Po co są praco-rozdawacze? (2/2)

Kontynuując (podkoloryzowane) streszczenie „What Do Bosses Do?” S. Marglina, dziś o podziale pracy i roli Integratorów w ERZE FABRYK.

Wg. „oficjalnej” wykładni leseferystycznej, w momencie kiedy nastąpiło poważne zespolenie dwóch technologii: wykorzystania energii grawitacyjnej wody (a następnie spalanego węgla) oraz zaawansowanych maszyn przędzalniczych, zorganizowanie siły roboczej w jednym miejscu – fabryce (w miejsce powszechnego uprzednio systemu pracy nakładczej) – stało się niejako dziejową koniecznością mającą służyć dalszemu usprawnianiu generowania bogactwa materialnego. Fakt zwycięstwa fabryki nad cottage industry (chałupnictwem) stanowić ma dowód, że ekono-ewolucja „wybrała” model fabryczny jako po prostu lepszy, czyli bardziej efektywny.

Marglin zwraca jednak uwagę, że w piśmiennictwie okresu można z łatwością odnaleźć ślady innych, już nieco mniej „progresywnych” motywów, którymi kierowali się kapitaliści, zaganiając proli do swoich XIX-wiecznych Satanic Mills – koncentracja siły roboczej pod dachem kapitalisty niewątpliwie pozwalała zaostrzyć nadzór i dyscyplinę, których aplikacja w modelu zdalnej pracy chałupniczej była bez wątpienia trudniejsza. Ale zaraz, zaraz… przecież zgodnie z leseferystyczną memetyką, w warunkach konkurencji doskonałej nie ma w ogóle potrzeby dyscyplinowania czy nadzorowania pracowników przez kapitalistów, ponieważ zadania te mają wypełniać najlepiej mechanizmy rynkowe per se! Zatem fakt, że klasa Integratorów dostrzegała potrzebę takiej dyscyplinującej reorganizacji produkcji, świadczy o tym,  że wolna konkurencja w praktyce nie działała w obiecywany przez teoretyków leseferyzmu sposób!

Otóż – jak zauważa Marglin – w stanie pełnej wolnej konkurencji równie dobrze to chałupnicy mogliby wynajmować Integratorów, czy też pracownicy Satanic Mills kapitalistów. Problem w tym, że w leseferyzmie sprawy nigdy nie miały się mieć w ten sposób, stąd też właśnie takie, a nie inne systemy organizacji pracy ludzkiej zrealizowały się (czy zostały zrealizowane) w praktyce. Pierwotny podział pracy w systemach nakładczych dokonał odcięcia faktycznych producentów od kontaktu z rynkiem, na którym mogliby samodzielnie konkurować (czy kupować materiał do produkcji), a nowy, jeszcze „doskonalszy” system fabryczny pozbawił ich następnie kontroli nad przebiegiem samych procesów produkcyjnych, nawet tych sfragmentaryzowanych.

Zdaniem Marglina faktyczna historia „ufabrycznienia” gospodarki była odmienna od wersji komiksowo-postępowej (fakt, że przekonującej), którą propagują apolegeci kapitalizmu.  Otóż warunki techniczne umożliwiały organizację fabryk znacznie wcześniej, aniżeli miało miejsce faktyczne rozpowszechnienie się tego modelu produkcji. Problem leżał w czynniku ludzkim – po prostu warunki i organizacja pracy w Satanic Mills  były trudne do zniesienia dla natury nienawykłych do takiego reżimu pracowników. Krótko mówiąc – ludzie masowo porzucali pracę już po spędzeniu kilku dni w fabrycznym reżimie, preferując dotychczasowe metody ręcznego przędzenia w swoim własnym domu, nawet za mniejsze pieniądze. Opór ze strony pracowników nie był skierowany przeciwko maszynom per se; głównymi czynnikami odstręczającymi było wielogodzinne „uwięzienie” pod obcym dachem i narzucony reżim pracy, postrzegany jako coś na kształt czasowej, ale i regularnej utraty wolności.

