Skąd wziął się kapitalizm?

W wersji „oficjalnej” kapitalizm był albo – w środowisku memetycznym zorientowanym wokół totemu postępu – wynikiem naturalnej ewolucji stosunków produkcji, stanowiąc jej szczytowe osiągnięcie, bądź też – w narracji niektórych odłamów ortodoksji leseferystycznej – to szczytowe osiągnięcie jest (czy raczej ma być, bo prawdziwego kapitalizmu tak naprawdę jeszcze nigdzie nie ma, łinkłink) niczym więcej jak tylko właśnie powrotem do natury – mitycznej krainy truck-barter-eksczeńdżowania, który to jednak powrót jest nieustannie sabotowany przez spiski kolektywistów. Tak czy owak, kapitalizm (nawet jeśli taki nie do końca prawdziwy czy perfekcyjny) stanowił niewątpliwie postęp wobec feudalistycznych metod organizacji gospodarowania, i „jak dotąd nie udało się wymyślić niczego lepszego” (i prawdopodobnie się nigdy nie uda – ile razy ktoś próbuje, zawsze kończy się to płaczem i brakiem papieru toaletowego).

Może tak, może nie. Zacznijmy od tego, że obiektywna analiza dobroczynnego wpływu kapitalizmu na zdolność produktywnego angażowania zasobów jest praktycznie niemożliwa z uwagi na to, że historia ekspansji tego modelu gospodarowania zbiegła się prawie dokładnie w czasie z introdukcją (na szeroką skalę) angażowania dywidendy termodynamicznej do napędzania procesów gospodarczych, a krzywa intensyfikacji aplikacji tej dywidendy jest często-gęstą bliźniaczą siostrą krzywej pekabowej. Być może gdyby nie kapitalizm, zasysanie i spalanie paliw kopalnych następowałoby wolniej i przez to pekab rósłby w mniejszym tempie, ale założenie, że bez kapitalizmu nie byłoby maszyny parowej, silnika spalinowego czy elektryfikacji byłoby raczej dość śmiałą hipotezą. Jedynym dość bezsprzecznym [1] faktem wydaje się być to, że wymiana elit – gdzie klasa próżniacza utrzymująca się z rent feudalnych była stopniowo wypierana przez kapitalistów zorientowanych na zyski z produkcji – stanowiła postęp jeśli chodzi o generację bogactwa materialnego, przynajmniej z punktu widzenia makro (bo w skali mikro, a zwłaszcza z poziomu plebso-pod-ludzików, już wcale niekoniecznie, o czym za chwilę).

Na marginesie – wielu autorów (np. S.Marglin) zwraca uwagę, że kapitalistyczny model angażowania siły roboczej nigdy nie miał za główny cel ulepszeń, czy to organizacyjnych czy technologicznych, produkcji [2];  nadrzędnym celem była zawsze Akumulacja, a ta mogła postępować poprzez zapewnienie KONTROLI w taki sposób, aby postać kapitalisty (czy menadżera/CEO) – jako Koordynatora czy Integratora – była figurą centralną i niezbywalną w procesie produkcji, czy w ogóle w łańcuchu zagospodarowania i dystrybucji zasobów. Żeby wbić szpilkę w mocno zachwalany przez A.Smitha podział pracy [3] – sam podział czynności pracy (czy specjalizacja) nie jest jeszcze tożsamy z ustanowieniem hierarchii, natomiast to, w jaki sposób ten podział został wdrożony w praktyce można właśnie odczytać jako ekspresję tego dążenia do kontroli i do podporządkowania, a na końcu tego procesu – do wygenerowania całkowitej zależności proli od nowej kasty frirajderów – czyli od fabrykantów (oraz oczywiście – z czasem – od wyrosłych na tej glebie innych postaci Organizatorów, w tym zwłaszcza Organizatorów Pieniądza)[4].

