Z cyklu „Co zamiast PKB?” – IWPNN

Jak wiemy, PE-P nie należy do zwolenników epatowania czy w ogóle posługiwania się pekabem (czy jego wariacjami typu PKB p-c/PPP) jako miernikiem dobrobytu, a już w szczególności jako wyznacznikiem dobrostanu prolo-kompostowców. Swego czasu jako przykład alternatywnego wskaźnika ekono-kondycji populacji podaliśmy Satisfaction with Life Index. Z podobnych klimatów można dorzucić opracowanie ze strony Our World in Data albo World Happiness Report (pdf  – dla ciekawych, a leniwych: Trzecia Neoliberalna na miejscu 46/155 – całkiem nieźle!)

Ale uczynić ludzi szczęśliwszymi czy chociażby bardziej usatysfakcjonowanymi nie wydaje się sprawą łatwą, stąd my dziś przygotowaliśmy propozycję zastosowania innego wskaźnika dobrostanowego – takiego, który każdy kraj mógłby sobie poprawić z dziecinną wręcz łatwością! Tym wskaźnikiem, który w tym odcinku niniejszym chcemy zaprezentować (i wypromować!) jest Indeks Wolności Praco-Najemno Niewolników [IWPNN] (lub – alternatywnie: Indeks Prolo-Wolności). Indeks ten uzyskuje się, biorąc liczbę godzin przepracowanych rocznie przez średnio-statystycznego zatrudnionego prola, a następnie dokonując jej odwrócenia (wrzucenia do mianownika [1]). Tj. im mniej godzin wyzyskodawania przypada średnio na pracującego obywatela, tym pozycja kraju w rankingu IWPNN będzie wyższa.

Spójrzmy na zestawienie przygotowane przez OECD (uszeregowane od najmniejszej do największej liczby przepracowanych prolo-godzin):

Źródło: http://stats.oecd.org/index.aspx?DataSetCode=ANHRS

Za podstawę porównań przyjmijmy rok 2015 (za 2016 dla kilku krajów brak jest danych): i oto na pierwszym miejscu mamy Teutonolandię (1.368 h), za którą uplasowały się Dania (1.412), Niderlandy (1.422) i Norwegia (1.424). Nadwiślańska Neoliberalna, jak widzimy, zajmuje miejsce 33 [2] na 39 startujących krajów – z wynikiem 1.963! Nie najlepiej!).

Jakie wnioski można wyciągnąć z naszego rankingu? Otóż pewne prawidłowości są widoczne już na pierwszy rzut oka: kraje z czołówki listy – tj. tam gdzie pracuje się najkrócej – to z reguły (cała pierwsza trzynastka) zamożne kraje leseferystycznego Centrum. Nieco powyżej średniej OECD uplasowały się m.in. nasze byłe bratnie, ale najwyraźniej mniej spinające się kraje, jak Czechy, Węgry, Słowacja (i najwyżej z byłego Obozu – Słowenia), zaś dół skali okupowany jest w przeważającej części przez kraje-pariasy, a w każdym razie kraje niekojarzące się zbytnio z wysokim poziomem życia (za wyj. Korei Płd, o czym za chwilę).

Owszem – pewne aberracje (jak wspomniany przypadek Korei) w rankingu IWPNN występują [3] – jednak generalny trend jest oczywisty: im mniej się pracuje, tym lepiej się wiedzie!

W świetle tego odkrycia wniosek dla ludzi zajmujących się prowadzeniem polityki gospodarczej powinien być tylko jeden: należy natychmiast ograniczyć ustawowo wymiar czasu pracy najmnej! Dodatkowo – jeśli do takiej słusznej, wręcz samo-narzucającej się konkluzji doszliby liderzy we wszystkich krajach na świecie, mielibyśmy szanse na zawiązanie się pozytywnego sprzężenio-zwrotnego wyścigu ‘kto bardziej zredukuje ilość godzin wyzyskodawania, ten wygrywa’! W efekcie tej dynamiki jedynym krokiem gwarantującym pierwsze miejsce w rankingu byłaby likwidacja pracy najemnej w ogóle! Czyli – w ten sposób, odkrywamy, że jedynym logicznym wyjściem z problemów gospodarczych jest abolicja praco-najemno niewolnictwa, czyli (prawdziwy) komunizm!