Również kwestia deklarowanej wyższości technologicznej modelu fabrycznego nie jest wcale jednoznaczna. Przez dłuższy czas obie metody przędzenia – napędzana mechanicznie w fabrykach i ręczna chałupnicza – funkcjonowały równolegle [1]

Ponieważ jednak z punktu widzenia kapitalisty czynniki nadzoru [2] i dyscypliny niewątpliwie odgrywały istotną rolę, stopniowo także i R&D koncentrowało się coraz bardziej wokół ekwipunku fabrycznego jako służącego preferowanej przez zamawiających metodzie produkcji, natomiast postęp w konstrukcji urządzeń chałupniczych uległ zahamowaniu. Dodatkowym czynnikiem wzmacniającym tę dynamikę po stronie podaży R&D (wynalazców) była kwestia ochrony patentowej, która była stosunkowo łatwa do egzekucji w dużych, skoncentrowanych podmiotach, podczas gdy kontrola przestrzegania prawa patentowego w warunkach rozproszonego chałupnictwa była praktycznie niemożliwa. Dzięki takiemu, a nie innemu ukierunkowaniu rozwoju technologicznego ostateczne zwycięstwo (w tym w końcu także w zakresie efektywności) Fabryki zostało niejako przyklepane.

Tu zwróćmy uwagę: Marglin wielokrotnie podkreśla kwestię właściwego zrozumienia pojęcia „efektywność”, które w prawidłowej wersji oznacza  ‘większe efekty przy takich samych nakładach’, nie zaś ‘większe efekty przy większych nakładach’. Jednak tym, czego pożądali pre-kapitaliści, była wyłącznie ta pierwsza sprawa; stąd „postęp” utożsamiany był (i chyba nadal jest) ze zwiększeniem wolumenu tego, co wychodzi z czarnej skrzynki, podczas gdy w tej narracji łatwo przychodzi pomijanie tego, co zapodawane jest na jej wejściu (a już najłatwiej, jeśli mowa jest o prolo-godzinach, którymi zasilana jest taka maszynka; odpowiednio – w przypadku, kiedy ładunek wejściowy z jakichś przyczyn wydaje się zbyt kosztowny, należy ten koszt przerzucić – najlepiej, w zależności od okoliczności, albo na środowisko albo na plebs). Zdyscyplinowanie proli poprzez złapanie ich w pułapkę Satanic Mills było właśnie ekspresją tej obsesyjnej, charakterystycznej dla modelu M(t2) > M(t1) (ale także dla późniejszych systemów nakazowo-rodzielczych, czyli „komuny”) żądzy zwiększenia wolumenów produkcji (oraz równolegle, jako towarzyszący cel drugorzędny – żądzy redukcji kosztów monetarnych czy prolo-kosztów na wejściu).

XVIII wieczni „obserwatorzy” życia ekonomicznego (bez wyjątku dżentelmeni, obviously) wielokrotnie pomstowali w swoim piśmiennictwie na lenistwo plebsu; można zaryzykować tezę, że oburzenie zwyczajami plebsu, który preferował, „po 3 dniach pracy (które najwyraźniej jeszcze wówczas wystarczały do podtrzymania siebie i rodziny na poziomie subsistence), spędzić resztę tygodnia w karczmie” (zamiast podręcznikowo pomagać w akumulacji kapitału) stanowiło ulubiony leitmotif dla ówczesnych ekonomistów czy propagatorów różnych odmian filozofii kalwinistycznej.