Z tej perspektywy towarzyszący temu modelowi frirajderstwa postęp technologiczno-organizacyjny należałoby odczytywać jako skutek uboczny czy efekt wtórny (fakt, że akurat pozytywny z punktu widzenia zdolności produkcyjnych); wtórny, bo pierwotnym celem była wygrana w walce klas, którą udało się kapitalistom osiągnąć – raz – przez pozbawienie plebsu środków samo-utrzymania się na poziomie subsistence (grodzenia, o których za chwilę), dwa – przez wyalienowanie proli z procesów produkcji, a przez to z kolei – funkcjonalne narzucenie nadbudowy w postaci kasty Organizatorów/Integratorów, którzy odtąd posiedli monopol na aranżację struktur zagospodarowania zasobów i z racji tego monopolu uważają się (i uważani są przez znakomitą większość – za sprawą memetyki wolnorynkowej) za uprawnionych do inkasowania sowitej renty.

Ale roztrząsanie zalet (czy wad) kapitalistycznych metod organizacji produkcji nie jest głównym tematem dzisiejszego odcinka, w którym chcemy skupić się na tym, skąd w ogóle kapitalizm się pojawił. Tj. czy zaistniał – tak jak to mówią leseferystyczne czytanki – spontanicznie, czy też może jednak ktoś pomógł Wielkiemu Leseferowi w dostarczeniu tego produktu Ziemianom.

Otóż naszym zdaniem obiektywna analiza dziejów wskazuje na to, że kapitalizm, wbrew legendom z książeczek do wielkoleseferowych czarnych mszy nabożeństw, nie narodził się samoistnie w procesie, w którym ludziska nagle zdały sobie sprawę z korzyści płynących z wolnej rybo-bananowej wymiany; został zainstalowany przez gubminty i to zainstalowany z całą brutalnością, na jaką stać jest uznawane za skądinąd łagodne liberalne rządy. I inaczej być raczej nie mogło, ponieważ ofiary Wielkiej Transformacji – czyli plebs (który pod wpływem tych sił przepoczwarzył się w prolo-kompost) – czekał okres circa 100 lat POGORSZENIA się warunków życia, przede wszystkim jeśli chodzi o znaczne (nawet 2 x +) zwiększenie nakładów prolo-czasu celem utrzymania się na poziomie subsitence (np. jeszcze pod koniec XVIII w. wykwalifikowani tkacze często pracując jedynie 3-4 dni w tygodniu byli w stanie zapewnić sobie dość komfortowe warunki bytowania; o realiach wymiaru czasu pracy – pre-kapitalistyczne vs. kapitalistyczne czytaj więcej tu).

Obecnie łatwo przychodzi publice akceptować pochwały tej Transformacji, która – zgodnie z narracją leseferystów – stoi u podstaw relatywnego dobrobytu dla większości, a przynajmniej dla większości populacji w krajach Centrum (czy nawet peryferii Centrum); zgodnie z mową afirmatorów kapitalizmu warunki bytowe czy poziom konsumpcji nawet szeregowego współczesnego prola przewyższają często te, które były przywilejem XVIII wiecznych elit. Taka narracja jednak przypomina nieco porównywanie jabłek z ajfonami; naszym zdaniem przypisywanie tego skoku jakości życia kapitalizmowi per se jest nadużyciem memetycznym – gros poprawy zawdzięczamy technologiom, pozwalającym skutecznie zasysać dywidendę termodynamiczną oraz oczywiście dostępności pokładów tej dywidendy [5]; kiedy jej zabraknie, system oparty na paradygmacie geometrycznego wzrostu będzie szczególnie narażony na niekontrolowany upadek; ale to na marginesie – wróćmy do głównego toku.

W dzisiejszym odcinku chodzi nam bardziej o przedstawienie argumentu, że przyjmowanie narodzin kapitalizmu za naturalny proces (czy powrót do przedsiębiorczo-towarowej natury sapiensowej zaburzonej „chwilowo” feudało-gubmintowaniem) jest absurdalne właśnie z ww. powodu: rzadko który sapiens wyposażony w taki, a nie inny, dostrojony do swojego czaso-życia aparat myślowo-planowy, przystałby dobrowolnie na taki nowy system gospodarczy, który obiecując poprawę jego/jej warunków życia dopiero za 20 lat (nie mówiąc już o okresach typu jedno stulecie), gwarantuje jednocześnie, że jako część takiego dealu – zakup wiązany – do tego czasu nastąpi istotne pogorszenie względem stanu obecnego.

