Czy Kaczynski odkrył pra-przyczynę plagi stanowisk typu superflouos?

[…]it may be that machines will take over most of the work that is of real, practical importance, but that human beings will be kept busy by being given relatively unimportant work. It has been suggested, for example, that a great development of the service industries might provide work for human beings. Thus people would spend their time shining each other’s shoes, driving each other around in taxicabs, making handicrafts for one another, waiting on each other’s tables, etc. This seems to us a thoroughly contemptible way for the human race to end up, and we doubt that many people would find fulfilling lives in such pointless busy-work. They would seek other, dangerous outlets (drugs, crime, “cults,” hate groups) unless they were biologically or psychologically engineered to adapt them to such a way of life.

It would be better to dump the whole stinking system and take the consequences. [tłum. –> [1]]

(Industrial Society and Its Future)

Choć cytat wstępniakowy powinien rozwiać wątpliwości – zaznaczmy od razu dla jasności, że w tytule nie chodzi o tego Kaczyńskiego, który odkrył, jak z powodzeniem napompować swoje ego, wykonując klasyczną robotę typu superflouos w roli top-dogowego nadwiślańskiego politykabukowca; zgłębianie sekretów takiego sukcesu zdecydowanie wykracza poza ramy naszego portalu. Koincydencję nazwisk wykorzystaliśmy po prostu jako prymitywną kliko-przynętę, a autorem ww. słów jest nie kto inny jak Ted Kaczynski a.k.a. Unabomber.

I choć zapewne obydwaj panowie K. byliby zgodni przynajmniej w jednej kwestii – tj. określenia załogi PE-P generycznym mianem lewaków – to ich publicznie emitowane memetyki leżą na całkiem innych poziomach. Można śmiało zaryzykować tezę, że cytowany dziś na wstępie niesławny imiennik, mimo że jego obecny stan bytowania jest daleki od współcześnie pojmowanego sukcesu, jest i pozostanie figurą-emitentem znacznie potężniejszej i, być może, znacznie bardziej racjonalnej memetyki, niż nasz – mający obecnie swoje „15 minut”, ale w gruncie rzeczy nie mający wiele do powiedzenia, jeśli chodzi o istotne sprawy,  nadwiślański konserwator maszynki prolo- i środowisko-wyciskającej zwanej kapitalizmem.

Fakt, że dr T. Kaczynski był niewątpliwie anty-kolektywistą, a lewactwo uważał za rodzaj (daremnej) ucieczki od problemów egowo-egzystencjalnych ery cywilizacji industrialnej (o których za chwilę), nie przekreśla jednak jeszcze tego, że przyjęta przez niego i wyłożona w cyt. Manifeście filozofia może zawierać wartościowe elementy wglądu w naturę socjo- czy ekono-rzeczy.

Można powiedzieć, że konceptualnie fundamentem narracji Manifestu  jest identyfikacja trzech kategorii motywacji/popędów, które są motorem aktywności ludzkkiej i których jakiś miks przesądza o kondycji mentalnej jednostek od czasów, kiedy ten biolo-wytwór homo-coś-tam-coś-tam przyjął formę zbliżoną do finalnej (czy przynajmniej współczesnej), czyli – od wielu dziesiątek czy może nawet setek tysięcy lat:

  1. Popędy, które mogą być zaspokojone przy minimalnym wysiłku

  2. Popędy, które mogą być zaspokojone jedynie dzięki bardzo poważnym nakładom wysiłku (tj. testującym często granice możliwości jednostki  –  głównie fizycznych, ale też psychicznych) [2]

  3. Popędy, które nie mogą być w należyty sposób zaspokojone, niezależnie od tego, ile wysiłku zostanie włożone w próby ich realizacji. (§59)

Ścieżkę od popędu do jego realizacji/nie-realizacji Kaczynski określa jako power process – który na potrzeby dalszego toku przetłumaczymy jako „proces władzy” (choć ducha lepiej oddawałoby coś jak ‘proces sprawowania kontroli nad własną sytuacją życiową’).

Zdaniem Kaczynskiego, naturalnym stanem dla sapiensa jest taki, w którym jego/jej zachowania determinowane są w przeważającej mierze przez popędy z grupy 2, bowiem taka właśnie sytuacja dominowała przez większość okresu, w którym kształtowały się korowe biolo-obwody tego gatunku. Tzn. przez 95 czy nawet może 99,9% czasu sapiensy czy pre-sapiensy funkcjonowały jako łowcy-zbieracze w środowisku, w którym zaspokojenie realnych potrzeb – takich jak zdobycie pożywienia czy zapewnienie sobie bezpieczeństwa wobec np. ataków drapieżników – co do zasady wymagało poświęcenia tym celom istotnego, często ocierającego się o ekstrema, wysiłku oraz pełnego zaangażowania.

Ten paradygmat zaczął ulegać stopniowej erozji w momencie pojawienia się kultur hodowli i rolnictwa  począwszy od ~10k lat temu, jednak faza prawdziwego kolapsu zaczęła się wraz z industrializacją i zaawansowanym podziałem pracy ery kapitalizmu cirka 200 lat temu. Skutkiem tego tąpnięcia było dość gwałtowne przebiegunowanie, w którym dominację zdobyły popędy zaliczane do grup 1 i 3, podczas gdy te, które można by zaliczyć do kat. 2, w krótkim czasie praktycznie przestały odgrywać jakąkolwiek znaczącą rolę, zwłaszcza jeśli mówimy o popędach realnych, a nie surogatywnych (o czym za chwilę).

Skutkiem tego były rosnące poziomy frustracji, co postępuje nadal uparcie wbrew oficjalnym wersjom, wg. których „ludzkość nigdy nie miała tak dobrze”. Tzn. mimo tego, że w ujęciu relatywnym faktycznie udało się (zapewne tymczasowo) zminimalizować klęski głodu czy poprawić wskaźniki przeżywalności, globalne poziomy satysfakcji z życia pozostają w najlepszym przypadku w stanie obojętności wobec tego „postępu”. Co więcej, populacje krajów kapitalistycznego Centrum, dopchnięte propagandowym, pekabowo-postępowym kolanem technokratów najdalej na tę techno-ścieżkę, zaczynaja budzić się w rzeczywistości, w której – jak się okazuje – System nie zamierza wcale spełnić nawet tych możliwych do zrealizowania przy pomocy nowych technologii obietnic, jak skrócenie czaso-wymiaru pracy czy poprawa standardów materialnych; a niespełnione obietnice to jedno z bardziej efektywnych paliw podsycających frustracje.

