Realne dobrobyty vs. fantomowe pekaby z energią w tle (wg dr Tima Morgana)

Dzisiejszy odcinek jest kolejną, głównie odtwórczą próbą transplantacji na nadwiślański grunt memetyczny skrawków ekono-realizmu termodynamicznego. Tym razem źródłem inspiracji był nowo-odkryty przez nas blog dr Tima Morgana, który wydaje się podchodzić do tematyki z jeszcze nieco innego kąta niż dotychczas linkowane w różnych poprzedzających odcinkach źródła realizmu energetycznego.

Zainteresowanym tego typu memetyką na początek możemy polecić zapoznanie się z niedawno wrzuconym tam artykułem „Interpretując gospodarkę post-wzrostową” w formie pdf. (Polecamy również sięgnąć do obszerniejszego opracowania Morgana pt. „Perfect Storm” dostępnego w pdf za friko).

Możemy tam między innymi wyczytać, że stosowany przez Autora model (SEEDS) w perspektywie lat 2016-2030 przewiduje, w przypadku wiodących krajów pragmatycznego leseferyzmu jak W. Brytania czy USA, spadek realnego dobrobytu na poziomie, odpowiednio, 10 i 7%.

Ten realny dobrobyt jest, krótko mówiąc, funkcją energii NETTO dostępnej do napędzania procesów gospodarczych i ma, co istotne (i zauważalne), coraz mniej wspólnego z pnącymi się ciągle w górę krzywymi PKB. Mówiąc o energii netto, mamy tu na myśli tę jej część wrzuconą do pekabowego kotła, która nie służy pozyskiwaniu źródeł tej energii per se. Problem polega m.in. na tym, że właśnie ta ostatnia aktywność pochłania coraz więcej z całego agregatu energii brutto; w odniesieniu do tej części wolumenów energetycznych brutto, która służy pozyskiwaniu energii, Morgan używa określenia energy cost of energy [ECoE – energetyczny koszt energii].

I tak dla przykładu, podczas gdy w 1980 ECoE dla paliw kopalnych [PK] wynosił 1,7% (tzn. np. żeby ~wydobyć 1.000 baryłek ropy, trzeba było zużyć 17), to w 2016 było to już 8,4% (jest to o tyle istotne, że aż 86% pozyskiwanej obecnie energii pochodzi ze spalania PK – dość niewielki postęp względem np. roku 1986, kiedy ten udział wynosił 89%). Funkcja opisująca przyrost kosztu ECoE ma, niestety, postać geometryczną – Autor prognozuje, że w 2030 wartość ECoE wyniesie już >13% (to znaczy geometryczną do czasu – po przekroczeniu pewnej granicy – może 20, 30, czy może 40% ECoE – pozyskiwanie danego typu źródła skoncentrowanej energii traci ekonomiczny sens i wtedy sięga się po coś innego, oczywiście jeżeli coś innego jest).

Tak to wygląda na rysunkach, które podwędziliśmy z tego odcinka bloga T. Morgana:

Na lewym obrazku widać (na czerwono) rosnący udział energii brutto przeznaczanej na pozyskiwanie energii, a na prawym – jak, na skutek rosnącego ECoE, rozchodzą się krzywe konsumpcji energii p/c brutto (niebieska) oraz tej reprezentującej konsumpcję p/c faktycznie dostępną (czerwona) po uwzględnieniu ECoE; jak widać, gdzieś od 2013 r. w tym drugim przypadku mamy do czynienia z początkiem globalnego trendu spadkowego, który najprawdopodobniej będzie statystycznemu sapiensowi towarzyszyć już na stałe.

ECoE dla OZE co prawda w tym samym czasie spada (dzięki lepszym technologiom i efektom skali), ale – raz – spadek ten nie ma szans postępować geometrycznie (krzywa efektywności wynikających z umasowienia produkcji stopniowo będzie się wypłaszczać), dwa – udział OZE w całym torcie energetycznym wynosi nadal jedynie cirka 3%,  trzy – stawianie instalacji OZE samo w sobie pochłania energię wygenerowaną z PK, no i wreszcie cztery – z czasem (kiedy inwestycje osiągną znaczącą skalę) mogą pojawić się wąskie gardła, jeśli chodzi o podaż niektórych rzadkich minerałów potrzebnych do produkcji tego typu instalacji  (ale o problemach z OZE pisaliśmy już więcej tam).

Jak to się przełoży na dostępność energii dla statystycznego globalnego konsumenta? Otóż, uwzględniając trendy demografii oraz cykli życiowych pól wydobywczych węglowodorów, dostępność energii z PK w ujęciu brutto spadnie globalnie do roku 2030 o 14%, natomiast z uwzględnieniem ECoE – o 19%. Przy prognozowanym na 2030 EROEI=7,7:1 koszty pozyskiwania energii będą pochłaniać już prawie 15% pekabe (obecnie jest to coś w okolicach 7-8%) – w postaci łącznie nakładów kapitałowych jak i obsługi bieżących operacji, co oczywiście oznacza, że coraz mniejsza część jej produkcji brutto będzie dostępna na cele zaspokajania potrzeb.

Ujmując to inaczej: nawet zakładając (mega-optymistycznie), że globalnie generacja energii brutto będzie nadążać za wzrostem populacji, jej wolumen przypadający na statystyczną głowę konsumentową będzie spadać proporcjonalnie do wzrostu ECoE.

*

Jeśli już o pekabach – Morgan dużo uwagi poświęca rozbieżnościom pomiędzy „księgowym” odczytom PKB a faktycznym, zapewnianym przez dostępną energię netto realnym dobrobytem. Tzn. już teraz mamy generalnie do czynienia z globalną stagnacją dostępnej energii per capita (szczyt miał miejsce w 2013 r.), tymczasem rejestrowany pekab nadal pnie się w górę, co entuzjastom memetyki postępu może jawić się jako dowód uniezależnienia się gospodarki (czy kapitalizmu) od źródeł zasilania (cud termodynamiczny), podczas gdy brutalna prawda jest taka, że gospodarka – w jakiejkolwiek współcześnie rozumianej formie – to nic więcej jak dziecko nadwyżek energii.

Morgan stara się wyjaśnić ten cud fenomenem, który on sam określa jako monetary adventurism [awanturnictwo monetarne]. W tej hipotezie chodzi generalnie o to, że kroplówkę, która nadal pozwala kapitalizmowi markować kontynuację podążania ścieżką wzrostową, dostarcza pewna kombinacja wzrostu zadłużenia i deprecjacji kapitałów emerytalnych (to wszystko głównie poprzez politykę niskich stóp %).

