Fuzja ekonomii i termodynamiki typu MSM – recepta na synergetyczną bombę lobotomizującą?

Każdy, kto zagląda do PE-P, czy w miejsca takie jak Cassandra Legacy, Club Orlov czy archdruidreport (obecnie już nieistniejący, ale zarchiwizowany pod podanym linkiem) zauważy, że problemy wyczerpywania się zasobów, w tym zwłaszcza dywidendy termodynamicznej w postaci paliw kopalnych, są w takich miejscach prezentowane jako co najmniej równej wagi problem jak Globalne Ocieplenie [G.O.]. Tymczasem w przypadku, jeśli chcieć by czerpać wiedzę z kanałów główno-nurtowych [MSM], przyswojona zawartość informacyjna dotyczyłyby praktycznie jedynie tego drugiego aspektu (potencjalnego!) konfliktu gospodarki z termodynamiką. Czyli inaczej – mielibyśmy okazję zapoznać się jedynie z jedną stroną zagrożeń, na jakie może natrafić w najbliższej przyszłości model gospodarczy oparty na wrzucaniu węglowodorów (ko)palnych do pekabowego kotła.

Ta asymetria informacyjna frapowała nas już od dość dawna, jednak od pewnego czasu zdziwienie ustąpiło miejsca podejrzeniom, że w gruncie rzeczy nie mamy do czynienia z procesem połowicznego informowania, a z ze zorganizowanym procesem dezinformacyjnym, coś na kształt jak to ma miejsce w przypadku zagadnień stricte ekonomicznych.

[Zdajemy sobie sprawę, że dzisiejszy odcinek w odczuciu części naszych Czytelników może być odebrany jako przekroczenie pewnego sawłar-wiwrowego konsensusu, w którym – owszem – ekonomię główno-nurtową można śmiało krytykować, a w razie potrzeby nawet kopać po kostkach, natomiast już jeśli chodzi o krytykę MSM-owej prezentacji zagadnień G.O. należy zachować wstrzemięźliwość; niestety nawet świadomość istnienia tego niepisanego kodeksu memetyki anty-leseferestycznej nie jest nas w stanie odwieść od wypuszczenia dzisiejszych chemitrailsów. Natomiast zaznaczmy dla jasności, że – przynajmniej na razie – nie zasubskrybowaliśmy się do obozu denialistów (ale pamiętajmy też, że jedną z cech PE-P – jako platformy z zasady unikającej zamykania się w jakiejkolwiek konserwie – jest dynamiczność memetyczna!). Tak czy owak, uważamy, że samo-zadowolone obnoszenie się z którymkolwiek z tych 2-ch totemów – bezwarunkowego akceptalianizmu konsensusu w/s ‘Spowodowanego przez Sapiensów G.O.’ (zwanego dalej po prostu G.O.) jak i denializmu G.O., jest w gruncie rzeczy symptomem zamykania się w twierdzach ideologicznych; ale o tym więcej za chwilę. Jeszcze uwaga/ostrzeżenie: jeśli chodzi o wrzucone dziś piksele – będzie grubo, jeszcze grubiej niż zwykle! Marnotrawstwo pikseli kontra marnotrawstwo energii! I nawet mimo tego, że te piksele nie wygenerowały nam żadnego dochodu, chcąc-nie-chcąc popchnęliśmy PKB circa o 3×10-11%, a to przez zużycie energii – mniej więcej w takiej ilości, która mogłaby potoczyć spalinowe wozidełko wiozące prola (prostą drogą) do roboty o 0,5-1 km.]

Zacznijmy od krótkiego przypomnienia, jak wyglądają prognozy MSM w temacie przyszłych scenariuszy współistnienia współczesnego sapiensowego modelu gospodarowania typu M(t2) > M(t1) i środowiska naturalnego. Na planie pierwszym eksponowany jest obecne w zasadzie tylko jeden wątek – czyli właśnie G.O. (przy czym oczywiście część MSM – tj. skrzydło neo-końskie czy quasi-mizesologiczne typu Faux News – z reguły w ogóle nie przewiduje żadnych termodynamicznych czy przyrodniczych niedogodności – przynajmniej dopóki zasobami sterują solidne algorytmy wielko-leseferowe; przedmiotem analizy dzisiejszego odcinka jest jednak ta część MSM, która stanowi emanację „poglądów” tzw. liberalno-demokratycznych, tj. centrowych czy centro-lewicowych uprawiaczy praktycznego leseferyzmu).

Na tej scenie mamy okazję podziwiać – standardowo – walkę dobra ze złem, gdzie, ogólnie rzecz biorąc, to pierwsze reprezentują  sygnatariusze Accord de Paris, natomiast siły ciemności aktualnie reprezentuje Trampozaur (no i jeszcze w pewnym stopniu pisiorki, które jak wiadomo wręcz się palą, żeby napędzać nadwiślańską gospodarkę węglem). Nie będziemy się tu rozpisywać o szczegółach Porozumienia AdP; przypomnimy tylko ogólnie, że celem Sił Dobra jest ograniczenie od-sapiensowych emisji gazów cieplarnianych (w tym głównie CO2) tak, aby tym sposobem utrzymać wzrost średniej globalnej temperatury w granicach <2°C. Środkiem do osiągnięcia tego celu mają być dobrowolne targety cięć emisji samo-ustanowione przez kraje-sygnatariuszy. Nie musimy chyba dodawać, że z uwagi na brak instrumentów kontroli czy sankcji, które mogłyby skutecznie egzekwować te targety, ten paryski iwent można uznać za niewiele więcej aniżeli kolejny sabat, na których lubią spotkać się neoliberałowie celem wyrażenia troski i wzajemnego poklepywania się po plecach.

Teraz, jeśli chodzi o dynamikę, którą np. my (czy wymienione na początku bardziej poważne przykładowe źródła) uważamy za zagrożenie większe niż G.O., tj. dostępność energii – w ujęciu MSM przypisana jest jej rola co najwyżej trzecio-planowa (na drugim planie umieszczono takie wątki, jak recykling, dostępność i jakość żywności czy czystej wody, ochronę drzewo- i zwierzostanu etc. – które oczywiście są ważne i jak najbardziej zasługują na uwagę; jednak dziś skupiamy się na dychotomii G.O. vs. peak-coś-tam). Dominującym podejściem do tematu paliw kopalnych [PK] jest takie, które my w PE-P określamy „TEDo Epoko-Kamiennym” [TEDEK], na cześć tego TEDo odcinka.