Wracając do Manifestu – degeneracyjny proces, który towarzyszy cywilizacji industrialnej, polegać ma w skrócie na tym, że – z jednej strony – zaspokajanie bazowych potrzeb, jak jadło-gadżety czy bezpieczeństwo, nie wymaga już od jednostki żadnego istotnego zaangażowania (w sensie jak ww. [2]). Aby zaspokoić głód, większość populacji musi obecnie wykazać się jedynie posłuszeństwem (i jakimś minimum inteligencji) w stopniu wystarczającym, aby uczestniczyć w procesach praco-najemno niewolnictwa. Zapewnianiem bezpieczeństwa zajmują się z kolei agencje gubmintowe – generalnie bez potrzeby żadnego zaangażowania ze strony jednostki (pomijając już to, w jakim stopniu te agencje faktycznie wywiązują się z tego typu zadań). Algorytmy charakterystyczne dla małych grup (takich, które tworzyli łowcy-zbieracze) nie mają już żadnego zastosowania.

Wobec tej pustki – którą wywołała migracja popędów z kat. 2 do kat. 1 – obwody korowe sapiensów zaczynają generować różne ambitne i chaotyczne cele, które jednak – w zderzeniu z realiami – będą co do zasady należeć do kategorii 3. I tak będziemy mieć pogoń za bogactwem, władzą czy konsumpcją typu ostentacyjnego, które to żądze jednak – z reguły – nie dają się zaspokoić w praktyce; np. do rzadkości należeć będą ludzie, którzy swój stan konta (czy stan posiadania) byliby skłonni uznać za w pełni satysfakcjonujący.

Dalej, jeśli chodzi o kat. 2 – jak zauważa Kaczynski – dość powszechnym staje się zjawisko suplementacji tego rodzaju popędów, w której główną rolę odgrywają przeróżnego rodzaju aktywności typu superflouos, czyli takie, które zorientowane są na realizacje celów w istocie nie mających żadnego znaczenia z punktu widzenia obiektywnego dobrostanu jednostki. Przykładami tego typu aktywności będzie pakowanie na siłce czy zbieranie znaczków, ale także poświęcenie się karierze naukowej, pseudo-artystycznej czy chociażby – w przypadku gdy komuś naprawdę brakuje pomysłów na życie – prowadzenie blogów ekono-chemitrailsowych (co racja, to racja).

Ale aktywności surogatywne – co istotne dla tytułowego zagadnienia pracy superfluous – mogą i często będą przybierać formę uczestnictwa w zaawansowanym praco-najemno niewolnictwie, które to zjawisko przybiera postać kolokwialnie określaną mianem kariery zawodowej. Tzn. część sapiensów, którym partycypacja w wyzyskobraniu zabezpieczyła w sposób satysfakcjonujący popędy z kat. 1, będzie próbować dokonać pozytywnej transformacji tej ścieżki w wehikuł, który mógłby spełniać rolę osobistego prime-movera – popędu (czy raczej jego surogatu) z kategorii nr 2. Czyli – wspinanie się po szczeblach awansu w hierarchii reżimu praco-najemno niewolniczego dla części zdezorientowanej nie-naturalnym dla „starych” obwodów korowych środowiskiem cywilizacji industrialnej sapiensów stanie się substytuto-fantomem prestiżu, który swego prapra-czasu niewątpliwie był udziałem najbardziej skutecznych łowco-zbieraczy. Witamy w świecie stanowisk superflouos!

Niewątpliwie nadużyciem byłoby wykorzystanie Manifestu Kaczynskiego do wąskiego celu li-tylko baszingowania reżimu praco-najemno niewolnictwa (a.k.a. kapitalizm); sam jego autor wyraźnie daje do zrozumienia, że – w jego opinii – klu zidentyfikowanych przez niego procesów degradacji leży na poziomie wyższym aniżeli roztrząsanie wad i zalet systemów kolektywistycznych vs. tych opartych na własności prywatnej, a kwestie około-ekonomiczne stanowią margines; Kaczynski za sedno problemów uważa terror wywierany na jednostkę przez jakiekolwiek duże grupy/organizacje – nie ważne czy kolektywistyczne czy prywatne.

Perspektywa wskazująca na opresywność dużych grup (gubmint, demokracja przedstawicielska) względem jednostki, spore nasycenie tekstu słowo-kluczami wolność/autonomia, plus baszingowanie lewactwa (czyt. §213-230) mogłaby z pozoru wskazywać na bliski związek Manifestu z tradycjami mizesologicznymi czy ekono-kucariańskimi; podobieństwa są jednak raczej tylko powierzchowne.

Manifest prezentuje istotne memetyczne dyskomforty także (czy może nawet szczególnie) dla  miłośników wolności spod znaku Misesa, wśród których panuje kult technologiczego dysrupcjonizmu reprezentowanego przez takich prywatno-przedsiębiorczych czempiono-mesjaszy – innowatorów dżono-galtowych jak El-Musk czy P. Thiel (nie można wykluczyć, że gdyby Unabomber nadal był aktywny, to właśnie wysłanie paczek do adresatów z tych kręgów uznałby za swojego graala).

W opozycji do tego Kaczynski identyfikuje właśnie postęp technologiczny jako główną przyczynę współczesnych frustracji sapiensowych i w zasadzie konkluzje jego Manifestu – tj. postulaty radykalnego powrotu do Natury – można by, posługując się nomenklaturą ekono-kucariańską, uznać za ekspresję skrajnego eko-terroryzmu. Inaczej – pro-Naturowa memetyka Kaczynskiego w tym fundamentalnym dla całego wywodu zakresie w sposób oczywisty stanowi dokładne zaprzeczenie mizesologicznej mitologii, w której herosi przedsiębiorczości w pocie innowacyjnego czoła wymyślają coraz to lepsze metody podporządkowania środowiska na potrzeby swobodnej wymiany w ramach przyjętych jako baza tego mempleksu naturalnych praw (wartości wymiany i własności prywatnej) i zgodnie z filozofią nad-ekstrapolacji teorii ewolucji do postaci zaawansowanego socjal- czy global-darwinizmu (im szybciej to co słabsze wyginie, tym lepiej dla postępu [3]).