Faktyczna dynamika, która doprowadziła ten pre-kapitalistyczny model na skraj impasu, polegała na tym, że sukcesy w eksporcie dzianin, produkowanych jeszcze nadal w systemie nakładczym, ale przy użyciu dość zaawansowanych przędzarni (choć nadal ręcznie napędzanych, typu spinning jenny), zachęciły pre-kapitalistów (na których pierwsze poważniejsze dawki zysków najwyraźniej zadziałały niczym heroina) do dalszego zwiększania produkcji. Jednak to wymagało z kolei większego zaangażowania chałupników. Rosnący popyt na takie zatrudnienie doprowadził do wzrostu stawek, jednak – ku utrapieniu Integratorów – chałupnicy, zamiast przyjąć to jako zachętę do wzmożenia wysiłku, wykorzystali tę mannę godziwych stawek w celu rozszerzenia puli swojego czasu wolnego. Czyli inaczej: dysponując kontrolą nad własnym czasem pracy (nad podażą prolo-godzin), na krzywej „preferencji” (w ekono-slangu zwaną krzywą obojętności) ‘więcej dóbr materialnych vs. więcej czasu wolnego’ pre-prole wybrali – zonk! – to drugie. W ten sposób, niejako, pre-kapitaliści nieomal padli ofiarą swojego własnego początkowego sukcesu!

Tu zatrzymajmy się chwilę, żeby zaabsorbować w pełni wagę wspomnianego wyżej fenomenu jak i ekono-historycznej dynamiki, która rozegrała się w reakcji na ten fenomen. Jak wiemy, w standardowej narracji leseferystycznej wzrost ceny towaru ma/musi stymulować podaż; dalej – wiemy również, że drugą osią tej memetyki popyto-podażowej jest sprowadzenie pracy (prolo-godzin) do postaci towaru – ergo: wzrost ceny (stawek) powinien – przyjmując towarową naturę pracy – skłonić praco-dawców (czyli proli; przypominamy: funkcjonujące we współczesnym leseferystycznym slangu określenie „pracodawca”, w PE-P mające odpowiednik „praco-rozdawacz”, oznacza faktycznie wyzyskobiorcę/zatrudniciela) do intensyfikacji wysiłku, gdyż wyższe stawki oznaczają, że szalka kompromisu (użyteczności) pomiędzy czasem wolnym a zdolnością do pompowania swojej siły nabywczej przechyla się (teoretycznie) na korzyść tej drugiej preferencji; i taki mechanizm pewno faktycznie zadziałałby, jeśli hipoteza o homo-economicusowej naturze sapiensów (które według tego podejścia żyją, aby pracować, zarabiać i konsumować/odkładać oszczędności) byłaby prawdziwa (i w XXI w. – po zainstalowaniu w prolo-głowach mema konsumeryzmu w XX w. – być może prawdziwa już jest!).

Jednak w wieku XVIII najwyraźniej jeszcze krzywa podaży czasu pracy przejawiała tendencje do przybierania formy opadającej (lub ew. „zaginającej się do tyłu” jak na ryc. 11.18B w tym artykule, który zainteresowanym może przybliżyć to, jakich metod używają ekonomiści, aby wyliczyć, ile diabłów da się wcisnąć na końcu szpilki prolo-godzin da się wycisnąć przy użyciu różnych marchewko-kijowych kombinacji) [3]. Niemniej jednak, kiedy okazało się, że rynek (towaro-pracy) zadziałał niezgodnie z oczekiwaniami czy potrzebami (pre)kapitalistów, nie było innego wyjścia jak ręczna weń interwencja, tj. wymuszenie podaży stosownie do popytu.

Dla porównania wyobraźmy sobie sytuację podobnego wymuszenia podaży skierowaną wobec firm, gdzie gubmint postanawia zrealizować np. śmiałe ambicje eksportowe (celem, dajmy na to, pozyskania dewiz na finansowanie dalszych podbojów), i emituje taki zestaw legislatury, który de facto wymusza na firmach prywatnych-eksporterach podniesienie produkcji o 100% w ciągu kilku lat (przy zachowaniu dotychczasowych cen!), a karą za niewywiązanie się z takich planów będzie bynajmniej nie złoto-spadochronowe bankructwo, ale skazanie właściciela (wraz z rodziną) na śmierć głodową; jakie byłyby komentarze miłośników wolnego rynku wobec takiego dictum? Takie (czy inne podobne) „aberracje” memetyczne stają się jednak perfekcyjnie logiczne, jeśli tylko uznamy fakt, że rynek to nic innego jak kolejny wehikuł trasmisji dominacji (w praktyce najczęściej takiej, która umożliwia/uzasadnia frirajderstwo); kiedy ten wehikuł przestaje działać jak powinien, staje się niezwłocznie przedmiotem stosownej modyfikacji.