Żarty-żartami, ale jednak odwrotna korelacja – czas pracy vs. zamożność – jest faktem. Jak wiemy – korelacja to jeszcze za mało, żeby doszukiwać się związku przyczyno-skutkowego o określonym wektorze – obrońcy leseferyzmu przy takich okazjach wyciągają zwykle argument, że „kraje centrum akumulowały bogactwo przez dekady czy stulecia, kiedy funkcjonowała tam gospodarka wolnorynkowa”, i dlatego teraz mogą sobie „odpocząć”. Albo, alternatywnie, ‘prole z Północy (z racji – domyślnie – swojego kalwinistycznego usposobienia vs. legendarne lenistwo Południowców) pracują bardziej wydajnie’ (i dzięki temu mogą pracować krócej i nadal zarabiać więcej). My jednak tych tez – zwłaszcza w dobie kiedy kapitał ma pełną swobodę penetracji – nie kupujemy. To znaczy – dokładniej – nie sądzimy, że za pomocą takich wymówek da się wyjaśnić w pełni dysproporcje dochodowe i wariacje w czaso-intensywności wyzyskodawania pomiędzy Centrum a Peryferiami.

Skąd zatem biorą się prawidłowości, według których wynagrodzenia w krajach Centrum (nawet tych będących od lat w stagnacji) są w przeliczeniu wyraźnie wyższe, aniżeli te w peryferiach typu Trzecia Neoliberalna albo krajach takich jak Rumunia czy Bułgaria (gdzie również tyra się bez pamięci wg. tego źródła [4]), i to pomimo, że czaso-wymiar pracy standardowego prola w gospodarkach leseferystycznego Pierwszego Garnituru jest znacznie niższy? (czyli jeśli porównalibyśmy zarobki na jednostkę przepracowanego czasu dysproporcje będą jeszcze większe, niż podawane w standardowych porównaniach zarobków). Otóż naszym zdaniem istotnej części rozwiązania tej zagadki należy upatrywać w tradycji.

Po pierwsze różnice w bezwzględnych $ (czyli takie, gdzie rozmawiamy o efektywnej teleportacji siły nabywczej do innych stref walutowych – co sprawia, że np. prolo-kompost szwajcarski, brytyjski, teutoński czy nawet grecki – kiedy już, po zainwestowaniu w bilet, znajdzie się np. na Filipinach, jego realna siła nabywcza ulega zwielokrotnieniu, w skrajnych przypadkach nawet zdziesięciokrotnieniu+, jeśli chodzi np. o usługi)  wynikają – naszym zdaniem – głównie z globalnej tradycji parkowania nadwyżek finansowych IOU przez Władców Kapitału właśnie w krajach Centrum (Hellenowie, przyjmując €, co prawda oddali się w jasyr euro-sado-monetarystom, ale jednocześnie dzięki tej integracji zyskali dostęp do korzystania z takiej właśnie przekładni).

Nic dziwnego zatem, że np. prole azjatyckie muszą pracować znacznie, znacznie dłużej, żeby wytworzyć nadwyżki towarów, które to dary następnie, w ich imieniu, wysłane zostaną do krajów Centrum przez ich dobrodziei praco-rozdawaczy! Podobna batalia o wyciśnięcie jak największej ilości prolo-godzin (z zamiarem wygenerowania nadwyżek eksportowych) toczy się też nad Wisłą, z tą różnicą, że u nas na przeszkodzie stoją pewne standardy (inna sprawa, czy przestrzegane) regulujące wymiar czasu pracy (osadzone częściowo jeszcze w tradycji zaimplementowanej przez „komunę”).

