Złoty Wiek leseferystycznego prywatnego planowania centralnego nad Wisłą?

Do niedawna ulubionym argumentem sceptyków leseferystycznego modelu gospodarowania było epatowanie znacznie większą – w porównaniu do dokonań deweloperki działającej w warunkach kapitalizmu – liczbą lokali mieszkalnych stawianych „za Gierka”. Jednak najnowsze statystyki za okres III2017-II2018 zadały poważny cios tej kontestującej ipeeno-ekonomię linii argumentacji – w wymienionym okresie oddano do użytkowania 180,6k lokali mieszkalnych (z czego ok. 90k w sektorze budownictwa komercyjnego na sprzedaż/wynajem, a ~83k w indywidualnym) i jednocześnie rozpoczęto budowę kolejnych aż 210,6k, co wskazuje, że leseferystyczny konglomerat bankstersko-deweloperski nie zamierza wcale zwalniać tempa dostarczania kwadratów społeczeństwu.

Co prawda Gierek potrafił stawiać nawet 260k lokali rocznie, ale miejmy na uwadze, że ta stachanowszczyzna odbywała się w warunkach silnych presji demograficznych – dziś, w warunkach stabilizacji liczebności populacji i znacznie większego agregatu kwadratów przypadającego na statystycznego obywatela, z wyniku 180k leseferyści mogą być niewątpliwie dumni – obecnie chyba nawet Gierek nie uważałby za stosowne budować więcej.

Źródeł tej nieco zaskakującej bonanzy należałoby naszym zdaniem upatrywać w dużej mierze w tym, że dla przyzwyczajonego dotąd do zarabiania na parkowaniu gotówki na sowicie oprocentowanych kontach lumpen-rentierstwa, które prawdopodobnie poczuło się zawiedzione czy wręcz oszukane przez politykę stosunkowo niskich stóp %, gotówka na lokatkach przestała gwarantować utrzymanie pasywnych dochodów na pozwalającym godnie żyć poziomie i stała się czymś w rodzaju gorącego kartofla.

Jako narzucające się w sposób oczywisty remedium na tę dziejową niesprawiedliwość zesłaną przez gołębie z RPP na nieszczęsne misie-oszczędnisie jawi się, tradycyjnie, zaparkowanie parzącego rentierskie ręce hajsu w kwadratach, których aktualne rentowności – w przeciwieństwie do lokatek – nadal są jeszcze dodatnie, przynajmniej w przypadku finansowania bez-kredytowego, które zgodnie z tym źródłem dominuje obecnie w proporcji 3:1 (w co aż trochę trudno uwierzyć, ale nie posiadając danych al-contrario, trzymajmy się tego).

Wobec takich proporcji nie będzie jakimś istotnym nadużyciem konkluzja, że z tych 90k lokali wyprodukowanych przez firmy „na rynek” lekko licząc połowa [1] (a może i więcej) została zbudowana li-tylko celem zaspokajania potrzeb lokowania oszczędności, podczas gdy np. liczba lokali dedykowanych stricte celom zaspokajania potrzeb mieszkaniowych (tj. których powstanie nie było motywowane zyskiem – czyli lokale komunalne, zakładowe, TBS) postawionych w tym samym czasie wyniosła 3.386 szt. (3,4k). (Negując tę hipotezę należałoby zakładać, że nad Wisłą jesteśmy właśnie świadkami bezprecedensowego skoku dobrobytu, który pozwala znacznej części – czy wręcz większości – nabywców pierwotnych dokonać zakupu M na swoje własne potrzeby ze zgromadzonych oszczędności.) Jak wiemy, „za Gierka”, prawdopodobnie gdzieś ok. 99% lokali powstało stricte na cele zaspokajania potrzeb zamieszkania.

Ale zakupy parkujące gorącą gotówkę to, tak czy owak, tylko jedna flanka aktualnej ofensywy leseferystycznego aparatu produkcji mieszkań (i hajsów).

Z drugiej strony także i akcja kredytowo-hipoteczna przejawiała w 2017 symptomy śmiałego rozkręcania się – statystyki mówią tu o 40 mld (brutto) nowej kreacji pieniądza właśnie tą drogą, co stanowi ponad 10% całego zadłużenia na tego typu cele, którego wolumen w połowie zeszłego roku wynosił 391 mld (wg. Amron-Safrin – agencji statystyczno-propagandowej powołanej przez ZBP i deklarującej – niewątpliwe symbiotyczną – współpracę z jednym z głównych naganiaczy lumpen-kamienicznictwa – firmą występującą pod egzotyczną nazwą M***i [2]).

Wiemy, że gospodarka praktyczno-leseferystyczna, podduszona na-co-dzień kaftanem budżetowania gubmintowego, łaknie deszczu nowych mini-ratkowców jak kania dżdżu. Fakt, że kredyciarze otrząsnęli się już po zimnych prysznicach z roku 2008 (mini-pęknięcie mini-bańki mieszkaniowej) i 2015 („szok frankowy”) zwiastuje dobrą nowinę dla nadwiślańskiego kapitalizmu – żwawe wytwarzanie hajsów przez kredyciarzy w najbliższej perspektywie zapewni smarowanie trybików gospodarki nawet w obliczu buńczucznych zapowiedzi Krzywoustego Konserwatora o zwalczaniu deficytów budżetowych.

W sceptycznym umyśle może się jednak narodzić pytanie: jak długo jeszcze możliwe jest kopanie tej kredytowej puszki, zwłaszcza w warunkach kurczącej się populacji?