Jak dla nas ten drugi element to najsłabsza (czy najsłabiej uargumentowana/zaprezentowana) część narracji Morgana (Autor zdecydowanie błyszczy najmocniej w tematach energii sensu stricte i jej związków z rozwojem gospodarczym) – już co najmniej od czasów Keynesa wiemy bowiem, że „nie jesteśmy w stanie, jako społeczność, zabezpieczyć przyszłej konsumpcji środkami finansowymi, ale wyłącznie fizyczną bieżącą produkcją”.

Anihilacja kapitałów emerytalnych (np. przez dekonstrukcję/kradzież zuchwałą dawnych korporacyjnych funduszy emerytalnych) nie równa się anihilacji pieniądza; zmienia jedynie obecną i przyszłą strukturę dysrybucji; winą za to należy obarczać systemy emerytalne budowane na fantomowych wehikułach cząsteczkowo-pieniężnych, które miały działać niezawodnie w oparciu o algorytm M(t2) > M(t1) (bazując na wielko-leseferystycznym prawie do uzyskiwaniu zwrotu z kapitału, które stanowi esencję apoteozy frirajderstwa), dostarczając po drodze karmy dla super-predatorów z kasty FIRE.

Inaczej: to właśnie uparte podążanie za ideą odkładania jakichś funduszy w miejsce uczciwego (i jedynego realistycznego, jeśli mówimy o faktycznym wsparciu dla zużytych proli) podejścia repartycyjnego, jest grzechem pierworodnym, który – w przypadku dalszego podążania tą ścieżką – będzie przyczyną (a może raczej zaplanowanym instrumentem?) mega-pauperyzacji emerytów.

Tak więc – jeśli chodzi o zagadnienienia emerytalne – właściwiej byłoby rzec, że to sami przyszli nieszczęśni emeryci ery post-peakowej – zagonieni przez Posiadaczy i ich gubmintowych minionków w starych (czyli obecnych) dobrych czasach na kołowrotki  – przejadają swój kapitał, z tym że nie finansowy, ale realny – w postaci zasobów energetycznych, ale także (bezwolnie i nieświadomie) biorą udział w degradacji przyszłych podstaw swojego materialnego bytu w drodze zaniechania – tj. niepoczynienia stosownych przygotowań (jak np. poświęcenie bieżącej konsumpcji, czy chociażby już tylko konsumpcji ostentacyjnej, celem przekierowania nakładów na budowę np. energo-oszczędnych mieszkań/domów, infrastruktury dla zbiorkomów, czy kanałów wodnych do nisko-energochłonnego transportu masowych towarów), które byłyby w stanie złagodzić skutki przyszłych szoków termodynamicznych.

Natomiast kreacja hajsów w drodze rozszerzania akcji kredytowej (jak i również poprzez dostarczanie fiato-siary drogą wydatków gubmintowych) w pewien sposób, na który również zwraca uwagę Morgan, może rzeczywiście podbijać odczyty tego emblematu postępu, jakim jest pekab – ponieważ pieniądz z akcji kredytowej „rozlewa się” na różne obszary gospodarki, stymulując rozwój m.in. (czy ostatnio raczej głównie), tzw. branż post-industrialnych, czyli po prostu różnego rodzaju usług reprezentujących z reguły typowe zajęcia typu superflouos (parę w pekabowy gwizdek).

Rosnący przynajmniej nominalnie pekab (nawet przyjmując, że jest to jedynie artefakt maskujący spadek faktycznego dobrobytu) jest czymś, co w ogóle pozwala zakładać, że dług będzie obsługiwany. Morgan zauważa jednak, że na każdego jednego dolara wzrostu pekabowego w US od 2008 r. do teraz przypadał wzrost długu o 3,4 USD, i takie spostrzeżenie (o ile prawdziwe) rzeczywiście trudno jest zignorować – oznaczałoby to pokrótce (bazując na tożsamości Y=MV/P), że im więcej hajsów generują kredyciarze (i gubminty) w obecnej fazie praktycznego leseferyzmu, tym więcej ich wycieka z obiegu/wolniejsza staje się ich cyrkulacja (znaczy się większość z tej generacji zostaje stosunkowo szybko zamrożona na kontach jakichś misów-oszczędnisiów lub/i wypływa za-granicę) [1].

Naszym zdaniem błędem jest natomiast fetyszyzowanie przy tej okazji kwestii stóp % (czy tzw. luzowania ilościowego), a w szczególności zajmowanie krytycznego stanowiska względem ich „za-niskości”; trudno dostrzec jakiś głębszy ekono-sens w nabijaniu kieszeni przetrzymywaczy pieniądzowych IOU (czy w dorzynaniu kredyciarzy kupujących mieszkania na własny użytek) – my problemu upatrywalibyśmy raczej w nadmiernym poluzowaniu kryteriów przyznawania tychże kredytów, w tym zwłaszcza w drodze stosowania instrumentów inżynierii finansowej typu dające złudne poczucie bezpieczeństwa ubezpieczenia ryzyka kredytowego czy bazujące na kredytach instrumenty pochodne. Ale tych, którzy chcieliby ogarnąć więcej o kwestiach finansjalizacji, odsyłamy do M.Hudsona.

*

Inna, nie do końca uargumetowana hipoteza Morgana dotyczy globalizacji: Autor twierdzi, że jedną z głównych przyczyn stagnacji gospodarek Zachodu jest outsourcing produkcji na Daleki Wschód; tzn. Zachód, konsumując więcej niż produkuje, wpędził się tym samym w kłopoty. My – nie zamierzając bynajmniej bronić globalizacji (która jest niczym więcej, jak kolejnym fenotypem algorytmów frirajderskich) – uważamy, że temat bilansów handlowych jest czymś odrębnym i wpychanie go na siłę do narracji termodynamicznej z reguły zaciemnia główne przesłanie – tak jak artykułuje je Morgan, tj. że gospodarka jest funkcją nadwyżek energii.

Owszem – outsourcing przyczynia się (obok wzrastającego ECoE) do erozji bazy produkcyjnej (czy także utraty umiejętności wykonywania procesów) Zachodu, ale kompozycja ‘kto produkuje/kto konsumuje’ to jedynie wtórna kwestia alokacji istniejącej puli zasobów; inaczej – „re-industrializacja” Zachodu absolutnie nie ma przecież szans rozwiązać problemów ani energetycznych, ani zmienić zasadniczo wzorców dystrybucji, które wyewoluowały w w warunkach globalnego leseferyzmu; może co najwyżej zagonić stada Zachodnich proli z biur ds. sprzedaży i marketingu z powrotem do fabryk; pytanie dla kogo i przy użyciu czego będą produkować?

*

W Perfect Storm z kolei Morgan sporą część tekstu poświęca tezie, że odczyty inflacji są systemowo zaniżane, podczas gdy odczyty PKB są w tym samym czasie zawyżane (m.in. o wartości imputowane, o czym za chwilę). Nam trudno jest zająć jakieś oparte na faktografice stanowisko w tej pierwszej sprawie – faktem jest, że tezy o manipulowanej w dół inflacji pojawiają się często w wielu niezależnych źródłach (w tym oczywiście u mizesologów i złotożukowców, ale nie tylko).