Niemniej jednak nawet zeskalowanie siły nabywczej prola z UK, BRD, CH etc. np. według parytetu PPP – ciągle pozwala mu/jej zachować spory margines przewagi nad prolo-nadwiślańczykiem czy prolo-filipińczykiem. Niewątpliwie taki stan jest rezultatem wielu złożonych procesów – oprócz dominującej (naszym zdaniem) współcześnie logiki kapitalizmu – strumienie finansowych IOU o tradycyjnie preferowanych denominacjach <-> strumienie towarów – jest jeszcze garść czynników, o których pokrótce poniżej. Tu odnotujmy tylko, że ta specyficzna cyrkulacja determinuje prolo-losy w taki sposób, że w krajach Centrum przymus ekonomiczny (wyciskanie podaży prolo-godzin) odbywa się głównie za pomocą instrumentów renty auto-dostosowującej się do dochodów (w tym głównie rent ekstrahowanych w oparciu o bazę realizacji potrzeb mieszkaniowych, czy to w postaci czynszów czy mini-ratek), podczas gdy w krajach Peryferiów takim czynnikiem wyciskającym są w głównej mierze ceny towarów powszechnego spożycia, w tym zwłaszcza te charakteryzujące się zuniformizowanymi cenami globalnymi wyrażonymi w twardej walucie typu U$D (w tym szczególnie nośniki energii, ale często także żywność).

W efekcie tego dla proli z Centrum  niektóre gadżety (czy np. energia elektryczna) będą relatywnie tanie, natomiast coraz większym problemem będą stałe koszty partycypacji typu mieszkanie, opłaty czy ubezpieczenie auta; stąd m.in. zauważalne wśród tych populacji tendencje ucieczki na emeryturę (kiedy do generowania dochodu nie jest już konieczna fizyczna – i kosztowna – obecność w krainie napompowanych czynszów) do ciepłych krajów Peryferii, gdzie przekładnia waluty „wybitej” w Centrum pozwala wreszcie niejako odzyskać ekstrahowaną przez dekady w ojczyźnie wartość dodatkową (kosztem rzecz jasna prolo-populacji autochtonicznej – ale tak globalnie działa kapitalizm).

O tym, w jaką stronę wędrują towary, a w jaką finansowe IOU, decyduje rzecz jasna szereg innych (niż globalne preferencje lokowania nadwyżek finansowych) czynników, jak choćby ekspansja kapitału z krajów Centrum do Peryferii (a następnie wynikający z tej ekspansji drenaż zysków z powrotem do Centrum), czy również swego rodzaju miękka konkwista prowadzona m.in. za pomocą systemu ochrony własności intelektualnej (m.in. patenty na leki, znaki firmowe typu ajfon etc.). Tyle tylko, że to też można w zasadzie uznać za kontynuację ekono-tradycji, tj. kraje, w których „wymyślono” reguły gry w kapitalizm (i często dalej się wymyśla nowe w razie potrzeby), w grze tej odniosły swego czasu (XIX-XX w.) zdecydowane zwycięstwo i teraz, mając w rękach większość żetonów, dysponują  znacznie szerszym spektrum strategii [5]; kto próbował grać w pokera, ten wie, że posiadając istotną przewagę w ilości zgromadzonych sztonów, co do zasady znacznie łatwiej jest blefować, zastraszać czy w razie potrzeby – finansowo dociskać aspirujących konkurentów za pomocą siły, którą daje masa tych tokeno-hajsów – rachunek prawdopodobieństwa jest po naszej stronie – pieniądz przyciąga pieniądz.

Stąd też kontr-strategia Dalekiego Wschodu (i innych peryferii) przedstawia się z reguły tak: wyciskamy prolo-godziny z własnych prolo-populacji na potrzeby eksportu i gromadzimy cierpliwie zapisy tych żetono-hajsów z nadzieją, że z czasem (liczonym w dekadach) staniemy się w końcu partnerem do wyrównanej gry przy kapitalistycznym stoliku. Oczywiście z punktu widzenia poszanowania zasobów (w tym zwłaszcza prolo-zasobów) taka kontr-strategia jest absurdalna, ale kiedy decydujesz się grać w kapitalistyczne pici-polo (bo przecież prawie wszyscy – a już wszystkie podwórkowe mięśniaki-łobuziaki – w to grają), o logice zasobowej lepiej od razu zapomnieć.

Jednak prawdopodobnie równie ważna – dla wyjaśnienia dysproporcji wymiaru czasu pracy jak i pośrednio różnic w realnych dochodach z pracy – jest jeszcze inna tradycja – którą można roboczo określić „tradycją szanowania siebie i swojego czasu” czy też „tradycją realistycznego oglądu na leseferyzm/kapitalizm”. O co tutaj chodzi? Otóż  w krajach Centrum znacznie więcej prolo-pokoleń miało okazję poznać działanie gospodarki wolnorynkowej w praktyce, szczególnie właśnie w aspekcie pozbycia się złudzeń co do realności perspektyw ubogacenia się prolo-jednostki w drodze ciężkiego i długotrwałego wyzyskodawania; nabycia świadomości czy instynktu, że te obietnice wzbogacenia się własną pracą tak naprawdę są jedynie wirtualnym hologramem wyświetlanym przez operatorów kina zwanego praktycznym leseferyzmem.

