Uniwersalny Kredyt Energetyczny zamiast UBI – pomysł

(a może bardziej ekono-gimnastyka szaro-korowa niż pomysł; pomysły produkują ci, którzy wierzą w możliwość ich realizacji).

Z poprzednich odcinków z kat. ekonomia vs. termodynamika pamiętamy, że z uwagi m.in. na rosnący energetyczny koszt energii [ECoE] gospodarka industrialna nie jest już dłużej w stanie utrzymać realnego dobrobytu materialnego w krajach Centrum na poziomie choćby sprzed dekady, nie mówiąc już o zapewnieniu dalszego jego wzrostu. (Jeśli ktoś chce sobie odświeżyć, jakie są podstawowe uwarunkowania działania ekonomii, można to zrobić, oglądając kolejny filmik Pana Jancovici).

Spadek dostępności taniej energii w sposób dość istotny koliduje z paradygmatem postępu opartego na algorytmach wartości wymiany, do którego kapitaliści, spora część ludności, jak i leseferystyczne gubminty zdążyli się na przestrzeni drugiej połowy XX w. dość mocno przywiązać. To przywiązanie z kolei w połączeniu z determinacją tychże gubmintów do ochrony interesów Globalnych Frirajderów (Posiadaczy) sprawia, że żadne istotne próby zmiany tego kolizyjnego kursu nie są (i najprawdopodobniej nie będą) podejmowane, mimo że wykoncypowanie sposobów zaradczych (może nie panaceów, ale przynajmniej skutecznych anestetyków) nie przekracza możliwości przeciętnego blogera, czego dowodem ma być właśnie dzisiejsza czytanka.

Jak na razie jedyną strategią gubmintowców, którą można uznać za skoordynowaną, jest podejmowanie (czy raczej może – deklarowanie woli podjęcia) akcji mających zmierzać do ograniczenia emisji. Natomiast rosnący apetyt kapitalizmu na energię wydaje się być czymś nie-negocjowalnym – wszystkie „oficjalne” projekcje zakładają wzrost jej konsumpcji. Ten brawurowy deficyt realizmu uczyni populacje bezbronnymi w momencie nadejścia poważniejszych szoków po stronie podaży energii.

Tymczasem spadek poziomu realnych dobrobytów, mimo że na ogół zachodzący jeszcze w dość łagodnym tempie, zaczyna być odczuwalny, szczególnie przez dolne warstwy prolo-kompostu.

Jako główną przyczynę już obecnie dostrzegalnego spadku standardów życia (w rozwiniętych krajach, które szczyt prosperity mają już za sobą) zazwyczaj przyjmuje się niski poziom/jakość pracorozdawnictwa. Taki pogląd w praktyce inspiruje działania głównie z katalogu ekonomii podażowej, w tym zwłaszcza takie, które mają na celu dopieścić operujących w poszczególnych krajach praco-rozdających Posiadaczy (jak np. obniżki podatków, budowa infrastruktury pod potrzeby zakładów wyzysko-brania etc.) lub/i zwabić nowych w ramach między-gubmintowej konkurencji w globalistycznym wyścigu do dna.

Ponieważ jednak te działania nie są niczym nowym, coraz bardziej oczywista staje się ich bezskuteczność, przez co leseferystyczny mempleks zaczyna miotać się w poszukiwaniu innych teorii, które w sposób bardziej przekonujący uzasadniać by mogły mizerię kompostowców. Te nowe uzasadnienia można generalnie zaszeregować do którejś z 3-ch poniższych grup, gdzie winą obarcza się odpowiednio:

  • outsourcing produkcji/usług (dey terk er jerbs!) (interpretacja forsowana przez szkołę trampo-amerykańską, czy ogólnie przez kseno-leseferystów)
  • brak odpowiednio głębokich reform rynkowych (w połączeniu z nie-całkiem-jeszcze elastycznym rynkiem pracy, słabą mobilnością i niedostatkami dyscypliny – tak wśród proli, jak i w budżetach gubmintowych – szkoła euro-sado-monetarystyczna, jak i mizesologiczna)
  • automatyzację produkcji (szkoła robotyzacyjno-singulitariańska).

O tych dwóch pierwszych interpretacjach pisaliśmy już tam i ówdzie, natomiast dziś – zmierzając już powoli do meritum – parę słów o tym ostatnim przypadku.

Hipoteza automatyzacyjna na tle pozostałych niewątpliwie tchnie optymizmem, którego wyrazem bywają – często uzasadniane właśnie zjawiskiem bezrobocia technologicznego – pomysły na panaceum, którego rolę pełnić by miał uniwersalny dochód podstawowy [UBI].

