Dla kogo (a na kogo) upadł Mur?

Ostatnio na nakedcapitalism.com podchwyciliśmy link do starej, ale interesującej i nadal aktualnej notki z 2014 r. For Whom the Wall Fell? A Balance Sheet of the Transition to Capitalism  [Dla kogo upadł Mur? Bilans transformacji do kapitalizmu]. Wymowa artykułu jest generalnie w sposób dość istotny sprzeczna z ustaleniami ipeeno-ekonomii: przejście do kapitalizmu okazało się jednoznacznie korzystne jedynie dla 3 krajów byłego Obozu „komunistycznego”, których populacja stanowiła łącznie zaledwie 10% ogółu ludności będącej przedmiotem tych transformacji.

Ale jest też dobra wiadomość dla nadwiślańskich ipeeno-ekonomistów: na tym podium, oprócz Albanii i Estonii, znalazła się – ta-dam! – Trzecia Neoliberalna!

Co z resztą ferajny? Można sobie doczytać dokładniej w artykule; my nadmienimy tylko, że jego Autor – Branko Milanovic – przyjmując za podstawę kryterium pekabowego „doganiania” bogatych krajów OECD – wyróżnił 4 kategorie scenariuszy, według których ukształtowała się na przestrzeni lat 1990-2013 ekono-sytuacja post-„komunistycznych” krajów (w nawiasach % udział populacji, które przynależały do danej grupy):

  1. Ewidentna porażka (20%)
  2. Względna porażka (40%)
  3. Dotrzymywanie tempa (10%)
  4. Sukces (30%)

gdzie „sukces” oznaczał średni roczny wzrost pekabu powyżej 2%.

(W artykule można sobie to zobaczyć na ładnej mapo-info-grafice, której tu nie wklejamy z uwagi na to, że theglobalist.com nie życzy sobie kopiowania swojej własności memetycznej.)

W poszczególnych grupach znalazły się odpowiednio (m.in.): 1 – Ukraina, Serbia i Gruzja, 2 –  Rosja i Węgry, 3 – Czechy, Litwa, Rumunia, 4 – oprócz wymienionych na wstępie Polski, Albanii i Estonii, także m.in. Białoruś, Bułgaria, Słowacja, Kazahstan, Łotwa, Azerbejdżan i Mongolia. [Ale zaraz, zaraz – czyli na początku skłamaliście, bo faktycznie krajów sukcesu jest 11, a nie 3, z populacją równą 30% całości, a nie 10%. Dobrze, że się od razu przyznaliście sami, kłamczuszki! – Zawiedziony Uważny Czytelnik]

OK – należy się tu parę słów wyjaśnienia wobec logiki, którą zastosował Autor w kolejnych krokach swojej analizy celem dojścia do reklamowanej na wstępie konkluzji. Otóż z grona „zwycięzców” (czyli tych, którzy zanotowali średnioroczny wzrost  >2%) odsiał od razu kilka krajów, których gospodarki oparte są w dużej mierze na eksploatacji bogatych złóż mineralnych – ponieważ w tej całej zabawie chodziło głównie o zidentyfikowanie wpływu zmiany ustroju organizacji produkcji per se (na podobnej zasadzie nikt raczej nie będzie starał się zilustrować przewag kapitalizmu nad gospodarką koczowniczą używając jako wzorcowy przykład ZEA).

Następnie Autor wyrzucił z tego grona Łotwę, Bułgarię i Słowację z uwagi na ich mizerne średnie wzrosty, ledwo przekraczające 2% (odpowiednio 2, 2,2 i 2,4%). BTW. W zasadzie musimy przyznać, że nie bardzo rozumiemy, dlaczego Milanovic jako miarę sukcesu najpierw przyjął średnioroczny wzrost pekaba >2%, co jest wartością dość mierną (np. gomułkowskia PRL notowała ΔPKB przeciętnie ok. 3,2%), a następnie poświęcił się dalszej pracochłonnej ekono-zabawie w demontaż tak skompilowanej grupy nr 4; nie mógł był od razu przyjąć jako kryterium >3 albo >2,5% (a całą resztę poniżej wrzucić do kat. 3) zamiast marnować piksele? Ale idźmy dalej.