Tu zatrzymajmy się chwilę nad tym, co współczesna nadwiślańska demograficzna dynamika może wnieść do projekcji, które wyartykuujemy w dalszej części dzisiejszego odcinka. Nie mamy za bardzo czasu ani ochoty zgłębiać dogłębnie statystyk demograficznych oraz kreślić zawiłych wykresów różnych scenariuszy (czy to „optymistycznych” czy nie), stąd zamiast żmudnego grzebania w danych proponujemy swego rodzaju ekono-zabawę, u której podstaw leży chyba najprostszy możliwy rachunek, tj. bilans – z jednej strony agregatu liczby (potencjalnych) nabywców pierwszego własnego M drogą kupna, oraz – z drugiej strony – potencjalnej liczby dokonywaczy aktów ostatecznego pozbycia się wszelkich dóbr ziemskich, w tym oczywiście również mieszkań.

Do celu zbudowania takiego bilansu przyjmiemy założenie, że pierwszy zakup ma miejsce głównie wśród populacji w przedziale wiekowym 25-35 (ujmując to brutalnie – jeśli do 35 roku życia nie nabyłeś na rynku – czy to za własne zarobki, za kredyt czy dzięki pomocy rodziny – własnego M, najprawdopodobniej nie zrobisz tego już do końca swojego przegranego żywota, za wyjątkiem przypadków wygrania na loterii dziedziczeniowej).

Po drugiej stronie – równie brutalnie – przyjmijmy, że gros ostatecznych zwolnień lokali następuje w wykonaniu grupy wiekowej 67-77 (nie dotyczy oczywiście tych singulitarianów, którzy pomimo przeniesienia własnego ego na nośniki krzemowe nadal zamierzają rezydować na swoich włościach).

Zatem zestawiając dane liczebności tych grup w czasie (mniej więcej znane dzięki temu narzędziu [3]) otrzymujemy obraz zmieniającego się w czasie stosunku potencjalnych nabywców oraz mieszkań potencjalnie zwalnianych definitywnie.

Przyjmując (optymistycznie), że co druga osoba w wieku 25-35 będzie w stanie wejść w posiadanie wymarzonego pierwszego mieszkanka (zaznaczmy: te 50% to jest proporcja z-sufitowa – w tej żonglerce danymi bardziej niż o wyliczanki chodziło nam o ułatwienie zidentyfikowania trendów poprzez sprowadzenie 2 krzywych do łatwo porównywalnych wizualnie wartości), otrzymujemy taki oto wykres:

Podkreślmy raz jeszcze – tej topornej metodologii oczywiście nie można traktować jako jakiejkolwiek kwantyfikowalnej prognozy popytu na nowe mieszkania – np. nikt chyba nie wie, jaki ułamek ludności w wieku 25-35 lat faktycznie dokonuje nabycia swojego pierwszego mieszkania drogą kupna, ani też jaka część z lokali permanentnie opuszczonych przez pierwotnych właścicieli, którzy przenieśli się w inny wymiar (non)egzystencji, trafia na rynek, a jaka zostaje zasiedlona przez ich dzieci/wnuków (ani jaka część ulatniającej się ze statystyk populacji 67-77 w ogóle dysponowała lokum podlegającym dziedziczeniu – niemniej niewątpliwie odsetek ten był/jeszcze jest – kudos „komuno” – całkiem spory).

Wykres ma na celu jedynie zilustrować zmiany w czasie relatywnego POTENCJAŁU sił demograficznych napędzających popyt (jeśli już nie jako nowi kupcy, to przynajmniej jako nowi najemcy), jak i tych zapewniających „wtórną” podaż netto – której gros trafia w sposób nieodpłatny w ręce potomstwa – z czego jakaś część (1) będzie spożytkowana na realizację własnych celów mieszkaniowych przez to potomstwo, kolejna (2) zostanie użyta przez spadkobiorców jako spadły niefortunnie z nieba wehikuł pasywnych dochodów (na wynajem), a reszta (3) trafi na sprzedaż; tak czy owak – każdy z tych wariantów albo stanowi potencjalną erozję popytu (1 i 2), bądź generuje „z powietrza” dodatkową podaż (3), która reprezentować będzie piasek w tryby konglomeratu bankstersko-deweloperskiego, zaburzając preferowaną przezeń „równowagę”, w której poziom cenek obie strony tego kartelu mogłyby uznać za satysfakcjonująco wysoki.

Jakakolwiek nie byłaby kompozycja 1-2-3, trudno jest udawać, że ten zgrubny faktograficzny wykres zwiastuje cokolwiek dobrego dla rozwoju gospodarki opartej o prywatną kreację hajsów napędzaną aspiracjami nabywania nowo-budowanych mieszkań – czy to na potrzeby własne czy pod wynajem. Jeśli ktoś ma nadal kłopoty z wyciągnięciem konkluzji, spróbujmy te same dane przedstawić w formie przebiegu różnic ww. potencjałów w czasie:

Teraz widzimy? Niewątpliwie proporcje pomiędzy potencjalnym popytem a potencjalnie „zwalnianą” podażą spadają jak kamień w studnię; gdzieś ok. 2019-2020 możemy przebić granicę, poza którą liczba mieszkań permanentnie „opuszczanych” przewyższy całkowity popyt na mieszkania zakupowane po raz pierwszy (na własne potrzeby), po czym ten trend nurkujący zatrzyma się na dobre dopiero ok. roku 2027 – osiągając dno, w którym rok-rocznie agregat potencjalnych zdawaczy sprzętu będzie większy  (hipotetycznie i przykładowo) o 1.7 mln od agregatu posiadających środki bądź zdolność kredytową potencjalnych nabywców (czyli przyjętej przez nas połowy populacji mieszczącej się w poszczególnych latach w grupie wiekowej 25-35). [Co za bzdury! Społeczeństwo się bogaci i będzie potrzebować mieszkań, które są najbezpieczniejszą lokatą kapitału. Chcesz być wolny – zadzwoń już dziś – zrobimy mzuri Tobie i Twojemu kapitałowi – Wasz Szaman Pasywne Samodobro]