Kiedy świadomość tej zasady – w drodze doświadczenia zebranego przez pokolenia – staje się w końcu powszechna, znacznie łatwiej przychodzi wtedy zawiązywanie się sprawnych organizacji reprezentujących proli. Kiedy takie organizacje obejmują znaczną część prolo-kompostu, możliwe staje się wreszcie (częściowe) przełamanie klątwy błędo-złożeniowego pojmowania rynku pracy, która z zasady skutecznie spycha prolo-logikę w krajach aspirujących typu Trzecia Neoliberalna (jak i w krajach szczególnie mocno memo-zainfekowanych perwersją etosu pracy, jak Korea Płd czy USA) w ślepą uliczkę między-prolowej, socjal-darwinistycznej konkurencji.

W tych niezahartowanych w rynkowej makro-szulerce krajach, prole nadal dają się nabierać na mitologię ‘przez ciężką pracę ku bogactwu/satysfakcji życiowej’ [6] i ochoczo biorą się za konkurowanie między sobą, właśnie m.in. przez oferowanie wyzyskobiorcom coraz większej i większej podaży swoich prolo-godzin, na tle indywidualistycznej niechęci (napędzanej próżną nadzieją ‘a mi się właśnie uda samemu/samej’) do zwiącholowania. Efektem jest wyścig do dna – zamiast proponowanego dziś przez nas wyścigu równania do najlepszych zaczarowaną ścieżką radykalnej redukcji wymiaru czasu pracy najemnej.

I właśnie takiej, równającej do najlepszych redukcji wymiaru czasu pracy najemnej (czyli inaczej wejścia na ścieżkę poszanowania zasobów i wyrównania pola gry) powinnien dokonać nadwiślański gubmint, który miałby jakiekolwiek szczere aspiracje do uzyskania odznaki „progresywności”. Zróbmy krótki rachunek: liczba dni roboczych w roku wynosi circa 250. Dzieląc 1.928 (średnia ilość przepracowanych godz. w PL w 2016) otrzymujemy 7,7 h dziennie, tj. 38 h/tydz., czyli wartość zbliżoną do „oficjalnego” wymiaru 40h/tydz. Teraz – równając do najlepszych, czyli aktualnie Teutonów – tą liczbę (dajmy na to aktualny wymiar standardowy, czyli 40h/tydz.) należałoby niezwłocznie skorygować przez współczynnik 0,71 (1.363/1.928), w efekcie otrzymując nowy, lepszy standard wymiaru pracy – w wymiarze 28 h/tydz. Ponieważ ta wartość doskonale dzieli się przez 4, optymalne rozwiązanie nasuwa się samo – tydzień pracy Nadwiślańczyków powinien być wyznaczany wzorem 4 (dni) x 7 (h) (ew. można pomyśleć o 3 x 9, jeśli chcielibyśmy od razu wskoczyć na pierwsze miejsce i przy okazji zaoszczędzić jeszcze więcej kWh).

Jeśli chodzi o politykę gospodarczą, która miałaby pozostawać kompatybilną z praktycznym leseferyzmem, nie istnieje żadne inne rozwiązanie, które cechowałoby się choćby zbliżoną skutecznością w skokowym podniesieniu dobrostanu populacji aniżeli właśnie taka ustawowa radykalna redukcja wymiaru czasu pracy najemnej. Jest niemal pewne, że wraz ze zmniejszeniem wymiaru wyzyskodawania w górę wystrzeliłyby również wzmiankowane wyżej indeksy satysfakcji życiowej, ponieważ nie jest tajemnicą, że regularne poddawanie się ekonomicznemu przymusowi wyzyskodawania dla zdecydowanej większości prolo-populacji jest doświadczeniem traumatycznym, mającym niekorzystny wpływ na komfort mentalny, jak i w wielu przypadkach na kondycję fizyczną. Niepokój o kwestie finansowe – „krócej pracując, zarobię mniej 😦 ”, najlepiej ukoić spojrzeniem na zaprezentowaną wyżej tabelę – wśród krajów, gdzie ludzie pracują najkrócej, nie ma ani jednego, o którym można by powiedzieć, że jest to kraina zdominowana problemami ubóstwa.

