, akcje medialnego kompromitowania/politycznych pacyfikacji populistów, dociskanie dłużników butem, rozkwit sektora BS-jobs etc. – wszystko to, koniec-końców, służyć ma powstrzymaniu najgorszego, tj. turbo-senekowego kolapsu cywilizacji industrialnej, a przez to jest całkowicie usprawiedliwione (mimo, że z punktu widzenia teoretycznej analizy ciągów ekono-zdarzeń może na pozór wydawać się być non-sensem).

W tym schemacie, żeby zapobiec kolapsowi konieczne jest ciągłe balansowanie przy użyciu pokręteł fiskalnych, monentarnych oraz przy pomocy korporacyjnych tub-szczekaczek msm tak, aby – starając się utrzymać większość populacji lekko „nad wodą” – nie dopuścić do jakichkolwiek tendencji  w kierunku mobilizacji (zwarcia szeregów) prolo-kompostu, ponieważ tego niestety wymaga zachowanie ufności w stabilność global-kapitalistycznego systemu finansowego, jak i w skuteczność jego mocy prywatno-centralno-planistycznych. Kiedy zabraknie tego czynnika zaufania, Golem upadnie, a wraz z Nim wszelkie kawiarniano-blogowe utopie gospodarcze; skutkiem będzie Chaos.

A przynajmniej takie wnioski można wysnuć, przyjmując powyższy scenariusz za dobrą monetę. Czy faktycznie jesteśmy fokked-up? W dużej mierze niestety tak, ponieważ kolaps systemów, które przedobrzyły ze złożonością, jest raczej regułą, aniżeli wyjątkiem.

Klu całej obecnej sytuacji TINA leży w tym, że pierwszą konsekwencją jakiejkolwiek istotniejszej świadomej zmiany mającej na celu minimalizacje ryzyk czy skutków kolapsu byłby z dużym prawdopodobieństwem spadek dostępności podstawowych towarów (wzrost cen). Dla przykładu – można zwiększyć bezpieczeństwo zaopatrzenia w żarcio-gadżety czy paliwa, budując odpowiednio duże magazyny, które zapewnią ciągłość dostaw – zamiast na powiedzmy 2 tygodnie – na 2 miesiące czy nawet dłużej, tak, aby w razie sytuacji kryzysowej (np. załamania systemu płatności), zyskać czas na dokonanie niezbędnych reorganizacji. Ale taka akcja będzie pociągać za sobą określone koszty, zarówno monetarne (kredyt na budowę, pensje magazynierów), jak i realne (materiały budowlane, energia pożerana przez instalacje chłodnicze i obsługę dodatkowych ścieżek dostaw, nieuchronne straty magazynowe etc.).

Podobnie – w skali mikro, firmy, które chciałyby poprawić swoją odporność na ewentualność kryzysu dostaw, będą mniej konkurencyjne tu-i-teraz z uwagi np. na koszty utrzymywania zapasów czy ograniczenie outsourcingu do krain prolo-taniości na rzecz operacji in-house, i w konsekwencji przyjęcie takiej strategii będzie samo-zaorywujące. Odpornościowe trendy i zwyczaje nie mają również większych szans zaistnieć spontanicznie pośród konsumentów, a już szczególnie pośród konsumentów-kompostowców – w środowisku, w którym wyzwaniem jest KAŻDY niespodziewany wydatek >500$/€ (a w dużej części przypadków – dociągnięcie do 1-go bez konieczności wciągnięcia chwilówki), większość (w teorii sensownych) pomysłów na immunizację wobec zawirowań gospodarki JIT, jak przejście w tryb off-grid, założenie i uprawianie po-godzinach jakiejś mini-farmy organicznej, czy choćby  zgromadzenie zapasów (gdzie? – komórki lokatorskie to kosztowny przeżytek), będzie w praktyce non-sequiturem.

Podobne dylematy dyskutowaliśmy przy okazji kwestii „suwerenności gospodarczej” – neo-luddystyczne rozwiązania, które mogłyby zmierzać właśnie w kierunku redukcji złożoności łańcuchów dostaw (a już zwłaszcza radykalne, zawierające opcję gotowości do autarkii) nie będą cieszyć się popularnością w społecznościach przygniecionych na co dzień ciężarem renty (a z drugiej strony stymulowanych propagandą pekabo-wzrostową czy lajf-stajlową). Jak sprzedać jednostkom członkom-populacji, którzy polubili auto-identyfikować się z pojęciem konsument (który ma zawsze rację!), co do zasady może i słuszną (a w długim terminie – jedyną słuszną) ewangelię od-wzrostu?  Jak przekonać takiego konsumenta, który wpada we wściekłość, kiedy tylko zawierająca jakiś trywialny gadżet przesyłka z alle**o spóźnia się o choćby jeden dzień, że takie gadżety – przy uwzględnieniu wszystkich realnych kosztów – powinny być albo w ogóle niedostępne, albo przynajmniej droższe o kilkaset %?