Zresztą – konkretne liczby służą tu tylko jako przykład ilustrujący trendy potencjalnej gry popyto-podażowej; niezależnie jakie wartości podstawimy, demografia wskazuje na ostre pogarszanie się strony popytowej aż do 2023 roku, i następującą po tym stabilizację na niskich poziomach. Realistycznie – nie ma większych szans, aby nawet hipotetycznie rosnące dochody mogły w jakikolwiek istotny sposób przeciwdziałać realnej sile bezwładności tej demograficznej dynamiki (co nie wyklucza oczywiście scenariusza, gdzie w kilku topowych lokalizacjach – gdzie napływ ludności będzie w stanie skompensować wpływ spadków urodzeń sprzed 25-35 lat – sprzyjające warunki dla konglomeratu dewelo-bankowo-spekulacyjnego mogą się utrzymać znacznie dłużej; jednak nawet rozważając tego typu lokalizacje zalecamy kierować się zdrowym rozsądkiem, a nie agitkami szeptuch z finansjerki i pośrednictwa).

Z popyto-podażowego punktu widzenia (pomijając kwestie środowiskowe i zasobowe, w tym sowicie zaczerpywanej na te cele dywidendy termodynamicznej [4]) przyrost agregatu kwadratów jawić się może jako coś pozytywnego dla konsumenta –  im więcej powierzchni kwadratowych, tym większa ich dostępność, szczególnie, jeśli w tym samym czasie zmniejsza się liczebność populacji. Tyle teoria popyto-podażowa – potwierdzeniem jej działania powinny być spadki czynszów najmu, co jak na razie jednak nie ma raczej miejsca. Co może być tego przyczyną?

Powody mogą być trzy. Albo (1) zwiększony wolumen kwadratów przyciąga mniej-więcej proporcjonalną nową klientelę (kwadraty wypełniane są w ramach poprawy współczynnika mkw/os. i w ramach „bogacenia się społeczeństwa”), bądź też/i (2) mamy do czynienia ze zjawiskiem „lepkości cen”, czyli lumpen-kamienicznicy nie będą skłonni obniżyć cen wynajmu, nawet jeśli kwadraty miałyby stać puste. Jakąś perwersyjną odmianą tej drugiej wersji będą zakupy lokali mieszkalnych wyłącznie w celu dywersyfikacji nad-płynności, tj. nie w celu wynajęcia, ale jako wehikuł przechowania (czy w wersji optymistycznej: wzrostu) wartości posiadanych aktywów. Ostatnią przyczyną (3) tego stanu rzeczy jaka przychodzi nam do głowy, jest – zaaranżowane przez gubmint(y) leseferystyczne/konserwujące leseferyzm – intensywne zaciąganie mas spolegliwszej siły roboczej ze Wschodu, która – przy okazji ratowania fundamentów biznes-planów alá januszex przed zatonięciem w warunkach „braku rąk do tanio-pracy” – stanowi jednocześnie kroplówkę pozwalającą utrzymać rentowność lumpen-kamienicznictwa nad wodą.

Tak czy owak, niewątpliwie mamy obecnie do czynienia z masowym zjawiskiem zamiany aktywów wysoce płynnych, ale tracących wartość (misio-oszczędnościowe hajsy na lokatkach), na te przynoszące dochody, ale za to o znacznie mniejszej płynności (kwadraty); taka strategia może wydawać się racjonalną, ale problem – powszechnie jak dotąd ignorowany – może pojawić się, kiedy pod wpływem zmiany otoczenia makro (np. podwyżka stóp%, recesja, kataster) jakaś istotna masa lumpen-rentierów będzie chciała dokonać zmiany w odwrotnym kierunku, tj. zamienić kwadraty z powrotem na hajsy.

Przyszłość lumpen-rentierki (która w generalnych, podporządkowanych Posiadaczom, obrotach ekono-rzeczy stanowi komponent układanki równie mało, czy nawet może jeszcze mniej istotny, co „dobrobyt” prolo-kompostu, z tą różnicą, że dane są im większe możliwości epizodycznego posurfowania na falach przypływów pekabowych) będzie wyznaczać mechanika pragmatycznego leseferyzmu. Tj. możemy mieć scenariusz nr 1 (szybko-kolapsowy), gdzie wskutek rozlania się hajsów wygenerowanych przez kredyciarzy na gospodarkę, pojawi się niebezpieczeństwo istotnych wzrostów płac (presji inflacyjnych), w obliczu czego leseferystyczny organ NBP podniesie stopy %, zmieniając tym samym, być może drastycznie, rachunek koszto-zyskowy kamieniczników; skutki mogą wahać się od prób ucieczki „z apartemą” z powrotem w lokaty (w przypadku inwestorów żonglujących nadpłynnością) do zajęć komorniczych po załamaniu rentowności (w przypadku poszukujących wolności w drodze zalewarowania pod dekiel).

W scenariuszu 2, pomimo intensyfikacji generacji hajsów, płace nie wzrosną w sposób, który mógłby spowodować nerwowe reakcje NBP (np. wskutek zaciągnięcia jeszcze większych porcji ekono-imigrantów ze wschodu, co przy okazji „korzystnie” wpłynie na rentowność wynajmu/ceny mieszkań) bądź, alternatywnie, leseferyści – pragnąc podtrzymać surfowanie nadwiślańskiego kapitalizmu na grzbietach fal kredyciarzy – staną się skłonni utrzymywać anty-inflacyjny kaftan w pozycji wyluzowanej (wśród kapłanów-ustalaczy stóp % wygra opcja gołębiarzy), co pozwoli wycisnąć zdolności kredytowe aspirowaczy do wolności finansowej do samego końca. W tej wersji nie można wykluczyć, że śmiałkowie, którym marzy się wolne, acz lewarowane, surfowanie na falach kamiecznictwa  – pomimo trendów stabilizacji demograficznej – będą dostarczać hajsowego paliwa do pekabowego kotła jeszcze przez kilka kolejnych lat, a zamiast post-bańko-pękającej paniki będziemy obserwować jedynie stopniowo, acz systematycznie, pogarszające się rentowności.