Co istotne, jeśli faktycznie inflacja w US jest obecnie wyższa – jak uważa Morgan – o cirka 4 pkt% od „oficjalnej”, oznacza to, ni-mniej-ni-więcej, że w istocie realna (korygowana deflatorem) ΔPKB jest tam już od lat ujemna, czyli – zgodnie zresztą z kalkulacjami modelu SEEDS – gospodarka USA już gdzieś około roku 2000 weszła w fazę (najprawdopodobniej) nieodwracalnego kurczenia się. (Podobna inżynieria statystyczna dotyczy bezrobocia – które w US jest realnie 4-5+ pkt% wyższe od „oficjalnego”, ale o tym pisaliśmy już wielokrotnie.)

*

Tak czy owak, Morgan słusznie zauważa, że coraz większy i większy wolumen obrotów/transakcji, które składają się na te fantomowo-pekabowe projekcje dobrobytu, odbywa się w ramach w dużej mierze zdematerializowanej, wewnątrz-krajowej wymiany usług (internally consumed services [ICS], jak np. przejazdy taksówką, gastronomia, pedicure, stylizacja cziłałów, „usługi” administracyjne etc. etc.); drugim – zdaniem Morgana, „prawdziwym” (tj. którego wartość podlega weryfikacji na rynku globalnym) – składnikiem pekabu jest globally-marketable output [GMO], tj. towary i usługi, które mogą być łatwo transferowalne pomiędzy różnymi terytoriami/krajami. Nie trzeba dodawać, że udział GMO systematycznie maleje, zwłaszcza jeśli chodzi o zaawansowane kraje Centrum, których cechą charakterystyczną jest pekab statystycznie opierający się w przeważającej części właśnie na efemerycznych wartościach ICS.

Dla zobrazowania tego Autor podaje przykład: w latach 2008-16 pekab USA wzrósł o 2.1 bln $ (jak liczony w cenach z 2016), z tego wzrost w rolnictwie, przemyśle wydobywczym, budownictwie i przemyśle (składniki GMO) stanowił łącznie zaledwie 20 mld $ (tj. 0,9 % całości – czyli wartość pomijalną; ergo: praktycznie na cały agregat „wzrostu” złożyły się usługi, w tym jedynie cirka 6-7% takich, które zaliczyć można do kategorii GMO; cała reszta – 93%, to zasługa operacji z kategorii ICS).

Jedną z ciekawostek służących do pompowania pekabu za pomocą sprawozdawczej pary w gwizdek (która składa się wg. Morgana na 15% całego wzrostu pekabe w ww. okresie) prezentuje wartość zwana imputowanym czynszem, czyli pozycja statystyczna (całkowicie urojona – żadne transakcje, nawet typu superfluous, nie mają tu miejsca) wyliczana jako suma hipotetycznych czynszów, które zapłaciliby właściciele zamieszkujący w swoich domach, gdyby tychże domów nie posiadali (owner equivalent rent). Jest rzeczą powszechnie znaną, że inflacja czynszów/cen nieruchomości stanowi jedną z głównych cech zaawansowanych gospodarek kapitalizmu fazy nad-akumulacji; czynnik ten – jak wynika z metodologii liczenia pekabu – stanowi zatem nie tylko narzędzie do wyciskania podaży prolo-godzin z prolo-kompostu, ale jednocześnie pełni znaczącą rolę w podtrzymywaniu hologramu wzrostu.

Oczywiście w kawałku tortu oznaczonym ICS zawiera się również sektor FIRE, którego istota polega na żonglowaniu finansowymi IOU (i który zdaniem M. Hudsona jest ni-mniej-ni-więcej jak tylko obciążeniem gospodarki, stąd jego przerób nie powinien być w ogóle zaliczany do PKB).

Wszyscy chyba znamy nieco prymitywistyczną, ale zawierającą pewne ziarno prawdy, historyjkę o wymianie jednego psa kota wycenianego na 1 mln zł, na dwa koty psy, każdy „wart” 500k. Oczywiście faktyczna rejestracja statystyczna eliminuje tego typu aberracje – gros cen usług/wymiany ustalanych jest w wyniku osadzonej w realiach gry popyto-podażowej (standardowe ceny rynkowe), niemniej jednak „tani hajs” wygenerowany w efekcie rosnącej nieustannie akcji kredytowej, krążąc w gospodarce, bez wątpienia ma istotny wpływ na intensyfikację przepływów w ramach tego odmaterializowanego sektora; prawdopodobnie efekty chaotycznego rozlewania się tych chmur pieniądzowych po gospodarce faktycznie powołują do życia (czy intensyfikują) tego typu angażującą zarówno energię jak i nieprzebrane agregaty prolo-godzin, wymianę biegu jałowego.

Ta interpretacja Morgana nie odbiega zbytnio od naszej flagowej hipotezy, która mówi, że (licząc zachowawczo) 60-75% obecnych obrotów notowanych w ramach pekabu to fenotypy gospodarki typu superflouos, tj. aktywności zbędnych (czy wręcz kontr-produktywnych) z perspektywy realnego zagospodarowania zasobów [2]. Rozkwit tych aktywności biegu jałowego faktycznie może – do pewnego czasu – maskować erozję materialnych podstaw bytowania społeczeństw. Tym niemniej wystarczy – zamiast na pekaba – spojrzeć na trendy realnych płac (zwłaszcza 5-go czy gdzie-niegdzie nawet i 8-go decyla), żeby zdać sobie sprawę z niewesołej rzeczywistości, że era wzrostu rzeczywistego dobrobytu materialnego (przynajmniej w zaawansowanych gospodarkach Centrum) dobiegła końca już jakiś czas temu.

*

Należy zwrócić uwagę, że nawet ta – dla wielu szokująca – faktografika wskazująca na spadek realnego dobrobytu wcale nie stanowi jeszcze najgorszego elementu całej ekono-układanki – w końcu populacje Centrum żyją – w ujęciu statystycznym przynajmniej – na poziomach konsumpcji niewyobrażalnych jeszcze nawet 60-70 lat temu; teoretycznie – obniżenie tych standardów o 10 czy nawet 20% nie musiałoby oznaczać jeszcze żadnej katastrofy humanitarnej – pod warunkiem np. poprawy dystrybucji czy minimalizacji marnotrawstwa (np. wiemy, że w US blisko 50% wytworzonych żarcio-gadżetów nie trafia w ogóle do żołądków konsumenta, którzy notabene raczej nie słyną ze zbytniej wstrzemięźliwości, jeśli chodzi o wciąganie kalorii).