Taka wysoka preferencja czasu wolnego ewidentnie stała na drodze „postępu”, szkicowanego przez klasyczne pierwowzory ewangelistów leseferyzmu jak i na drodze nieograniczonych niczym aspiracji klasy burżuazji, która zdążyła już poznać smak sukcesu (i siłę pieniądza). W związku z tym coraz wyraźniej – przed umysłami elit –  rysowała się konieczność zmiany tego uporczywego paradygmatu w taki sposób, żeby uniemożliwić plebsowi kontrolę nad podażą czasu, który będzie oferowany „na sprzedaż” przedsiębiorcom.

Przebieg tej dynamiki i towarzyszący jej rozwój memetyki ekonomicznej  rodzą podejrzenia, że głównym celem stojącym u podstaw Rewolucji Przemysłowej wcale nie było zwiększenie efektywności na jednostkę czasu (czy inaczej: na prolo-godzinę) – jak to zwykła utrzymywać jest „ipeeno”-ekonomia (czyli ekono-historia rozpisana przez apologetów kapitalizmu), ale raczej zwiększenie wolumenu produkcji (a za tym zysków) poprzez „rozciągnięcie” czasu per se, tj. przez bezprecendensowe zwiększenie podaży prolo-godzin. Zatem z dużym prawdopodobieństwem – obok pozbawiania proli alternatywnych źródeł utrzymania (subsistence) poprzez grodzenia (enclosures) – to właśnie nowa organizacja pracy i dostosowująca się do tej organizacji technologia stanowiły narzędzia do wyciskania coraz większych i większych, i w końcu wręcz niewyobrażalnych przed tą reorganizacją ilości prolo-godzin. Wzrost faktycznej efektywności (liczonej na prolo-godzinę) pojawił się dużo później, niejako jako efekt uboczny tych procesów walki klasowej, a jeszcze dopiero dużo później (w XX w.) efekty tego wzrostu zaczęły być odczuwalne przez większość populacji w formie poprawiającej się siły nabywczej i warunków życia. Niewątpliwie jednak „złamanie” (czy „ujeżdżenie”) pierwszej generacji – tj. transformacja chałupników czy uprawiaczy poletek commons w prolo-kompost, stanowiło największe wyzwanie dla ustanowienia realnego kapitalizmu.

Tak czy owak, skutkiem tych knowań połączonych sił kapitalistów, gubmintów i teoretyków leseferyzmu procesów, cały ciężar Rewolucji Przemysłowej przyjąć musiał na własną klatę plebs (występujący  od lat 30-tych XIX w. już „oficjalnie” jako prolo-kompost), w „nagrodę” otrzymując możliwość utrzymania się na ciągle tym samym poziomie umożliwiającym li tylko przetrwanie oraz reprodukcję; owoce sławetnej, niosącej bezprecedensowy dobrobyt materialny Rewolucji Przemysłowej zaczęły dopiero stopniowo spływać na, powiedzmy, trzecią czy czwartą generację prolo-kompostowców; praca i trudno wyobrażalne poświęcenia dwóch pierwszych generacji – jak można powiedzieć – poszły w zdecydowanej większości na potrzeby Akumulacji.