O co tutaj chodzi? Otóż można odkryć pewną prawidłowość – koniec ery ropy (czy innych PK) w narracji ludzi, którzy reprezentują czy to konglomeraty paliwowe (jak R.Sears), czy kraje-producentów (jak szejk Yamani), czy po prostu są mizeso-techno-singulitarianami z przekonania czy z zawodu, nastąpić ma rzekomo w drodze dobrowolnego i świadomego wyboru ścieżki postępu, tj. jakiegoś lepszego (i może jeszcze tańszego – pamiętajmy, w bilansach leseferystów cząsteczki pieniądzowe są ważniejsze niż cząsteczki materii!) źródła energii, analogicznie jak to miało miejsce w przypadku przejścia z epoki kamienia do epoki brązu: sapiensy wybrały narzędzia z brązu nie dlatego, że zabrakło im kamienia, ale po prostu dlatego, że okazały się one znacznie lepsze od kamiennych (o ułomności tej analogii czytaj np. tu). Transformacja energetyczna – w tej narracji – absolutnie nie będzie się rozgrywać według doomsayerskich scenariuszy kreślonych przez chemitrailserów spod znaku peak-oil, gdzie postępujący spadek produkcji na jednostkę czasu (dziennej) będzie dokonywać stopniowej erozji zdolności sapiensów do generowania pekabu, a z czasem także zdolności do zaopatrywania wypączkowanej obficie populacji w kalorie.

[Dodajmy jeszcze przy okazji na marginesie, że rozmowa o tym wyżej napomkniętym słoniu w termodynamicznym salonie – skumulowanej eksplozji demograficznej – jest już szczególnym faux pas, jeśli chodzi o strumienie memetyki planeto-ochronnej płynące z kanałów główno-nurtowych. Ba! W modzie jest wręcz – zwłaszcza w Europie – terkotanie o katastrofie demograficznej á rebours, tj. lamentowane są występujące lokalnie naturalne trendy stabilizacji czy łagodne tendencje zmniejszania się masy populacji; w propagacji tych nonsensów uczestniczy większość koalicji neolibu i szczekaczek-pracorozdawaczek (żądnych najwyraźniej podaży prolo-godzin rosnącej ad infinitum), ale szczególnie namolna propaganda toczy się z ust doomsayerów emerytalnych oraz leseferystów typu ksenofobicznego, który to gatunek ma okazję obecnie reprezentować kapitalistów m.in. nad Wisłą.]

Co więcej, taka auto-transformacja energetyczna ma się dopełnić bez naruszania monetarnych algorytmów wolnorynkowych, czyli w ramach kapitalizmu. Gubminty mogą co najwyżej stosować ograniczone instrumenty wspomagania rynku [1], które będą jednak najczęściej ponownie adresować Problem nr 1, czyli G.O., i których przykładem będą carbon credits, czy ewentualne ustanowienie podatków od emisji [2].

Czyli – podążając dalej tą narracją – w efekcie racjonalnych decyzji (omni-ogarniających) konsumentów, którzy po prostu będą wybierać rozwiązania „tańsze” i „lepsze” – sam rynek z czasem doprowadzi do tego, że transformacja do gospodarki w 100% opartej na energii ze źródeł odnawialnych [OZE] stanie się – już może za 20-30 lat – faktem.

W przypadku części zwykłych spalaczy kWh, którzy na co dzień raczej nie mają okazji dostrzegać jakichkolwiek istotnych widzialnych znaków realizowania się takiej transformacji  (czy choćby pojawienia się impulsów motywacji monetarnej mających odniesienie do życia prolo-kompostowca, i które wyznaczałyby ścieżkę ku tym fantomowym celom), niezbędne jednak będzie wstrzyknięcie im dodatkowych dawek kool-aidowego energo-optymizmu. Jak przekonać sceptyków? Enter EL Musk.

W świecie, w którym często najważniejsze decyzje życiowe podejmowane są pod wpływem komiksowych memów obrazkowych, do przepchnięcia danej wizji niezastąpiona będzie postać Bohatera (‘Człowiek-Mrówka ratuje świat przed wirtualnym słoniem w salonie’ – fokken awsome!) czy mesjasza, który porwie tłumy (i przyciągnie jak magnes potrzebne do tej zabawy hajsy zarówno od spragnionych pomnażania swoich darmowych obiadów Inwestorów, jak i od „wspierającego innowacje” – ale z reguły tylko takie, które pompują pekaba – gubmintu). Kiedy standardowy pochłaniacz kWh będzie miał okazję zobaczyć na takim obrazku giga-fabrykę pokrytą w całości panelami PV, z której wyjeżdżają kipiące mechanicznymi kucami i kpiące ze wszystkich doomsayerów śmigłe tesle – w tym momencie przyszłość powinna stać się dla niego jasna: oto kapitalizm w osobie najlepszego-wciskacza-kapitalistycznego-Pi-aRu najciężej-na-świecie-pracującego przedsiębiorcy właśnie pokazał niedowiarkom, że działa – mega-dysrupcyjnie pokazując faka dinozaurom ery ropy reprezentowanym przez skostniały kompleks paliwowo-samochodowy – i przez to działanie niesie nam nową erę – czyściutkiej, szeroko-dostępnej energii, dzięki której, co więcej, będziemy mogli śmigać do pracy jeszcze szybciej i taniej niż dotąd!

Tyle tylko, że – pomijając już niską adekwatność cen Produktów Jego Dysruptywności w stosunku do zarobków prolo-kompostu – EL-Musko-rewolucja w ogóle się nie trzyma termodynamicznej, ani też ekonomicznej kupy. Po pierwsze wszystkie te śmiałe plany produkcyjne rzędu kilku mln jednostek aut na baterię tu, innych kilku mln tam, mimo że wobec zagregowanej masy (1+ mld) pojazdów będących w użyciu stanowią promile całej tej floty, już na tym etapie grożą sparaliżowaniem łańcucha dostaw kilku podstawowych surowców, jak np. kobaltu używanego w samochodowych bateriach Li-Ion (i z zasady we wszystkich bateriach litowych o najwyższych gęstościach energii) w ilościach większych niż lit, czy choćby samego litu (czyt. też tu, albo tam).

Należy też pamiętać, że w kapitalizmie oprócz problemów o naturze fizycznej nasz Bohater jest także przedmiotem grawitacji finansowej M(t2) > M(t1), która w MSM z reguły całkowicie zaćmiewa kwestie zasobowe (ale potrafi zdominować też czasem dyskusje w wielu niszowych mediach dedykowanych termodynamice, które często-gęsto ekonomicznie tkwią nadal w monetarystycznych miazmatach) – głównym zmartwieniem wydaje się być problem ‘skąd wziąć pieniądze?’, podczas gdy takie hasła jak EROEI czy LCA (np. dla EV-ów czy PV-ów) nie pojawiają się (w MSM) praktycznie nigdy (a nie jest to przecież rocket-science). Ale nawet i tu jest wiele znaków zapytania względem finansowej zdolności/gotowości kapitalistów do przeprowadzenia „rewolucji” energetycznej.

Tak czy owak, dopóki poruszamy się w rzeczywistości (niedotrzymywanych) planów i (coraz śmielszych) projektów, hajpowania na konferencjach prasowych, dotacji/zwolnień podatkowych zarówno dla (bogatych – tj. takich, których stać na nowe auto o ponadprzeciętnej cenie) konsumentów (np. w Norwegii czy USA), jak i dla muskowego imperium per se etc. – trudno postawić jednoznaczną diagnozę finansową Tego czy podobnych projektów; wiemy tylko, że jak na razie pieniądz jest intensywnie spalany, ale w obecnej fazie nie można wykluczyć przyszłej finansowej racjonalności tych inwestycji.  Zresztą księgowość to tak naprawdę tylko nieistotny aspekt  wierzchołka tej transformacyjnej góry lodowej, na którą składa się cała masa problemów przejścia do świata zasilanego w 100% przez OZE. Odstawmy zatem kwestie finansowych IOU i wróćmy do prób analizy zasobowej.