Spróbujmy sami odpowiedzieć sobie szczerze na pytanie: „czy jeśli dziś ogłoszono by jakiś, powiedzmy w  miarę realistyczny Program, który w roku 2037 sprawi, że spalanie węglowodorów dla napędzania pekabu stanie się całkowicie zbędne, ale dopiero w wymienionym roku produkcja energii ze źródeł odnawialnych dorówna obecnym poziomom generacji brutto, a do tego czasu będziemy zmuszeni drastycznie ograniczyć konsumpcję kWh o 30, 40 czy nawet momentami o 50% – czy pisalibyśmy się jako statyści do takiego scenariusza ekono-historii?”. Czyli godzimy się na 20 lat bez-samochodowania, na <15 stopni w domu w zimie, zero wakacji zamorskich, XIX wieczną plebso-dietę mąko-cukrowo-ziemniaczaną etc. etc. (My przyznajemy się otwarcie: nie poszlibyśmy na to dobrowolnie, preferując zapisanie się do koalicji ‘Fokk G.O.&peakoil’ – i to nie do końca nawet może z samolubności czy umiłowania komfortu – po prostu już 20 lat to za duża kupa czasu z życia sapiensa – za odległy horyzont, który z racjonalistycznej definicji – przynajmniej w rozumieniu materialistycznej Cywilizacji Zachodu, w której skład wchodzi także niestety PE-P –  wymaga wiary/szans na przeżycie kolejnych, rekompensujących ponoszone już od jutra wyrzeczenia 20 lat w krainie energo-odnawialnego-eldorada (co już na wstępie skreśla z listy >50% potencjalnych racjonalnych uczestników), bądź naprawdę wysokiego poziomu altruizmu między-pokoleniowego; a przypomnijmy, mówimy tu tylko o 20 latach, nie o stu+.)

(Może jeszcze bardziej adekwatnym przykładem byłaby hipotetyczna propozycja, w której z dnia na dzień prywatyzujemy nie tylko wszystkie drogi, ale także chodniki, ścieżki rowerowe etc., bo być może taki system w jakiś chaotyczny i bliżej niewiadomy sposób doprowadzi do poprawy przeciętnego poziomu dobrobytu za 100 lat; do tego czasu jednak nie-posiadacze szlaków komunikacyjnych będą musieli pracować dłużej – czasem znacznie dłużej – żeby pozyskać środki na pokrycie opłat z tytułu korzystania z tych szlaków, m.in.  do celów dojazdu do miejsca wyzyskobrania czy choćby żeby wybrać się do sklepu, uczęszczać do szkoły, odwiedzić babcię etc. Następnie jeśli za 100 lat poprawa – z jakichś dowolnych przyczyn – dajmy na to opanowana zostanie zimna fuzja – faktycznie nastąpi, wtedy wystarczy zatrudnić paru ekonomistów do opracowania zmyślnej teorii, która wytłumaczy plebsowi, że żyjemy lepiej właśnie wyłącznie dzięki systemowi płatnych dróg i chodników i na bazie tej teorii sprywatyzować powietrze!)

Czyli – aby obejść ten opór materii w środowisku (post)Kultury Zachodu, której jedną z cech charakterystycznych jest oczekiwanie postępu – koniecznym zabiegiem jest albo pominięcie/zbagatelizowanie w naszej narracji fazy „niezbędnego”, a „przejściowego” cierpienia (pomijając już kwestię, czy nadzieje na nadejście czasu zrywania konfitur są faktycznie uzasadnione), bądź też po prostu zignorowanie/zduszenie ewentualnego sprzeciwu – jeśli jesteśmy przekonani, że nasza pozycja zapewnia nam komfort wyboru takiej uproszczonej ścieżki ku lepszej przyszłości.