Ba! W przypadku wielu krajów Centrum redukcja całego agregatu realnego dobrobytu (czy inaczej – energii netto przeznaczonej na cele konsumpcji) nawet o 50% mogłaby teoretycznie nadal zaspokajać bazowe potrzeby populacji na poziomach porównywalnych choćby z tymi, które charakteryzowały tzw. złoty wiek kapitalizmu w Europie – tj. gdzieś w okolicach przełomu lat 1950/60 (ale estetom, przyzwyczajonym do tego, że w warunkach super-intensywnego zasysania dywidendy termodynamicznej w XXI-wiecznym stylu ich oczy mogą cieszyć się np. dżentryfikacją, chyba nie bardzo spodobałyby się tego typu klimaty, które panowały w jednym z wiodących krajów Centrum właśnie zaledwie 50 lat temu).

Głębszy problem leży w naturze sytemu – kapitalizm oparty jest na idei geometrycznego wzrostu, chociażby z tego względu, że wygenerowany endogenicznie (w akcji kredytowej) w procesach gospodarczych hajs ma co do zasady stanowić skuteczną formę roszczenia względem przyszłych strumieni zasobów/dochodów. Przyrost masy tego hajsu jest z kolei praktycznie warunkiem sine qua non dla odnotowywania zysków (bądź przynajmniej dodatnich strumieni cash flow – jak np. w przypadku imperium El-Muskowego, jak na razie przynajmniej), gdyż obecnie raczej nie ma przesłanek, aby zakładać nagły wzrost prędkości obiegu pieniądzorów.

W środowisku kurczenia się materialnych podstaw funkcjonowania prolo-kompostu, który oprócz wyzyskodawania zajmuje się również – zaciągając mini-ratki – wytwarzaniem z powietrza kredyto-hajsów (czy ogólnie – w środowisku malejących realnych dochodów konsumentów) tę funkcję czeka jednak nieuchronny kolaps – masa długu prywatnego (wygenerowana głównie w oparciu o założenie nieustannie rosnących dochodów/rosnącego wolumenu energii netto) stanie się faktycznie nieobsługiwalna. W momencie, kiedy „rynki” w końcu zdadzą sobie sprawę z tego brutalnego faktu, wszelkie te roszczenia wobec przyszłych strumieni dóbr/dochodów wyrażone himalajami zgromadzonych pieniądzowych IOU stopniowo, czy może nawet z-dnia-na-dzień, utracą znaczenie, czemu towarzyszyć będzie prawdopodobnie mega-delewaryzacja [3].

Czyli inaczej: pomimo, że faktografika peak-energy (czy/i peak-water, peak-topsoil, peak-whatever) staje się coraz bardziej ewidentna i przygniatająca, jej akceptacja (przyjęcie do wiadomości) oznaczałaby natychmiastowy kolaps całego współczesnego modelowania – począwszy od indywidualnych planów na życie czy biznes-planów firm, poprzez zamierzenia inwestycyjne lokalnych samorządów (np. planowanie przestrzenne), poprzez krajowe „strategie” gospodarcze (jak edukacja, systemy emerytalne, infrastruktura, polityka fiskalna i monetarna etc.) aż do międzynarodowych/globalnych paktów (de)regulących przepływy kapitału, towarów i ludzi.

W momencie przyjęcia filozofii realizmu termodynamicznego wszelkie dotychczas stosowane przez wszystkie te wymienione szczeble organizacji społecznej narzędzia planowania stają się natychmiast całkowicie bezużyteczne. Wobec faktu, że modele, które mogłyby być adekwatne do nowego środowiska (braku wzrostu, czy bardziej realistycznie od-wzrostu) praktycznie nie istnieją, jedynym pragmatycznym (przynajmniej przy zastosowaniu współcześnie dominującej optyki krótkowzrocznościowej) wyjściem pozostaje puszko-kopaniowy mega-denializm (wspomagany przez takie hajpo-filozofie jak singulitarianizm czy techno-tryumfalizm alá Kurtzweil czy El-Musk).

*

Z pozoru mogłoby się wydawać, że środowisko niskich (ale wystarczających teoretycznie do zapewnienia ludzkości przetrwania na poziomie subsistence) EROEI dokona w pierwszym rzędzie erozji sektorów „konsumerystycznych”, oszczędzając cywilizacyjne podstawy, jak dostawy żywności, mieszkalnictwo, czy agencje gubmintowe zajmujące się utrzymaniem prawa – tak, jak to przedstawiają grafiki 5.14 i 5.15 w Perfect Storm. Niestety – taki scenariusz byłby realny jedynie pod warunkiem zastosowania centralnego planowania zasobowego o perspektywie długoterminowej; pozostawienie „zarządzania” gospodarką o niskich EROEI algorytmowi wartości wymiany (tj. na łasce Wielkiego Lesefera) absolutnie nie daje żadnych gwarancji zwinięcia żagli w sposób humanitarny; wprost przeciwnie – z dużym prawdopodobieństwem można oczekiwać dalszej akceleracji nierówności ekonomicznych, z tym że dolno-decylowcy tym razem zaczną masowo tonąć, gdyż wobec deficytów energii dalsze utrzymywanie rezerwowej armii bezrobolowo-konsumentowej w jako-takiej kondycji straci jakikolwiek ekonomiczny sens (jak i prędzej-czy-później zabraknie materialnych środków na tego typu ekstrawagancje).

Tak więc nadzieje, że nawet znaczne spadki – rzędu 20–40% – energii dostępnej do napędzania procesów, oznaczać będą w najgorszym przypadku powrót do siermiężnych konsumpcyjnie czasów typu lata 1950-te w Europie, są najprawdopodobniej płonne; bardziej realistyczne wydaje się dość gwałtowne nadejście renesansu klimatów dickensowskich.

*

Kontynuując ten wątek, ale odchodząc chwilowo od oryginalnych narracji Morgana – spłynięcie świadomości tego, co dla wiarygodności zobowiązań typu IOU oznacza koniec ery wzrostu, może zwiastować początek chaosu finansowego, nad którym gubmint nie będzie już w stanie zapanować w sposób zastosowany np. podczas New Dealu, czy choćby nawet (w szczątkowej formie zorientowanej głównie na uratowanie płynności) 10 lat temu w reakcji na GFC.

Optymiści mogą nadal twierdzić, że nie ma takiego kryzysu finansowego, którego odpowiednio duża akcja fiskalna nie byłaby w stanie uleczyć. Jednak ta zasada mogła się sprawdzać w warunkach odpowiednio dużych rezerw dywidendy termodynamicznej – tak jak to miało miejsce w latach ~1930-2000. W warunkach rosnących ECoE każda istotna akcja fiskalna będzie konceptualnie degradowalna do postaci gaszenia pożaru benzyną, ponieważ tym razem źródłem problemów nie będą już zaburzenia w obiegach finansowych (brak hajsów), a raczej deficyty tego, co w ogóle umożliwiło narodziny cywilizacji industrialnej, czyli manny energetycznej.