Na końcu wyleciały także Białoruś i Armenia – za brak standardów demokratycznych, które faktycznie – jakie one nie są i cokolwiek znaczą czy nie znaczą dla standardowego wypiekacza chleba – przyjmowane są jako dumny i niezbywalny totem gospodarek leseferystycznych. Po tych operacjach-amputacjach w kategorii 4 pozostały faktycznie tylko 3 wymienione na wstępie kraje.

Ale streszczenie cytowanego artykułu nie jest głównym celem naszego dzisiejszego odcinka – my – niezdrowo podekscytowani zawsze, kiedy Polacy znajdą się na jakimś ekono-podium – postanowiliśmy przemiędlić w głowach (a następnie w tabelkach) tę success story, ponieważ nie dawała ona nam – urodzonym szukaczom czarnej dziury w całym – spokoju. Wnioski, do jakich doszliśmy, dają pewne przesłanki, aby zapoczątkowaną przez Milanovica amputację członków grupy 4 pociągnąć jeden krok dalej – wycinając z niej właśnie również Nadwiślańską Neoliberalną (co zresztą dalszy sens istnienia tej kategorii „sukcesu” stawia pod znakiem zapytania, zważywszy na śladowy % populacji, do którego skurczyłaby się grupa nr 1 po naszej brutalnej, anty-husariańskiej interwencji).

Ale niby dlaczego i na jakiej podstawie rościmy sobie prawo do takiego cięcia? Otóż – jak wynika z treści artykułu – Autor za rok bazowy do porównań przyjął 1990, co naszym zdaniem jest błędem metodologicznym, a szczególnie właśnie w przypadku właśnie Polski, gdzie transformacja wystartowała najwcześniej. Właściwym rokiem bazowym powinien być co najwyżej 1989, a najlepiej 1988. Dlaczego? Ponieważ w 1990 Polska – na skutek wprowadzenia sławetnego Planu „B.” [1] z dniem 1-szego stycznia owego roku – zaczęła już na poważnie swoją przygodę z kapitalizmem, co właśnie już w tym pamiętnym roku przyniosło monumentalny spadek pekaba o 10%, zaniżając w oczywisty sposób bazę statystyczną do przyszłych porównań. Ale także już rok 1989 nie bardzo kwalifikuje się jako wzorzec-sprawdzian wydolności schyłkowej „pełnej komuny”, a bardziej jako rok „przejściowy” („kultowa” ustawa Wilczka weszła w grudniu 1988 r.,  a w 1989 ulice zdążyły już zaroić się od szczęk). Wzorcem do porównań powinien być więc – naszym zdaniem – rok 1988.

Ale co to zmienia? Otóż zmienia sporo. Aby ustalić jak sporo – my posłużyliśmy się danymi z Projektu Maddison dla Polski w latach 1988-2008 [2].

Jeżeli za rok bazowy przyjmiemy – tak jak Milanovic – 1990, otrzymujemy średni wzrost na poziomie 3,89% – czyli faktycznie sporo powyżej ustalonego przez nas progu sukcesu tj. 3% średnio przez niecałe 20 lat (co przy niskiej bazie startowej, kiedy większość obrotów w gospodarce dotyczyła – zgodnie z ustaleniami ipeeno-ekonomistów  – octu, nie prezentuje chyba jakiegoś niemożliwego czalendża?).