Dziś nie będziemy roztrząsać, w jakim stopniu (i czy w ogóle) obecna faza aplikacji technologii w gospodarce przyczynia się do wzrostu wydajności, co stanowić by miało podstawę do bezwarunkowego i nieodpłatnego dzielenia się częścią tej automatyzacyjnej manny, a w jakim pozostaje pustym hajpem. Problem, który chcieliśmy dziś zaadresować, leży w kolizji tych singulitariańskich projekcji z wymienionymi na wstępie fizycznymi barierami wzrostu. Tzn. introdukcja UBI, przy założeniu pozostawienia innych zmiennych ekono-otoczenia w stanie ceteriso-paribusowym, grozi wręcz akceleracją procesów entropicznych.

Czy zatem – realistycznie – jedyna konkluzja musi być taka, że w obliczu nadchodzących kolapsów zasobowych prolo-kompost tak czy owak zostanie wrzucony pod przysłowiowy autobus, przynajmniej jeśli zakładamy kontynuacje leseferystycznych sposobów gospodarowania? Niestety, tak najprawdopodobniej właśnie będzie. Niemniej jednak – w charakterze ekono-zabawy przyjmując na chwilę, że gubmintowcy chcieliby faktycznie zająć się problemami termodynamiki, oszczędzając przy tym  prolo-kompostowców (a ci z kolei byliby skłonni uznać potrzebę kolektywnego zaadresowania tych zasobowo-środowiskowych problemów) – wrzucamy pewien koncept, który mógłby teoretycznie połączyć zalety UBI z założeniami realizmu termodynamicznego, przy tym zachowując zdecydowaną większość domeny algorytmu wartości wymiany bez żadnych zmian.

Tu jeszcze uwaga: raczej nie ma wątpliwości, że naszkicowany poniżej mem sformował się w przeszłości w czyjejś głowie, czy najprawdopodobniej w wielu różnych głowach; mimo to my, według odczytu pamięci, nie zetknęliśmy się dotąd nigdzie z takim czy podobnym pomysłem; alternatywnie nie można wykluczyć możliwości, że tym memem zaraziliśmy się kiedyś tam podświadomie; jeżeli któryś z czytelników miał okazję natknąć się na podobnego typu chemitrailsy – będziemy wdzięczni za linko-pokierowanie. Tak czy owak, nie wysuwamy tu żadnych roszczeń do oryginalności. Ale teraz już do meritum.

Ogólnie ten heretodoksyjny koncept (który pozwolimy sobie określić roboczą nazwą jak w tytule: Uniwersalny Kredyt Energetyczny [UKE] [1]) polegać miałby na przydzieleniu każdej osobie (czy gospodarstwu domowemu) pewnej określonej puli kWh w jakimś określonym okresie czasowym, np. na rok. Pula ta byłaby zagregowana tj. miałaby pokrywać czy obejmować możliwie wszystkie sfery bezpośredniego [2] zużycia wszystkich (czy przynajmniej większości) postaci energii pochodzących ze źródeł nieodnawialnych, czyli energii elektrycznej (tu pewno w jakiejś proporcji – w zależności od kompozycji metod generacji w danym kraju czy w ramach terytorium spiętych jedną siecią przesyłową), gazu ziemnego, węgla, paliw płynnych, drewna opałowego [3] etc. Technicznie nie ma z tym problemu – wartość energetyczna tych nośników jest znana z wystarczającą dokładnością (np. na rachunkach za gaz znajdziemy już oprócz m3 także ich odpowiednik w postaci ilość kWh; bez większych trudności można by zastosować podobne przeliczniki przy sprzedaży/wydawaniu paliwa na stacjach, węgla na składzie czy biletów lotniczych, pociągowych i autobusowych).

Biorąc za cel redukcję całkowitego wolumenu zużycia energii ze źródeł określanych powszechnie jako nieodnawialne, przyjęty całkowity wolumen kWh do przydziału musiałby być rzecz jasna niższy niż obecna konsumpcja, np. zaczynając od poziomu 95% (czy choćby 99%) i następnie każdego kolejnego roku redukowany o kolejne procenty (którą to lukę mogłaby – przynajmniej zgodnie z „oficjalnym” hajpem techno-fetyszystowskim – wypełnić  generacja z OZE; „lukę energetyczną” mogłyby też uzupełnić – już nie tak ekscytujące – działania na rzecz poprawy efektywności, jak np. zwiększenie roli zbiorkomów czy optymalizacja energetyczna nowych i istniejących budynków).