Teraz pytanie: czy rekord z 2017 może zostać pobity? Tego byśmy nie wykluczali, przynajmniej zakładając, że otoczenie makro zapewni warunki ceteriso-paribusowe tj. będzie kontynuowana dynamika, gdzie wygenerowane w akcji kredytowej hajsy po wykonaniu kilku okrążeń wyhamują, lądując w kieszeniach zgromadzaczy nadwyżek, a ci – wobec ciągle niskiego oprocentowania kont – będą je dalej zamieniać na kwadraty; część pieniądza łykniętego przez deweloperię, firmy wykonawcze, producentów pustaków i wreszcie roboli po jakimś czasie ponownie znajdzie się na kontach jakichś – tych samych czy innych – kolekcjonerów nadwyżek, po czym znów zasili ten żywotny obieg, który w stawianiu kwadratów wydaje się mieć zarówno swój początek jak i koniec.

Ale wiele wskazuje, że czasy ceterisowo-paribusowe, które panowały na tym rynku w ostatnich kilku latach, dobiegają końca. Warto zwrócić uwagę na nową dynamikę, której pewne zwiastuny zaczęły pojawiać się wraz z nadchodzącym nowym sezonem budowlanym 2018. Otóż gorączka „inwestycyjna” roku poprzedniego została niewątpliwie dostrzeżona zarówno przez producentów materiałów jak i przez firmy wykonujące fizyczną robotę stawiania kwadratów (i przez ich pracowników). My obstawialibyśmy w roku bieżącym coś na kształt powtórki z 2007, kiedy nad kondycją branży zawisło widmo wąskich gardeł (np. wobec logistycznej praktyki ograniczania produkcji poza-sezonem, ceny bazowych materiałów typu pustak, notowały na początku spóźnionego sezonu (V-VI) zwyżki nawet do x 2). Teraz na tego typu problemy mogą nałożyć się jeszcze (niewątpliwie uzasadnione) żądania płacowe szeregowej kadry budowlanej, której zasoby zostały mocno przetrzebione przez lata emigracji w połączeniu z dynamiką demograficzną.

Czyli – deweloperka (i inwestorzy indywidualni), chcąc zrealizować swoje ambitne plany dokończenia i sprzedaży tych 200+k rozpoczętych lokalo-budów, być może będzie zmuszona wejść na ścieżkę ostrej licytacji o fizyczne zasoby niezbędne do ich wzniesienia.

Słowem organizatorzy procesów budowlanych mogą w tym roku stanąć w pierwszym rzędzie (zanim jeszcze demografia obnaży słabość fundamentów popytu) wobec poważnych wyzwań podażowych, a w związku z tym będą podejmowane próby podniesienia cenek na kwadraty (przerzucenia kosztów na konsumenta). O dalszym rozwoju sytuacji przesądzą zachowania lumpen-rentierki, tj. czy – podobnie jak w 2007 – będzie ona skłonna zaakceptować pogorszenie (czy nawet zanurkowanie poniżej zera) stóp zwrotu w nadziei na dalsze wzrosty wyceny aktywów, czy też raczej odpowiedzią będzie poważnie dałnsziftingująca weryfikacja planów ekspansji lumpen-kamienicznikowych portfoliów. W tym drugim przypadku nie można wykluczać, że część co bardziej marginalnie zbudżetowanych planowanych czy już rozgrzebanych dewelo-projektów może  – zarówno wobec nawisu zawartych po „starych cenach” kontraktów sprzedaży, jak i braku nowych chętnych na podpisywanie umów po cenkach zaktualizowanych do wzrostu kosztów – znaleźć się pod wodą.

Należy pamiętać, że już obecnie stopy zwrotu z wynajmu nie należą do oszałamiających – w przypadku kapitału własnego jest to średnio pewno gdzieś w okolicach 4-5% netto, w przypadku pożyczonego natomiast  oscyluje się często wokół 0; w takich realiach nawet niewielka zmiana otoczenia makro – skok cenek o parę % czy 2-3 sesje podwyżek stóp i nad naszą „wolnością finansową” zaczyna rysować się spory znak zapytania. Magia „przerzucania kosztów na konsumenta” – w obliczu ww. demograficznych zmian bilansu popyto-podażowego (jak i wobec ogólnej mizerii dynamiki dochodów do dyspozycji) – najprawdopodobniej może nie zadziałać.

Zaznaczmy – kierujemy znaczną część naszej uwagi na rentowności wynajmu, gdyż można śmiało przypuszczać, że ten czynnik ma obecnie znacznie większe (jeśli wręcz nie decydujące) znaczenie w por. z sytuacją z lat 2007-08, ponieważ udział kupujących na własne potrzeby jest teraz prawdopodobnie dużo, dużo mniejszy niż przed dekadą. Stąd generalny odwrót od zakupów – w sytuacji, gdzie decyzje podejmowane są bardziej w oparciu o (miejmy nadzieję – bardziej chłodne) kalkulacje ekonomiczne, aniżeli na bazie nacechowanych dużą dozą emocji decyzji o nabyciu kąta na swoje własne potrzeby – może nastąpić znacznie szybciej.