Poza tym mizesolog w ogóle nie uznaje istnienia czegoś takiego, jak stanowiska pracy superflouos – każdy kontrakt o pracę najemną, jako zawarty za wolną wolą stron, służy z definicji korzystnym procesom wymiany, podczas gdy Kaczynski ewidentnie identyfikuje te zajęcia jako problem – ale o tym więcej za chwilę. Jest zatem jasne, że fenomen Manifestu jest czymś całkiem innym, i raczej czymś głębszym, niż zwyczajowe, instrumentalne w swojej naturze banery auto-zadeklarownych miłośników wolności.

Tu warto doprecyzować stosunek Unabombera do Technologii – tekst Manifestu nie przeczy temu, że pewna część zmaterializowanych rezultatów R&D (jak szczepionki czy nowoczesne metody upraw) przynosić może wymierne korzyści sapiensom; problem zdaniem Autora leży w tym, że tych wartościowych technologii nie da się oddzielić od całego towarzyszącego im nieuchronnie matriksa wzajemnych powiązań różnych dziedzin badawczych. W miarę jak komplikacja i siatka współzależności różnych dziedzin nauki postępują, coraz trudniejsze będzie takie nawigowanie w tym techno-oceanie, które pozwoliłoby uniknąć rozwiązań-pułapek czy zminimalizować rozlewające się coraz szerzej skutki uboczne. Słowem – w tych procesach nie da się oddzielić ziarna od plew; za każdym dobroczynnym wytworem cywilizacji industrialnej stoi szereg technik, które mogą posłużyć (i najprawdopodobniej wcześniej czy później posłużą) procesom degradacyjnym (czyt. § 121-124).

Natura postępu technologicznego z kolei będzie indukować dynamikę, w której relacje społeczne i zachowania jednostek funkcjonujących w ramach dużych grup (czy w ogóle całej zglobalizowanej „wioski” sapiensowej) będą praktycznie zmuszone ewolucyjnie dostosowywać się do „najlepszych” czy „wiodących” technologii, w trakcie którego to procesu nastąpić jednakowoż musi – z przyczyn wymienionych powyżej – sprzedaż wiązana; tj. technologia będzie przyjęta z całym dobrodziejstwem jak i nie-dobrodziejstwem inwentarza (przykład: smartfony – niewątpliwie przydatne narzędzie interakcyjne, które jednocześnie jednak eksponuje użytkownika na utratę prywatności, jak i stanowi zagrożenie dla naturalnych więzi w ramach małych grup; czy choćby graale typu lek na raka – nie można wykluczyć, że jego wynalezienie pozwoliłoby lobbystom przemysłu wymusić poluzowanie norm zanieczyszczeń „bo z ich skutków można już leczyć”; albo inny świeży przykład do czego w praktyce prowadzi mająca służyć oszczędnościom energii technologia LED). 

Dodatkowo – jak wskazuje praktyka, postęp technologiczny należy przyjąć co do zasady jako coś nieodwracalnego (np. w praktyce niemożliwy byłby obecnie taki zwrot cywilizacyjny, w którym łańcuchy dostaw przejęłyby zaprzęgi konne; byłoby to równoznaczne z upadkiem cywilizacji, jaką znamy). Stąd też postępujące przemiany stosunków społecznych czy organizacji produkcji, które niejako automatycznie podążają ewolucyjną ścieżką wyznaczaną przez Technologię, w standardowych (nie-rewolucyjnych) warunkach będą trudne do odwrócenia (jakie jest np. prawdopodobieństwo spontanicznej zmiany wektora trendów koncentracji kapitału, wyparcia produkcji masowej przez rodzinne manufaktury na jakąkolwiek istotną skalę, czy odejścia od mierzenia dobrostanu populacji wielkością agregatów hajsów wygenerowanych/zgromadzonych na jednostkę czasu?).

Kluczowym słowem jest właśnie „ewolucyjnie”, ponieważ – jak zauważa Kaczynski – do tego, aby degeneracja „procesów władzy” jednostki postępowała, wcale nie potrzebna jest jakaś interwencja typu spiskowo-demiurgowego; te procesy – raz wprawione w ruch (w erze rewolucji przemysłowej czy ewentualnie później – podczas narodzin konsumeryzmu) zaczynają żyć własnym życiem. Skutkiem tego następuje spontaniczne narodzenie się pewnego Systemu, który z czasem zaczyna przypominać autonomiczny organizm, którego jedynym celem jest auto-ekspansja. My w poprzednich wpisach wskazywaliśmy na możliwość, że kapitalizm jest właśnie tego rodzaju nie-dającym-się-kontrolować systemo-autono-bytem; zdaniem Kaczynskiego takim Systemo-organizmem jest Technologia, której makro-fenotypem jest Cywilizacja Industrialna.

Według podobnej ścieżki postępuje masowe ograniczanie wolności (żeby nie zaświechtać tego terminu) autonomii jednostek – jest to skutkiem „rozpychania się” auto-ekspansywnego Systemu napędzanego postępem technologicznym. Inaczej: Kaczynski podkreśla, że erozja autonomii jednostki nie jest procesem zaplanowanym przez jakichś reptalianów (czy w wersji mizesolo – stalinistycznych kolektywistów); pętla  zaciska się sama, a skuteczność tego procesu polega na tym, że mało kogo obchodzą dalekosiężne skutki makro (podobnie jak ma to miejsce w przypadku, kiedy algorytm Mt2 > Mt1 staje się dominującym, co na wyjściu skutkuje auto-ekspandującym się kapitalizmem); wszyscy są raczej skupieni na doraźnych celach fragmentarycznych – jak „zwalczanie terroryzmu”, „wojna z narkotykami”,  czy „walka z depresją” (czy przez analogię – w przypadku kapitalizmu – kampania na rzecz napompowania pekabu czy tworzenia miejsc pracy).

Weźmy ten ostatni przykład: każdy psycholog/terapeuta z osobna, mając do czynienia z pacjentem w sposób oczywisty cierpiącym na depresję, będzie czuć się moralnie zobowiązany przyjść z każdą możliwą pomocą, którą – według dostępnych badań – zapewnia w danym momencie techno-chemiczny środek typu P****c. Nasz psycho-doktorek co do zasady nie będzie uczestnikiem jakiegoś sabatu mającego na celu podstępnie sfokkować czy znieczulić populację za pomocą dostarczanych przez jaszczuro-ludzi otępiających chemi-pastylek; chce po prostu pomóc pacjentowi. Z drugiej strony nie będzie leżało w jego kompetencjach, czy możliwościach (ani w jego prywatnym interesie) zdiagnozowanie tego, jaki wpływ na funkcjonowanie kory pacjenta wywierają efekty zaindukowane przez otoczenie makro (współczesne formy praco-najemno niewolnictwa, korpo-tagety, czy zwarcie koro-obwodów wobec przebiegunowania „procesów władzy”) (§152).