Jak w praktyce realizacja konceptu UKE mogłaby wyglądać? Otóż – za azymut przyjmując redukcję całkowitego zużycia czy spalania węglowodorów  – można by wyliczyć średnie obecne (prywatne) zużycie energii (nieodnawialnej) na osobę. Niech to będzie (w warunkach Trzeciej Neoliberalnej) np. 20.000 kWh [4] (czy stosowny ekwiwalent w GJ czy BTU) na rok na osobę „bezpośredniej” konsumpcji prywatnej, co obejmuje takie pozycje jak ogrzewanie domu/mieszkania [5], ciepła woda, elektryczność, tankowanie auta czy inne formy podróżowania (np. wakacyjny lot do ciepłych krajów [6]), grilowanie [hola, miałoby być bez akcentów ekstremalnych odstraszających Czytelników! – Naczelny Edytor PE-P]  itp. Jeżeli chcemy, aby zużycie zmalało, ustalamy np. roczny przydział energii na osobę  odpowiadający np. 19.000 kWh.

Co do zasady, celem zapewnienia lepszej skuteczności funkcjonowania całego konceptu, przydziały powinny być nietransferowalne (bez możliwości odsprzedaży) oraz posiadać ograniczoną ważność w czasie (brak możliwości akumulacji np. przydział starszy niż rok czy 2 lata wygasa bez żadnej rekompensaty).

(Co w przypadku gdy ktoś wyczerpał roczny przydział już w październiku? Chcącemu nie dzieje się krzywda – niech teraz zamarza roszczeniowiec! A na poważnie – jakieś furtki musiałyby zostać, czy to ograniczona rozsądkiem możliwość pożyczenia czy dokupienia kWh po stawkach odpowiednio zniechęcających do tego typu ekscesów, a dla notorycznych przekraczaczy – groźba wykluczenia z Programu lub skierowanie do Ośrodka Terapii Uzależnień Energetycznych. Tak czy owak, tu nie miejsce na roztrząsanie takich detali, zwłaszcza mając na uwadze, że cały ten koncept najprawdopodobniej nigdy i nigdzie nie będzie dyskutowany, nie mówiąc już o wdrożeniu go w życie.)

Natomiast sektory zarówno przemysłu, rolnictwa jak i usług mogłyby kupować energię na wolnym rynku bez ograniczeń tak, jak dotychczas [7].

Ale czemu w ogóle miałoby to służyć? Otóż naszym zdaniem mógłby to być – owszem dość radykalny, ale pozostawiający nadal może 90+% aktywności gospodarczej w domenie rynku – krok w kierunku przynajmniej częściowego zainstalowania racjonalizującego planowania zasobowego przy założeniu, że chcemy konserwować system oparty na wartości wymiany tam, gdzie to się jeszcze da.

Gospodarstwa domowe odpowiadają bez wątpienia za dość znaczny udział zużywanej energii (zasilanie gospodarstw domowych + transport indywidualny to coś okolicach 40%-50% całego standardowego krajowego bilansu energetycznego), tak więc zainstalowanie zasad planowania (będącego – jak za chwilę się przekonamy – miksem planowania centralnego i indywidualnego) w tym konkretnym wycinku przepływów gospodarczych pozwoliłoby od razu zracjonalizować użycie dokładnie tych zasobów, które z punktu widzenia celów zachowania cywilizacji są jednymi z najważniejszych i jednocześnie przeprowadzić to z miejsca w znaczącej skali, zamiast tracić czas (i energię!) na działania pozorowane.

W zależności od przyjętej opcji  – czy miałby to być przydział w ogóle nie zwalniający od płatności – jak kartki w „komunie”, czy częściowo lub w całości darmowy – koncept mógłby wypełniać dodatkowe funkcje – jak np. ograniczenie wykluczenia energetycznego. Dla dalszej dzisiejszej narracji przyjmiemy właśnie ten ostatni z wymienionych wariant, czyli pełną darmoszkę. Nie bez kozery we wstępie nakreśliliśmy motywy stojące za monetarną manną w postaci UBI – UKE-free ma stanowić konceptualną konkurencję wobec energetycznie leseferystycznej idei ‘bierzta hajso-jałmużnę i nie przeszkadzajta robić interesów’.

Dalej, realizację konceptu darmowego przydziału można sobie wyobrazić w dwóch wariantach:

  • obligatoryjny (powszechny) UKE – gdzie każdy obywatel z definicji zostaje objęty programem UKE, a tym samym nieprzekraczalne limity zużycia dotyczą wszystkich aktorów sektora gospodarstw domowych w równym stopniu.
  • fakultatywny UKE – gdzie istnieje możliwość wyboru: albo zapisujesz się do UKE i otrzymujesz energię nieodpłatnie, jednocześnie jednak akceptując związane z tym ilościowe limity konsumpcji, bądź też do Programu nie przystępujesz, dzięki czemu możesz kupować energię bez ograniczeń, ale oczywiście w tym wariancie płacąc za każdy zużyty kWh, i to po cenach komercyjnych istotnie wyższych niż obecne (o czym więcej poniżej).