Teraz jeśli chodzi o nasze prognozy [5]: kluczem do określenia dalszych kierunków mogą być zachowania cen kwadratów; jeśli w 2018 nastąpi ich zauważalny wzrost przy utrzymaniu wysokich poziomów sprzedaży, będzie to z dużym prawdopodobieństwem oznaczać, że na zakupy ruszyła ostatnia fala – czyli ci lumpen-kamienicznicy, którzy są najbardziej zdesperowani załapać się (za podszeptami szamanów wolności finansowej nadających swoje zagrzewające do kupowania refreny za pośrednictwem leseferystycznych tub medialnych) na jazdę napędzaną wzrostem wyceny aktywów. W tym scenariuszu w roku 2018 padnie kolejny rekord (pod reżimem leseferystycznym) postawionych jednostek mieszkalnych, ale będzie to najprawdopodobniej rekord ostatni ever nad Wisłą.

Dalej, dzięki wzmożonej kreacji hajsowej pekab za 2018 pozytywnie zaskoczy analityków (5+%), natomiast od 2019 – wobec załamania się rentowności wynajmu –  kredytowa pompa zdecydowanie zwolni obroty, podczas gdy budżet gubmntowy nadal będzie wyłuskiwał i anihilował z obiegu zwiększone porcje pieniądzorów krążących jeszcze przez jakiś czas po tym, jak kredyciarze przestaną tłoczyć świeży hajs do obiegu. Nieuchronnym skutkiem tego będzie oklapnięcie ΔPKB. (Na to, że to właśnie ten scenariusz się ziści wskazywać może bardzo intensywne podgrzewanie tematu dynamiki cen przez „ekspertów” w mediach – ten rynek nigdy nie stronił od wydojenia jelonków pod każdym nadarzającym się pretekstem, nawet jeśli doskonale wiadomym jest to, że po pęknięciu nawet niewielkiej bańki kolejnych kilka lat będzie chudych; planowanie w środowisku grawitacji wartości wymiany rzadko kiedy przekracza kilka najbliższych kwartałów).

W przypadku, kiedy skok cen mimo wzrostu kosztów jednak nie nastąpi – można będzie liczyć jeszcze na 2-3 lata intensywnych przyrostów masy mieszkaniowej, co prędzej czy później przyniesie dalsze spadki rentowności wynajmu, tyle tylko, że będzie to proces rozciągnięty w czasie (będziemy oglądać ten sam kolapsowy film, tyle że w mocno zwolnionym tempie).

To wszystko rzecz jasna przy założeniu, że czy to w eurozonie, czy za Oceanem, nie wystąpią jakieś poważniejsze ekono-turbulencje (czego nie należy wykluczać), w którym to przypadku procesy degradacyjne uległyby niewątpliwie znacznej akceleracji.

Tak czy owak – my obstawiamy, że leseferystyczny rekord mieszkaniowy wszech-czasów nad Wisłą będzie mieć miejsce w latach 2017-2019 [6], a cała epoka (mająca początek gdzieś pod koniec lat 1990-tych) charakteryzująca się tym, że za motorek napędzający nadwiślański kapitalizm hajsami robili kredyciarze mieszkaniowi wraz z lumpen-rentierką kamienicznikową – dobiegnie tym razem swojego ostatecznego końca (chyba, że nastąpi jakiś cud demograficzny jakaś katastrofa demograficzna, tj. ludność zamieszkująca nadwiślańskie ostępy ulegnie cudownemu rozmnożeniu).

Z tymi kasandrycznymi wizjami można się rzecz jasna nie zgodzić – ktoś powie, że przecież na jednego Nadwiślańczyka przypada o ok. połowę mniej mkw (~26-28) niż na na Duńczyka (53), i także sporo mniej niż na Szweda czy Teutończyka (40). Ktoś inny powie, że przed nami leżą jeszcze wielkie połacie niezagospodarowanej przestrzeni kredytowej – zadłużenie sektora prywatnego nad Wisłą to coś w okolicach 80% pekabe, podczas gdy w zaawansowanych gospodarkach Zachodu będzie to na ogół wartość w okolicach 200+%.

Ok. – może faktycznie nadwiślańska gospodarka leseferystyczna podąży tymi szlakami, wobec czeka nas jeszcze może i nawet 10 lat kredytowo-mieszkaniowego boomu. Nam jednak jakoś wydaje się, że ten scenariusz musiałby zakładać wiarę w to, że także i zarobki/siła nabywcza nadwiślańskich proli będą podlegać dynamicznej konwergencji z wynagrodzeniami typu np. teutońskiego, tak jak to obiecywał Profesorbalcerowicz przed 27 laty.

My akurat należymy do wyznawców teorii, która zakłada, że dopóki trwać będzie obecnie panująca Kultura/Cywilizacja Zachodu (w szerokim rozumieniu – tak jak to ujął Oswald Spengler) – czyli nie nastąpią przetasowania o takiej skali, jak to miało miejsce podczas upadku Imperium Rzymskiego – obecne peryferia pozostaną peryferiami, a szczyt możliwości tych peryferiów wyznaczać będzie bariera powiedzmy 60-70% poziomu dobrobytu względem Centrum, który to wskaźnik – zwłaszcza wobec faktu, że od dłuższego czasu faktyczny dobrobyt krajów leseferystycznego jądra znajduje się w trendzie spadkowym (o czym w którymś z przyszłych odcinków) – Trzecia Neoliberalna ma szanse osiągnąć gdzieś na przestrzeni lat 2020-2025. Słowem: radujmy się póki czas (i komu praktyczny leseferyzm dał ku temu szansę), bo Złoty Wiek kapitalizmu nad Wisłą dzieje się najprawdopodobniej właśnie teraz.