Podobnie – współczesny reżim system edukacji zorientowany na wyrzeźbienie psychiki dziatwy stosownie do wymagań Systemu: na poziomie mikro (podstawowa komórka – rodzina) czymś w pełni racjonalnym będzie jawić się zadbanie o taką staranną edukację własnego potomstwa, która zapewni im w przyszłości szerokie opcje uczestnictwa w rynku wyzysko-dawania poprzez zaindukowanie m.in. paradygmatów spolegliwości, które –  poprzez uzyskany wysoki poziom konformizmu – faktycznie mogą uczynić sytuację życiową łatwiejszą do zniesienia (ponownie §152). Niestety, suma takich mikro-strategii będzie nieuchronnie kierować kolejne generacje proli w ślepe uliczki nie-przynoszących-satysfakcji popędów typu 1 lub/i 3, co jednocześnie konserwować będzie reżim praco-najemno niewolnictwa/zinstytucjonalizowanego frirajderstwa.

Czyli – proces, w którym zamiast zaadresować problemy makro leżące u podstaw degradacji psychiki sapiensowej, będziemy mieć samo-napędzający się na niezliczonych poziomach mikro proces leczenia objawowego, którego synergetycznym skutkiem będą postępujące fazy dalszego, nieodwracalnego uzależnienia od wytworów technologii. Tej dynamiki nie da się powstrzymać, albowiem zawsze znajdzie się taka perspektywa lokalna, w której nowa technologia wydawać się będzie nieść niezbędną pomoc (§153).

W związku z tym Kaczynski nie widzi innego praktycznego sposobu zastopowania tej degeneracyjnej spirali aniżeli abolicja rządów technokratów, czy generalnie – zbanowanie wszelkich dalszych prac naukowo-badawczych (ze szczególnym uwzględnieniem genetyki), ale także towarzysząca temu destrukcja wszelkich istniejących fenotypów Technologii, w tym zakładów wytwarzania, infrastruktury, jak również nośników, na których przechowywana jest współczesna wiedza technologiczna (§166), za wyjątkiem tej jej części, która stanowi small-scale tachnology (technologię mało-skalową), tj. taką, której funkcjonowanie nie jest zależne od istnienia rozbudowanego aparatu organizacyjnego [4] (czyt. §207-210).

Podczas gdy technofile nie mogą się doczekać, kiedy wszyscy ruszymy na beztrzymankową przejażdżkę w nieznane (w kierunku osobliwości technologicznej), a większość – zajęta mocno aktywnościami substytutywnymi – milczy, Kaczynski rozrysowuje strategię zaciągnięcia hamulca bezpieczeństwa (§180-206 – ale to już oddzielny temat; nadmieńmy tylko, że Kaczynski jawi się jako zwolennik akceleracjonizmu kolapsowego – w myśl zasady ‘im gorzej tym lepiej dla rewolucji’).

Zaznaczmy dla jasności – to jest/było stanowisko Unabombera, natomiast nasz radykalizm nie sięga (jak na razie) tak daleko. Niemniej trudno zaprzeczyć, że cały wywód Manifestu cechuje logiczna spójność. Pewne zastrzeżenia może budzić to, że jego Autor wydaje się przypisywać dysproporcjonalnie dużą rolę technologii, jeśli chodzi o kształtowanie się przyszłych dystopijnych scenariuszy dla Cywilizacji. Tj. naszym zdaniem w wyścigu ‘nowe technologie vs. (czy może plus) degradacja zasobów planetarnych’ to raczej właśnie ten drugi czynnik będzie determinować „strategię” jaką obierze System, podczas gdy ten pierwszy będzie pełnić drugoplanową rolę dostosowawczą (czy dyscyplinującą) będącą li-tylko odzwierciedleniem presji środowiskowych charakterystycznych dla nowej (tj. nowej od ~100-200 lat) rzeczywistości poważnych i permanentnych niedoborów kluczowych zasobów.

*

Ale – po tym skrótowym przybliżeniu o-co-kaman w Manifeście – czas na próbę sformułowania konkluzji, jakie przełożenie może mieć ta perspektywa na współczesny system praco-najemno niewolnictwa, zwłaszcza w kontekście stanowisk typu superflouos (tj. zbędnych z punktu widzenia dostarczania realnych dóbr i usług). Pozornie – jeśli naszym punktem odniesienia jest społecznie niezbędny czas pracy – krytyka technologii per se będzie całkowicie nie na miejscu; przecież chyba bez umaszynowienia, nowoczesnych technik upraw i automatyzacji procesów wizja radykalnej redukcji czaso-wymiaru pracy najemnej pozbawiona byłaby materialnych podstaw?

To prawda; ale jednocześnie należy pamiętać, że te 70-90% nikomu-niepotrzebnych stanowisk superflouos, które angażują bezproduktywnie sapiensów złapanych w pułapkę „procesów władzy” typu 1 i 3, funkcjonuje również jako skutek technologii, bowiem technikom użytecznym nieodmiennie towarzyszą te, które można zadedykować obsłudze biegu jałowego, i które w swojej istocie pozwalają na ekspansję sfery popędów substytutywnych. Głównie chodzić tu będzie o kreację ex-nihilo nowych potrzeb celem podsycania filozofii konsumeryzmu, ale te procesy obejmować będą całą nieustannie pęczniejącą czapo-nadbudowę, która wyrasta na bazie aparatu produkcji, jak marketing, usługi dla biznesu, finanse etc. Tak wygenerowana w samoistnych procesach ewolucyjnych sfera superflouos posiada jednocześnie funkcję wypełniacza luki pozostawionej przez atrofię procesów typu 2 – zarówno po stronie podażowej gospodarki (stanowiska superfluous) jak i po stronie spożycia (konsumpcja superfluous).

Ujmując to z drugiej strony: w środowisku „braku technologii” zjawisko pracy superflouos nie ma szans zaistnieć w jakiejkolwiek istotnej skali. Ba! Praktycznie aż do czasów rewolucji przemysłowej (czy dokładniej – do nadejścia ery maszyn napędzanych paliwami kopalnymi) stanowiska nadmiarowe były nieistotnym marginesem, który występował głównie w postaci pod-kasty służby domowej, czy jednostek angażowanych na potrzeby rozrywki przez przedstawicieli ówczesnej klasy próżniaczej (zwanej arystokracją). Ergo: nie można wykluczyć, że postęp technologiczny jest główną przyczyną plagi stanowisk superflouos; być może nie jedyną, ale być może też kluczową. A już na pewno jest warunkiem sine qua non masowego zaistnienia tego godnego ubolewania fenomenu.