Żeby dopełnić tę narrację należy jeszcze odnieść się do ulubionej kontry apologetów kapitalizmu: „ale przecież nikt prolom nie przystawiał do głowy pistoletu – wcale nie musieli iść do roboty w fabryce!”. Jak wielokrotnie pisane było w PE-P, tak też i Marglin zauważa, że faktyczny wybór sprowadzał się do alternatywy „tyraj 12+h albo idź sobie i zdychaj” (obecnie jest to ‘tyraj 8h+ albo żebrz w MOPSie i kimaj w noclegowni jeśliś trzeźwy!). Jak wiemy, pożywka prolo-kompostowa dla Satanic Mills przygotowana została już wcześniej w drodze grodzeń; zwinięcie systemu Speenhamland (namiastki pomocy socjalnej) w pierwszej połowie XIX w. dopełniło reszty. Ponadto są dowody, że wszędzie tam, gdzie istniała realna alternatywa względem roboty w fabrykach – prole do takich właśnie alternatyw uciekały się bardzo ochoczo. Np. – pomimo katastrofalnego spadku stawek – w XIX w. nadal 250.000 ludzi (w UK) wybrało uprawianie chałupnictwa przędzalniczego [4]. Niemniej jednak wspomniane wyżej trendy R&D z czasem doprowadziły tę formę produkcji do upadku w połowie XIX w. Potem już – jak to ujmuje Marglin – wolność do odmowy pracy w fabryce stanowiła odpowiednik deklaracji: „wybieram głodowanie”.

Podobne, acz oczywiście w nieco łagodniejszych formach, procesy wyciskania podaży prolo-godzin na potrzeby „Złotego Wieku” kapitalizmu miały, według tekstu Marglina, miejsce w po-drugo-wojennej ekono-historii USA (np. 50% ankietowanych pracowników pozyskanych przez GM na taśmę wyznało, że znaleźli się tam z braku alternatywy; jeden z cytatów: l’d take almost any job to get away from there. A body can’t stand it there. My health counts most. What’s the use of money if you ruin your health?93). (No ale dla Złotowiekowców czy MMT-erów wszystko było wtedy OK, bo było pełne zatrudnienie! A i zwolennicy re-industrializacji oblizują się ze smakiem na samo wspomnienie tych czasów.)

Jednostki pozbawione realnej alternatywy to – jak zauważa Marglin – ekwiwalent niewolników [5], którzy zresztą faktycznie stanowili obsadę pre-fabryk tam, gdzie w danych czasach (np. Imperium Rzymskie) taka forma organizacji produkcji/pracy miała okazję technologicznie zaistnieć (np. wytwarzanie cegieł czy ceramiki). Słowem: historycznie, nikt z własnej woli zbytnio się nie palił do roboty w fabryce! Od niepamiętnych czasów wybór – tam gdzie był możliwy – padał na mniej opresyjne (jeśli nawet mniej płatne) miejsca organizacji pracy (jak w rzemiośle).

Co więcej, artykuł Marglina skoncentrowany jest nie na alternatywie ‘pracujta w fabryce albo róbta-co-chceta (=go&die)’; chodzi raczej o zestawienie zalet i wad dwóch różnych filozofii, według których można (było) zorganizować procesy produkcji; o rozważenie takiej alternatywy, gdzie z jednej strony mamy system, w którym faktyczny producent (czyli prol czy pre-prol) dysponuje kontrolą zarówno procesu produkcji jak i kontrolą swojego czasu, jaki gotowy jest poświęcić na czynności tej produkcji, a z drugiej – system, w którym następuje zarówno postępująca alienacja producenta (prola) od procesu wytwarzania, jak też w którym producent ten pozbawiony jest (realnej) decyzyjności co do alokacji czasu na rzecz tej produkcji stosownie do swoich potrzeb/preferencji.