Ale teraz jeśli naszą wyliczankę rozpoczniemy od 1988 (przyjmując go jako rok „0”) to te 3,89% topnieje nam do … – zonkk! – 2,85%! Czyli – przesunięcie korekcyjne o 2 lata i mamy różnicę ponad  –1% każdego roku! Co to oznacza w hipotetycznej praktyce? Otóż jeśli z takim tempem (zamiast prawie 4%-owego) rozwijalibyśmy się od 1990, to w finalnym roku naszej mini-analizy (2008) pekabe na głowę w PL (w dolarach Geary-Khamisa 1990) wyniosłoby nie 10.160, ale tylko 8.479! Czyli – jak to powiedzieliby ekono-publicyści – każdy Polak dysponowałby siłą nabywczą mniejszą aż o 17%! To tak, jak gdybyś teraz nagle zamiast czochrać całe 1.500 (z czego 1.250 pochłania czynsz i opłaty), przyniósł dziatkom do domu tylko … 1.250! Robi różnicę, jeśli chodzi o wybór codziennego menu, co nie? Albo odwrotnie: startując od roku 1988 i przyjmując średnioroczny wzrost o 3,9% w 2008 dochód per capita wynosiłby 12.443, czyli o 22% więcej, niż wyniósł faktycznie! Ale dosyć tej statystyko-żonglerki równoległej; przejdźmy do naszych konkluzji.

[Dodajmy jeszcze dla jasności: raczej nie należy podejrzewać, że podtopienie gospodarki o 10% w 1990 było baldrickowo-szczwanym planem uzyskania korzystnie niskiej bazy dla statystycznych porównań w odległej przyszłości tak, aby następnie sprokurować średni wzrost pekabu „za kapitalizmu” wyższy o 1%; taka dynamika faktycznie była raczej efektem ubocznym operacji przerobienia rozpuszczonej „komuną” siły roboczej w spolegliwy, czapkujący praco-rozdawaczom prolo-kompost, a w tym celu konieczne było oczywiście stworzenie – praktycznie z niczego – odpowiednio licznej armii rezerwowej bezroboli. Ponieważ w fazie doktryny szoku czas jest czynnikiem kluczowym (przebudowa fundamentów stosunków produkcji musi zostać ukończona zanim populacja zorientuje się, o-co-kaman) nie było innego wyjścia jak tylko rozp13rdolić tyle zakładów pracy, ile się dało. Natomiast po-wszystkim kiedy-kurz-opadł – owszem – grzechem byłoby, gdyby ipeeno-ekonomiści nie wykorzystali tego pekabowego tąpnięcia do tuningowania swoich statystyk.]

To, że przy innym (naszym zdaniem właściwszym) wyborze bazy gwiazda naszego czempionatu w konkurencji ‘kto przyodzieje swoją populację w szorstką włosiennicę kapitalizmu, a na swe oczy zawiąże wolnorynkową opaskę-niewidkę i będzie podążał na ślepo popychany niewidzialną ręką – i przy tym nie stoczy się w przepaść pekabową – ten wygrywa’  nieco blednie, nie zmienia jednak faktu, że całego tego procesu transformacyjnego akurat w nadwiślańskim kraju nie da się obiektywnie uznać za totalną porażkę. Natomiast taka korekta – o –1% rocznie – niewątpliwie jest swego rodzaju zimnym ekono-prysznicem dla entuzjastów dokonań makro-ekonomicznych Trzeciej Neoliberalnej, choćby przez to, że średnie wyniki pekabowe TN są w takim świetle słabsze niż te osiągane za wczesnych lat transformacji do „komuny”, co rujnuje w sposób dość bolesny wysiłki PR-owe ipeeno-ekonomii.

Zresztą – warto właśnie podkreślić, że poruszamy się tu w skali makro; jeśli chcieć by określić dokładniej to, ku uciesze kogo z Nadwiślaniaków Mur upadł, a komu z nich gruz z tej demolki posypał się na głowę – obraz byłby bardziej złożony i prawdopodobnie jeszcze trudniejszy do zareklamowania jako przykład ekono-sukcesu. My z-głowowo podejrzewamy, że ewidentnych beneficjentów jest nad Wisłą circa 15-20%, przegranych gdzieś pewno 20-30%, a dla pozostałych 50-60% [3] plusy mniej więcej równoważą minusy. Ogólnie jednak – mimo pewnych niedogodności i wydobywających się gdzie-niegdzie spod stosu laurek ekonomistów jęków malkontentów – poziom akceptacji kapitalizmu przez ludność nadwiślańską można uznać za dosyć wysoki. Taki impasowy rozkład ‘Beneficjenci-Ofiary-Neutrale’ jednocześnie skutecznie konserwuje wywalczone przez leseferystów podczas ekono-podboju lat 1990-tych status quo; a gdy coś zaczyna zgrzytać – stosowną konserwację (np. wstrzyknięcie smaru 500+) przeprowadza praktyczno-leseferystyczny gubmint.