Wreszcie – jakiej memetyki użyć po to, żeby czas wolny stał się (ponownie) czymś bardziej cenionym od gadżetów? Na te pytania nie ma niestety gotowej odpowiedzi, ale warto jej poszukiwać po to, żeby być w stanie zanegować ww. TINĘ. Stymulacja do tego typu poszukiwań to mniej-więcej cel opowieści, które rozsiewamy na tych łamach.

Generalnie – żeby uniknąć bardzo twardego lądowania, kompas rozsądku wydaje się wskazywać na azymut de-komplikacji procesów i de-integracji, które zapewniłyby poszerzenie marginesów bezpieczeństwa. W tym kontekście wszelkie „populistyczne” inicjatywy politykabukowe, które zmierzać by mogły (pod jakimikolwiek strzelającymi w płot hasłami) do ograniczenia swobody wymiany handlowej, mogą zawierać pewne pierwiastki nadziei na wzmocnienie odporności lokalnych kluczowych węzłów.

Z drugiej strony takie kseno-leseferystyczne strategie mogą spowalniać procesy akceleracji kolapsu kapitalizmu; pomimo wyżej zarysowanych kasandryzmów nie można wykluczyć tego, że im prędzej taki kolaps (który koniec-końców i tak jest niemożliwy do uniknięcia) nastąpi, tym szanse przetrwania jakiejś formy cywilizacji czy chociażby zachowania medianowego poziomu satysfakcji z życia na jakimś akceptowalnym poziomie będą w długim terminie większe. Należy pamiętać, że od-wzrost jest nemezisem kapitalizmu; jedno wyklucza drugie. Dlatego nasz istniejący-by-auto-ekspandować Golem będzie bezwzględnie angażować służące celowi Jego auto-propagacji zasoby materialne i szaro-korowe tak, żeby negować (czy raczej może uniewidzialnić) istnienie limitów wzrostu – do ostatniej chwili i bez względu na koszty.

Niewątpliwie mamy w tym wszystkim do czynienia z bardzo trudnym dylematem. Np. krok w tył ‘od-globalizacji’, czyli de-komplikacja międzynarodowych łańcuchów dostaw (czy nawet choćby kroki w kierunku zwiększenia poziomów suwerenności gospodarczej/zdolności do samodzielnego wytwarzania dóbr pod hasłem przywrócenia miejsc pracy na lokalny grunt) będzie co do zasady sabotować potencjał gospodarek krajów Centrum do zmniejszenia wymiaru czasu pracy najemnej (lokalne nakłady realnej – tj. wytwarzającej wartość użytkową – pracy będą musiały wzrosnąć dla utrzymania obecnego dobrobytu materialnego). Czyli inaczej, tego typu – z pewnej perspektywy racjonalne – działania uodparniające krajową gospodarkę na szoki zewnętrzne będą jednocześnie w pewien perwersyjny sposób konserwować system praco-najemno niewolnictwa.

Z drugiej strony – brak jest przesłanek, aby pokładać nadzieje w tym, że nadejście fazy nr 3 Orlova (utrata wiary w moce sprawcze gubmintu) sprowadzi na nas prognozowaną przez niektórych  lib-com-uchowców  nirvanę prawdziwej komuny – obecny stan świadomości prolo-mas wykreowany przez dekady praktyczno-leseferystycznej lobotomizacji budzi poważne wątpliwości co do perspektyw sukcesu takiej akceleracjonistycznej strategii. Nawet akt hipotetycznego przejęcia bazy wytwórczej z rąk sparaliżowanych brakiem płynności kapitalistów nie gwarantuje, że łańcuchy dostaw wartości użytkowej zostaną zrestartowane na czas, z uwagi na to, że trwający dekady (czy nawet stulecia) monopol kontroli i koordynacji zaawansowanych podziałów pracy sprawowany przez kastę organizatorów stanowić będzie barierę dla kompostu hodowanego od-dziecka w środowisku pofragmentaryzowanego zadaniowo praco-najemno niewolnictwa; barierę, której zhakowanie może wymagać co najmniej kilku lat pracy organicznej, w trakcie której dostępność dóbr ulegnie poważnemu załamaniu, co z kolei oczywiście – bazując budowanej również przez dekady filozofii konsumeryzmu – otworzy Posiadaczom pole do kontrataku (scenariusz alá Wenezuela).