Zgodnie z narracją MSM wszystko, czego potrzeba, żeby transformacja energetyczna zakończyła się sukcesem, to rozstawić tu i ówdzie po 100 mil kw. paneli PV, które sprzężone będą z pokrywającymi podobny areał bateriami/akumulatorami (dostarczanymi – jakże by inaczej – przez naszego Człowieka-Energię Medialną Ucieleśnioną – np. Tesla Powerwall – o czym za chwilę). Owszem – gość, któremu na ogół w sprawach energii ufamy (z pewnym zastrzeżeniem, o którym za chwilę),  nieżyjący już niestety David McKay, w swoim kultowym opracowaniu Without Hot Air faktycznie wskazał, że – przy użyciu technologii skoncentrowanej energii słonecznej [CSP – zdjęcie obok] [3]; zainstalowanej na odpowiednio dużym obszarze w korzystnych warunkach (np. Afryka Płn.)  – możliwe jest uzyskanie mocy porównywalnych z obecnym  potencjałem generowanym z PK. Tyle tylko, że takie instalacje, aby otrzymać na ich wyjściu ekwiwalent mocy aktualnej globalnej generacji, musiałyby pokryć kwadrat o bokach 1.000 x 1.000 km (czyli zaznaczmy – 1 mln km kw –  teren circa 3-ch Trzecich Neoliberalnych [4] – a nie kilku czy kilkunastu tysięcy km kw (dodajmy – mowa jest tu już o całej energii, a nie tylko o tej, która płynie nam z gniazdek, czyli elektrycznej) (u McKaya czytaj więcej na str. 178-181 tekstu).

Ryc.: Alternatywne lokalizacje obszarów instalacji CSP wystarczających (pomijając kwestie gromadzenia energii na noc) do pokrycia całego zapotrzebowania energetycznego Afryki i Europy – żółte pola reprezentują obszar 360.000 km2, czerwony kwadrat to część dedykowana zasilaniu UK; źródło – David McKay „Without Hot Air” str. 179.

Oprócz CSP istnieją jeszcze dwie technologie, o których warto w ogóle mówić jeśli chodzi o rozbudowę (potencjał hydro jest już – mniej  więcej – zagospodarowany) bazy generacji energii odnawialnej (przynajmniej przy obecnym stanie wiedzy)  – wspomniane panele PV, również żywiące się słońcem i o podobnej wydajności z m kw (~15 W/m2), oraz wiatraki (tu tylko 2-3 W/m2). Ale każda z tych technologii, żeby stać się istotnym elementem transformacji energetycznej (nie mówiąc już o zabezpieczeniu 100% zapotrzebowania), wymaga zeskalowania do rozmiarów zajmujących obszary rzędu kilkunastu+ % powierzchni całych krajów (za wyjątkiem może terytoriów o niskiej gęstości zaludnienia i do tego korzystnie zlokalizowanych, jeśli chodzi zwłaszcza o nasłonecznienie, np. Australia, Libia, Arabia Saudyjska czy może nawet do pewnego stopnia USA). To oznaczałoby – jeśli w ogóle wola podjęcia takiej strategii  byłaby obecna (a nie jest) – oprócz przeszkód natury logistycznej, społecznej czy geopolitycznej – gigantyczny stres na łańcuch dostaw materiałów niezbędnych do postawienia tego typu instalacji on-line (nie mówiąc już o finansowaniu – zakładając, że to wszystko miałoby być przeprowadzone w środowisku praktycznego leseferyzmu, tj. gdzie na tym przedsięwzięciu mieliby zarabiać prywatni inwestorzy). W naszej opinii – realistycznie jest to, mówiąc krótko  n i e – m o  – ż l i – w e (a już zwłaszcza, jeśli prime moverem takiej transformacji ma być chęć zysku i hajsy). Ale nawet gdyby tu nastąpił jakiś cud, to problem generacji per se stanowi jedynie część całego takiego scenariusza zmiany modelu zasilania.

Drugą, prawdopodobnie jeszcze trudniejszą stroną, jest kwestia gromadzenia/przechowywania energii, która – pamiętajmy – w tym nowym świecie ma być generowana głównie przez źródła typu intermittent (czyli nie-ciągłe/nie-elastyczne, charakteryzujące się działaniem po części cyklicznym – np. panele PV czy CSP w cyklach dzień/noc, a po części także chaotycznym, tj. zależnym od czynników pogodowych, jak np. wiatr czy zachmurzenie, przewidywalnych – jeśli chodzi o okresy dłuższe niż kilka dni – jedynie statystycznie [5]; tzn. stopień nie-ciągłości jest tu znacznie wyższy w porównaniu do źródeł, których operacja oparta jest o zgromadzone i przygotowane do spalenia/syntezy jądrowej zapasy PK i które w tryb off-line przechodzą jedynie podczas regularnie zaplanowanych konserwacji, a tylko epizodycznie – w wyniku nieprzewidywalnych awarii  (przeciętny współczynnik dostępności dla operatora sieci wynosi tu >90%). Dlatego też skuteczna transformacja wymaga zbudowania infrastruktury, która pozwalałyby akumulować nadwyżki wygenerowane podczas sprzyjających warunków po to, aby tak zgromadzoną energią uzupełniać niedobory w okresach, kiedy wystąpią warunki niesprzyjające. Obecnie głównym takim elementem łańcucha dostaw energii są tzw. elektrownie szczytowo-pompowe (jak zaprezentowana na zdjęciu poniżej).

Hohenwarte II Pumped-storage Power Plant(autor: Vattenfal)

 Dorzućmy jeszcze schemat działania tego ustrojstwa:

Ryc.: Przykładowy schemat operacyjny elektrowni szczytowo-pompowej, tu: położonej nad jeziorem; źródło: eclipsol.com

Jak na razie funkcja tych elektrowni typu pump-storage polega głównie na w miarę regularnych interwencjach w czasie dobowych szczytów zapotrzebowania. Jednak radykalna zmiana modelu generacji stawiałaby całkiem nowe wyzwania, jeśli chodzi o takie ogniwa łańcucha dostaw energii. Teraz pytanie: o ile musiałyby wzrosnąć „pojemność” takich systemów w przypadku 100% generacji intermitentnej (OZE)? Otóż szacunkową odpowiedź daje nam kolejny artykuł od Energy Matters, a mianowicie – zgodnie z przedstawioną tam analizą – zdolności gromadzenia energii musiałyby globalnie wynosić circa 500 TWh i to już przy założeniu wybudowania instalacji OZE posiadających nadmiar mocy generacyjnych, które następnie byłyby przedmiotem menedżmentu poprzez tzw. curtailment (ograniczanie produkcji kiedy występuje znaczny nadmiar mocy) na poziomie 50% (co oczywiście będzie rzutować negatywnie na zyskowność producentów lub/i pozytywnie na ceny sprzedaży).