1. To z naszej strony niestety taka trochę żonglerka-zgadywanka – Czytelnicy mają prawo wierzyć, że Nadwiślańczykom tak się poprawiło, że kupują kwadraty  na swoje potrzeby masowo za gotówkę. My dodamy tylko, że niemałą część obszaru „budownictwo indywidualne” (80k+ lokali) stanowią prawdopodobnie także obiekty stawiane na sprzedaż „chałupniczo” (stąd i w tym pod-sektorze może wystąpić zjawisko przeszacowania popytu na fali dość irracjonalnego entuzjazmu), ale domki z kolei raczej stosunkowo rzadko kupowane są do celów zaparkowania kapitału/pod wynajem.

2. Nie należy się dziwić, że w warunkach leseferyzmu tego typu pasożytnicze twory naganiaczowe kwitną i nawiązują symbiotyczne stosunki z organizacjami banksterkowych planistów prywatnych typu ZBP – lumpen-kamienicznicy są prawie idealnym  targetem dla sprzedawców produktów kredytowych, a łatwa dostępność tych produktów z kolei generuje szeroką bazę, na której mogą następnie żerować różnego rodzaju pośrednicy (trzecim organizmem żywiącym się w ramach tej symbiozy na kredyciarzach jest oczywiście deweloperia).   Mimo wszystko jednak szczególnie agresywny medialnie profil ww. firmy, która poprzez wyjątkowo nachalną eksploatację oczadzodzych leseferystycznymi paradygmatami aspirującym połykaczom opowieści o „dostatnim życiu z pasywnych dochodów”/”wolności ekonomicznej”  w dużej mierze przyczyniła się do wykreowania kasty lumpen-kamieniczników, którzy – sami  balansując wskutek naiwnego położenia wiary w to naganiactwo ledwo na (czy często pod) powierzchnią opłacalności – w następstwie zarażania się tym ekono-wirusem ‘żyj kosztem innych dzięki swojej zdolności kredytowej’ przyczynili się do napompowania cen kwadratów do poziomów absurdalnie (choć nie aż w takim stopniu jak na Zachodzie) wysokich względem kosztów odtworzeniowych – taki profil działalności budzi nawet wśród naszej załogi – zaprawionej w nurzaniu się w ekstremalnych socjal-darwinistycznych miazmatach – instynktowny absmak.

3. Prawdopodobnie jest jakiś problem z prezentacją za r. 2022 – dane wygladają jak powtórzone z 2021, co staraliśmy się skorygować poprzez ekstrapolacyjne sztukowanie.

4. Chcąc promować zachowania racjonalne termodynamicznie, należało już dawno wprowadzić podatek od ilości posiadanych mkw, najlepiej progresywny, zamiast np. podatku regresywnego znanego pod nazwą składki ZUS. 20 lat temu – zanim mini-ratki o 20-30 letniej perspektywie stały się normą – taki krok niewątpliwie pozwoliłby w jakimś stopniu (na pewno w lepszym niż wszelkie plany „odkładania” hajsów) uchronić przyszłych emerytów (wówczas jeszcze młodych kredyciarzy) przed nadchodzącymi dolegliwościami, które przyniesie środowisko kurczącej się dywidendy termodynamicznej. Teraz oczywiście jest już za późno – ratki z czasem może i idą w dół, ale będzie to coraz bardziej kompensowane przez rosnące rachunki.

5. Uwaga: niniejszego tekstu nie należy traktować jako porady inwestycyjnej czy dez-inwestycyjnej, a jedynie jako materiał ekono-rozrywkowy. Podejmowanie jakichkolwiek decyzji finansowych na jego podstawie grozi poniesieniem strat lub/i utraty całego posiadanego kapitału (i małżonka).

6. Notabene – w nadchodzącym kolapsie ilości nowo-budowanych mieszkań nie należy doszukiwać się niczego złego – w Trzeciej Neoliberalnej problemem jest i będzie w coraz większym stopniu dystrybucja powierzchni mieszkalnych (a także ich niska jakość/wysoka energochłonność) aniżeli jej całkowity wolumen. Stawianie byle-jakiej substancji mieszkaniowej po to głównie, aby misie-oszczędnisie miały jak ulokować swoje nadwyżki finansowe, jest absurdem z punktu widzenia racjonalnego gospodarowania zasobami. Pamiętać należy, że procesy stawiania konstrukcji, oprócz tego że wymagają bardzo poważnych nakładów energetycznych jak i kolosalnych nakładów siły roboczej (w narracji wolnorynkowej czyt.: dają pracę), wiążą się często z permanentną degradacją terenów, które mogłyby być wykorzystane na uprawy, generację energii typu OZE (w wersji optymistycznej) czy jako tereny biologicznie czynne/rekreacyjne.

Reklamy

15 komentarzy do “Złoty Wiek leseferystycznego prywatnego planowania centralnego nad Wisłą?

  1. Czytelnik

    Ciekawe jak zwykle. Ukraincy spadli jak z nieba nadwislanskim kamienicznikom – powinni podziekowac Putinowi 😉 Brakuje w tej analizie czegos o programie Mieszkanie+?
    Co do firmy naganiaczy, to ponoc pracownicy sa jej wspolwlascicielami, wiec za to chyba nalezy sie od pracownii duzy PLUS? Kilka slow ze slowniczka:
    Rentierstwo = wolnosc finansowa
    Rentier = wczesniejszy emeryt

    Polubienie

    Odpowiedz
    1. pracownia e-p Autor wpisu

      Tak – pominęliśmy M+, raz – żeby nie przeładowywać wątku, dwa – trudno nam zajmować stanowisko wobec czegoś, co jest jak na razie w fazie embrionalnej. Jako Plan, M+ należy niewątpliwie uznać za coś progresywnego i coś, co przy odpowiedniej egzekucji miałoby szanse zastąpić niemożliwą-do-podtrzymania w długoterminowej perspektywie generację hajsów przez kredyciarzy znacznie bardziej zrównoważoną generacją prowadzoną przez gubmintową instytucję finansową typu BGK, nie mówiąc już o podniesieniu dostępności kwadratów poprzez ich planowaną (zamiast chaotycznej) dystrybucję. Chodzą jednak pogłoski, że czynsze najmu w M+ mogą dość znacznie odbiegać (w górę oczywiście) od założeń Programu, jak i od zdrowo-rozsądkowych kalkulacji opartych na tabelach realnych nakładów (które cytowaliśmy swego czasu tam . No i – skala, skala … – liczba projektów – zwłaszcza tam, gdzie byłyby najbardziej potrzebne tj. w miastach woj. – jest jak na razie śladowa względem tego, co stawiane jest komercyjnie. Będziemy może coś pisać, ale dopiero kiedy będzie można oceniać po owocach i kiedy rezultaty przekroczą poziom błędu statystycznego.