Z punktu widzenia oszczędzania energii wariant nr 1 byłby oczywiście korzystniejszy, natomiast zaletą wersji nr 2 byłoby uniknięcie (czy obejście) ew. konfliktu z obowiązującymi zapisami wbudowanymi przez leseferystów w konstytucje, które wykluczać mogą tego typu rozwiązania jako akt przymusu wymierzony w zasady gospodarki wolnorynkowej (zgodnie z którymi energia jest dokładnie takim samym towarem jak marchewka czy żwirek dla kota). Tak czy owak jednak obydwa warianty praktycznie gwarantują odczuwalną redukcję agregatu konsumowanej energii.

Niewątpliwie największa różnica pomiędzy naszym konceptem moderacji zużycia a tymi proponowanymi przez neoliberałów (jak np. carbon tax, czyli podatek od emisji CO2) polega na tym, że te drugie oznaczają zawsze wzrost cen energii dla konsumenta, bolesny zwłaszcza dla dolno-decylowców, natomiast w UKE-F zakładane jest coś dokładnie przeciwnego. Dodatkowo, dwutlenkowo-węglowe podatki, w przeciwieństwie do UKE, absolutnie nie gwarantują zmniejszenia zużycia energii (ani nawet redukcji deklaratywnie targetowanych emisji).

Przyjęcie założenia darmowości i bezwarunkowości przydziału prowokuje, jak wspomnieliśmy, porównanie UKE do UBI. Zauważmy jednak, że to „rozdawnictwo” – w przeciwieństwie do UBI – nie będzie grozić w żaden sposób wygenerowaniem presji popytowych; wręcz przeciwnie – zagregowany „popyt” z definicji będzie mniejszy! Żeby tę zasadę zapewnić, wzrost siły nabywczej spowodowany „uwolnieniem” populacji od rachunków za gaz, „światło”, czy benzynę kompensowany powinien być – przy założeniu konstrukcji  makro-finansowo neutralnej całego takiego schematu – przez wzrost cen (fakultatywnych) gadżetów wynikający z bardziej intensywnego opodatkowania energii wykorzystywanej przez przemysł.

Ale zauważmy dalej, że dla dolnych prolo-decyli – których dochody są zjadane właśnie w dysproporcjonalnie wysokiej części przez „rachunki” i dojazdy – bilans będzie bez wątpienia dodatni. A ponieważ nasz UKE-F – w przeciwieństwie do UBI – nie rozsiewa ziaren presji popytowych na oślep – pozostawia nadal solidną przestrzeń dla ewentualnych dalszych dedykowanych programów pomocowych (np. nie ma podstaw, żeby wprowadzenie bilansującego się hajsowo UKE musiało pociągać za sobą likwidację dotychczasowego socjalu, na co ostrzy sobie podstępnie zęby ta część randroidów, która promuje neutralną budżetowo konstrukcję UBI).

Wracając do wspomnianych na początku wątków przewijających się w narracjach politykabukowych – wiemy, że już obecnie zarówno gubmintowcy jak i prawdopodobnie większość populacji lubią wyrażać troskę czy to ogólnie o środowisko, czy bardziej konkretnie jeśli chodzi o aspekt GO. Niestety, w ślad za tymi deklaracjami nie postępują praktycznie żadne czyny, wobec czego – być może – potrzebny jest jakiś kwantowy skok świadomości?

Program UKE miałby tu duże szanse na sukces, ponieważ posiada wbudowane w siebie silne wartości edukacyjne; wykreowane dzięki UKE ekono-środowisko stanowiłoby dla wielu gospodarstw domowych motywację do główkowania: jeśli, dajmy na to, jakaś rodzina zamieszkuje w przeskalowanym domu i – chcąc mieć tam ciepło i miło cały rok – zmuszona byłaby albo przesiąść się do zbiorkomów (poświęcić przydział kWh pożerany przez auto/auta), zrewidować urlopowe plany, których częścią był przelot międzykontynentalny, albo ewentualnie upasywnić sobie dom lub sprawić sobie prywatne generatory OZE jakimś tam kosztem finansowym, etc. Tym sposobem aktywujemy kanał prywatnego planowania zasobowego.

Brnąc dalej – w jeszcze bardziej górno-decylowe dylematy życiowe – z dnia na dzień bardzo kosztowne (jak licząc w realnej kilowatogodzinowej „walucie” kredytu energetycznego) stałoby się utrzymywanie nadmiarowych powierzchni mieszkalnych, które pewna część populacji ma w zwyczaju nabywać w charakterze li-tylko parkowania nadwyżek środków finansowych, często bez zawracania sobie głowy ich wynajmem [8]. Nawet niezamieszkane pustostany muszą pożerać jakąś porcję kWh celem powstrzymania procesów ich entropicznej degradacji.