Jak do tej wartości mają się plany zastosowania do celów przechowywania energii (buforowania systemu) sprytnych baterii wyprodukowanych przez EL Muska? Otóż jest to czysta fantazja. Dla porównania – cały obecny globalny potencjał elektrowni szczytowo-pompowych to 500 GWh (+20 GWh zapewniany przez inne instalacje, w tym akumulatorowe). Czyli mówimy tu o konieczności powiększenia zdolności magazynowania energii rzędu  x 1.000 ogółem (a jeśli miałyby to być głównie baterie – x 20.000 względem obecnego potencjału)! Jest to absolutnie technicznie i zasobowo n i e – w y – k o – n a l – n e. Elektrownie szczytowo-pompowe, choć bez wątpienia efektywne w swojej roli, posiadają szczególne wymagania lokalizacyjne [6], a ilość takich lokalizacji jest fizycznie ograniczona – pomijając już niezbędne gigantyczne nakłady materiałów i energii potrzebne do takiego zeskalowania. Ale może jednak baterie dadzą radę?

Cytowany D.McKay rozwiązania problemu buforowania upatrywał właśnie w zelektryfikowaniu transportu indywidualnego – rolę eleganckiego (pasującego do bilansu) bufora spełniać miałyby baterie zainstalowane w elektrycznych autach [EV]. Jednak, przy całym szacunku dla McKaya – skoro zgodnie ze wspomnianymi wyżej opracowaniami (dot. pozyskiwania litu, a zwłaszcza kobaltu [7]; słowo „cobalt” nie pada nawet jeden raz w cyt. książce McKaya), gdzie już produkcja kilku-kilkunastu milionów aut EV pochłaniałby większą część wydobycia potrzebnych surowców, zakładanie możliwości wymiany całej 1-miliardowej floty  w jakimkolwiek terminie, który dawałby szanse na uzupełnienie na czas luki energetycznej wywołanej kurczeniem się dywidendy uzyskiwanej z PK (10, może 20 lat), jest również całkowicie nierealne. (Pozostawiając już na inną okazję analizę „zieloności” czy funkcjonalności EV-ów [8]) [Pyt.: A czy ukorzycie się i przeprosicie, kiedy to się Elonowi jednak uda? Wasz Doomsayerofob. Odp. PE-P: Oczywiście, że nie, bo wiemy, że psychopaci w swoich działaniach kierują się tylko pompowaniem swojego ego, a każda „rewolucja” motywana takim prime-moverem już z założenia nie ma najmniejszych szans poprawić jakości życia prolo-planktonu, nawet jeśli zakończy się czymś bardziej wartym uwagi niż pęknięcie bańki].

Ale ktoś może zaoponować: przecież potrzeba matką wynalazku – w każdej chwili jakiś korpo-team może znaleźć takie rozwiązanie budowy baterii, które umożliwi obejście bieżących barier surowcowych (np. elektrody grafenowe etc.). Owszem – nawet my nie wykluczamy takiej ewentualności. Ale od wynalazku do zbudowania całego łańcucha dostaw droga jest bardzo daleka. Dodajmy jeszcze, że wszelkie analogie typu „baterie podlegają czemuś na kształt prawa Moore’a”, czy „problem pojemności baterii to mniej więcej to samo, co pojemność dysków pamięci”, „ceny baterii muszą spadać wraz ze wzrostem produkcji dzięki efektowi skali[9] są – przynajmniej jak na razie (i dopóki ktoś nie przedstawi dowodu przeciwnego) – całkowicie nieadekwatne. Za obecnymi bateriami Li-Ion stoi kilkadziesiąt lat technologii i wdrożeń (a zauważmy, że w międzyczasie nie pojawiła się żadna istotna konkurencyjna technologia). Tymczasem narracja MSM (czy singulitariańska) wydaje się w ogóle nie przejmować takimi „drobnostkami” – tak, jak gdyby EL Musk rzucił na nich jakieś paraliżujące zaklęcie. Inne wyjaśnienie tej kolaboracji jest po prostu takie, że i Musk i MSM grają w jednej drużynie, której celem jest utrzymywanie populacji (i może także Inwestorów, czyli posiadaczy nadmiarów finansowych IOU) w stanie dezinformacji w tematach termodynamiki w ogóle, a w zagadnieniach energii na potrzeby transportu w szczególności.

Jedyne w miarę realistyczne (i nie zakładające pojawienia się just-in-time jakiegoś cudu technologicznego) propozycje, wspierane zarówno przez McKaya jak i wielu współczesnych realistów termodynamicznych, to odejście od absolutystycznych mrzonek typu ‘nas klimato-uświadomionych nie zadowoli nic innego jak tylko 100% energii z OZE’ na rzecz jakichś kompromisów, gdzie przynajmniej do czasu taki nowy miks energetyczny byłby uzupełniany „konwencjonalną” generacją typu „ciągłego” (głównie albo gazem ziemnym, albo lepiej – jeśli chcemy jednocześnie walczyć z emisjami – syntezą jądrową [10]) w proporcji 20-30 czy nawet więcej %. Przyjęcie takiego kompromisu pozwoliłoby w dużej mierze zredukować problemy buforowania (czy przynajmniej rozłożyć proces konstruowania pojemności buforów w czasie – o ile w ogóle okaże się to kiedykolwiek wykonalne), kupując też dodatkowy czas, w którym jakieś przełomowe, czy przynajmniej wyraźnie lepsze technologie mogłyby się objawić i w istotny sposób polepszyć niektóre pozycje całego takiego bilansu zasobowo-energetycznego. Tymczasem np. w Teutonolandii monumentalne instalacje generacji wiatrakowych wydają się służyć jak na razie bardziej wypychaniu właśnie atomu, aniżeli węgla.

Jeszcze inny problem technologiczny, o którym tylko napomkniemy, to kwestie integracji OZE z istniejącymi sieciami dystrybucyjnymi, które były opracowane i doskonalone przez dekady pod kątem li tylko generacji konwencjonalnej, napędzanej PK; im większy będzie udział OZE, tym trudniejsze będzie zarządzanie siecią, które ma za zadanie spasować podaż do popytu sekunda za sekundą (obecnie głównym narzędziem jest odczyt częstotliwości generowanego prądu – kiedy ta spada – tj.  kiedy generatory pod zwiększonym obciążeniem zaczynają się kręcić wolniej – po części automatycznie, lub w razie potrzeby – interwencyjnie, uruchamiane są elastyczne rezerwy, typu gaz czy pump-storage; natomiast w przypadku generacji z PV czy z wiatraków ten częstotliwościowy algorytm już nie działa, co stwarza dość istotne wyzwanie integracyjne).