Narzekać każdy ma (jak na razie) prawo (z czego my korzystamy pełną piersią) – ale teraz dla podkreślenia naszej dzisiejszej puenty spróbujmy się duchowo wcielić w położenie mieszkańców tych krajów Obozu, które niewątpliwie przegrały – jak np. Rosja, gdzie pekab spadał na-łeb-na-szyję rok-rocznie (wraz z wiekiem dożywalności) przez wszystkie pierwsze 8 lat brutalnego szoko-doktrynowania, albo Ukraina, gdzie w okresie 1990-2000 zmniejszył się o ponad połowę! Albo choćby Węgry – które od czasów transformacji praktycznie w ogóle nie zbliżyły się ani o jotę do poziomu bogatych krajów OECD, a przy tym jednocześnie zanotowały skok Giniego z 0,2 do 0,3.  Można z dużą dozą pewności założyć, że w tych krajach transformacja pogorszyła jakość życia dla zdecydowanej większości populacji – względem hipotetycznego podążania starą trajektorią  „komuny” [4], a powyższy rozkład (B-O-N) wygląda (czy wyglądał po osiągnięciu dna pekabowego) bardziej pewno jak 5-70-25 [5].

Ale czy to coś zmienia? Tj. czy w przypadku, kiedy radykalna zmiana modelu gospodarczego –  zamiast przynieść, choćby po 20 latach cierpliwego oczekiwania, obiecywaną mannę – prowadzi w najlepszym wypadku jedynie do zmiany kompozycji dystrybucji bogactwa z egalitarnej na elitarną (a w najgorszym – do regresu nie tylko gospodarczego, ale także – pośrednio – balansuje na granicy ekono-ludobójstwa) – czy w takim przypadku populacja będąca przedmiotem takiego eksperymentu jest w stanie dokonać skutecznej ekspresji niezadowolenia i przynajmniej częściowo odwrócić bieg tej ekono-lawiny, którą – wychwytując czujnie moment słabości geo-politycznej – wprawili w ruch szoko-doktrynowcy? Otóż, jak się wydaje, nie bardzo.

Jest jasne, że także i tam, gdzie kapitalizm w sposób oczywisty nie sprezentował nawet statystycznie uśrednionemu członkowi populacji (który to fantom jest w każdym kraju leseferystycznym przedmiotem zazdrości dla większości) jakiejkolwiek realnej wartości dodanej – w żadnym z tych krajów nie pojawiła się jakakolwiek znacząca siła polityczna, w której programie znalazłyby się propozycje powrotu do starych, przed-transformacyjnych stosunków produkcji, bądź chociażby jakichkolwiek istotnych odstępstw od leseferystycznego algorytmu M(t2) > M(t1). Zamiast tego – jak widać – populacje zwróciły się ku siłom konserwatyzmu, tj. ku takim leseferystom, którzy konserwują kapitalizm za pomocą jakiegoś umiejętnie dozowanego smaru – z reguły zawierającego ekono-ksenofobiczne składniki  (co zresztą faktycznie wydaje się przynosić efekty makro lepsze, aniżeli czysta i brutalna aplikacja „liberalnych” recept typowych np. dla sado-monetarystów europejskich spod znaku Merkel, Junckera, Draghiego et al., czy choćby dla naszego kolano-dopychacza korpo-coupu CETA; być może chaotyczne działania leseferystów-ksenofobów faktycznie wstrząsają nieco pozycją głównych beneficjentów upadku Muru tj. międzynarodowego korpo-frirajderstwa, w związku z czym część strumienia dochodów ze szczelnego do tej pory układu drenażu zaczęła przeciekać do lokalnej gospodarki – przynajmniej dopóki korpo-konkwista nie znajdzie sposobów zbajpasowania/neutralizacji zapędów takich peryferyjnych ekono-ksenofobicznych watażków, którzy w jakiś sposób mogą zaburzać standardowy obieg bogactwa).