Dlatego też tego typu dalekosiężne zmiany paradygmatu – jeśli dotykają większości populacji – w naszej Zachodniej Kulturze (i być może także w innych) możliwe są do wprowadzenia albo za pomocą manipulacji, bądź też po prostu za pomocą aparatu przymusu, najczęściej gubmintowego. Przykładem metody z tej pierwszej kategorii było nadwiślańskie szoko-doktrynowanie (przy czym tu realistycznie nie oczekiwalibyśmy żadnych eldorado-efektów nawet za 100 lat), natomiast jeśli chodzi o ojczyznę kapitalistycznych stosunków (czyli Imperium Brytyjskie) nie był to raczej czas, kiedy ktokolwiek zbytnio się przejmował opinią prolo-mas, a i techniki manipulacji jak i środki rozprzestrzeniania propagandy były znacznie mniej rozwinięte, stąd wybór był oczywisty: plebs został po prostu dociśnięty butem i nie miał za bardzo wielkiego wyboru – musiał zacząć generować podaż prolo-godzin albo iść sobie i zdechnąć (albo ewentualnie mógł/musiał skorzystać z pomocy instytucji ustanowionej przez interwencjonistów gubmnintowych czyli z Work House’ów)[6].

Taki proces wciskania kapitalistycznej formy w żywą tkankę społeczną nieuchronnie wywołał istotne tarcia, których neutralizacją musiał zająć się gubmint. Jednym z najgłośniejszych przykładów opozycji był ruch luddystów. Obecnie za sprawą „ipeeno”-ekonomistów [7] luddystów postrzega się powszechnie jako prymitywów organicznie nienawidzących postępu technologicznego, a ich miano stało się synonimem upartego zacofania. Jednak w rzeczywistości sprawy miały się inaczej: ruch ten skupiał wysoko wykwalifikowanych (i najwyraźniej wysoko ogarniających – swego rodzaju prolo-elitę) roboli-rzemieślników-chałupników, którzy obawiali się nie „postępu”, a raczej niepokojących zmian dystrybucji dochodów i zmian stosunków produkcji,  do przeprowadzenia których ówczesne frirajderstwo zamierzało wykorzystać właśnie technologię. Ideą luddystów było dzielenie konfitur spływających w wyniku poprawy produktywności poprzez takie instrumenty jak podatki finansujące emerytury (luddyści nie znali MMT), płaca minimalna czy ustanowienie pewnych bazowych standardów wykonywania pracy najemnej. Dopiero kiedy zerowa skłonność do kompromisu ze strony rodzącej się i rosnącej w siłę wraz z postępami akumulacji klasy kapitalistów stała się ewidentna, luddyści przystąpili do aktów demolki. Ale maszynka wyzysku i akumulacji napędzana pracą najemną została już wprawiona w ruch i nie było odwrotu – gubmint, który z natury wydaje się być tworem stojącym na straży frirajderstwa, nie patyczkował się z wywrotowcami­-wrogami postępu, klasyfikując czyn zniszczenia maszyny jako występek karany śmiercią. Na luddystów wysłano wielotysięczną armię, wyłapano, po czym wielu stracono, a resztę zsyłano do karnych kolonii (o całej tej historii czyt. więcej tu). Wszystko, aby kapitalizm mógł się dalej spokojnie „rozwijać”.

Ale procesy takiego dociskania (czy wyciskania prolo-godzin) zaczęły powoli zmierzać w kierunku praco-najemno niewolnictwa począwszy już od circa XV w. i przybierały różne instytucjonalno-prawne formy, które łączyła jedna podstawowa idea: plebs musi być pozbawiony środków produkcji i utrzymania, nawet jeśli te środki są tak mizerne, że pozwalają jedynie co najwyżej na wegetację w stanie subsistence. Z czasem te instynktownie (?) działania klasy feudałów (w kolaboracji z klasą kupiecką) odnalazły jasno ukierunkowany wektor: plebso-czas musiał zostać stowaryzowany do postaci takiej, w której przyjmie on formę konceptualnie maksymalnie zbliżoną do innych zasobów angażowanych do generowania bogactwa; postać, którą można poddać procesom wyalienowanej kwantyfikacji. Kiedy w toku dziejów te instynktowne kierunki myślo-działań spotkały się z pionierskimi rozważaniami o prawach popyto-podaży nastąpił efekt synergii i tak narodziła się nauka o ekonomii, czyli o zaprzęganiu zasobów do jakichś celów; głównie do celów akceleracji ubogacania frirajderów.