Nie trzeba dodawać, że zarówno MSM, jak i spora część narracji alternatywnych jak ognia unika wspominania recept-kroków, które z punktu widzenia obserwatora wolnego od grawitacji M(t2) > M(t1) wydają się nisko wiszącą konfiturą, a mianowicie tych, które zmierzałyby do istotnej redukcji konsumpcji, bądź przynajmniej do radykalnej racjonalizacji zużycia energii. Wystarczającym dowodem potwierdzającym olbrzymi potencjał tego typu rozwiązań jest fakt, że wiodący kraj leseferystycznego centrum zamieszkiwany przez 5% globalnej populacji zużywa 25% globalnej energii i circa 1/3 wszystkich surowców (i, co ciekawsze, mimo tej ekstrawagancji, co najmniej 40+ mln ludzi wegetuje tam nadal poniżej progu ubóstwa; dystrybucja głupcze? [11]).

Idąc dalej tym tropem – produkcja „zielonych” komponentów nie odbywa się wcale tam, gdzie zarówno generacja energii do ich produkcji jak i metody tej produkcji są najbardziej efektywne zasobowo jak np. w Szwecji, Francji czy Szwajcarii – o nie!; miejsce wytwarzania tych gadżetów determinuje efektywność monetarna, której sprzyjają głównie takie czynniki jak prolo-taniość, brak standardów środowiskowych/BHP lub ewentualnie – sowite dotacje gubmintowe. Zresztą, jeśli już o dotacjach – te wspierające sektor PK – a w efekcie stymulujące pośrednio konsumpcję energii, zamiast promować jej oszczędzanie  – szacowane są w skali globu na 5 bln $.

Podobnie też instalacja aparatury OZE często-gęsto ma miejsce w lokalizacjach dalekich od optymalnych – np. wiatraki masowo sytuowane w Teutonolandii mają współczynnik wykorzystania mocy – capacity factor – na średnim poziomie zaledwie 16-19% (w Irlandii ~30, a w Oklahomie 41%). Co więcej, możliwa jest kombinacja tych dwóch sub-optymalnych trendów – np. panele PV made in China instalowane będą w Szwecji, podczas gdy w międzyczasie plemienny prol w nasłonecznionej Afryce – być może całkiem nieświadomy istnienia czegoś takiego jak dotacje do prosumentów, czy w ogóle istnienia takowego prosumentowego zwierza, który gdzieś na dalekiej Pólnocy obkłada sobie dach panelami PV – naładuje sobie komórkę za pomocą generatora dizlowego (jeśli jakiś lokalny bonzo takowy posiada).

Naszym zdaniem, dopóki takie aberracje będą traktowane jako coś nie-podlegającego-negocjacjom, tak długo jedynym produktem wszelkich zabaw w energetyczną futurologio-politykę, w tym nawet takich zakotwiczonych solidnie w realizmie termodynamicznym, będzie tylko jeszcze więcej hot air. Z punktu widzenia zasobowego redukcja zużycia energii przedstawia ogromny potencjał  – znaczna część – może 20-30 czy nawet więcej % – nie służy zaspokajaniu sapiensowych potrzeb, a przynajmniej nie tych racjonalnych (a podobna ilość jest marnowana z uwagi na relatywnie niskie ceny, które sprzyjają niskim efektywnościom [12]); ale o tym więcej może kiedy indziej. Natomiast zasadniczym problemem jest to, że mniejsze zużycie ≡ spadek pekabu ≡ załamanie modelu opartego o rosnący dług (prywatny) ≡ kapitalizm w opałach.

*

Zatem, podsumowując ten chaotyczny ekono-termodynamiczny crash course – obraz energetyczno-środowiskowy prezentowany przez MSM jest pełen dziur i sprzeczności. Wskutek tego może generować u części krytycznych obserwatorów różne dziwne myśli w kwestii tego, jak sprawy faktycznie się przedstawiają. Jedną z postaw, do jakich prowadzić może krytycyzm wobec tej „oficjalnej” i budzącej sporo wątpliwości narracji, będzie denializm G.O. Jak zaznaczyliśmy – my do Denialistów się nie zaliczamy – jednak chcielibyśmy zauważyć, że klasyczny argument basherów denializmu – o 97% konsensusie świata naukowego – jest nie do końca przekonujący (nawet jeżeli jest prawdziwy, czego akurat my nie negujemy, tyle że faktyczne spektrum opinii – jeśli poświęcić tym zagadnieniom trochę więcej uwagi – jest znacznie bardziej zróżnicowane niż zero-jedynkowy podziału ‘denialiści/akceptacjonaliści’).

Przez analogię – zapewne również 97% publikacji ekonomicznych jest mniej więcej zgodna z konsensusem neoklasycznym, tym samym wpisując się w Globalne Neoklasyczne Nieporozumienie, a mimo to część osób (fakt, że niewielka) uważa PE-P za bardziej wiarygodne źródło ekono-informacji niż np. wiki_pl czy forsal. Co więcej – asymetria informacyjna w/s wyzwań termodynamicznych w połączeniu z często praktycznie czysto pozorowanym czy werbalnym charakterem aktywności deklarowanych jako „walka z G.O.” może wręcz sprzyjać generowaniu wśród osób skłonnych do sceptycyzmu uczucia podejrzliwości, czy aby i ten składnik narracji MSM (podobnie jak propagacja ekonomii WN-KN) nie ma przypadkiem na celu – zamiast ochrony Planety (czy w jak w przypadku WN-KN – zamiast poprawy dobrobytu populacji) – ochrony interesów i pozycji globalnego mega-frirajderstwa [13].

Wobec tej termodynamicznej info-asymetrii nasza pracownia niestety nie posiada jeszcze na razie własnej ukształtowanej i okrzepniętej kontr-narracji – takiej, którą mogłaby zaprezentować Czytelnikom w całej logicznej okazałości, czy to kojąc ich globalno-ociepleniowe wnuko-troski, czy też odwrotnie – jeszcze bardziej je podsycając. Niemniej zarys pewnej hipotezy, która częściowo wyjaśniałaby uporczywe asymetryczne „faworyzowanie” G.O. względem zagadnień typu peak-coś-tam-coś-tam, zagnieździł się już w naszych głowach, i dziś – jako nie-konkludującą konkluzję wpisu – dokonamy jego zrzutu.

Otóż w naszej (formującej się) opinii przynajmniej część kast Władców Kapitału oraz Ich Neoliberalnych Minionków jest świadoma tego, że problem ‘skąd brać energię w przyszłości?’ jest realny, a sposobów na jego rozwiązanie jak na razie jest brak, a przynajmniej nie istnieją takie, których aplikacja gwarantowałaby Overlordom utrzymanie stanu posiadania i obecnej dominującej ekono-pozycji. Być może uznano, że skala wyzwań, jakie niosłaby realistyczna transformacja energetyczna – dająca szanse podtrzymania Cywilizacji w obliczu nadchodzącego zmierzchu Ery Zasysania Dywidendy Termodynamicznej – jest zbyt duża i, jak na razie, wybrana została taktyka „kopania puszki”.