Teraz pytanie – czy któreś z nadwiślańskich ugrupowań pozycjonujących się jako pro-prolowe czy anty-leseferystyczne ma w swoim programie na pierwszym miejscu postulat „4 x 7”? … No to dziękujemy – jeśli chodzi o wydanie werdyktu w przedmiocie kondycji nadwiślańskiego ekono-politykabuki – nie mamy więcej pytań.

[EDIT 03.10.17 – jak się okazało jednak jest takie jedno ugrupowanie, które w świeżym programie z ostatnich dni pomyślało o skokowej poprawie IWPNN; mowa co prawda jest o 5 x 6, nie 4 x 7, ale i tak przyznajemy im za to nasz pracowniany Stempel Progresywności.]

Na koniec rzućmy jeszcze okiem na trendy, według których historycznie zmieniał się nasz indeks IWPNN w kilku wybranych krajach:

wykres interaktywny: stlouisfed

Jak widzimy, w latach ~1950-70/80 (czyli mniej więcej do nadejścia kontr-rewolucji monetarystów) w krajach Centrum (i do pewnego stopnia także w przykładowym kraju peryferyjnym tj. w Grecji)  wymiar czasu pracy najemnej ulegał systematycznej redukcji (patrząc na wykres pamiętajmy: w tym przypadku opadająca krzywa oznacza postęp). Później już praktycznie tylko w przypadku dwóch krajów z tego zestawu – Francji i szczególnie właśnie Teutonolandii – te pozytywne trendy były kontynuowane. Szczególnie niepokojący – pewno zwłaszcza dla złotowiekowców – jest wyraźny regres w Szwecji.

Jednocześnie na przykładzie naszych dwóch wybranych krajów peryferii – które reprezentuje Hellada i Trzecia Neoliberalna (dla której dane niestety dopiero od 1990 r.) – można mówić o stagnacji, tj. w warunkach post-monetarystyczno-kontrrewolucyjnego kapitalizmu (czyli w standardowych warunkach praktyczno-leseferystycznych) kraje drugiego garnituru nie mają najwyraźniej większych szans na poprawę swojej żałosnej pozycji w rankingu IWPNN. Wynika to zapewne z tego, że – z uwagi na to, że  w tych krajach nie wystąpiła aberracja kapitalizmu, tj. epizod pozytywnej korelacji płac z wydajnością (tak jak to miało miejsce w krajach Centrum w l. ~1950-1970,czyli tzw. Złoty Wiek Kapitalizmu) – prole „nie wiedzą”, że takowy między-klasowy konsensus w ogóle jest możliwy do wymuszenia, i stąd rozpaczliwie  próbują poprawić swoją sytuację dochodową indywidualnie, tj. maksymalizując podaż własnych prolo-godzin, co – jak wiemy – jest strategią samo-zaorywującą.

PS. Indeksu IWPNN można użyć też w charakterze narzędzia badawczego, które wskaże nam, gdzie kapitalizm działa bardziej efektywnie. Np. weźmy dwa podobne kraje peryferyjne – Trzecią Neoliberalną i Węgry. Zwykło się przyjmować, że TN rozwija się bardziej dynamicznie, czy skuteczniej nadgania dystans i stąd kapitalizm działa lepiej właśnie tu. Jednak przykładając do obu krajów naszą miarę IWPNN, można z łatwością zauważyć, że na Węgrzech (ilość godzin 1.761) kapitalizm działa o prawie 10% lepiej! – tj. do swojego funkcjonowania potrzebuje [7] 10% prolo-godzin mniej (na jednego zatrudnionego). A  aspiracje nadgonienia dystansu powinny się koncentrować – realistycznie – właśnie wokół konwergencji wymiaru czasu pracy (równania do najlepszych), nie zaś wokół zarzynania się robotą celem napompowania fantoma pekabu, bo korelacja wartości tego ułomnego wskaźnika z jakością życia czy poziomem satysfakcji prolo-kompostowca jest mocno wątpliwa.