Kastę zgromadzaczy aktywów [9] obecnie stać jest utrzymywać puste hektary apartemą z uwagi na to, że zmonetyzowane w oparciu o wartość wymiany nakłady energetyczne stały się abstrakcją, która nawet w przybliżeniu nie odzwierciedla realnego kosztu zasobowego. Reforma UKE zmusiłaby większość posiadaczy pustostanów do wystawienia tych powierzchni (których koszt utrzymania zostałby z dnia-na-dzień urealniony) na rynek (kontrakt wynajmu oznacza automatycznie obciążenie kredytu energetycznego faktycznego użytkownika).

Czyli inaczej – dzięki Programowi każdy miałby okazję do dokonywania aktywnych wyborów umocowanych faktograficznie u podstaw tego, czego tak chcemy (deklaratywnie) chronić – czyli w domenie środowiska naturalnego, nie zaś – tak jak obecnie – w wirtualnym świecie zero-jedynkowych zapisów magnetycznych, których zdolności do odwzorowania (czy mapowania) rzeczywistego terytorium, na jakim toczy się ekono-gra, są coraz mniej adekwatne. Niewątpliwie poprzez udział w takich grach i zabawach (gdzie żetony denominowane były w konkretnych kWh, a nie w zapisach reprezentujących nierealistyczne roszczenia względem przyszłości) świadomość ekologiczna społeczeństwa wykonałaby jakościowy skok do przodu [w  waszych stalinowskich mokrych snach neotrockiści – zostaliście właśnie schakowani przez Komitet Obrony Wolności do Uwalniania Węgla z Węglowodorów do Atmosfery].

Teraz – żeby cały ten koncept zadziałał prawidłowo, limitowanemu rozdawnictwu energii powinno towarzyszyć całkowite (bądź przynajmniej znacząco-częściowe) przerzucenie kosztów na przemysł – w ramach paradygmatu budżetowania (akurat w tym przypadku ten paradygmat ma sens, ponieważ targetowana zmienna – agregat produkowanych zwęglowodorowych kWh – jest w dłuższym okresie obojętna na stymulację fiato-hajsami). Instrumentem realizacji tego elementu planu musiałaby być najpewniej istotna podwyżka akcyzy (bądź nałożenie innego podatku, typu ww. carbon tax) na energię zużywaną/kupowaną na wolnym rynku (tu bez żadnych ilościowych ograniczeń) przez firmy produkujące gadżety/świadczące usługi (jak i również – w przypadku ww. wariantu nr 2 – przez osoby prywatne nie uczestniczące z wolnego wyboru w Programie UKE), co oczywiście przełożyłoby się na odpowiednie podwyżki cen towarów i usług. Ale właśnie o to chodzi!

Ta konieczność wynika z tego, że bez zaangażowania równoważących działań po drugiej stronie bilansu, darmowe przydziały energii, uwalniając siłę nabywczą populacji, niewątpliwie wystrzeliłyby popyt na gadżety w kosmos, przez co energia zaoszczędzona w jednym miejscu (sektorze utrzymania gospodarstw domowych) zostałaby natychmiast „zagospodarowana” w innym (sektorze konsumpcji wytwórczości przemysłu, handlu i usług). (Spod takich podatków można byłoby wyłączyć produkcję o charakterze kluczowym jak żywność czy urządzenia dedykowane oszczędzaniu/pozyskiwaniu energii, w tym zwłaszcza z OZE).

Należy bowiem pamiętać, że nasz „przydział” nie uwzględniał bardzo istotnej porcji energii, którą – w postaci wbudowanej w towary [10] – również  konsumują gospodarstwa domowe, tyle że w formie pośredniej; nie uwzględniał choćby z tego powodu, że kalkulacja energii zaklętej w gadżetach w miejscu ich konsumpcji byłaby zadaniem znacznie trudniejszym niż ma to miejsce podczas aktu zaopatrzenia się w paliwo czy nakręcenia licznika energii elektrycznej. A ponieważ ten kawałek zjadanego rok-rocznie energetycznego tortu również chcemy (czy powinniśmy chcieć) redukować (bądź przynajmniej nie dopuścić do jego dalszego rozrostu), najprostszym wyjściem będzie podniesienie (czy może raczej urealnienie) ich kosztów u źródła, czyli w fabryce tak, aby w algorytmy wartości wymiany (które nie widzą dalej niż kilka kwartałów do przodu) wbudować choćby w jakimś stopniu fakt-czynnik nieodnawialności dywidendy termodynamicznej.