Tak się zdarzyło, że w owych czasach cele tych, którzy widzieć chcieli się w roli nowych elit – czyli fabrykantów czy wschodzącej klasy burżuazji, były kompatybilne z wizją agresywnej ekspansji Imperium zarządzanego przez potomków średniowiecznych psychopatów – podbijaczy ziem. Nowy model gospodarowania otwierał perspektywy skuteczniejszego angażowania i dyscyplinowania siły napędowej tej ekspansji czyli plebsu/proli, a nowe nauki ekonomiczne dostarczały przekonującą argumentację dla takiej eksploatacji.

Tu wtrąćmy: postrzeganie A.Smitha, jako wynalazcy/odkrywcy maszynki prolo-wyciskającej, będzie trochę niesprawiedliwe [8]; obwiniać można go co najwyżej za naciągane/zmyślone historyjki o dzikusach, uprawiających pre-wolno-rynkowe truck-bartero-eksczeńdżowanie, czy za bezrefleksyjną afirmację korzyści podziału pracy przy produkcji szpilek czy w ogóle promowanie wizji „samolubstwo jednostek prostą drogą do zagregowanego dobrobytu”. Uczciwiej jest postrzegać AS jako jednego z wielu zafascynowanych perspektywami, które zdawał się obiecywać racjonalizm, filozofów ery oświecenia; filozofa, którego koncepty zostały przechwycone, pozbawione zbędnych elementów, a następnie przekute w memo-miecz walki klasowej leseferystów/Posiadaczy przeciwko plebsowi („fakt”, że nawet dzicy barterowali to zalążek lesefero-legendy o naturalnej potrzebie towaryzacji wszystkiego; podział pracy z kolei to przydatny element w kampanii alienacji aktywności plebsu/proli od ich potrzeb, którą można określić jako zawłaszczenie/zmonopolizowanie przez kapitalistów wiedzy o procesach produkcyjnych – oczywiście rozbicie procesów produkcyjnych na proste czynności może skutkować zwiększeniem wolumenów produkcji, co służy następnie jako argument za racjonalnością tajoryzmu czy fordyzmu; problem w tym, że nie-stajloryzowany plebso-prol mógłby w trakcie swojego prolo-życia nauczyć się wytwarzać samodzielnie wiele rzeczy od A do Z, stając się w ten sposób w dużej mierze niezależnym od wymiany towarowej dobra-za-pracę, i przez to zyskując większe szanse ucieczki przed niewolnictwem praco-najemnym i być może także większą frajdę z życia, podczas którego – wolny od narzuconego rytmem pracy najemnej ekono-przymusu – wytwarzać mógłby całkiem zaawansowane gadżety nie na potrzeby kapitalisty, ale bezpośrednio na rynek lub/i na rzecz zaspokajania potrzeb swoich/rodziny/kolektywu/kooperatywy; fokk wydajność – postawmy na jakość!; a zwłaszcza na jakość życia – i wolność od praco-najemno niewolnictwa tu i teraz).

O wspomnianych metodach plebso-dociskania – czyli tego pierwotnego wyciskania jaja kapitalizmu z organów rodnych ówczesnych społeczeństw  UK – w tym odcinku tylko pokrótce:

Procesy te zaczęły się za czasów Tudorów, kiedy ok.1/5 całej ziemi uprawnej, należącej do Korony, a która dotąd była uprawiana przez plebs na zasadzie commons, została przekazana arystokracji pod ww. grodzenia. Skutkiem było to, że całe masy plebsu z dnia na dzień pozbawione zostawały jedynego źródła utrzymania. (Zaraz, zaraz…  – ale skąd w ogóle Tudorowie mieli prawo do dysponowania ziemią? Czy nie przypadkiem dlatego, że byli nosicielami genopleksu psychopaty Wilhelma Zdobywcy, który, jeśli objawiłaby mu się odpowiednia wizja, mógłby rzec: „Słuchajcie kmioty wyspowe – właśnie zay38ałem waszą ziemię, wyrzynając po drodze trochę waszych bachorów, ale miejcie baranki na uwadze, że za 800 lat dzięki moim czynom UK stanie się światową potęgą pekabową, przestańcie się więc mazać i poczujcie dumę z roli, jaką przypisała wam ekono-historia!”.)