Owszem – stwierdzono, że pewne działania spowalniające tempo upadku podejmować należy, ale w taki sposób, żeby nie wzbudzić paniki (ani też brońboże nie zaszkodzić pekabowi!). A puszczenie w główno-nurtowy eter wiadomości typu: „za 5-10 lat dobowe wydobycie ropy będzie znacznie mniejsze niż dzienne zapotrzebowanie i nie bardzo wiemy, czym tę lukę energetyczną uzupełnić” niewątpliwie taką panikę miałoby szanse wywołać, zarówno wśród prolo-populacji, jak i w kręgach praco-rozdawaczy czy pomniejszych żonglerów finansowymi IOU. Dlatego też całą narrację „postanowiono” skoncentrować wokół problematyki G.O. [14], która paniką (jak widać) nie grozi (bo przeciętny konsument kWh żadnych skutków G.O. w swoim obejściu raczej jeszcze przez dłuższy czas nie odnotuje), natomiast pozwala „usprawiedliwić” gubmintowe działania zorientowane na próby kontrolowanej redukcji zużycia nieodnawialnych surowców energetycznych – które, aczkolwiek nie są skuteczne i mają charakter akcji bardziej pozorowanych aniżeli zmierzających do osiągnięcia jakichkolwiek konkretnych rezultatów, podejmowane są, być może, w oczekiwaniu na jakieś lepsze i skuteczniejsze strategie utrzymania kontroli.

Dodajmy, że drugą, jeszcze cięższą tego typu memo-maczugą, której zastosowanie pozwala spowolnić tempo zużycia PK czy w ogóle surowców (nie rozwiązując jednak w żaden sposób realnych problemów), jest polityka austerity. Także i w tym przypadku zachowanie kontroli i zduszenie prolo-aspiracji nie nastręcza większych kłopotów, ponieważ większość populacji uważa oszczędzanie gubmintowych hajsów za coś jak najbardziej wskazanego (a już na pewno ważniejszego niż oszczędzanie energii). Ponownie zwróćmy uwagę na pewną analogię – austerity posiada uzasadnienie w postaci konsensusu „świata naukowego” (90+% ekonomistów), którego wyrazem jest przyjęcie ekonomii neoklasycznej jako standardu poznawczego i wzorca dla interpretacji zjawisk oraz identyfikacji związków przyczynowo-skutkowych.

Oczywiście, gubmintowe działania „chroniące” przed G.O. (czy cięcia w ramach ekono-ascezy) mogą w niektórych przypadkach wygenerować wśród części populacji mniejszą czy większą irytację (przez co część tej populacji – np. przeciwnicy żarówek kompaktowych czy miłośnicy benzynowych mięśnio-aut – zasubskrybuje się w proteście do Obozu Denialistów). Ale ten ferment raczej nie będzie grozić masową radykalizacją postaw w sposób, który mógłby zagrozić utrzymaniu kontroli i porządku, co mogłoby mieć miejsce w przypadku np. wprowadzenia reglamentacji paliw czy w ogóle ograniczenia dostaw kWh do gospodarstw domowych standardowych (tj. „nie kreujących bogactwa”) zjadaczy kWh. Leseferystyczne barometry nie bez przyczyny non-stop próbkują poziom nastrojów konsumenckich, ponieważ optymizm jest podstawą dalszego kopania puszko-idei nieograniczonego wzrostu pekabowego.

Jednocześnie warto zauważyć, że skutkiem asymetrycznego dawkowania informacji termodynamicznych w połączeniu z około-teslowym czy TEDEK-owym hajpem, rozwiązania typu de-growth („od-wzrost”?) spychane są do absolutnej niszy, co sygnalizuje, że Władcy Kapitału nie będą zbyt skłonni pozwolić działać algorytmom innym niż M(t2) > M(t1), nawet w obliczu takiego rozwoju sytuacji, w którym ekonomia eksploatacyjna zaczyna balansować na granicy przepaści.

Można jeszcze dodać, że teoria racjonalnego agenta (gdzie agregat tych ratexo-agentów za pomocą siły swoich portfeli wyłoni właściwą technologię), absurdalna nawet w standardowo zakładanych warunkach, w środowisku zmasowanego bombardowania dezinformacyjnego degraduje się do poziomu kiepskiego żartu; zwycięzców – zarówno jeśli chodzi o technologie jak i ich dostarczycieli – wybiorą po prostu najbardziej wpływowi Posiadacze za pomocą swojego aparatu lobotomizującego, którego credentialed-klasowych funkcjonariuszy znacznie bardziej od fizyki, ekonomii czy futurologii termodynamicznej (ba! zapewne także bardziej od przyszłych losów czy nie-losów cywilizacji) interesują bieżące jak i przyszłe stany zapisów zgromadzonych przez siebie finansowych IOU.