W ujęciu makro-ekonomicznym przekłada się to współcześnie na trend, w którym każda poprawa efektywności procesów produkcyjnych jest niezwłocznie neutralizowana przyrostem sektorów biegu jałowego, czego przykładową empiryczną ekspresją jest ~40-letni brak zauważalnego postępu na polu redukcji wymiaru czasu pracy przy jednoczesnej stagnacji prolo-dochodów.

Zauważmy – przyjmując perspektywę Manifestu: czas wolny od pracy najemnej może, ale nie musi, zostać roztrwoniony na aktywności substytutywne (np. ostentacyjna konsumpcja, rozrywka oferowana przez TV), podczas gdy czas spędzony na obsługiwaniu stanowiska typu superflouos będzie z definicji zawsze oznaczać podążanie za celami zastępczymi (i to – w pewnym sensie – celami zastępczymi osób trzecich, tj. np. realizacji chęci gromadzenia finansowych IOU przez praco-rozdawacza), a dodatkowo jeszcze wykonywaniu takiej pracy z reguły towarzyszyć będzie wzmożona degradacja Natury (np. zużycie energii z paliw kopalnych na dojazdy, zasilanie stanowiska pracy etc.). Nie trzeba dodawać, że jeśli w ogóle występuje jakaś korelacja pomiędzy zaawansowaniem technologicznym a statystycznymi odczytami „satysfakcji z życia”, to najprawdopodobniej będzie ona odwrotna.

Czyli – choć z pozoru może się wydawać, że technologia służyć powinna oszczędnościom czasu, faktycznie mamy do czynienia z czymś dokładnie odwrotnym – jakiś mechanizm sprawia, że dominującą funkcją technologii stało się zagospodarowanie czasu sapiensów (czy inaczej – pozbawianie ich czasu wolnego).

Taki rozwój sytuacji nie będzie niczym dziwnym w świetle powyższej narracji – jedynym celem Systemu Technologii jest auto-ekspansja; nie żadnych powodów, dla których System miałby przejmować się takimi rzeczami, jak wymiar czasu pracy sapiensów.

Takiemu obrotowi rzeczy – w którym to technologia, zamiast pełnić rolę służebną, stopniowo staje się siłą dominującą, a w końcu determinującą styl życia – sprzyjać może fakt, że korowe obwody sapiensów ukształtowały się 50-500 k temu i przez to w środowisku wygenerowanym przez Technologię w trybie nagłym (w stosunku do tempa biolo-ewolucji) nie będą w stanie reagować w sposób adekwatny na wyzwania, z jakimi konfrontuje ich to nowe otoczenie. Być może wyzwania te są niekompatybilne z aparatem korowym w takim stopniu, że można mówić o hurtowo-gatunkowej utracie zdolności do podejmowania racjonalnych (tj. satysfakcjonujących) wyborów.

Dodatkowo jest wysoce prawdopodobnym, że wskutek towarzyszącej temu wszystkiemu zasadniczej zmianie sposobu organizacji społecznej (rozbudowane hierarchiczne organizacje/państwa w miejsce małych grup) cechy osobowościowe typu psychopatycznego, dotychczas regularnie tępione w autarkicznych, liczących max. kilkaset osobników zespołach łowiecko-zbieraczych, nagle (przyjmując skalę czasową ewolucji gatunku) stały się atutem pozwalającym nosicielom poprzednio rozpoznawanego jako degeneracyjny wzorca korowego wypłynąć na górę (w kapitalizmie w postaci śmietanki Globalnych Posiadaczy zwanych kolokwialnie kreatorami bogactwa).

„Procesy władzy” typu 3 uosabiane powszechnie przez żądzę gromadzenia roszczeń (finansowych IOU) czy masowej kontroli nad życiem współplemieńców (rynek pracorozdawnictwa) niewątpliwie odgrywały marginalną rolę w pre-historii sapiensów. Dopiero zaawansowany podział pracy i napędzane dywidendą termodynamiczną możliwości akumulacji dóbr/roszczeń otworzyły pełne perspektywy dla eksploatacji tego typu ścieżek behawioralnych. Konsekwencją tego jest współczesny podział, w którym ta większość sapiensów pozbawiona elementu psychopatycznego zadowalać się musi (choć zgodnie z ww. zasadami nie może) głównie ścieżką nr 1 „procesów władzy”, uzupełniając to okazjonalnie oddawaniem się czynnościom substytutywnym typu hobby czy kariera naukowa/zawodowa, natomiast popędy urosłej do roli liderów nad-kasty (złożonej prawdopodobnie głownie z psychopatów) poszukują ujścia głównie w ścieżkach z kat. nr 3 [5].

Idąc dalej, pod-kasta „normalsów” (standardowych aktywnych proli), której zbyt łatwa realizacja podstawowych popędów (takich jak jadło czy odzienie) nigdy nie będzie w stanie dostarczyć należytej satysfakcji charakterystycznej dla motywacji z kat. 2, będzie czuć wewnętrzny przymus do poszukiwania „czegoś więcej”. Tym czymś będą na ogół cele substytucyjne typu własny domek na przedmieściach, nazbieranie na emeryturę pod-palmową czy znalezienie sobie jakiejś aktywności zastępczej (często auto-usprawiedliwianej jako „odreagowanie” uczestnictwa w dyskomfortach Systemu) typu sport (bicie rekordów życiowych), zwiedzanie Świata, udawanie bycia zaj38istym fotografem/blogerem, uzyskanie poczucia wolności przez nabycie motocykla na mini-ratki etc.

Co ważne, większość najbardziej popularnych popędów substytutywnych (czyli tych obracających się wokół konsumeryzmu) wymaga zaangażowania hajsów, które standardowy normals zdobywa, intensyfikując uczestnictwo w niewolnictwie praco-najemnym lub/i zaciągając kredyt. Inną rozpowszechnioną formą realizowania się poprzez aktywności substytutywne może być wspinanie się po szczeblach tzw. kariery zawodowej. Zauważmy, że w obydwu tych przypadkach te typowe (i chyba przeważające) aktywności zastępcze będą jednocześnie motywować generację prolo-godzin, co zabezpiecza jeden z podstawowych warunków do zaistnienia mega-obszaru gospodarki superflouos.