Tj. owszem – gubmint może bez problemu wykreować fiato-siarę poprzez samo podjęcie decyzji o poczynieniu wydatku. Jednak hajs, aby pełnił skutecznie rolę smaru pobudzającego procesy, musi być postrzegany powszechnie jako artefakt stanowiący egzekwowalne roszczenie wobec realnych zasobów. Zasada czartalizmu (gubmint poprzez podatki kreuje popyt na swoje fiato-hajsy), która była skuteczna w środowisku rosnącego zasysania dywidendy termodynamicznej, może również łatwo ulec kolapsowi – trudno sobie wyobrazić taki model, gdzie cała aktywność gospodarcza – wobec załamania realnej funkcji hajsów jako roszczenia wobec przyszłych (i, co wynika z definicji pieniądza kredytowego –  zawsze muszących rosnąć) dochodów/strumieni dóbr, motywowana jest li-tylko potrzebą opłacenia podatków.

Trudno nawet powiedzieć, czy temu całemu chaosowi towarzyszyłyby zjawiska inflacyjne [4] (wzrost cen surowców pchany wzrostem ECoE czy erozją zdolności produkcyjnych) czy raczej wręcz deflacyjne (spadek cen wobec załamania się dochodów). Być może taki ciąg zdarzeń będzie prowadzić do jakiejś osobliwości, gdzie obecna grawitacja pieniądzowa M(t2) > M(t1) w ogóle utraci jakikolwiek sens i nastąpi faktyczny kolaps do barteru, czemu towarzyszyć będzie upadek zdolności demokracji przedstawicielskiej do kontroli procesów (anarchia) (bądź – zamiennie i bardziej prawdopodobnie – ww. „demokracja” porzuci wszelkie utrzymywane dotąd pozoro-emblematy o liberalnej prowieniencji i chwyci plebs za j@ja bez żadnych ogródek).

(Tak czy owak – wbrew nadziejom mizesolo-akceleracjonistów – taka transformacja – nawet, jeśli będzie oznaczać upadek funkcji/opresji gubmintu czy pieniądza typu fiat czy też neo-feudalne złapanie prolo-roszczeniowców za mordy alá Pinoczet do trzeciej potęgi – nadejście tego typu „wolności” gospodarczej będzie możliwe tylko w warunkach utraty cywilizacyjnej bazy zasobowej i absolutnie nie będzie zwiastować nowej ery prosperity; od tego punktu ścieżka ekono-eksploracji będzie zmierzać w jednym kierunku, tj. nieubłaganego zmniejszania wolumenów konsumpcji.)

W takiej osobliwości możliwa byłaby np. sytuacja, gdzie z jednej strony mielibyśmy generalne spadki cen (indukowane załamaniem się dochodów), ale jednocześnie nastąpiłby upadek leżącej u podstaw kapitalizmu tradycji do gromadzenia finansowych IOU (w tym pieniądza), z uwagi na to, że takie płynne aktywa przestałyby stanowić jakiekolwiek wiarygodne roszczenie względem przyszłych strumieni dóbr (gdyż ich źródła z kolei – z uwagi na brak środków do zasilania procesów – weszłyby w trwały trend wysychania).

Inaczej – nastąpiłoby przebiegunowanie się cyklu kredytowego, którego uprzednia faza wzrostowa umożliwiła pompowanie zysków przez kilka ostatnich stuleci. Czyli, tak jak to prognozował prof. Kakarot-Handke (o czym pisane było tam), cała dotychczas rosnąca masa hajsu, po osiągnięciu punktu krytycznego, zaczęłaby się kurczyć, co przez tożsamość oznacza środowisko permanentnie ujemnych zysków, czyli de facto koniec kapitalizmu.

Tyle tylko, że w modelu Morgana przyczyny odwrócenia się cyklu leżeć będą nie w procesach demograficznych (jak u K-H), ale w zmianach dostępnego tortu energetycznego, a sam przebieg zjawisk może być znacznie bardziej gwałtowny niż przewidywała to wersja K-H (natomiast wspólnym mianownikiem obu wariantów jest uznanie za bezskuteczne prób przeciwdziałania tej dynamice w drodze zintensyfikowania generacji hajsów przez gubmint, tj. ta post-peakowa osobliwość sprawi, że „prawo Moslera” – ~nie ma takiego kryzysu finansowego, którego skutków nie mógłby zniwelować gubmint stymulusem fiskalnym  – przestanie mieć odniesienie).

*

Wracając na koniec ponownie do oryginalnego wątku Morganowego – całą tą, już wystarczająco nieciekawą sytuację pogarsza jeszcze dodatkowo powszechny stan denializmu termodynamicznego, w którym utkwili praktycznie wszyscy – Posiadacze, gubminty, międzynarodowe ekono-ciała typu MFW, OECD, WTO, NGO-sy wszelkiego typu (od Instytutów Krzewienia Mizesologii po Greenpeace), ale także i zwykli Kowalscy – na wszystkich poziomach preferowana jest strusio-strategia, w której wszyscy wybierają opcję udawania, że ekonomia istnieje sobie niezależnie od fizyki (a bazową determinantę zjawisk stanowi prawo popyto-podaży).

Aktualnie żaden kraj [5] nie prowadzi swojej polityki gospodarczej w sposób, który uwzględniałby w jakimś odczuwalnym stopniu realizm termodynamiczny, niekoniecznie już nawet w oparciu o długoterminowe projekcje doomsayerskie, ale choćby w świetle tego, co dzieje się i co można bez większego trudu zaobserwować już teraz (stagnacja dostępności energii p/c, rosnący ECoE, balansująca na granicy racjonalności słabość technologii OZE, postępujące rozchodzenie się oczekiwań względem cen surowców ze strony producentów i konsumentów, czego skutkiem jest spadek opłacalności inwestycji w branży etc.).

W powszechnie przyjętej narracji zjawiska stagnacji gospodarczej (zerowej lub ujemnej ΔPKB) prezentowane są raczej jako niechlubny wyjątek – domenę kilku krajów chorych-człowieków leseferystycznej wspólnoty, jak Grecja czy Italia, którym „problemy strukturalne” nie pozwoliły się pozbierać po kryzysie z lat 2008-10.  Rzeczywistość jest jednak najprawdopodobniej znacznie bardziej brutalna – z tabeli na str. 19 cyt. artykułu można np. wyczytać, że praktycznie większość wiodących krajów Centrum odnotowała szczyt realnego dobrobytu już dawno dawno temu, np. Japonia, Holandia, Francja, Hiszpania (jak i wymieniona Italia) już w l. 1999-2001, a niewiele później bo w l. 2003-05 Australia, UK, Nowa Zelandia, Norwegia i USA;  korzystając z okazji – my obstawiamy, że dla goniącej Zachód Nadwiślańskiej Neoliberalnej ten moment ekono-prawdy przyjdzie gdzieś w l. 2020-2025.