      Co do wspomnianej (obrzuconej przez nas błotem klasowym) firmy – być może kierujemy się jakimiś irracjonalnymi uprzedzeniami, ale nam sposób działania tej organizacji nieco przypomina amłejowców; mamy ekono-ewangelizatora, którego otacza krąg wiernych akolitów rozprzestrzeniających dobrą nowinę, a także wspólnym mianownikiem jest filozofia bazująca na haśle „każdy, kto tylko odpowiednio bardzo chce, może stać się członkiem klasy próżniaczej”, to wszystko przyprawione grubą warstwą pozytywnego myślenia. Co do efektów podążania za głosem naszego Szamana przez wiernych – być może są one bardziej obiecujące od komposto-amłejowca, ale wobec braku stosownych badań musimy polegać na znanych nam przykładach z życia, gdzie te efekty potrafią wahać się od rentowności +5% do -3%.

      W całym tym kontekście użycie w stosunku do lumpen-rentierów określenia „wcześniejsi emeryci” trąci lekką nutkę sarkazmu, albowiem (generalizując) osoby z kręgów lumpen-rentierstwa będą zapewne jednymi z pierwszych, które cisnęłyby kamieniem w „regularnych” wcześniejszych emerytów typu górnikowego czy mundurowego (nie to, żebyśmy należeli do grona fanów obecnych dysproporcji wieku emerytalnego dla różnych grup zawodowych, natomiast pomysły równania w dół – do 65+ lat dla wszystkich – są – w naszej opinii – czymś znacznie gorszym).

      Polubienie

      Odpowiedz
      1. Czytelnik

        amlejowcy? Dobre! 🙂 Ale to chyba troche jednak zbyt ostro.

        W ich slowniku nie ma czegos takiego Jak rentierstwo, to mialem na mysli. Slowo chyba negatywnie im sie kojarzy, wiec zastapili je ‚wczesniejsza emerytura’ – brzmi przyjemniej i latwiej przyswajalnie dla otoczenia 🙂

        Z drugiej strony, to nie wrzucalbym wszystkich ich klientow do jednego koszyka. Jest tez zwykle zycie, praca, rodzina, chec zapewnienia bezpieczenstwa itd. jaki wg Pracownii, taki zwyczajny Kowalski, chcacy lepszego i bardziej sprawiedliwego podzialu bogactwa, nawet w miare uswiadomiony co do oczywistych glupot i bledow systemu, powinien prowadzic swoje zycie? Co robic z nadwyzkami? Skoro mieszkania zle, to moze gielda, a moze crowdfunding? 🙂

        Polubienie

        Odpowiedz
        1. pracownia e-p Autor wpisu

          Tak, wzajemne sprzeczności pomiędzy perspektywą kowalsko-mikro a abstrakto-makro to główna bariera, która uniemożliwia nam (i wszystkim innym uczciwym badaczom ekonopatologii) przepisywanie jakichkolwiek recept, które można by uznać za realne i pragmatyczne remedium na nadchodzące kolapsy 😀

          Polubienie

        2. jacek

          Rozwiązaniem może być przejście na ciemną stronę mocy. Świadomość realiów powinna tylko pomóc i zmotywować do maksymalizacji wysiłków w celu wykorzystania innych ludzi dla własnych celów, zniszczenia czego się tylko da, skonsumowania jak najwięcej, śmiecenia ile się tylko da, zanim wszystko się to zawali. Maksymalizacja własnego frirajderstwa powinna obejmować robienie innym wody z mózgu i utrzymywaniem ich w ignorancji. Jednym słowem jedz, pij i popuszczaj pasa, a losem planety nie przejmuj się wcale! Nie bądź jeleń, inni nic dla Ciebie nie zrobią, co sam nie nakradniesz, to tylko zgarną inni bezwzględni i bardziej chciwi.

          Jak czegoś nie da się naprawić, to lepiej się na tym tuczyć, dopóki się jeszcze da, niż biadolić.

          Polubienie

        3. pracownia e-p Autor wpisu

          Jak czegoś nie da się naprawić, to lepiej się na tym tuczyć, dopóki się jeszcze da, niż biadolić.

          Kto wie? Może tak i robimy w życiu poza-blogowym? A portal PE-P to tylko taka sztuczka socjotechniczna, żeby polepszyć naszą własną pozycję frirajderską? Strzeżcie się fałszywych ewangelizatorów 😈

          Polubienie

  2. Czytelnik

    Glupota byloby nie wykorzystywanie znajomosci realiow do wlasnych celow. Nie trzeba oczywiscie robic z siebie lajdaka, ale ja bez lewara chyba bym nie byl w stanie ulozyc sobie milo zycia. A tak, to przynaniej probuje 🙂
    Glownie chodzi o wolny czas, i robienie tego co sie chce, a nie co sie musi. Wtedy mam nadzieje, ze przyjdzie czas do zrobienia czegos nie tylko dla siebie czy swoich bliskich, ale tez dla innych.