Nie trzeba dodawać, że osiągnięcie typowych, zarysowanych wyżej ambitnych celów substytutywnych dla większości prolo-kompostowców pozostanie mrzonką (degradując się do kat. 3), natomiast prolo-elita (10-20% całej siły roboczej) z kolei, dla której tego typu cele będą co prawda osiągalne, będzie jednak padać ofiarą procesów inflacji aspiracji (‘spełnię się dopiero w większym domu’, ‘z wynajmu tylko 2 mieszkań nie wyżyję na emeryturze, muszę mieć minimum 3, 4, 5 etc.’), co sprawi, że także ta grupa wyląduje na ekstrakcyjnym kołowrotku. Za wyjątek można uznać sporadyczne przypadki tych, którzy „rzucają wszystko”, po czym stawiają chatę w przysłowiowych Bieszczadach i czilałtują się prowadząc gospodarstwo agroturystyczne (czy to będzie  nadal pozostawać w ramach – nieco może szerszych, a przez to bardziej autonomicznych – paradygmatu substytucji? Trudno jednoznacznie osądzić; niemniej faktem pozostaje to, że o jakiejkolwiek masowej replikacji tego typu anty-systemowości możemy raczej zapomnieć, przynajmniej w krajach o gęstości zaludnienia >50 os./km2).

Dalej, Kaczynski zauważa, że współczesny sapiens czuje psychiczny dyskomfort, kiedy skonfrontowany jest ze stanem ‘nic-nierobienia’, w przeciwieństwie do społeczeństw pierwotnych, dla których członków czymś perfekcyjnie satysfakcjonującym był zrelaksowany czilaut polegający np. na „bezczynnym siedzeniu godzinami w pokoju ze sobą i z otoczeniem” (§148) [6]. Współcześnie rolę zabójcy czilaxu wydaje się pełnić jakiś szczególny miks kalwinizmu, konsumeryzmu oraz być może właśnie także dynamiki kreowania popędów substytutywnych, których rolą jest wypełnienie pustki powstałej w wyniku erozji „procesów władzy” typu 2.

Kiedy te zastępcze, mające załatać lukę po „procesach władzy” typu 2 popędy zderzą się w sprzyjającym środowisku (takim jak np. paradygmat wartości wymiany Mt2 > Mt1) z dążeniami kasty zgromadzaczy roszczeń finansowych IOU, w rezultacie tego powstaje klimat sprzyjający rozkwitowi „pracy” typu superflouos. „Normalsi”, pozbawieni w tym nowym, industrialno-technologicznym środowisku skutecznych wewnątrz-korowych mechanizmów chroniących przed frirajderami, stają się łatwym targetem dla kreatorów bogactwa, którzy bez wahania – w imię realizacji swoich popędów z kat. 3 – przystępują do brutalnej eksploatacji prolo-kompostowej hołoty.

*

W dalszych fragmentach Manifestu Kaczynski przechodzi do rozrysowania kilku różnych scenariuszy na przyszłość – przy założeniu, że procesy uzależniania się od technologii będą kontynuowane (czyt. §171-179). My skupmy się tu na jednym z nich (najbardziej optymistycznym, wymienionym w §174), w którym w technokratycznej cywilizacji industrialnej kontrola nad maszynami będzie sprawowana przez elitę złożoną z „dobrodusznych (czy humanistycznych) liberałów” (tj. gdzie nadmiarowa populacja nie będzie przedmiotem eksterminacji [7]).

Otóż w takim przypadku elity – będąc z natury ekspresją czy ramienio-przedłużeniem dominującego Systemu – celem utrzymania Go w dobrej kondycji będą instynktownie starać się – nieco podobnie jak to się dzieje obecnie, tyle że na znacznie większą skalę – „zapewnić zajęcie” sfrustrowanej degradacją „procesów władzy” populacji (to wszystko oczywiście przy założeniu, że nie nastąpi załamanie produkcji w wyniku kolapsu energetycznego czy innych katastrofalnych presji ze strony prze-eksploatowanego środowiska).

Kaczynski wspomina tu o możliwości substytuowania popędów przez różne „nieszkodliwe hobby” (§174); jednak znacznie bardziej prawdopodobnym i skuteczniejszym rozwiązaniem będzie po prostu radykalne rozszerzenie obszaru pracy najemnej typu superfluous (§176); ponieważ już obecnie stanowi ona 50-80+% nakładów czasu sapiensowego, nie powinno być zatem większego problemu z „podkręceniem” tego udziału do 95-99% – jest to kwestia stopniowania, nie zaś jakiejś radykalnej zmiany paradygmatu.

Zauważmy zresztą, że procesy degeneracyjne zarysowane we wstępniakowym cytacie, już teraz są z nami – w postaci ekonomii fuchowej i towarzyszących takiemu stylowi ekono-życia patologii, jak np. epidemia opioidyzmu w US (technologiczne próby dostosowania psychiki).

Jest jeszcze jedna rzecz, która może sugerować, że w tezach Kaczynskiego jest coś na rzeczy: wiemy przecież, jak silna jest symbioza memetyk technokratycznej (i jej skrajnej odmiany tj. singularitarianizmu) i neolibowej; praktycznie każdy miłośnik filozofii praktycznego leseferyzmu jest jednocześnie techno-fetyszystą. Ta korelacja jest być może skutkiem przypadkowej zbieżności dróg ewolucji tych dwóch mempleksów, ale nie można wykluczyć, że obie te filozofie łączy podświadoma chęć sfokkowania proli, a przynajmniej skłonność do instrumentalnego podporządkowania mas populacji abstraktowi zwanemu postępem.

Dałnszifting technologiczny, de-komplikacja systemów czy de-gadżetyzacja – czyli ogólnie zahamowanie czy odwrócenie procesów uzależniania się sapiensów od techno-kokona, którego integralność wymagać będzie coraz większych nakładów realno-zasobowych  – są zresztą dość powszechnie zalecane przez realistów termodynamicznych (wśród których notabene przywiązanie do neolibu jest rzadkością), choć mało kto posuwa tę filozofię tak daleko jak Kaczynski. U podstaw tych poglądów leży obserwacja, że postępowi technologicznemu – aczkolwiek lokalnie może on poprawiać efektywność procesów – nigdy nie towarzyszyła redukcja agregatu makro zużycia zasobów (paradoks Jevonsa). [Edit 11.01 – akurat jak z low-techno-nieba parę dni po naszej wrzucie, na lowtechmagazine ukazał się adekwatny do wspomnianego paradoksu artykuł, który sugeruje, że celom redukcji zużycia zasobów brutto często lepiej służyłoby wręcz pogorszenie – nie zaś wzrost – efektywności mikro procesów!]