Przeciwnie, cechą wspólną wszystkich „oficjalnych” ekono-projekcji jest zakładanie kontynuacji wzrostu PKB (jak i produkcji/konsumpcji/dochodów), czemu towarzyszy oczywiście przyjęcie całkowicie nierealistycznej polityki energetycznej (oraz fiskalnej, infrastrukturalnej, inwestycyjnej itp.), w której przyszły bieg ekono-rzeczy przyjmuje się mniej-więcej jako replikację dotychczasowych trendów na bazie uznanych za nienegocjowalną normę wzorców ekono-zachowań, z tym wyjątkiem, że proli do pracy będą transportować auta elektryczne zamiast spalinowych, a prąd w gniazdku (i to coraz większe i większe – według tych projekcji – jego ilości) dostarczy nam jakaś zgrabna kombinacja wiatraków, paneli PV i baterii el-muskowych (kurtyna, techno-oklaski).

Tymczasem – tak jak to zauważają realiści termodynamiczni – jeśli chcieć w ogóle myśleć o obronie podstawowych przyczółków obecnych standardów materialnych, już dziś maksymalnie możliwa ilość „produkowanej” z PK energii powinna być kierowana na budowę alternatywnych instalacji wytwarzania/przechowywania/konserwowania energii.

Tj. trendów spadku realnego dobrobytu nie da się, tak czy owak, odwrócić, tym niemniej, hipotetycznie, możliwe byłoby ich złagodzenie – ale niestety tylko pod warunkiem niezwłocznego (choć i tak mocno spóźnionego) podjęcia adekwatnych – zarówno do wyzwań nadchodzących, ale także do już obecnej z nami faktycznej dynamiki – działań. Tyle tylko, że te działania w praktyce oznaczać musiałyby znaczne ograniczenie konsumpcji tu i teraz tak, aby uwolnione środki mogły zostać – na podobieństwo narodowego/g;obalnego wysiłku wojennego – przekierowane na budowę instalacji adekwatnych do nadchodzącej ery wyczerpywania się dywidendy termodynamicznej, czego oczywiście żaden maksymalizujący swoje bieżące korzyści racjonalnie-kalkulujący homo-oeconomicus nie będzie zdolny zaakceptować, najprawdopodobniej aż do samego końca.


1. Jak zauważa Morgan, korelacja ta staje się coraz słabsza – podczas gdy w l. 1960-tych 1$ Δpekaba w USA „wymagał” 1,42$ nowego kredytu prywatnego, w l. 90-tych było to już 3$, a w pierwszej dekadzie XXI w. 4,36$.

2. Choć oczywiście podział na zbiory GMO/ICS jest odmienny od klasyfikacji na sektory wytwarzające/niewytwarzające wartości użytkowej; tzn. zarówno w kompozycji zarówno GMO jak i ICS będą występować aktywności superflouos jak i nie-superfluous, z tym że w GMO  udział tych drugich będzie niewątpliwie większy. (Na zasadzie wysypywania statystyk z rękawa, można przyjąć, że 50-60% całej masy GMO to wytwórczość/usługi typu superflouos, podczas gdy w przypadku ICS będzie to pewno coś około 70-90%).

3. Mega-delewaryzacja raczej w znaczeniu skończenia się nowego kredytu, aniżeli spłat starego – plany osiągania realnych zarobków z udzielania kredytów stają się nieracjonalne w środowisku, które czyni realizację roszczeń związanych z finansowymi IOU mocno nieprawdopodobną.

4. Morgan uważa, że bezprecedensowe poziomy zadłużenia (prywatnego, ale i także gubmintowego) prędzej czy później „wymuszą” rozwiązanie hiperinflacyjne, natomiast nie natrafiliśmy na opis, w jaki konkretny sposób taka dynamika miałaby się rozwinąć. Ponownie można zauważyć tu pewne, charakterystyczne dla narracji przywiązanych do monetaryzmu (patrz np. część 3 Perfect Storm – próbka ze str. 37: Though various shifts and sleights of hand are used to support claims that QE does not equate to the creation (“printing”) of money, the only real difference between the two is the claimed intention of reversing QE at some point in the future.), pomieszanie konceptów – jak można było empirycznie zauważyć sam wzrost wolumenu hajsów (z kredytów m.in. udzielanych NINJA), nawet tak istotny jak w latach tuż przed GFC, to jeszcze za mało, żeby uruchomić znaczącą inflację (pomijając już histerię otaczającą QE, którego faktyczny – a nie ten imputowany przez monetarystów i histeryków złotożukowych – efekt jest deflacyjny); bazą wydatków są dochody i zdolność kredytowa (ot i cała tajemnica popytu), a te – jak sam zauważa Morgan – znajdują się w stagnacji czy nawet spadają. W takim środowisku dopiero poważne i trwałe załamanie zdolności produkcyjnych (np. w wyniku deficytów energii) w połączeniu z ostrą licytacją o te zasoby ze strony gubmintów mogłoby przynieść impuls dający początek znaczącej dynamice inflacyjnej (której jednak przeciwdziałać będzie kotwica niskich dochodów, rosnącego bezrobocia i prawdopodobnych silnych tendencji delewarowania). Tj. przebieg ekono-zdarzeń wcale nie musi być podobny do tego z okresu tzw. stagflacji z l. 1970-tych – mamy bowiem dość istotnie inną mieszankę ekono-czynników „na wejściu”. A tablice długu mogą ulec „wyczyszczeniu” w drodze innego procesu niż hiperinflacyjne yeti – np. po prostu poprzez masowe zjawisko niewypłacalności na fali upadłości korporacyjnych i prywatnych, co byłoby zjawiskiem raczej pro-deflacyjnym (anihilacja dochodów i zdolności kredytowych), aniżeli podsycającym inflację.

W pewien sposób Morgan – którego motto brzmi ~„Gospodarka jest funkcją nadwyżek energii, a nie pieniądza” – roztrząsając następnie usilnie kwestie nadwyżek/niedoborów hajsowych (bilansu handlowego), sam sobie zaprzecza. Niestety, jak się wydaje, większość realistów termodynamicznych zadowala się monetarystyczną interpretacją zależności hajsowych w gospodarce, co niewątpliwie pogarsza jakość ich przekazu.

5. Najbliżej jest chyba Kuba, z tym że należy mieć na uwadze, że nawet tym przypadku prowadzone działania dostosowawcze są raczej skutkiem presji wrogiego otoczenia geopolitycznego, aniżeli jakąś świadomą heroiczną misją na ścieżce do termodynamicznej nirvany.