Tak czy owak fakt, że z chwilą gdy międzynarodowe frirajderstwo zdoła raz skutecznie zaszczepić swój ulubiony model gospodarczy na jakimś terytorium nawet najbardziej drastyczna pekabo-porażka nie jest już w stanie wygenerować jakiegokolwiek znaczącego politycznego sprzeciwu,  sugerowałby, że kapitalizm zostanie z nami jeszcze na długo, może nawet na bardzo długo, niezależnie od tego czy w skali makro będzie zapewniać jakieś namacalne ekono-korzyści dla populacji, czy też wręcz przeciwnie – kiedy dominującą pozycją w menu będzie pompowanie bogactwa i wynoszenie na ekono-ołtarze garstki frirajderów, czyli praco-rozdawaczy i rentierów, ewidentnym kosztem reszty populacji. Inaczej mówiąc ekono-grawitacja zaimplementowana algorytmami leseferystycznymi wydaje się być z jakichś przyczyn szczególnie odporna na ferment czynnika ludzkiego generowany przez kumulujące się błędy tego modelu [6].

_________________________

1. Próby odpowiedzi na pytania: jaki i czy w ogóle był, albo jaki mógł być plan-b wobec „Planu B” – zostawimy na inne okazje.
2. Na tym roku kończy się tabelka, którą my mamy załadowaną na naszym komputerze od kilku lat (być może jest nowa, zaktualizowana), a nie chcieliśmy mieszać źródeł; ale to generalnie nie rzutuje na jakość naszych wniosków vs. wnioski Milanovica, gdyż liczymy tu wzrosty średnie, a nie skumulowane, a zresztą w latach 2009-2013 wartości ΔPKB były i tak dość przeciętne – w granicach od ~0 (2009 i 2013) do max. 5% (2011 i 2012); średnio na pewno nie powyżej 3%.
3. Optymistycznie, bo zdradźmy tutaj, że tak naprawdę (co, uwaga, dla niektórych może być szokiem) prol żyje z pensji, a nie z przypadającego nań statystycznie kawałka pekabowego tortu, a z pensjami najlepiej nie jest (czy przynajmniej nie było jeszcze w 2014), o czym można przeczytać tu.
4. Abstrahując od tego, że mówimy tu o bardzo wąsko rozumianej kategorii „sukcesu” – tj. o sukcesie pekabowym, należy przyznać, że ta „stara” trajektoria w latach 1980-tych w wielu krajach „komuny” miała przebieg płaski, czyli mieliśmy do czynienia ze stagnacją. Ale z kolei brak jest podstaw do przyjmowania, że pozostając w gospodarczych ramach „komuny” nic się nie dało zrobić celem wyjścia z takiej stagnacji (nawet chociażby przynajmniej w 3 krajach tego zbioru-Obozu). Ten odcinek nie jest miejscem na takie hipotetyzowanie, ale zwróćmy tylko uwagę, że nawet Kubie – która po utracie partnerów gospodarczych Obozu i wskutek obłożenia embargiem skazana została na model praktycznie autarkiczny – udało się w latach 1990-2008 notować średni wzrost pekaba 1,4% (w co wliczony jest już monumentalny spadek o 37% w latach 1991-1994).