______________________________

1. Owszem – ostatnio nastąpił wysyp zapowiadanych, bardziej radykalnych interwencji – jak zakaz sprzedaży aut z silnikiem spalinowym od bodajże 2040 r. Ale 2040 jest daleko, a politykabukowa gadka-szmatka zawsze była i będzie tańsza od ropy.
2. Oczywiście spalanie węglowodorów jest tożsame z emitowaniem CO2, ale fakt, że targetujemy emisje, nie zaś zużycie PK, wpisuje się ponownie we wspomnianą na początku asymetryczną narrację i w filozofię TEDEK.
3. (Występujące także pod nazwą Concentrated Solar Thermal – CST). W technologii CSP/CST specjalne lustra podgrzewają specjalne sole, których energia cieplna napędza następnie generatory prądu; wdrożenie CSP próbuje robić konsurcjum Desertec.
4. Jeśli podejść bardziej lokalnie – np. żeby Afryka pokryła zapotrzebowanie swoje i Europy (reszta świata takie mega-tereny generacji ulokowałaby gdzieś bliżej swojego terytorium) – wystarczyłby kwadrat 600 x 600 km (trochę więcej jak jedna Trzecia Neoliberalna). Niby wszystko OK – Afryka jest duża i posiada stosunkowo niską gęstość zaludnienia, w tym praktycznie w ogóle niezaludnione obszary typu pustynia; ale rozmawiamy tu (m.in. z racji optymalizacji przesyłu do Europy) o TEJ Afryce Północnej, gdzie ostatnio ostro i na poważnie wprowadza się demokrację, a w związku z tym przyszłość takich inicjatyw (i entuzjazm inwestorów) nie rysuje się w jasnych barwach. Zresztą – ulokowanie wszystkich generacyjnych jajek w jakimkolwiek jednym koszyku (czy nawet w kilku), znajdującym się poza terytorium, które kontrolujemy, wydaje się pomysłem jeszcze gorszym, niż pozbycie się własnej, suwerennej waluty, pomijając już koszty monetarne transmisji (jak i straty przesyłowe).
5. Ale zauważmy, że nawet jeślibyśmy mieli zdolność w miarę dokładnego przewidywania np. siły wiatru o każdej godzinie na 6 czy 12 m-cy naprzód, i tak niewiele to zmienia, jeśli chodzi o podstawowy problem intermitentności – tak czy owak potrzebne będą albo zapasowe bakapowe generatory o elastycznej charakterystyce (np. elektrownie na gaz), albo odpowiednio duży – adekwatny do udziału generacji nie-ciągłej – bufor; tyle tylko, że taka przewidywalność (którą nie dysponujemy) pozwalałaby taki system lepiej zoptymalizować.
6. Chociaż McKay w cyt. książce podaje przykłady nieortodoksyjnych rozwiązań problemu – np. wykorzystanie jezior czy umieszczanie stacji nad morzem (gdzie morze czy ocean pełni rolę dolnego zbiornika) zamiast w górach (czyt. str. 192-194 dla case study dla W.Brytanii), ale skala problemu jest tak czy owak nie do przeskoczenia.
7. Z kobaltem jest o tyle szczególnie trudny problem, że normalnie nie istnieje coś takiego (poza Kongo) jak kopalnia kobaltu – 94% tego metalu (jeśli chodzi o wolumen nowo-wydobyty; oprócz tego jest jeszcze recykling; notabene – recykling litu – przynajmniej jak do tej pory – jest w ogóle procesem nieekonomicznym i odzyskiwane jest prawdopodobnie zaledwie ok. 1%) jest pozyskiwane „przy okazji” – jako produkt towarzyszący np. w kopalniach miedzi (w których stanowi jedynie 1,3% przychodów ze sprzedaży) czy niklu (6,7% przychodów), ponieważ niska koncentracja czyni dedykowane wydobycie nieekonomicznym. Ergo, zwiększenie produkcji w 94% miejsc, w których obecnie pozyskuje się Co, automatycznie oznaczałoby korespondujące (i rzędy wielkości większe, jeśli chodzi o tony) zwiększenie wydobycia Cu i Ni, w konsekwencji prowadząc najprawdopodobniej do załamania się cen tych głównych „produktów”. Stąd decyzja menedżmentów kopalni o np. „podwojeniu” produkcji Co stanowiłaby nonsens ekonomiczny. Inaczej mówiąc: błędne ekono-koło. Zresztą, problemy już zaczynają być widoczne, co sygnalizuje zachowanie cen tego surowca w ostatnim okresie.
8. Ponownie – mimo całego szacunku dla przełomowej pracy na rzecz realizmu termodynamicznego, wydaje się, że podejście McKaya do EV było znacznie prze-optymizowane, zwłaszcza mając na uwadze fakt, że obecne trendy – zamiast koncentrować się na kwestiach optymalizacji parametrów energetycznych pojazdów – skupiają się na tym, jak przyciągnąć zasobnego konsumenta poszukującego ni mniej ni więcej jak muscle-cara w „zielonej” odsłonie, służącego głównie do propagacji ego (i jak takie fanaberie górno-decylowych trend-setterów wesprzeć gubmintowym hajsem). Można oczywiście się spierać, że wprowadzanie mody na umięśnione, ale zasilane bateriami auta to i tak postęp względem aktualnych moto-suvo-trendów wypunktowanych np. tu. Tak – to po części prawda – my np. dysponując budżetem (i chcąc go akurat na takie cele zmarnować wykorzystać) nie wahalibyśmy się ani chwili, wybierając model S ponad dowolne suvadło; ale takie indywidualne wybory/preferencje nie przynoszą nam odpowiedzi na zarysowane wyzwania makro.
9. Materiał (surowiec) stanowi 50-70% całkowitego kosztu baterii Li-Ion. Zwiększenie skali produkcji – wobec wspomnianych barier surowcowych – przyniesie więc logicznie wzrost, a nie spadek cen.
10. McKay wydawał się pokładać duże nadzieje w reaktorach torowych, który to pierwiastek jest dostępny w ogromnych ilościach. Jednak mimo że od publikacji Without Hot Air minęło wiele lat, aplikacja reaktorów torowych generalnie stoi w miejscu. Jeśli ktoś chciałby śledzić ten niszowy temat można zerknąć tu – my obserwowaliśmy to przez kilka lat, ale jak na razie z projektu wydaje się uchodzić (ciepłe) powietrze.
11. Na podstawie tego zjawiska można by pokusić się sformułowanie pierwszego (?) prawa ekono-termodynamiki: „Nie ma takiej ilości skoncentrowanej energii, której grupa sapiensów umieszczona w środowisku algorytmu M(t2) > M(t1) nie byłaby w stanie zmarnować”.
12. Te dwa zbiory są łączne, a zatem nie jest naszym twierdzeniem, że przez eliminację marnotrawstwa dałoby się oszczędzić 50-60% energii (ale 30-40% już pewno tak, co możemy oszacować nawet po naszych wzorco-zachowaniach, i to mimo bycia zaszczepionymi konserwacyjnymi memami; może po prostu sapiens tak ma, a szczytowym osiągnięciem ewolucji zdolności planowania są i pozostaną wiewiórki).
13. Naturalnym krokiem dla wszystkich tych, którym sam fakt wspierania jakichś memów czy działań przez persony typu Obummer, McRą czy UnTru-do zapala ostrzegawczą lampkę BS, jest ucieczka do niespenetrowanych przez MSM niszy. My akurat – próbując wyłowić jakieś sample kontr-narracji n/t G.O. – wylądowaliśmy chaotycznie na kilku portalo-blogach prowadzonych przez niszowców, którzy są, albo przynajmniej dobrze udają bycie, jedynie entuzjastami tematu, a przy tym wydają się posiadać dość zaawansowaną wiedzę w tej tematyce skupionych (jak np. cytowana już platforma Energy Matters) czy scienceofdoom.com. Tam też można – w charakterze przykładu jak to wygląda z takiej strony – znaleźć artykuł: cz. 1 i cz. 2, w którym autor (R.Andrews) stara się udokumentować, że dane temperaturowe do celów pomiaru tempa G.O. są przedmiotem, zamierzonych czy nie, manipulacji statystycznych. Konkluzją nie jest otwarty denializm, natomiast wg. Andrewsa przyrosty temperatury na powierzchni lądów są wskutek tych manipulacji zawyżone o 0,4 °C (natomiast odczyty temp. oceanów mało wiarygodne i miarodajne, szczególnie te sprzed 1950 r.). I choć z pozoru nie wydaje się to być istotnym przekłamaniem (oczywiście jeśli Andrews ma rację), faktycznie jednak mówilibyśmy tu o notowanym wzroście w skali 100-lecia równym 0,7 zamiast 1,1 °C, czyli wolniejszym o 40%! W innym miejscu możemy poczytać notkę o tym, jak wysoką niepewnością cechuje się sztuka modelowania – zarówno klimatu jak i ekonomii. Bez wątpienia tego typu artykułów w intersieciach jest mnóstwo, ale ponieważ Denialistami nie jesteśmy i, tak czy owak, kwestie ewentualnego G.O. uważamy za drugorzędną (czy przynajmniej mniej palącą) wobec nadchodzącej kolizji algorytmu M(t2) > M(t1) z barierami jego zasilania, rzadko buszujemy po takich zakątkach i więcej przykładów podważających wiarygodność MSM w tej kwestii nie będziemy dziś przytaczać (prozaicznie, jednoczesne wychwytywanie kuriozów ekono- jak i termodynamiko-patologocznych jest czalendżem trudnym do ogarnięcia dla garstki hobbystów-entuzjastów takich jak my). Bo i też negacja główno-nurtowej narracji o G.O. nie jest celem naszego odcinka – nam chodzi głównie o wspomnianą, dość frapującą asymetrię informacyjną.
14. Zauważmy, że używamy tu słów „…narrację skoncentrować wokół G.O. …”, a nie np. „… sprokurować chochoła G.O., żeby następnie na walce z nim oprzeć narrację…”.