__________________________

1.Żeby nasz Indeks przedstawić w eleganckiej liczbowo-wskaźnikowej formie, należałoby powyższe dane umieścić w mianowniku, zaś w liczniku przyjąć np. bieżącą średnią OECD (w 2016 – 1.763h). Każdy wynik IWPNN powyżej 1,0 oznaczałby, że w danym kraju prolo-sytuacja jest tolerowalna, natomiast rezultat poniżej 1,0 sygnalizowałby, że efektywność danej gospodarki wymaga poprawy. Albo – jeszcze lepiej – do licznika wrzucić wynik najlepszy, i ustanowić skalę oceny, gdzie np. wynik w przedziale 0,96 – 1,0 świadczyłby o sukcesie gospodarczym, 0,9 – 0,95 – o stanie w miarę zadowalającym, 0,8 – 0,9 – wskazywałby na zapóźnienie gospodarcze i problemy strukturalne (niezbędne reformy), <0,8 = stan zapaści – konieczne natychmiastowe radykalne cięcia wymiaru czasu pracy!
2. W tabelce Turcja jest na poz. 39, ale to z powodu braku danych za ten rok (2015); jednak patrząc na wyniki z lat ubiegłych, średnia ilość godzin przepracowana przez Turka (1.832 w 2013) jest istotnie mniejsza od tego, co wyrabia Nadwiślańczyk.
3. Np. Hiszpania – mimo, że padła ofiarą euro-sado-monetarystów razem z Grecją, Portugalią i Irlandią (które stosownie do tego okupują dół skali), w naszym rankingu nadal trzyma się mocno! USA – mimo stosunkowo dobrych osiągów pekabowych (zwłaszcza na tle dociśniętej przez austerity Europy) i wysokiej (średniej) siły nabywczej – tu wypada przeciętnie (ale i tak nie tragicznie, jak na kraj-maskotkę lesefero-socjal-darwinistów).
4. W tym zestawieniu za 2013 r. (sporządzonym notabene najwyraźniej przez organizację profesjonalnych histeryków długu publicznego i inflacji, stąd do ich danych należy podchodzić z rezerwą) mamy dość znaczne przetasowania względem danych OECD – tym razem na prowadzeniu jest Finlandia, natomiast Teutonolandia w środku stawki; Rumunia na końcu (z katastrofalnym wynikiem sporo ponad 2.000h).
5. Rzecz jasna pewne obiektywne (tj. nie wynikające z sentymentów parkowaczy nadwyżek finansowych IOU czy z ekono-dominacji, której porządek skrystalizował się w epoce kolonialnej) przewagi produktywności w krajach Centrum vs. Peryferie istnieją, mając swoje źródła np. w tradycji industrialnej czy w poziomie sektora edukacji.
6. Owszem, w niektórych przypadkach – jak Korea Płd. – ciężka praca kilku generacji proli oprócz napompowania pekabu, może przynieść poprawę zasobności prolo-portfela, jednak z tego punktu droga jeszcze daleka do uzyskania zadowolonego społeczeństwa – vide 102/178 lokata Korei w cyt. Indeksie Satisfaction with Life. Także według naszego dzisiejszego rankingu IWPNN Koreę Płd. należałoby uznać za kraj Trzeciego Świata, wymagający natychmiastowych reform (jeśli się rozmarzyć, można by wyobrazić sobie nasz odpowiednik globalnego strażnika gospodarczego typu MFW – np. Międzynarodowa Organizacja Efektywności Gospodarczej – która w takich przypadkach jak Korea Płd. przybywałaby na pomoc wraz ze stosownym pakietem reform mających na celu poprawę poziomu wolności wyzyskodawców).
7. Oczywiście, jak wiemy z poprzednich odcinków, z tej puli nakładów prolo-godzin jedynie circa 30-50% służy zaspokajaniu racjonalnych potrzeb populacji; cała reszta to typowe prolo-kompostowanie na potrzeby algorytmu M(t2) > M(t1) + zatrudnienie w gubmintowych agencjach zajmujących się korygowaniem nawarstwiających się błędów Wielkiego Kalkulatra Rynkowego czy kontrolą populacji/ekspansją militarystyczną etc.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s