Można zauważyć, że realizacja konsekwentnej strategii wymuszania skrócenia wymiaru czasu pracy najemnej przy zachowaniu pozostałych „zasad” czy algorytmów utrzymujących kapitalizm w pionie (w tym systemu finansowo-monetarnego)  – w przeciwieństwie do większości idei określanych jako radykalne (np. wprowadzenia gubmintowego tokenowego pieniądza „nie-dłużnego”/zainstalowania złotego cielca w roli pieniądza, UBI na poziomie umożliwiającym przeżycie, podwyżek minimalnej o 100%/abolicji płacy min.w ogóle, hurtowego umorzenia długów, zniesienia podatków dochodowych, nacjonalizacji banków, prywatyzacji absolutnej etc.) – miałaby szanse przebiegać w sposób minimalizujący dysrupcje dla Golema.

Ta ścieżka nie wymaga oczekiwania na uprzednią destrukcję kapitalistycznego aparatu wytwarzania/wymiany, czy na rozmontowanie łańcuchów dostaw w drodze np. kryzysu finansowego (po czym kolektywiści – przy dobrych wiatrach – mogliby przejąć fabryki pozostawione na pastwę losu/niezainteresowanych wznowieniem produkcji wierzycieli). W tym wariancie kapitaliści do samego końca będą zwijać się jak w ukropie po to, aby udoskonalić swoje indywidualne przedsięwzięcia w drodze np. automatyzacji procesów, a taka daleko posunięta eliminacja czynnika ludzkiego ma (zdaniem niektórych akceleracjonistów) znacznie ułatwić przejście do fazy abolicji praco-najemno niewolnictwa, kiedy przyduszeni prawem malejących zysków kapitaliści po prostu nie będą mieli innego wyjścia jak tylko oddać swoje zabawki kolektywowi (czy komukolwiek, kogo nie interesują zyski, a wytwarzanie wartości użytkowej).

Tzn. ponieważ wiemy, że materialne podstawy funkcjonowania Golema zapewnia 20-30% całej zatrudnionej populacji, to kapitalistyczne globalne zombi mogłoby dalej  bez większych przeszkód kroczyć swoją ścieżką do nieuchronnego finalnego upadku, tyle tylko, że limitowany wolumen wyciskanej wartości dodatkowej (zmniejszony agregat prolo-godzin) moderowałby dalsze mutacje (przyrost nadmiarowej masy superfluous), a w rezultacie przyszły kolaps miałby szanse mieć nieco łagodniejszy przebieg, a zmniejszenie intensywności kołowrotkowania dałoby jednocześnie szanse na odblokowanie szaro-korowych obwodów prolo-populacji. + udział w akcjach typu „żądamy wolnych piątków” [8] (a potem czwartków etc.) prezentowałby okazje do reaktywacji algorytmów kooperacji między-prolowej zogniskowanej wokół jasnego celu, w przeciwieństwie do ideowego misz-maszu pichconego przez współczesną tzw. lewicę, który faktycznie służy raczej pogłębianiu dezorientacji i podziałów, aniżeli osiąganiu konkretnych celów ekonomicznych na ścieżce podchodów walko-klasowych.


1. Za-frikowy pdf był swego czasu dostępny w intersieciach i prawdopodobnie nadal jest – zainteresowani mogą sobie poszukać.

2. Korzyści skali manifestują się pozytywnie, dopóki trwa faza wzrostu. Przykładem będzie np. infrastruktura (jak drogi czy lotniska), gdzie mniej-więcej stałe koszty utrzymania w miarę zwiększania się ruchu skutkują mniejszym kosztem jednostkowym. Sytuacja odwraca się wraz z nadejściem recesji czy zwłaszcza permanentnego (i nieuchronnego) odwrócenia się wektora realno-pekabowego – wyskalowane przy założeniu kontynuacji wzrostu obiekty zaczynają natychmiast generować straty. Następnie – w nadziei minimalizacji tych strat – operatorzy podnoszą opłaty za korzystanie, co jeszcze bardziej zmniejsza liczbę użytkowników, czyli w rezultacie mamy spiralę śmierci, której przedsmak daje smutna historia przeskalowanej infrastruktury w Hiszpanii czy w Grecji.