Teraz – spróbujmy podsumować konsekwencje makro naszego konceptu w takiej pełnej jego odsłonie. Primo – wolumen zużycia energii spadnie, w proponowanej dziś wersji gdzieś w okolicach 2,5% już w pierwszym roku implementacji; ergo: zmniejszy się najprawdopodobniej także i PKB [11]! Ale czy taka „recesja” oznaczałaby złe wieści dla populacji? Dla zdecydowanej większości absolutnie nie. Cięcia, praktycznie oszczędzając w 90+% sferę potrzeb, które można określić mianem podstawowych, skupiłyby energię racjonalizacji zasobowej tam, gdzie nie boli, czy przynajmniej boli mniej.

Ale ponieważ w tym przypadku mamy do czynienia ewidentnie z grą o sumie mniej niż zerowej, ktoś niewątpliwie koszty ponieść by musiał. W naszej ocenie jednak takie niedogodności dotknęłyby w sposób odczuwalny jedynie górny drugi, może trzeci decyl. Na poniesioną ofiarę złożyłyby się koszty społeczne nie-kupionych SUVadeł, odwołanych wycieczek do krajów egzotycznych, spadek atrakcyjności (wyceny) mieszkań/domów o ponadprzeciętnej powierzchni (albo – jeszcze lepiej – zapoczątkowanie mody na dzielenie ich na mniejsze)  i inne podobnego typu mini-tragedie życiowe aspirowaczy/naśladowaczy lajf-stajlu typu burżua (nie ma co się zbytnio łudzić, że UKE miałby znaczący wpływ na styl życia top-predatorów z grupy 0,01%, ale od czegoś trzeba zacząć!).

Ponadto można by mieć nadzieję na wystąpienie innego skutku ubocznego w postaci zmniejszenia skłonności do kołowrotkowania (skoro i tak wielkość przydziału UKE nie pozwoli mi cieszyć się większym domem/autem, to tak w ogóle w imię czego teraz zap13rdalać po godzinach?). (Rzecz jasna trochę trywializujemy; w rzeczywistości trwały trend spadkowy odczytów PKB oznaczałby też niestety spore problemy dla dłużników, a wkrótce potem także dla wierzycieli i wreszcie dla całego systemu; ten scenariusz co prawda – z UKE czy bez – tak czy owak nastąpi, ale to już temat na kolejną czytankę).

Wbrew powyższym (sarkastycznym) wzmiankom o „wartości edukacyjnej” raczej nie należy się jednak samo-oszukiwać, że pomysły tego typu rozwiązań spotkałyby się gdziekolwiek na świecie z entuzjastycznym przyjęciem elektoratów, nie wspominając już o nieuchronnej opozycji ze strony kapitanów biznesu. Ba! W środowisku, gdzie populacje są święcie przekonane, że jakość ich bytu leży w rękach Muszącego-Rosnąć-Idola zwanego Pekabem, nawet dopuszczenie do otwartej dyskusji tego rodzaju podejścia jest non-starterem (i nie jesteśmy przekonani, że taka opcja otworzy się w ogóle, zanim postęp entropii nie kopnie sapiensów porządnie w d00pę – a wtedy tak czy owak będzie już za późno na wszelkiego typu „humanitarne” terapie).

Czemu zatem miało służyć cała ta dzisiejsza abstrakcyjna gimnastyka ekono-mentalna? Chyba jedynie wykazaniu, że nawet przy zachowaniu większej części struktur i algorytmów kapitalizmu możliwa jest skokowa redukcja zużycia energii (i emisji), która jednocześnie nie musiałaby oznaczać pogłębienia pauperyzacji prolo-kompostu. Co więcej, metody pozwalające osiągnąć ten cel są co najmniej dwie –  (1) radykalna redukcja wymiaru czasu pracy najemnej, bądź właśnie zaprezentowane dziś (2) UKE. Obie z nich łączy niestety to, że oprócz kapitalistów i ich gubmintowych minionków, oponentami tego typu konceptów byliby także ich potencjalni beneficjenci uwięzieni – za sprawą zhakowania ich obwodów korowych przez dekady leseferystycznego drylu memetycznego  – w matrixowej pętli kołowrotko-konsumerystycznej.

PS. Oczywiście ten koncept – który dla niektórych i tak może wydawać się skrajnie radykalny – to ciągle wciąż za mało, żeby uniknąć kolizji pekabów, czy w ogóle cywilizacji industrialnej, ze ścianą termodynamiki. W racjonalnym świecie rozmawialibyśmy o takiej idei UKE, która dążyłaby do wyrównania konsumpcji energii w skali globalnej (z ew. poprawką na uwarunkowania klimatyczne czy inne czynniki obiektywne), z naciskiem na redukcję w krajach energetycznej rozpusty jak US (w ekstremalnych przypadkach rozpiętości konsumpcji energii brutto per capita w skali globu mogą sięgać jak 1000:1). Ta energo-dekadencja jednak – jak wiemy – „nie podlega negocjacjom”, w związku z czym pozostaje nam tylko obserwować postępy fazy akceleracyjno-degradacyjnej oraz towarzyszące temu pączkowanie zasłonowo-dymnych hipotez oferujących coraz bardziej abstrakcyjne wyjaśnienia przyczyn stagnacji dobrobytów materialnych.