Reklamy

8 komentarzy do “Realne dobrobyty vs. fantomowe pekaby z energią w tle (wg dr Tima Morgana)

    1. pracownia e-p Autor wpisu

      Czy to coś z dziedziny techno-ewangelizacji? (Pytamy, bo już kilka techno-ewangelizacyjnych filmów zdarzyło nam się obejrzeć swego czasu.) Nie ma gdzieś zbliżonych treści podanych w formie czytanej (i nie dłuższej od naszego wpisu), żeby na szybko przekonać się o-co-kaman?

      Polubienie

      Odpowiedz
        1. pracownia e-p Autor wpisu

          Przyznajemy uczciwie – szczerze zazdrościmy każdemu, na kogo działa kool-aid Internetu Rzeczy, Odnawialnej Energii O Marginalnym Koszcie Zbliżonym DO Zera, Ekonomia Dzielenia czy postawienie przymiotnika smart przed jakimś konstruktem technologicznym czy społeczno-politycznym (jak np. Smart Europe).

          Być może właśnie z tej zazdrości wielokrotnie znęcaliśmy się na tych łamach nad ww. totemami.

          Nie ma sensu się powtarzać, ale weźmy ten krótki cytat:

          If machine automation continues at pace, there is the well-documented prospect of greatly reduced work for humans. If we become prosumers, the energy we consume could eventually be practically free. These might be the early stages of the eclipse of capitalism.

          Wiemy, że automatyzacja jest procesem ciągłym, który jest w toku już od dobrych kilkadziesięciu lat. Niestety trudno jest zauważyć, żeby temu postępowi w organizacji/napędzaniu produkcji towarzyszyły skorelowane z nim w jakikolwiek jasny sposób trendy redukcji wymiaru czasu pracy najemnej [RWCPN].

          Techno-fetyszystów, jak widać, to nie zraża – oczekują, że w pewnym momencie nastąpi jakiś kwantowy skok do osobliwości, w której perspektywy RWCPN w końcu się otworzą w trybie gwałtownym.

          Fakty natomiast są takie, że materialne/technologiczne podstawy RWCPN są obecne z nami już od dawna. Ba! Jak pokazują dane konsumpcji energii netto szczyt tej osobliwości w krajach Centrum miał miejsce już 15-20 lat temu, a obecnie te optymalne warunki zaczynają powoli odchodzić w przeszłość. Tymczasem zdaniem wizjonerów różnej proweniencji właściwy czas na RWCPN zawsze leży gdzieś bezpiecznie w przyszłości.

          Obecnie – mimo hajpu o smart-fonach, smart-apkach czy smart-robotach, produktywność jeśli chodzi o wytwarzanie rzeczy stoi często w miejscu, jeśli przyjąć perspektywę makro.
          Owszem – ludzie nie potrzebują tylu gadżetów, a te, których potrzebują, mogliby faktycznie między sobą dzielić np. po wydrukowaniu ich samodzielnie na drukarce 3d, czy po wyhodowaniu w miejskich/kolektywistycznych ogródkach hydroponicznych. Wiemy jednak, że obecnie ani potrzeby pozyskiwania żarcio-gadżetów ani także innych rzeczy codziennego użytku (jak odzienie, elektronika) nie są głównym instrumentem przymusu ekonomicznego; tę rolę pełnią koszty stałe – głównie renta (najem, mini-ratki) + rachunki.

          Jeśli już o rachunkach (zdanie nr 2 cytatu) – samo-wystarczalność prosumentów może nie należy do kategorii yeti, ale gros (zaryzykowalibyśmy twierdzenie, że 95-98%) europejskich przedstawicieli tego zwierza wybiera opcję włączenia się do sieci (czyli nie off-grid) tak, aby w razie pochmurnych i bezwietrznych dni posiadać opcję absorbowania w swoich gniazdkach wibracji elektronów wzbudzonych poprzez spalanie węgla, gazu czy rozszczepianie atomów.

          Na pomysł stosowania cyklu solarno-wodorowego dla zapewnienia energy storage w warunkach gospodarstwa domowego jak dotąd nie natrafiliśmy podczas standardowego buszowania po tematach energetycznych, stąd zakładamy, że jest to stosunkowo niszowy koncept. Sam taki cykl cechuje się dużą stratnością, nawet w zastosowaniach przemysłowych (efektywność 30-40% w obie strony).

          Tak czy owak, koszty pójścia we w miarę komfortowy off-grid (storage w oparciu o baterie) szacowane są na kilkadziesiąt tys. $ dla gospodarstwa domowego (takiego, które dysponuje przestrzenią na montaż takich fanaberii).

          Techno-ewangelistom co do zasady zdarza się zapominać, że koszty te nie są bynajmniej jednorazowe – np. PV na pewno nie są wieczne, choć znane są przypadki działania przez 20-40 lat. Niektórzy jednak – analizując cały cykl życiowy tego typu urządzeń, zwłaszcza przy zastosowaniu ich w warunkach sub-optymalnych typu Tetonolandia – kwestionują, czy EROEI jest w ogóle >1.

          Ze zdaniem nr 3 z cytatu częściowo się zgadzamy – akceleracja procesów przyniesie zmierzch kapitalizmu. Różni nas dość zasadniczo wizja przebiegu tej akceleracji.

          Ale najważniejsze, że Rifkin pozostaje optymistą:

          Rifkin says, “the bulk of the energy we use to heat our homes and run our appliances, power our businesses, drive our vehicles, and operate every part of the global economy will be generated at near zero marginal cost and be nearly free in the coming decades.”

          Być może bycie optymistą pozwala mu (oprócz zachowania komfortów mentalnych) sprzedać więcej książek (zbiory memów pozytywnych z reguły rozchodzą się z półek łatwiej niż doomsayerstwo), bądź może raczej chodzi o to, że ludziom o pogodnym usposobieniu łatwiej jest odnaleźć się w charakterze doradców dla profesjonalnych budowniczych naszej świetlanej przyszłości:

          He [Rifkin] is the principal architect of the EU’s long-term third industrial revolution economic vision, called ‘Smart Europe’, and is advising the European Commission on the deployment of the plan across the continent.

          Jeśli już przy UE – targety ‘w 2020 20% energii pierwotnej ze źródeł odnawialnych’ być może nawet zostaną osiągnięte, zwłaszcza jeśli uda się np. zwiększyć import drewna opałowego z US (hajcowanie biomasy – kwalifikowane jako czynność odnawialna – odpowiada obecnie za kilkadziesiąt % całego kawałka tortu OZEw UE). My obawiamy się, że prawdziwe czalendże zaczną się właśnie powyżej granicy udziału 20-30% (chyba że energia typu base load z PK zacznie się z jakichś przyczyn gwałtownie kurczyć – mniejszy mianownik -> szybsza akceleracja 👿 )

          Polubienie

  1. Czytelnik

    Oczywiscie, mozna byc sceptycznym w stosunku do nowych technologii, mozna je ignorowac, mozna tez zakladac ze nie maja one zadnego/wiekszego wplywu na to jak zmienia sie/bedzie sie zmienial swiat.