Druga fala miała miejsce w XVII w. kiedy to dotychczasowe, w miarę korzystne zasady użytkowania ziemi przez plebso-najemców oparte na zwyczaju wypierane były stopniowo przez stosunki osadzone w koncepcie nowoczesnego prawa własności, w ramach którego posiadacz (z reguły potomek jakiegoś arysto-psychopaty) mógł zażyczyć sobie czynszu w wysokości według swojego uznania, czyli płacicie albo fora ze dwora; mamy wolny rynek, drogi chłopku-nie-roztropku!

Kolejna faza intensywnych grodzeń –  która objęła ok. ¼ pozostałego areału będącego jeszcze w domenie commons, miała miejsce w l. 1750-1850. Taka była dziejowa potrzeba, ponieważ dżentelmeni w commons widzieli wylęgarnię niezdyscyplinowania barbarzyńskiej pod-rasy, którą należy trzymać w ubóstwie, gdyż w przeciwnym wypadku gotowa jest wykombinować jakieś złowrogie, anty-kalwinistyczne triki, które podważyć mogą porządek rzeczy. Możliwość uprawiania zbyt dużego kawałka ziemi może zniechęcać plebs do oferowania swoich usług/czasu prawdziwym farmerom-praco-rozdawaczom, dysponującym tytułami własności (i szlachetnego pochodzenia), podkopując przez to rentowność wolnej przedsiębiorczości rolniczej organizowanej na wygrodzonych terenach charakteryzujących się nowoczesną formą zdefiniowanej własności prywatnej, o którą – wicie-rozumicie – się dba; formą wcześniej nie znaną, a ustanowioną w drodze, jak niektórzy twierdzą, przewrotu parlamentarnego (oczywiście w parlamencie, w którym plebsowi nie dana była reprezentacja).

Ale nawet pozbawienie plebsu źródeł utrzymania/środków produkcji – to jeszcze było ciągle za mało dla Organizatorów zatroskanych ekspansją swojego frirajderstwa rozwojem gospodarczym – dlatego też gubmint wprowadził dodatkowo restrykcje, jeśli chodzi o terytorialne przemieszczanie się plebsu – zapewne celem ograniczenia zjawiska niezdrowej konkurencji płacowej pomiędzy praco-rozdawaczami, na których łasce spocząć miał odtąd los plebsu (która to pod-klasa, kiedy pozbawiona swoich mini-ogródków/poletek, przekształciła się w uzależnionych od praco-najemno-wciągania proli). Jako wisienkę na torcie dołożono Combination Laws, czyli zakaz samo-organizowania się siły roboczej celem kolektywnego negocjowania płac – coś na nutę mokrych snów naszych współczesnych piewców wolności gospodarczej – czyli odśpiewajmy „związki na Powązki”. Tak było. A wszystko to podlane kalwinistycznym sosem etosu pracy.

Oprócz tego już w XVIII w. – wobec niedostatecznej w ocenie kapitalistów – podaży pre-prolo godzin (plebs w owym czasie był nadal zatrudniany głównie w formie pracy nakładczej i tym samym niejako sam był jeszcze władny regulować tę podaż) – gubmint UK zaczął produkować akty prawne mające rozwiązać ten problem. Np. na przestrzeni lat 1749-1777 zredukowano dopuszczalny czas, w którym chałupniczy przędzacze wełny byli zobowiązani dostarczyć zleceniodawcy (pre-kapitaliście) gotowy produkt (przędzę) z 21 do 8 dni.

Sięgając jeszcze głębiej, aby dogrzebać się gubmintowej roli w procesach akumulacyjnych –  jeszcze wcześniej – w 1555 – wydano dziwaczną ustawę, która zabraniała posiadania więcej niż 1-go krosna w gospodarstwach zlokalizowanych poza miastami, co miało prawdopodobnie na celu ułatwienie procesów koncentracji kapitału, przygotowując, świadomie czy nie, grunt pod przyszłą introdukcję rynku pracy (z drugiej strony – biorąc pod uwagę obecne realia „pracy” konceptualnej 4-letnich parlamentów – trudno powstrzymać się od podziwu nad dalekosiężnością strategii renesansowych gubmintów!)