    Polubienie

    Odpowiedz
    1. pracownia e-p Autor wpisu

      My w PE-P nie zajmujemy się, co do zasady, moralną oceną wyborów dokonywanych przez jednostkowe sapiensowe memo-typy próbujące odnaleźć się w środowisku praktycznego leseferyzmu. Niemniej jednak zalecamy daleko posuniętą wstrzemięźliwość w definiowaniu, a zwłaszcza w przywiązywaniu się do własnych celów, w myśl porzekadła be careful what u wish 4.

      Polubienie

      Odpowiedz
  3. bloglolka

    Wydaje mi się, że pracownia trochę nie docenia swoistej „kreatywności” leseferyzmu. Raczej nie grozi nam nadmiar mieszkań. Ot wystarczy obniżyć standardy przeciwpożarowe jeszcze trochę, tak aby wrócić do czasów, kiedy przypadkowe zaprószenie ognia powodowało spalenie się całej dzielnicy.

    Albo odświeżyć koncepcje ekoneliberalizmu i wyznaczyć w miastach zielone strefy – miejsca, w których powstaną parki służące podniesieniu dobrobytu mieszkańców. Chyba nie ma wątpliwości, w których miejscach zostaną wyznaczone te strefy, gdy z jednej strony będzie zasiadał posiadacz z uśmiechem zapraszający na spotkanie przy ośmiorniczkach i dobrym roczniku wina, a z drugiej strony będą wrogo pokrzykujący zza barykady frankowicze i szczęściarze, którzy dostali kwadrat w spadku po komunie.

    Polubienie

    Odpowiedz
    1. pracownia e-p Autor wpisu

      Tak – nigdy nie powinniśmy lekceważyć zdolności dostosowawczych Neoliberalnego Kolektywu Myślowego. Choć jedna z mocno drążonych ofensyw w omawianym temacie – memetyczno-techniczne pogryzanie wytrzymałości wielko-płytowego dorobku Gierka (Paaanie! Wkrótce puszczą kotwy i będzie się walić na potęgę) – okazała się, jak na razie, drogą donikąd; choć z czasem nie można wykluczyć (puszczając wodze spisko-chemitrailsowe), że np. pozbawiony (wobec stagnacji dochodów/zdolności kredytowych) możliwości dalszej ekspansji kartel spreparuje środek mocujący (do styropianu czy reklam wielkoformatowych) zawierający trudno-wykrywalne ostre kwasy, które spenetrują beton i rozpuszczą rzeczone wiązania. Wystarczy kilka spektakularnych kolapsów, żeby od razu otworzyć nowe perspektywy dla ekonomii zbitych okien.

      Polubienie

      Odpowiedz
      1. bloglolka

        Rzecz w tym, że nic nie będzie musiał preparować. Dotychczasowe „postępy” w obniżaniu standardów przeciwpożarowych, to przecież zwykły lobbing za płaceniem mniejszych podatków oraz możliwością budowy czy remontów „tańszych” domów.

        Także i te zielone strefy tak mi się wydaje, że były w jakiś sposób próbowane już w Hiszpanii (chociaż mogę się mylić, bo nie umiem odnaleźć stosownego linka). Ale to też w końcu wydaje się osiągalne zwykłym lobbingiem. „Ot takie bloki i tanie kamienice psują wizerunek miasta, ich wyburzenie lekko licząc przyniesie zyliardowe wpływy do budżetu ze wzrostu turystki. Więc globalnie będziemy do przodu. A poza tym będzie to lepsze miejsce do lokowania się atrakcyjnych pracodowców. Zbudujemy drugą dolinę krzemową – gospodarkę pięć zero.”

        Polubienie

        Odpowiedz
        1. Czytelnik

          Gdyby nie ten straszny lobbing… widze, ze przez ostatnie 10 lat wiele sie nie zmienilo i to slowo w PL nadal tak zle sie kojarzy. Tylko dlaczego? Przeciez ten ‘zwykly’ lobbing to nic innego jak dialog spoleczny, na zachodzie to normalny element procesu stanowienia prawa. W Polsce wydaje mi sie, ze wlasnie tego brakuje, od politykow nie mozna oczekiwac zeby znali sie na wszystkim – w zdecydowanej wiekszosci spraw o ktorych decyduja/maja decydowac na poczatku procesu, maja bardzo znikoma wiedze – warto wiec przed podjeciem decyzji wysluchac stron ktore maja na dany temat nie tylko wiedze, ale takze cos do powiedzenia. W PL to slowo kojarzone jest z korupcja/kolesiostwem/oszustwem – czas to chyba w koncu zmienic?

          Polubienie

        2. bloglolka

          Szanowny Czytelniku, nie napisałem „straszny lobbing”, lecz „zwykły lobbing”, więc strzelasz sobie gdzieś obok. A tak na marginesie, to nawet doceniam pewne postępy we włączaniu rzesz coraz bardziej zwykłych ludzi w dialog społeczny. Analiza historii tego zjawiska pozawala np. zauważać, że kiedyś w niektórych miejscach był on zarezerwowany np. wyłącznie dla posiadaczy.

          Polubienie

        3. pracownia e-p Autor wpisu

          „Lobbing bezrobotnych”, albo „potężne lobby bezdomnych” – brzmi to nieźle. Bierzcie sprawy w swoje leniwe lewe rączki zamiast marudzić po kątach.

          Polubione przez 1 osoba

        4. Czytelnik

          Bloglolka, napisales ‘zwykly’ lobbing, to ja nazwalem go ‘strasznym’, ale to tylko przez te jak to napisales ‘postepy’ w obnizaniu standardow przeciwpozarowych – kiepska sprawa – choc nie znam tematu 🤦🏻‍♂️

          Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.