5. Można by rozwinąć te dywagacje, gdyby dostępna była odpowiednio długa historia pomiarów konkurencyjnych względem pekabu indeksów takich jak np. Satisfaction with Life (ostatnie dane to niestety 2006; jest jeszcze podobny OECD-owski indeks, w którym to rankingu PL znalazła się na pozycji 28/38) gdzie jedna z „gwiazd” naszego dzisiejszego raportu tj. Albania ląduje na poz. 157, druga – Estonia – na 139, a marudni Polacy na 99; z kolei jeden z naszych dzisiejszych przegranych, tj. Węgrowie znaleźli się – na równi z Bangladeszem – na poz. 107; tymczasem reprezentacja outsiderów (czy kontestatorów transformacji/zwolenników transformacji odwróconej) czyli Kuba i Wenezuela uplasowały się na pozycjach odpowiednio 83 i 25 (w 2006 r.); w tym świetle istnienie kategorii 4 Milanowica – kategorii „sukcesu” – prowokuje do zapytania, o czyim „sukcesie” gospodarczym tu w ogóle rozmawiamy, bo nawet tak „ezoteryczne” indeksy jak SwLI opierają się w dużej mierze na podstawach „materialistycznych”, czy to bezpośrednio – jeśli chodzi o dochody, dostępność miejsc wyzyskodawania i zamieszkania czy równowagę pomiędzy czasem pracy a czasem wolnym, czy też pośrednio – jak wydolność systemu edukacji czy ochrony zdrowia. Ale na alternatywne względem pekabu mierniki „dobrostanu” rzucimy okiem może kiedyś w oddzielnym odcinku.
6. Dla memo-porównania: czy „komuna” byłaby w stanie przetrwać (i to bez masowego bezpośredniego użycia nadzwyczajnych środków przymusu) choćby 25 lat nad Wisłą, czy gdziekolwiek indziej, jeśli wskutek jej zainstalowania zdecydowana większość populacji odnotowałaby w między-czasie katastrofalne pogorszenie jakości życia? Nie wydaje się, żeby to byłoby możliwe. Owszem – lokalnie „komuna” dla realizacji swoich bieżących celów – tj. konkretnie obsesji industrializacji, czego instrumentem miał być gigantyczny transfer zasobów z sektora rolnictwa do sektora przemysłu – nie wahała się – jak to się powszechnie przyjmuje – doprowadzić do katastrofy humanitarnej na Ukrainie (na podobieństwo wygenerowanej ~80 lat wcześniej przez fanatyzm dogmatyków pozornie przeciwstawnej tj. leseferystycznej filozofii katastrofy w Irlandii), ale te wydarzenia (zarówno w ZSRR jak i w Irlandii) odbywały się w warunkach absolutnego terroru reżimu sprawującego władzę. Wszędzie tam, gdzie w „komunie” reżimowy kaftan bezpieczeństwa został poluzowany, populacja była wyczulona na wszelkie symptomy pogorszenia się sytuacji gospodarczej (czy swojej siły nabywczej) i nie wahała się manifestować swojego niezadowolenia w mniej czy bardziej ekspresywny sposób na bieżąco, podczas gdy w warunkach współczesnego „demokratycznego” i liberalnego kapitalizmu, który z reguły unika epatowania instrumentami przymusu bezpośredniego, zorganizowane protesty anty-systemowe (czy chociażby domagające się korekt polityki gospodarczej) należą do rzadkości.

Reklamy

6 thoughts on “Dla kogo (a na kogo) upadł Mur?