3. Np. wobec mega-alienacji stosunków produkcji i mega-zaawansowanego podziału pracy zdecydowana większość populacji skazana jest na używanie pieniądza (w tym w coraz większym stopniu płatności nie-gotówkowych); tj. mało kto wytwarza samodzielnie coś, co może być przydatnym przedmiotem do auto-konsumpcji czy do barteru (wyjątek – np. niezindustrializowani rolnicy, którzy jednak w zaawansowanych krajach Centrum stanowią circa 1-3% populacji). Podobnie, nikt – ze względu chociażby na koszty – nie będzie budować zapasowej sieci przesyłowej, dublując istniejącą.

4. Tutaj – podobnie jak w przypadku piśmiennictwa większości realistów termodynamicznych – należy wziąć poprawkę na charakterystyczne dla tego nurtu podejście cząsteczkowo-pieniężne, zwłaszcza w odniesieniu do tej części długu, którą reprezentują finansowe IOU wyemitowane przez gubmint (cytowane jest m.in. niesławne duo Reinhart-Rogoff ze swoją wyciągniętą ze zmanipulowanego excela magiczną barierą wzrostu = 90 % długu publicznego do PKB). Z poprzednich czytanek pamiętamy, że dla emitenta krajowej waluty nie istnieje coś takiego jak „niewypłacalność” (czy „nie-dające-się-obsłużyć [unsustainable] zadłużenie). Niemniej jednak w przypadku, gdy zjawisko od-wzrostu na stałe zagości w arkuszach rachunków narodowych, czartalistyczne moce gubmintu-emitenta staną się niewątpliwie przedmiotem procesów postępującej erozji. Nadal jednak jest czymś mocno zastanawiającym, dlaczego 90+% anty-zadłużeniowych tyrad zdecydowaną większość swojej energii przeznacza na lamentowanie kreacji aktywów finansowych netto przez gubmint, zamiast skupić się w pierwszym rzędzie na doli kredyciarzy, nad którymi faktycznie wisi groźba pound of flesh. (Gwoli sprawiedliwości, Korowicz przynajmniej przyznaje, że głównym czynnikiem ryzyka jest deflacja długu, jak i że austerity–fiskalna asceza jest narzędziem bezużytecznym w walce z fenomenem turbo-zadłużenia.)

5. To studium przypadku miało zapewne za zadanie wykazać, jak kluczową rolę w gospodarce (zwłaszcza takiej jak US) odgrywa transport drogowy. Ale nawet najbardziej zdeterminowany strajk transportowców wydaje się sytuacją łatwiejszą do opanowania, aniżeli kryzys systemu płatności, ponieważ strajk wymaga organizacji, podczas gdy w tym drugim przypadku panika rozprzestrzenia się spontanicznie.

6. Teoretycznie, jak odgrażał się swego czasu Draghi, EBC jest zawsze w stanie dokapitalizować banki w eurozonie, czy zapewnić płynność na rynku długu publicznego krajów-członków. Korowicz (jak i PE-P), ostrzegając w swoim tekście przed niewypłacalnością ma prawdopodobnie na myśli sytuację otwartego konfliktu w ramach rodziny EUM, w którym gubmint X decyduje się zagrać w cykora, odmawiając spłat wierzytelności czy ogłaszając niewypłacalność jako część taktyki, której celem miałoby być wyrwanie kraju X z pętli niespłacalnych długów, a organa EUM rewanżują się odcięciem awaryjnych dostaw płynności w ramach ELA. Nie można wykluczyć przypadku, w którym żadna ze stron do samego końca nie zboczy z kursu kolizyjnego.

Wiemy, że w praktyce wprowadzenie własnej waluty w miejsce € to prawdopodobnie minimum rok-dwa, a ewentualnych wcześniejszych przygotowań raczej nie da się zachować w tajemnicy, co czyni taką strategię samo-zaorywującą. Niektórzy lubią podkreślać, że wejście do Klubu EUM jest trudne, z czego wynikać ma pewien dyskretny prestiżo-urok uczestnictwa; znacznie rzadziej wspominany jest fakt, że – w przypadku jeśli członkostwo się jednak komuś nie spodoba – to rezygnacja będzie czymś bez porównania trudniejszym.

7. Tu (trochę optymystycznie) zgadujemy, że taka opcja byłaby dostępna. Nie można wykuczyć jednak, że w momencie kiedy krajowy bankowy system rozliczeniowy zostanie wyłączony, wszystkie karty wydane na terenie danego kraju tracą funkcjonalność także za granicą.