W podsumowaniu, Marglin zarysowuje nam mechanikę tej ekono-historii z jeszcze innego ujęcia – metody produkcji i dystrybucji oparte o cechy rzemieślnicze ustąpiły systemom nakładczym z dwóch powodów – ten drugi model zapewniał większe zyski klasie, która była w stanie (z jakichś przyczyn leżących w otoczeniu ekono-polityko tych konkretnych czasów) przechwycić dla siebie rolę Integratorów, a następnie osiągnięte zyski jeszcze bardziej powiększyły moc tej kasty w zakresie jej wpływu na politykę, w tym na stanowienie prawa, co pozwoliło im na demontaż środowiska instytucjonalnego, które utrzymywało stare systemy cechowe na powierzchni, w tym głównie na introdukcję – w miejsce ścieżki uczeń -> czeladnik etc. – instytucji rynku pracy, wspomaganej przez różne – prawne i organizacyjne – instrumenty bezpośredniego prolo-dyscyplinowania (wyciskania prolo-godzin). Kolejnym, naturalnym krokiem na tak obranej ścieżce rozwoju była introdukcja Ery Fabryki, która umożliwiła pozbycie się balastu pozostałych jeszcze po stronie wyrobników opcji wolności wyboru, szczególnie w zakresie decydowania o podaży czasu, którą pre-prole skłonni byli przeznaczyć na czynności wyzyskodawania.

PS. Tyle pisaniny, a nieomal zapomnieliśmy udzielić odpowiedzi na tytułowe pytanie – czyli ‘po co są praco-rozdawacze?’. Otóż, jak nam się wydaje, są po to, żeby integrować to, co uprzednio zdezintegrowali; żeby z pośrednika uczynić w sposób przekonujący obiekt kultu; po to, aby maksymalizować strumienie gadżetów płynące z czarnej kapitalistycznej skrzynki; aby ratować masy od anty-kalwinistycznego szatana, który, jak wiadomo, przychodzi zawsze w czasie wolnym; i być może także po to, żeby z-akcelerować proces odnajdowania przez sapiensy zasubskrybowane do kulturo-zachodniego umiłowania nieskończonych perspektyw i jednokierunkowego wektora rozwoju ostatecznej odpowiedzi na pytanie – ile można wycisnąć – z Planety, z innych czy z samego siebie, na swojej drodze w niekończącym się poszukiwaniu satysfakcji – frirajderskiego spełnienia.