Reklamy

2 thoughts on “Fuzja ekonomii i termodynamiki typu MSM – recepta na synergetyczną bombę lobotomizującą?

  1. bloglolka

    „Ta asymetria informacyjna frapowała nas już od dość dawna, jednak od pewnego czasu zdziwienie ustąpiło miejsca podejrzeniom, że w gruncie rzeczy nie mamy do czynienia z procesem połowicznego informowania, a ze zorganizowanym procesem dezinformacyjnym,”

    IMHO to nie jest celowy proces dezinformacyjny, lecz zwyczajna ślepota. Wystarczy spojrzeć na to z perspektywy klasy wyższej/wyższej klasy średniej. W tej perspektywie zasoby zwyczajnie nie są szczególnym problemem, nawet gdyby miały kosztować 10x więcej. Stąd większa uwaga dotyczy kwestii generowanych przez kapitalizm śmieci i smrodu, bo to jednak ta klasa wyczuwa jadąc na meeting zarządu w tym czy innym mieście. Patrząc przez ten pryzmat nie powinny dziwić pomysły ekologiczne pokroju wysyłania elektrośmieci statkami gdzieś do Afryki. Również wzmiankowane przez pracownie pomysły „eko” „rozwiązań” nie powinny budzić szczególnego zdziwienia. Pewien hajp na teslowozy jest związany z dotychczasowymi działaniami eko (kapitalizm miewa jednak swoje oszczędniejsze formy, szczególnie w miejscach uboższych w PK, jak Europa czy Japonia; dodajmy, że owa oszczędniejszość nie pojawia się sama z siebie w wyniku działania sił, których nikt do tej pory nie zaobserwował, lecz jest dość brutalnie wdrażana przez rządy, co w naszym prawicowym kraju jest dość alergicznie przyjmowane) polegającymi na wymogach ograniczenia średniej emisji CO2 przez samochody. Tutaj generalnie trend na razie jest taki, by wsadzać mniej paliwożerne silniki, co osiąga się często rozwiązaniami mikrohybrydowymi (systemy start&stop) czy rekuperacją energii hamowania opartą na superkondensatorach. Przy czym mówiąc o średniej emisji jak najbardziej dopuszczamy istnienie mało licznej grupki samochodów (SUVów) napędzanych potworami znacznie przekraczającymi limity. Jednak te ograniczenia też stają się coraz większe, a elektryki są bezemisyjne, także jeśli chodzi o emisje trucizn (w sensie bezpośrednich emisji, czyli tych najbardziej wpływających na zjawisko smogu). Tu jednak pojawia się drugi wymóg ekologiczny, mianowicie konieczność konstruowania samochodów tak, by w większości (jakiś 95%) dało się je poddać recyklingowi. 95% to na tyle dużo by chwycić też baterie akumulatorów w elektykach. Więc tu znowu Elon Musk przychodzi na ratunek proponując, by z baterii zużytych na tyle, że nie nadających się do zastosowania w pojeździe zrobić domowy magazyn energii. To dobrze koresponduje z fotowoltaiką, więc oto mamy wizję gościa jadącego z przedmieść na zebranie zarządu czy występ w TEDEKu elektrowozem, który jest w tej pracy ładowany, a jednocześnie poprzedni zestaw baterii ładuje się na wieczór z domowej instalacji paneli słonecznych. To wizja niemalże naturalna z perspektywy takiego CEO oraz licznej grupy CEO in spe (tzn. takich, którzy „już dawno temu by byli, gdyby nie to okrutne państwo”), a jednocześnie zgodna z postawą homo consumericusa (więc jest się w zgodzie z celami stawianymi przez zarząd). Ci ludzie naprawdę mogą nie widzieć tego, że to się nie zeskaluje. I nie chodzi tu tylko o dostępność surowców, ale też dostępność przestrzeni. Zwyczajnie w miastach nie ma tylu miejsc parkingowych na to by zaparkować samochód i podłączyć go do ładowarki. Nie ma też tyle miejsca na panele słoneczne, by zrobić sobie przydomową instalację. W istocie takie pomysły są podwójnie szkodliwe. Raz, że promują rozlane struktury urbanistyczne (domki jednorodzinne), które są bardzo zasobożerne w obsłudze logistycznej, a dwa, że podnoszą koszta także osobom o mniej rozbuchanych aspiracjach, tj. np. mieszkańcom budynków wielorodzinnych. Ostatnio modne jest tu np. mówienie o zombie grids, czyli rosnących na gospodarstwo domowe kosztach utrzymania sieci energetycznej.

    Wydaje się, że te osoby serio nie rozumieją, że ich ekoneoliberalny model nie ma szans pociągnąć za sobą mas, które w tych rozwiązaniach widzą wyłącznie koszty. Oraz, że obecna erupcja nacjonalizmów to zwyczajny efekt zderzenia wykreowanych wielkich aspiracji mieszkania na przedmieściach i dojeżdżania dużym samochodem, z coraz większymi trudnościami w ich zaspokojeniu. Warto dodać, że nacjonalizm w końcu cechuje się pewnym podejściem zasobowym („jak wyrzucimy tych uchodźców za burtę, to więcej zostanie dla nas”).

    Za zakończenie muszę przyznać, że do końca nie rozumiem po co było to usprawiedliwianie się około globciowe, skoro samo globcio zasadniczo nie było w tej noci krytykowane, gdyż jest ona co najwyżej sugestią, że lewica powinna pójść dalej, tj. proponować takie „zielone” rozwiązania, które nie zostaną odczytane przez przeciętnego prola, jako rekomendacja śmierci głodowej.

    Polubienie

    Odpowiedz
    1. pracownia e-p Autor wpisu

      IMHO to nie jest celowy proces dezinformacyjny, lecz zwyczajna ślepota.

      No tak – faktycznie zapędziliśmy się nieco, jak gdyby przyjmując z góry wersję spiskową. Można było to lepiej ująć np. tak:
      „…w gruncie rzeczy nie mamy do czynienia z procesem połowicznego informowania, a z procesem dezinformacyjnym, który napędza się (lub jest napędzany) analogicznie, jak to ma miejsce w przypadku (anty)ekonomicznej memetyki neolibowej.”
      W drodze kompromisowej korekty przekreślamy „zorganizowanym”.

      Polubienie

      Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s