__________________________________

1.„Kredyt” tu nie w znaczeniu jako „dług”, ale jako ilość punktów przyznana graczowi w gry. Inną nazwą mogłaby być np. Uniwersalna/Powszechna/Gwarantowana Dywidenda Energetyczna.

2. Przez „bezpośrednie” rozumiemy tu wartości pomijające tę część tortu energetycznego, którą konsumuje przemysł w przeliczeniu na głowę mieszkańca, jak i pomijające energię „wbudowaną” w kupowane przez konsumenta towary (o czym więcej w dalszym toku).

3. Drewno opałowe niby się teoretycznie „odnawia” (w tempie miliony razy szybszym niż węgiel czy ropa), ale ten humbug można przyjąć za fakt tylko przy założeniu odpowiednio niskiej skali zużycia, typu sporadycznie-nastrojowe przyhajcowanie w kominku. Kiedy to „paliwo” pozostawilibyśmy poza limitem, skokowy wzrost zapotrzebowania byłby więcej niż pewny tak, że po kilku latach to, co się działo za lex-szyszki przypominałoby dziecinną zabawę w małego drwala. Jeszcze większym nonsensem są obecnie technologie wytwarzania biopaliw.

4. Wartość 20.000 kWh bezpośredniego spożycia na jednego Nadwiślańczyka jest wynikiem zgadywanki (nie sądzimy, że ktoś to profesjonalnie liczy, w razie czego prosimy o korektę), dla której podstawą są szacunki McKaya (Without Hot Air) mówiące – w przypadku UK – o uśrednionej konsumpcji na ww. cele w ilości 116 kWh/dobę (circa 40k rocznie). Nie wykluczone jednak, że Nadwiślańczycy tak już się wzbogacili, że ich zużycie kWh znacznie przekracza 50% poziomu Wyspiarzy i realnie jako punkt startowy należałoby przyjąć np. 30.000 kWh na jednego mieszkańca Trzeciej Neoliberalnej.

Tu dodajmy – różne źródła będą podawać inne (często diametralnie inne) wartości – np. wg. wiki dla UK będzie to ok. 35.000 kWh, ale już całkowitej energii pierwotnej (tj. włącznie z tym co zużywa przemysł). Nie będziemy w to jednak wnikać – dla naszego wywodu – w którym chodzi o generalny koncept stopniowej procentowej redukcji zużycia względem dowolnie przyjętego startowego benczmarku.

5. Niewątpliwie przy tej okazji pojawia się dylemat – smog z niskich emisji pyłów vs. emisje CO2. Z punktu widzenia CO2 do celów ogrzewania lepiej jest spalać węgiel bezpośrednio w miejscu zamieszkania sapiensa, aniżeli dostarczyć mu/jej do ogrzewania prąd wygenerowany przez spalanie tegoż węgla w elektrowni. Elektrownia ma z kolei tę zaletę, że wyposażona jest w systemy filtracji pyłów.

Z powodów praktycznych wygodniej jest liczyć zużycie, które jest udziałem konsumenta; wiemy jednak, że takie podejście będzie często mylące – zwłaszcza w przypadku energii elektrycznej – np. średnia sprawność elektrowni węglowych to gdzieś w okolicach 38%, czyli ze spalonych 100 BTU konsument będzie miał okazję cieszyć się jedynie 0,11 zamiast 0,29 kWh (w przeciwnym przypadku – liczenia u źródła generacji ­ – znacznie poszkodowani byliby np. użytkownicy pomp ciepła, zwłaszcza względem tych, którzy grzeją chałupy np. węglem).

6. W zasadzie każdy bilet powinien być wyszacowany w ramach przydziału kWh – nie wyłączając tych, które służą dojazdom do miejsc wyzyskobrania – nie ma sensu pośrednio wspierać energetycznie kapitalistów po to tylko, żeby mogli sobie przebierać w prolach z różnych lokalizacji jak w ulęgałkach. Jedynym racjonalnym wyjątkiem mógłby być stricte lokalny – działający w ramach jednej gminy – zbiorkom.