8. Takie akcje to np. cotygodniowe strajki (najlepiej o jak najszerszym zasięgu) właśnie w piątki (a potem w czwartki etc.) lub inne metody zorientowane na zmniejszenie efektywności procesów wyciskania wartości dodatkowej właśnie w tym konkretnym dniu tygodnia. W przeciwieństwie do strajków długotrwałych (szczególnie w kluczowych branżach typu transport) takie jednodniowe (acz regularne) dysrupcje nie rodziłyby zagrożenia wywrócenia Golema i zainicjowania ciągu zdarzeń, który mógłby prowadzić do chaosu.

Reklamy

4 komentarze do “W 7 dni od T.I.N.A. do Chaosu?

  1. bloglolka

    Nie negując samej potrzeby skrócenia czasu to jednak JiT nie jest wdrożony wszędzie w gospodarce. Nie za bardzo jest w żywności (wymusza to sezonowy charakter produkcji) i nie za bardzo jest też w dostawach z drugiego końca świata (zbyt duży wpływ opóźnień). Jest też wojsko robiące zapasy na czas wojny, no chyba, że nie przepadamy za dwudziestoletnim konserwami. Z restartem zakładów produkcyjnych zapewne największym problem byłby z wartościami niematerialnymi, ot pytanie, jak odtworzyć chmurę informacji, która gdzieś tam sobie była; jak wymusić działanie oprogramowania, gdy serwer licencji się zanihilował lub posiadacz nie chce udzielić do niego dostępu, etc. itp. Przy czym na wiele z tych zagrożeń jednak lokalne utrzymanie ruchu jest lepiej lub gorzej przygotowane.

    Polubienie

    Odpowiedz
    1. pracownia e-p Autor wpisu

      „… nie za bardzo jest w żywności…”

      A jednak, niestety, jest:

      Only 49% of the food we consume is produced in Britain, he said. The rest comes from abroad, and most of that is in the form of ingredients to be turned into the foods we eventually eat. It arrives just in time to be used, after which the finished goods are immediately dispatched. “I don’t think the government understands that,” he said.
      Źródło

      Polubienie

      Odpowiedz
      1. bloglolka

        W skali globalnej nie za bardzo jest. Myślę, że powinniśmy oddzielić dwie kwestie doomsayerstwo szanownego Gospodarza od doomsayerstwa brexitowego z guardiana. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z „upadkiem” pieniądza, który powoduje niedostępność zapasu bez względu na to, czy jest to zapas w jakimś magazynie, czy dajmy na to „in transit” w wagonach kolejowych. W tym przypadku ogólnie większa ilość zapasu, to większa ilość zapasu do rekwizycji, bo „rynek się zdezintegrował”.

        „Doomsayerstwo brexitowe” to jednak coś innego. Na pierwszy rzut wydawałoby się, że zabraknie im bananów po brexicie, ale one też będą. Nawet w przypadku „twardego” brexitu wymiana międzynarodowa będzie się odbywać, tyle, że na zasadach „inne”, które teraz zdaje się są zarezerwowane dla terytoriów nie-do-końca-uznawanych i tych aż tak zacofanych. Zapewne będzie jakiś problem z wwozem do UK broni czy materiałów radioaktywnych, ewentualnie komputerów i innego high-tech, ale racze nie będzie problemu z wwozem żywności (wywóz to inna kwestia), no chyba, że UK samo się zamknie. Duże korporacje będą to robić tak jak teraz przez swoje siostrzane działy importu-eksportu. Tyle, że bez procedury wewnątrzwspólnotowej wymiany handlowej będą miały więcej pracy. Mniejsze spółdzielnie szybko zorientują się, że za niewielką opłatą można sobie wynająć do ekstra papierków agenta celnego. Jedyny spodziewany efekt w tym przypadku to wzrost cen żywności. Jeżeli rząd UK odpali programy dokarmiania najbiedniejszych, to nie będzie katastrofy.

        Polubienie

        Odpowiedz
        1. pracownia e-p Autor wpisu

          Tak, rozmawiamy o dwóch różnych scenariuszach. Niemniej nie ma sensu negować, że integracja zindustrializowanych systemów dostaw prolo-paszy typu JIT jest – w mniejszym czy większym (UK) stopniu – inherentną cechą zaawansowanych gospodarek leseferystycznych, przez co mamy kolejnego (oprócz finansów i energii) „huba” o mocno chwiejnych podstawach.

          Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.