    1. bloglolka

      Mam błagalną nadzieję, że pracownia e-p mi wybaczy i nie wykasuje tej odpowiedzi, skoro podkusiła czytelników i pozostawiła oryginalne linki. Rzuciłem okiem w ten drugi link i zboczenie zawodowe kazało mi przyjrzeć się metodologii zastosowanego tam autorskiego wskaźnika „rozwoju cywilizacyjnego”. Nasunęło mi się kilka uwag, którymi mogę podzielić się z anonem:
      1. Wskaźnik sumuje cztery miary. Trzy z nich wydają się być agregatami przyjmującymi wartość w przedziale 0-100. Wszystkie cztery są (ponownie) normalizowane w przedziale 0-100. Autor nie uzasadania, dlaczego narzędziem agregującym jest suma (a nie np. średnia), dlaczego przyjął określony sposób normalizacji oraz co najgorsze, dlaczego pominął inne wskaźniki, jak np. Human Development Index. Wszystkie te czynniki mają wpływ na uzyskany rezultat.
      2. Wykorzystane wskaźniki to:
      2.1. PKB per capita – będący też przedmiotem tej notki
      2.2. Wskaźnik wolności gospodarczej, czyli wskaźnik premiujący m.in. niskie podatki dla najbogatszych, prywatyzację usług czy możliwość wypłacania pracownikom dowolnie niskich pensji. Z tym, że Polska w ostatnich latach ma osiągnięcia na tym polu raczej nikt na lewicy (rozumianej zgodnie z definicją, a nie zgodnie z wyobrażeniem pilastera) na dyskutuje. Lewica zwyczajnie nie postrzega tych osiągnięć w kategorii sukcesu. Co więcej wskaźnik ten może być częściowo skorelowany z pierwszym wskaźnikiem, tj. możliwe, że łatwiej uzyskać wyższe jego wartości krajom o wyższym PKB. Na marginesie pierwszy rok dobrej zmiany przyniósł delikatną poprawę tego wskaźnika w PL.
      2.3. Wskaźnik korupcji. Jest on już elementem składowym poprzedniego wskaźnika. Autor nie napisał, dlaczego postanowił akurat ten zliczać podwójnie. Na marginesie, pierwszy rok dobrej zmiany nie przyniósł zmiany tego wskaźnika.
      2.4. Lista szanghajska uniwersytetów podzielona przez liczbę mieszkańców. Sama lista szanghajska ma tendencję do promowania bogatych krajów, które stać na zatrudnienie noblisty, a co więcej ich system szkolnictwa promuje duże jednostki (jedną dużą uczelnię w stolicy) ponad mniejsze i bardziej rozproszone (a zatem lepiej docierające do mieszkańców przy ciągle akceptowalnym poziomie nauczania). Podzielenie wszystkiego przez liczbę mieszkańców powoduje promocję małych krajów (Szwajcaria) wobec dużych (możliwe, że fizycznie nie ma tylu noblistów, by Chiny wyprzedziły mały kraj mający tylko jednego).
      3. Biorąc pod uwagę powyższe nie wiem, co autor chciał wykazać. Prawdopodobnie jest to jednak sprzeczne z tym co można usłyszeć z lewej strony tylko w tym, że lewica wzrost przynajmniej części tych wskaźników traktuje jako regres cywilizacyjny, a nie wzrost.
      4. Wyjaśnienie dlaczego badania ilościowe (nawet topornie przedstawione) są zawsze lepsze od badań jakościowych nie koresponduje z wytycznymi z literatury, by decyzję o tym, które narzędzia zastosować uzależniać od potrzeb i sytuacji. Warto nadmienić, że istnieją metody radzące sobie (tj. potrafiące wygenerować ranking) z danymi jakościowymi czy przybliżonymi.

      Polubienie

      Odpowiedz
      1. pracownia e-p Autor wpisu

        Ha, ha – „na razie” – dopóki komenty spływają w ilości ~1/tydz., tak czy owak możemy sobie pozwolić na leseferystyczną politykę adminową – szczególnie jeśli już jakaś ekono-ipeeno zajawka (a może to było tylko życzenie pogrzebania głębiej w temacie? ale blog PE-P jest z gruntu chaotyczny i nie poddaje się łatwo próbom ukierunkowania) przeszła – przejdą oczywiście też wszelki polemiki (za które btw kudos, bo nam nie udało się jeszcze zmobilizować do otwarcia linku nr 2, być może bardziej frapującego niż nr 1, który wydaje się być dość standardowym przykładem wywodu o wyższości bytu nadwiślańskiego prola zdyscyplinowanego nad tym skolektywizowanym wygłaszanego na tle jaskrawych slajdów pekabowych (których kwestionowaniem my w zasadzie się nie zajmujemy, o ile nie wyczujemy manipulacji; my po prostu staramy się ubogacić nieco to tło).