7. Dostępność kWh dla biznesów na zasadach wolnorynkowych – pomimo hipotetycznych podwyżek podatków od zużycia – pozostaje nadal pewnym problematycznym kompromisem, który niewątpliwie wygeneruje znaczącą lukę w systemie, którego istotą ma być – nie owijając w bawełnę – reglamentacja – odrobina wyobraźni rodem znad Wisły wystarczy, żeby przewidzieć, skąd właściciel firmy posiadającej zarejestrowaną choćby jedną furgonetkę do rozwożenia towarów będzie czerpał paliwo do swojego suvadła (albo wysyp przydomowych „warsztatów”, do których „wolnorynkowych” gniazdek można wieczorem podpiąć bojler). Dlatego też jedynym realistycznym czynnikiem moderującym tego typu patologie, który przychodzi nam do głowy, jest doprowadzenie cen „komercyjnych” kWh do poziomów maksymalnych, które można uznać realistycznie jako jeszcze nie-zabijające aktywności gospodarczej. (Po drugiej stronie równania: można się spodziewać, że mikro-lumpen-biznesy mogłyby stosować strategię wręcz odwrotną, tj. napędzać swoją chałupniczą produkcję darmowymi kWh z puli UKE, ale akurat tego typu „kombinowanie” z punktu widzenia energetycznego bilansu makro byłoby czymś wręcz pożądanym.)

Należy pamiętać, że rozwiązań idealnych nie ma – niemniej nawet te niedoskonałe, które tak czy owak będą w jakimś stopniu realizować założony cel (tu: zmniejszenie zużycia energii przy ochronie pewnych podstaw cywilizacji industrialnej), są lepsze niż strategia kopania puszki.

8. Akurat w Trzeciej Neoliberalnej pustostany stanowią (wg. źródła, które udało nam się znaleźć) jeszcze stosunkowo rzadki fenomen (mówi się o 2,5% ogólnej liczby mieszkań; podobny udział pustostanów występuje co ciekawe także w Anglii; ale tak czy owak liczby bezwzględne – odpowiednio cirka 360k i 600k (prawdopodobnie wystarczająco, aby w miarę komfortowo pomieścić wszystkich bezdomniaków) – pustych czy jedynie sporadycznie/sezonowo użytkowanych mieszkań robią wrażenie. Dla kontrastu w szeregu innych krajów wg. tego samego źródła problem zasobowo-alokacyjny jest spory (np. Czechy, Węgry, Słowacja >10%), albo też wręcz kolosalny (Grecja 35%, Hiszpania 28% – czyli słownie trzy miliony czterysta tysięcy jednostek, Portugalia i Malta – 32%, Chorwacja – 33%, Bułgaria – 31% – w tych krajach do marnotrawstwa przyczynia się niewątpliwie tak hołubiony przez neolib sektor turystyki w kombinacji ze zwyczajami mieszkańców Północy nabywania wakacyjnych domów lub/i załatwiania sobie rajsko-podatkowej rezydencji; z drugiej strony w krajach Południa nie ma przynajmniej potrzeby ogrzewania pustych kwadratów). Żeby ogarnąć bardziej całościowy obraz – wg. Guardiana w 2014 w Europie było 11 mln niezamieszkałych lokali.

9. BTW – być może obligatoryjny UKE wprowadzony zawczasu oszczędziłby J. Deppowi obecnych finansowych kłopotów  – bez możliwości zaopatrzenia w energię więcej niż jednej rezydencji nasz ulubiony Kapitan nie zapakowałby się w kosztowne portfolio nieruchomościowe i mógłby śmiało wydawać na wino i hasz bez najmniejszych oporów jeszcze pewno przez 1000+ lat.

10. Energia „wbudowana” w gadżety, czyli rzeczy, które kupujemy (a nie gadżety domowe, które – jak np. laptop, TV etc. podjadają w sumie jedynie ok. 5 kWh dziennie)  – w terminologii McKaya „stuff” –  (+ ich transport) odpowiada (w UK) za szokujące 60 kWh na osobę dziennie, czyli za circa (w zależności co wliczymy) 35-40% całego energetycznego tortu gospodarstw domowych.

11. Tu zwróćmy uwagę, że neolib nie byłby zbytnio skłonny atakować konceptu UKE frontalnie wzdłuż linii ‘mniej energii–>spadek pekabu’, ponieważ ten związek przyczynowo-skutkowy (jak i nawet sama korelacja) w neolibie stanowi tabu – „oficjalnie” pekab rośnie dzięki aktywności pracorozdawaczy lub/i konsumentów. Natomiast nie ma wątpliwości, że koncept UKE (zakładając, że w jakiś niewytłumaczalny sposób zdołałby się przebić do mainstreamu) stałby się natychmiast przedmiotem ataku okrężnego z flanki – jako zamach na wolność i na miejsca pracy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.