_____________________________

1. Z naszej strony dodajmy, że za pewną współczesną analogię takiego stanu można uznać „fabryki” rolne, czyli mega-farmy vs. małe gospodarstwa. Przemysłowe farmy, pomimo istotnie większych nakładów realnych w postaci głównie paliw kopalnych, nawozów sztucznych czy środków „ochrony” roślin, często mogą pochwalić się wydajnościami z hektara mniejszymi niż zlokalizowane w tym samym kraju mikro gospodarstwa, pomijając już kwestie jakości „produktu”. Podobnie – praca na mega-farmach, pomimo umaszynowienia, przez wielu będzie uważana za zajęcie uciążliwe i nieprzyjemne w porównaniu z uprawą własnego poletka. Mimo to, na skutek jakichś złożonych procesów, w krajach leseferystycznego Centrum, dominacja mega-farm stała się faktem.
2. Nie ma co zaprzeczać, że powierzanie materiału chałupnikowi niosło ze soba pewne pokusy, którym niektórzy chałupnicy bez wątpienia ulegali – jak sprzeniewierzenia czy pozyskiwania części materiału na odsprzedaż na lewo kosztem jakości produktu. Być może zresztą takie działania były ekspresją sprzeciwu wobec zainstalowanej przez system ‘podział pracy-Integrator’, ewidentnej nierówności boiska do gry. Aby zabezpieczyć interesy Integratorów gubmint dał nawet zielone światło na takie akcje, jak przeszukiwanie miejsc wykonywania pracy nakładczej. Jednak skoncentrowanie produkcji w fabrykach było niewątpliwie lepszym – oczywiście z punktu widzenia Integratora-Kapitalisty – sposobem uniknięcia „wycieków”.
3. Inaczej mówiąc – żeby podążać neoklasyczną logiką przecinania się różnych dziwnych krzywych w jakimś punkcie „równowagi” – czas wolny przyjmuje się jako substytut dóbr/gadżetów. W XVIII w. najwyraźniej krzywe substytucji (obojętności) ‘czas wolny vs. gadżety X, Y etc.’ szybko (przynajmniej po osiągnięciu poziomu subsistence) ulegały wypłaszczeniu (jeśli „towar” Cz.W umieścimy na osi wertykalnej), tj. „konsument” w zamian za dodatkowe gadżety (czy także w zamian za pozyskanie oszczędności) nie był zbytnio (czy w ogóle) skłonny poświęcić choćby niewiele „dobra” wolno-czasowego, które, jak się wydaje, było cenione bardzo wysoko i stąd niechętnie wymieniane na cokolwiek innego (z drugiej strony, można nieco cynicznie zauważyć, że wybór gadżetów w owych czasach był mocno ograniczony). Czyli – jeszcze inaczej – wypłaszczenie się takich krzywych substytucji oznaczało, że chałupnikowi, któremu udało się nabyć jedną czy dwie, dajmy na to, koszule, dalsze wypełnianie swojej garderoby stawało się całkiem obojętne – po przekroczeniu tego punktu czułby się jednakowo usatysfakcjonowany niezależnie, czy byłby właścicielem pięciu czy stu tego typu gadżetów, pod warunkiem że miałby nadal okazję cieszyć 4 dniami wolnymi w tygodniu. Ale to wszystko oczywiście można opowiedzieć równie dobrze bez uciekania się do pomocy krzywych: po prostu taki chałupnik-minimalista dbał o to, żeby się najeść, odziać w cokolwiek no i napić (i być może pogawędzić o bezsensie życia, o tym, jak w XIX w. może wystarczy już pracować tylko 2 dni w tygodniu, żeby utrzymać rodzinę, czy w ogóle o d00po-marynie z podobnymi sobie leserami), a na całą resztę miał wyj38ane i nie bardzo uśmiechała mu się rola chomicuso-economicusa napędzającego pekabowy kołowrotek; czyli inaczej żył na zasadzie carpe diem tu-i-teraz, a my w Pracowni EP taki wybór życiowy uważamy – w przeciwieństwie najwyraźniej do leseferystów i kalwinistów – za zasługujący na co najmniej taki sam respekt, jak obranie konkurencyjnych ścieżek (czyli takich, w których efekt substytucyjny przeważa nad efektem dochodowym).
4. Tu cytat: The amazing thing is that the cottage weavers held out as long as they did, testimony as Landes says, „to the obstinacy and tenacity of men who were unwilling to trade their independence for the better paid discipline of the factory. (przypis 83 w tekście oryginalnym). Z przywoływanej literatury przedmiotu można generalnie wyczytać, że dyscyplina fabryczna per se była dla niewytresowanych sapiensów czymś bardzo trudnym do zniesienia. Jednak teraz, jak się wydaje, po 200 latach treningu (którego istotną częścią stał się system edukacji) ta bariera „rozwoju” została skutecznie zneutralizowana – uczestnictwo w reżimie praco-najemno niewolnictwa zostało „wgrane” do natury ludzkiej, ba! – dla niektórych jest wręcz ekspresją wolności!
5. Jeszcze inny aspekt tej historii w nawiązaniu do tradycji obsadzania fabryk siło-roboczą quasi-niewolniczą to ówczesne XIX wieczne „staże” pracy (trwające nawet 10 lat), na które do fabryk masowo kierowana była przymusowo spauperyzowana dziatwa. Powszechnym zjawiskiem było także zsyłanie do fabryk kobiet (żon czy córek) przez „głowy rodziny” poszukujące okazji pozyskania dodatkowego grosiwa bez angażowania własnego potu (anty-feministyczni pro-leseferyści mogliby zarechotać: „poszukujące chwili spokoju w gospodarstwie domowym”); przedmioty tych „transakcji”, jak nie musimy chyba nadmieniać – nie miały wielkiej siły przetargowej, zarówno wobec bossa w domu jak i tego w fabryce (w wielu fabrykach dorośli mężczyźni stanowili wśród całej załogi zdecydowaną mniejszość).

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s