        Polubienie

        Odpowiedz
        1. bloglolka

          Nie powiedziałbym, że jakiś szczególnie ciekawy. Ot kolejna wariacja na temat Platforma zrobiła gigantyczny postęp, ale nie potrafiła tego dobrze sprzedać, więc wygrali Ci źli socjaliści (czyli wszyscy, którzy do facto nie są neoliberałami).

          Polubienie

  1. pracownia e-p Autor wpisu

    Nie jesteśmy w stanie (nawet jakbyśmy chcieli) odnieść się osobiście do twórczości każdego ipeeno-ekonomisty. Jeżeli Pilaster (czy anonowy przekaźnik/nośnik pilasterowej memetyki) widzi jakieś dziury faktograficzne w naszym tekście, do którego dobrowolnie zgłasza komentarz, prosimy o wyrażenie sprecyzowanych krytycznych/pochwalnych uwag, do których być może się odniesiemy. (załączone linki puszczamy w drodze wyjątku; następnym razem potraktujemy tego typu zajawki jako reklamę amatorskiej ipeeno-ekonomii, w związku z czym zostaną skompostowane w koszu).

    Polubienie

    Odpowiedz
    1. pracownia e-p Autor wpisu

      PS. Żeby nie zostawić pytania całkiem „w powietrzu”, i jednocześnie uniknąć kopania się z ipeeno-ekono-końmi, w odpowiedzi wrzucimy mini-parabolę:
      Młody człowiek, o imieniu dajmy na to Lech, zostaje wrobiony w poważne przestępstwo, wskutek czego trafia do więzienia. Teraz, musi wybrać sobie jakąś strategię przetrwania w tym środowisku. Tak się złożyło, że Lechu zdecydował się na strategię integracji: zaczął robić sobie dziary, łykać żyletki, a w pozostałym czasie koksować na siłce jak szalony i od czasu do czasu wp13rdolił jakiemuś słabiakowi. Dzięki temu – oraz ponieważ nie zabrakło mu w tej drodze szczęścia i determinacji – po kilku latach zaczął się wspinać w hierarchii grypserki. Ale jednocześnie wie, że nigdy nie zostanie top-dogiem; co najwyżej może liczyć, że taki top-dog poklepie go po plerach, zamiast oklepać maskę. (W naszym wpisie staraliśmy się m.in. – jako temat poboczny – wykazać, że muskulatura Leszka wcale nie jest zresztą taka solidna, za jaką ją sam uważa.)
      Stało się, jak się stało, ale należy pamiętać, że nasz Lechu mógł próbować iść jakąś inną, swoją własną nieintegracyjną ścieżką. Jeśli lubił czytać – mógł czytać do woli, jeśli miał zacięcie do nauki czy do jogi – czasu i okazji na takie rzeczy miał do dyspozycji tyle, ile nigdy przedtem. Tyle tylko, że taki brak integracji ze strukturą tego określonego środowiska oznaczałby przybranie roli „frajera”, albo jeszcze gorzej „cwela”. Dla git-ludzi byłby śmieciem, nieudacznikiem i musiałby się liczyć – w najlepszym przypadku – z ostracyzmem.
      Ale kiedyś, być może, „mury runą” i Lechu znajdzie się w całkiem innym środowisku niż więzienie – na wolności (czyt. np. w świecie wolnym od grawitacji algorytmu M(t2) > M(t1), który zaliczy kolaps, po którym się już nie podniesie; albo w świecie wolnym od dywidendy termodynamicznej). Czy wtedy uzna swoje wiezięnne wybory, poniesione tam ofiary i odniesiony tam „sukces” za doświadczenia przydatne w tym nowym świecie? Czy jego zaawansowane dziary i bicepsy będą budzić powszechny podziw i zapewnią mu wysoką pozycję w hierarchii i godziwy byt? Czy nie będzie żałować wyboru ścieżki neoliberalnego ratlerka gitowca?

      Polubienie

      Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s