    Automatyzacja, robotyzacja, rozwoj IoT, a w niedalekiej przyszlosci AI (az uszy bola), doprowadza/dzi, do wyeliminowania pracy ludzkiej w wielu dziedzinach, ale na obecnym etapie na jakies masowe przejscia na poziom prosumers jest jeszcze zbyt wczesnie (Uber/Airbnb/Etsy/TaskRabbit – chwilowo mordy w kubel). Na pewno pomocne bylyby w tym rozwiazania typu basic income, na ktore pewnie przyjdzie czas (?).

    Wydaje sie, ze na pewnym etapie automatyzacji, produktywnosc wytwarzania rzeczy nie moze juz rosnac znaczaco, ale mozna probowac ja podnosic redukujac koszty energii, lub robiac bardziej smartowym i bardziej lokalnym caly supply chain.

    *Prawie-samo-wystarczalnosc, przejscie z paliw kopalnych i energii jadrowej, do energii odnawialnej. Przejscie z systemu scentralizowanego do rozproszonego, gdzie producenci/konsumenci dziela sie nadwyzkami energii z innymi. Odnawialna energia staje sie coraz tansza wiec inwestowanie w tego typu technologie bedzie mialo coraz wiecej sensu. Znajdzie sie tez finansowanie tego typu przedsiewziec (podobnie bedzie z energy storage), wiec mozliwe ze szykuje nam sie boom na tego typu projekty w najblizszych latach.

    Czyli znowu pompowanie kredytowego hajsu w tego gospo-trupa 👐
    A jak juz raz splaci sie swoje mini-chatki (albo ich czesc), to przeciez mozna je zadluzyc znowu (to chyba oczywsite?), a kase albo przebalowac, albo zainwestowac – zeby inne prole tez mialy co robic 😹

    Polubienie

    Odpowiedz
    1. bloglolka

      Procesy rozproszone niekoniecznie są efektywniejsze energetycznie od procesów scentralizowanych. Zapewne to jest przyczyną tego, że fabrykanci zamiast zyliarda warsztatów stawiają jedną lub kilka megafabryk i stamtąd rozwożą rzeczy.

      W tym sensie nie ma nawet pewności czy technologia druku 3d „na miejscu” będzie efektywniejsza energetycznie od dostarczenia czegoś z megafabryki. Być może w takich działkach, jak dosztukowanie jakiegoś rzadko psującego się fifelka w celu naprawy jakiegoś urządzenia. A i ilość materiałów, z których można drukować jest ograniczona.

      IoT na razie zrodził generalnie jedynie takie zabawki, jak samojeżdżace odkurzacze. No i trochę big data, który służy chyba generalnie tylko do wciskania ludziom „bardziej spersonalizowanych” reklam.

      Realizm termodynamiczny podpowiada, że energię potrzebną do sfinansowania „basic income” zeżre podłączony do Internetu ekspres do kawy. Czy inna ostentacyjna konsumpcja w postaci wysyłania dla fanu w kosmos samochodów.

      Polubienie

      Odpowiedz
      1. Czytelnik

        bloglolka, na tworzenie pieniedzy w formie elektronicznej nie potrzebuja wiecej energii niz potezebuje ekspres do kawy podlaczony do internetu (i to nie zaleznie czy chcemy stworzyc 1 czy np. 1mld jednostek).

        Z IoT i Big Data mozna sie nasmiewac, ale sa tacy ktorzy biora je na powaznie 💁🏻‍♂️

        https://www.parliament.uk/business/committees/committees-a-z/commons-select/science-and-technology-committee/news-parliament-2015/big-data-dilemma-report-published-15-16/

        https://www.gartner.com/newsroom/id/3598917

        “Big data is a UK success story; the Science and Technology Committee publish report and note that 58,000 jobs could be created and £216bn contributed to our economy (2.3% of GDP) over a five-year period”.

        “Gartner Says 8.4 Billion Connected „Things” Will Be in Use in 2017, Up 31 Percent From 2016
        Consumer Applications to Represent 63 Percent of Total IoT Applications in 2017

        Gartner, Inc. forecasts that 8.4 billion connected things will be in use worldwide in 2017, up 31 percent from 2016, and will reach 20.4 billion by 2020. Total spending on endpoints and services will reach almost $2 trillion in 2017”.

        Polubienie

        Odpowiedz
        1. bloglolka

          Ja tam się raczej naśmiewam z podejścia wiążącego wielkie nadzieje z rewolucją, która już się w zasadzie się odbyła. Urządzenia „podłączone” czy „rzeczywistość rozszerzona” były stosowane w wojskowości i biznesie na lata, a może i dziesiątki lat przed tym, jak wymyślono te nazwy. Dziś to są już dojrzałe technologie. Ecommerce był nowinką w latach 1998-2008. Dziś jest już powszechny. Rzeczywiście przez dropshippingi skrócił łańcuchy dostaw, ale w skali makro nie przyniosło to jakiś szczególnych oszczędności energii, bo jednocześnie ecommerce przyczynił się do rozdrobnienia wielkości przesyłek. Urządzenia smart, to była nowinka w 2008 roku. Dziś już wiemy, że te bardzo szybko przekształcają się w urządzenia szmelc, bo wystarczy zmienić adres chmury, wyłączyć ją lub zaktualizować tak, że traci się kompatybilność i całe to „smart” w mgnieniu oka wyparowuje (a pomyśleć, że kiedyś ludzie jarali się planowanym postarzaniem i spiskiem żarówkowym). A aktualizować trzeba, bo inaczej IoT stają się przedmiotami cyberprzestępczości. W zasadzie jedyne wnioski, jakie można z tego wyciągnąć są takie, że IoT trzeba by zdelegalizować, gdyż to marnuje zbyt dużo metali ziem rzadkich wydobywanych małymi czarnymi rączkami. Ewentualnie zezwolić wprowadzać na rynek pod warunkiem wniesienia gigantycznej kaucji, która posłużyłaby do utrzymania ich przy życiu wystarczająco długo, tak żeby w internet śmieci przekształcały się po dłuższym okresie czasu.

          Jest oczywiście big data, z którego może coś się jeszcze wyciągnie (ale raczej nie z tego generowanego przez IoT). Są też jakieś koncepty fizycznego internetu, które może coś tam polepszą. Ale to raczej ewolucja, a nie rewolucja.

          Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.