*

Trzeba zaznaczyć, że skoro już zdecydowaliśmy się wygrzebać Manifest Kaczynskiego na potrzeby memetycznego wsparcia naszej kampanii na rzecz radykalnej redukcji wymiaru czasu pracy najemnej [RRWCPN],  zmuszeni jesteśmy sami zadać sobie niewygodne pytanie, tj. czy ścieżka RRWCPN miałaby faktycznie szanse uniknąć czy choćby zminimalizować problemy generowane przez od-cywilizacyjne czy od-technologiczne zaburzenia „procesów władzy”? Z perspektywy Kaczynskiego czas wolny – bez zasadniczej zmiany świadomości (jak np. odrzucenie konsumeryzmu) – z definicji musiałby być wypełniany aktywnościami substytutywnymi, a zatem niekompatybilność wykształconych przez ewolucję obwodów korowych ze środowiskiem wykreowanym przez technologię pozostałaby bez zmian (czy może nawet uległaby pogorszeniu) w porównaniu ze odgrywającym się obecnie scenariuszem, w którym System zasypuje prolo-populację coraz to większą masą bullshitowych prac – w myśl zasady ‘sapiens zajęty kołowrotkowaniem nie ma kiedy filozofować i użalać się nad własnym losem’.

Nam osobiście jednak wydaje się, że sytuacja życiowa wolna od kołowrotkowania byłaby znacznie mniej dyskomfortowym mentalnie doświadczeniem, niezależnie od tego, czy miałoby to miejsce w świecie stechnologizowanym czy technologicznie zdałnsziftowanym.

Mimo wszystko trudno jest jednoznacznie i generalnie stwierdzić, czy realistycznie możliwa jest jakaś „trzecia droga” – tj. coś odmiennego od techno-dyktatury, co jednocześnie nie wymagałoby konieczności totalnego zniszczenia wszystkich maszyn produkcyjnych, aut, instalacji centralnego ogrzewania i laptopów, a pewno także i – aby zachować konsekwencję – wysadzenia w powietrze dróg, mostów i sieci elektrycznych czy wodno-kanalizacyjnych. Nawet jeśli tak, to nie należy się łudzić, że redukcja wymiaru czasu pracy najemnej do np. 15-20 h/tydz. sama-przez-się automatycznie spowoduje nadejście krainy powszechnej szczęśliwości.

Ale takiego efektu nie gwarantuje też chyba abolicja technologii w ramach ‘powrotu do Natury’. Generalnie w obu tych memetykach chodzi o radykalne zejście ze ścieżki, która już obecnie przynosi więcej złego niż dobrego (czyli nastąpiło załamanie krzywej korzyści marginalnych – gdzie jeszcze więcej technologii/pekabu przynosić będzie już tylko więcej sapienso-mizerii), i ponadto z dużym prawdopodobieństwem zmierza do fatalnego w skutkach kolapsu cywilizacyjnego.

Czyli  – główną ideą nie będzie magiczna poprawa stanu rzeczy czy kondycji zbiorowości sapiensowej w obecnym rozumieniu i przy zastosowaniu współcześnie obowiązujących wskaźników, takich jak pekabe czy zdolności do nabywania gadżetów; chodzi bardziej o zaindukowanie takiej zmiany stanu świadomości, której efektem byłoby odcięcie paliwa, które obecnie stanowi pożywkę – dostarczaną przez zarażoną memo-wirusem postępu prolo-komposto-populację – dla niekontrolowanej auto-ekspansji memo-Systemów (odpowiednio: technologicznego i kapitalistycznego), którym udało się skutecznie zdominować ich fizyczną biolo-sapiensową podbudowę.

Do tego, aby mówić o zmianie paradygmatów potrzeba byłoby czegoś znacznie więcej – w tym na pewno całkowitej zmiany organizacji społeczeństw, zaczynając od całkowitego prze-aranżowania współczesnych, służących formowaniu jednostek kompatybilnych z Systemem modeli edukacyjnych, następnie zastąpienia skompromitowanej demokracji przedstawicielskiej czymś bardziej funkcjonalno-partycypacyjnym, i w końcu reaktywacji idei budowania społeczności na bazie małych grup, które stanowią naturalne środowisko dla sapiensów.

Niestety – na razie wygląda na to, że System skutecznie blokuje już nawet samo myślenie o tego typu zmianach, nie mówiąc już o dyskusji czy broń-techno-boże podejmowaniu jakichkolwiek działań, które – zwiększając autonomię normalsów – mogłyby stanowić zagrożenie dla postępu. Mając to na uwadze, nawet te z pozoru szalone i desperackie akty, przez które Kaczynski próbował – jak się wydaje – wyjść poza ramy co do zasady bezskutecznej (i będącą z reguły skutkiem auto-wpadnięcia w pułapkę substytuowania), aktywności  typu „think/dream&talk/blog” po to, żeby dać przykład  działania „walk-the-talk”, nabierają pewnych znamion racjonalności.


1. […] może stać się tak, że maszyny przejmą większość realnej pracy mającej praktyczne znaczenie, a jednocześnie homo-sapiensy będą utrzymywane w stanie zajętości poprzez przydzielenie im prac relatywnie nieistotnych. Sugeruje się na przykład, że intensywny rozwój sektora usług zapewni pracę populacji. Zatem w takim scenariuszu ludzie mieliby spędzać czas czyszcząc innym buty, wożąc ich taksówkami, wykonując dla nich rękodzieła, kelnerując etc. Dla nas [autorów Manifestu] wydaje się to być godnym pożałowania zwieńczeniem drogi rasy ludzkiej, i wątpimy, czy aby poświęcanie się tego typu zajęciom byłoby czymś satysfakcjonującym dla wykonujących je jednostek. Będą one raczej poszukiwać innego rodzaju, często niebezpiecznych, dróg samo-spełnienia (narkotyki, przestępczość, „kulty”, grupy hejterskie), chyba że poddani zostaną procesom inżynierii biologicznej czy psychologicznej celem dostosowania ich do takiego stylu życia.

Byłoby lepiej pozbyć się od razu tego gnijącego systemu i przyjąć na klatę wszystkie tego konsekwencje.

2. Przykłady: polowanie na mamuta włochatego (współczesny odpowiednik: członkostwo w Fight Clubie), zagonienie antylopy na śmierć  (w.o.: maratony), czujne przetrząsanie lasu pełnego przyczajonych tygrysów celem nazbierania jagód, orzechów czy innych tego typu kalorio-gadżetów (w.o.: nocny freeganizm na Bałutach?). (Wymienione w.o. – mimo porównywalnego z oryginałem „wysiłku” – nadal będą raczej aktywnością substytutywną z uwagi na „sztuczny” cel  motywujący, choć prawdopodobnie faktycznie będą w stanie przynosić satysfakcję znacznie większą niż codzienne wyzyskodawanie, czy także wyzyskobranie).

Tu uwaga: owszem, obecnie także wiele rodzajów pracy najemnej nadal wymaga ponoszenia istotnych nakładów wysiłku, często na granicy wytrzymałości, a stanowiskom nie-fizycznym towarzyszy często permanentny stres (np. od-targetowy). Zauważmy jednak zasadniczą różnicę – w warunkach pre-cywilizacyjnych te stresy – fizyczne czy mentalne –  mimo, że prawdopodobnie intensywniejsze, były z reguły epizodami krótkotrwałymi, w przeciwieństwie do regularnie permanentnych, 8-godzinnych+ stresów charakterystycznych dla reżimu praco-najemno niewolnictwa.

Kaczynski w swojej typologii za kluczowy przyjmuje również czynnik zaangażowania – sapiensy wykonujące pracę najemną starają się z reguły zminimalizować swój wysiłek, ponieważ owoce ich pracy trafiają do kogoś innego/obcego (alienacja pracy), natomiast zbieracz-łowca dawał z siebie wszystko (choć jednocześnie, jak wiemy, jego dobowy wymiar pracy był znacznie krótszy od tego, który nakłada kultura praco-najemno niewolnicza).

3. Należy uczciwie dodać, że w Manifeście nie znajdziemy żadnych słów potępienia dla global-darwinizmu czy socjal-darwinizmu per se (ani innych akcentów lewackich, typu walka o prawa zwierząt). Jak można mniemać, w ekologii alá Kaczynski chodzi raczej generalnie o przywrócenie środowiska do stanu naturalnego dla sapiensów jako gatunku (tj. tego sprzed rewolucji przemysłowej). Autor nie wyjaśnia, w jaki sposób taki eko-system byłby w stanie podtrzymać przy życiu populację 7+ mld; należy domyślać się, że ten problem miałby rozwiązać się naturalnie.

Przy tej okazji trzeba przyznać, że socjal-darwinizm też posiada pewną logikę, którą przy odrobinie wysiłku można uznac za wewnętrznie spójną (wystarczy uznać moralność – czyli kooperacyjne algorytmy tit-for-tat – za aberrację oraz porzucić – zapewne i tak daremne – troski o przyszłość sapiensowej gromadki). Główny problem wydaje się leżeć w tym, że – jak można wyczytać u Dawkinsa – zasadniczym i nagminnie popełnianym błędem logicznym jest przypisywanie procesom naturalnej selekcji jakiegoś wektora, tj. zakładanie, że ewolucja ma cel, gdzie na kolejnych jej etapach powstają coraz to doskonalsze formy. Aplikacja zaawansowanego socjal/global-darwinizmu może (i najprawdopodobniej będzie) prowadzić koniec końców do dominacji najbardziej psychopatycznych przystosowanych biolo-organizmów, z tym że nie ma żadnej gwaracji, że w tym wyścigu wśród wygranych znajdą się akurat przedstawiciele sapiensów, nawet tacy, którym udało się zgromadzić pokaźną ilość finansowych IOU. Podobnie w świecie selekcji techno-memów – dominować będą nie te, które najlepiej służą sapiensom, ale te, które najskuteczniej się replikują.

4. ] Przykładem ekspresji technologii mało-skalowej będzie koło wodne czy wioskowa kuźnia, natomiast fenotypami technologii zależnymi od organizacji będą np. obiekty infrastrukturalne typu akwedukty czy drogi, taśmowe linie montażowe i ich wytwory takie jak lodówka czy auto.

5. Mówimy tu o kat. 3, ponieważ – co jest truizmem – typowy zgromadzacz finansowych czy rzeczowych aktywów nigdy nie będzie do końca usatysfakcjonowany stanem swojego Posiadania. Ta ścieżka popędów akumulacyjnych w połączeniu z technologiami pozwalającymi skutecznie eksploatować zasoby  wprawia następnie w ruch całą logikę kapitalizmu.

6. Tu brak źródła tych rewelacji, ale każdy, kto ma kota kogo ma kot, będzie wiedział, co to znaczy być „in peace with the world doing nothing”. Sapiensom na jakimś etapie ich historii ten dar został odebrany.

7. Pozornie wydaje się, że eksterminacja (czy auto-wymarcie) „nadmiarowej” populacji w hipotetycznym środowisku osobliwości technologicznej, gdzie większość (jeśli nie całość) produkcji jest zautomatyzowana, byłoby – z punktu widzenia Posiadaczy tych zrobotyzowanych środków produkcji – najkorzystniejszym rozwiązaniem. Ta logika posiada jednak słaby punkt, ponieważ prime moverem kapitalizmu jest zysk (i akumulacja finansowych IOU, które stanowią roszczenia wobec przyszłych strumieni zasobów), którego osiągnięcie w środowisku pozbawionym prolo-kompostu byłoby znacznie utrudnione (mało prawdopodobnym jest, że proli walczących o uzyskanie siły nabywczej w takiej roli zastąpić mogłyby permanentne deficyty gubmintowe; gubmint ze swoich obietnic może się wywinąć znacznie łatwiej niż np. kredyciarz mieszkaniowy). Może to sugerować, że osiągnięcie punktu techno-osobliwości będzie równoznaczne albo z końcem modelu organizacji społecznej zwanego kapitalizmem (i wtedy faktycznie prole staną się zbędne), bądź też paradygmaty hajsowo-akumulacyjne przetrwają nawet i tę mega-dysrupcję (i w takim przypadku bardziej prawdopodobne będą scenariusze degeneracyjne typu „lajt” – tj. nie-eksterminacyjne – jak w cytacie na wstępie).

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.