Rezultatem wszystkich  tych zabiegów było drastyczne zwiększenie podaży czasu, który prol musiał zaoferować naszym bohaterom rewolucji przemysłowej po to, aby zarobić na swoje substistence (or go&die); drastyczne – ponieważ jeszcze w XVIII w. przeciętny wymiar czasu pracy plebsu był niższy nie tylko od standardów XIX wiecznych, ale niższy nawet niż obecnie, tj. w XXI w. Tymczasem tym, co cud wolnej przedsiębiorczości miał do zaoferowania prolom w XIX w. to było 12-16 h pracy, 7 dni w tygodniu, oczywiście w warunkach znanych nam mniej więcej z filmu „Ziemia obiecana” (BTW. kto w wolnej RP objąłby mecenat nad ekranizacją tego dzieła, gdyby Mistrzu, potem zresztą nawrócony na ipeenowość, nie zrealizował swego magnum opusa za środki od komuchów? Może LPP, lols?).

No i na koniec – kiedy okazało się już, że nie wszyscy byli w stanie docenić uroki wolności tego nowego systemu wdrażania postępu gospodarczego, gubmint, podejrzewając istnienie masowego zjawiska wyłudzania socjalu, przystąpił do ukierunkowania uprzednio niedyskryminacyjnych środków pomocy tylko do tych faktycznie/fizycznie niezdolnych do wyzyskodawania (można się domyślać, że komisje d/s orzeczenia niezdolności do pracy były wówczas równie lub nawet mniej pobłażliwe od obecnych sado-gremiów działających w ramach systemu ZUS); cała reszta nieprzystosowanych miała wylądować w reżimie Domów Pracy (ww. Work House’ów), czyli de facto w obozach pracy przymusowej (or go&die). Doceń ty nieprzystosowany i niezdyscyplinowany prolu nasz współczesny opiekuńczo-rozpasany system skierowań na staże finansowane przez UP! Ciesz się wolnością odmowy, za którą jedyną sankcją jest odebranie tytułu do ubezpieczenia zdrowotnego i nie zapomnij wrzucić stosownego komentu, mieszającego z błotem zwiącholi, nieustannie knujących, jak by tu usztywnić rynek pracy, sypiąc piasek w tryby wolnym przedsiębiorcĄ, którzy w przypadku braku kolektywistycznych regulacji szybko znaleźliby sposoby pełnego i nieskrępowanego zagospodarowania siły roboczej – tak jak zrobili to w czasach młodości wolnego rynku w XIX w.

______________________

1. Aczkolwiek nawet i ta kwestia jest przedmiotem polemik. O jednej z nich już może w następnym odcinku.

2. To z kolei prowadzi do wniosku, że – przynajmniej teoretycznie – możliwe są inne, nie-hierarchiczne systemy organizacji pracy ludzkiej, które będą w równie czy nawet w bardziej efektywnym stopniu produkować bogactwo materialne. Ten wątek jest dość ważny, ale rozwiniemy go może innym razem.

3. Podobne znaczenie miała 20-wieczna tajloryzacja, na ekono-studiach przedstawiana głównie (z tego co pamiętamy) jako udane narzędzie zwiększania efektywności produkcji, nie zaś jako kolejny instrument zaawansowanej kontroli. W świetle krytycznego podejścia rzuca się w oczy to, że w stajloryzowanych procesach, gdzie pożądane ruchy poszczególnych części ciała prola zostały przedstawione na diagramach (wraz z zalecanymi czaso-okresami dla każdego ruchu), wymiana prola na innego (np. bardziej spolegliwego czy tańszego) staje się zadaniem znacznie prostszym; drugą rzeczą jest posunięcie alienacji od produkcji do ekstremum, co, niestety, rzadko przynosi skutki tak zabawne jak tu.

4. Notabene – zauważmy, że problemem drobnych kapitalistów nie stosujących zaawansowanego podziału pracy, jest zjawisko, w którym pracownicy – mający okazję poznać dany model biznesowy od A do Z – często po zdobyciu takiego know-how po prostu odchodzą i zakładają własne firmy działające w oparciu o taki sam czy zbliżony model, korzystając z tych samych dostawców i – nierzadko – „zabierając” ze sobą klientów starej firmy. Takie procesy – owszem – sprzyjają konkurencji, natomiast niewątpliwie przeszkadzają w akumulacji. Im większa firma i im bardziej złożony podział pracy tym oczywiście mniejsze niebezpieczeństwo takiej ucieczki spod reżimu praco-najemno-niewolnictwa (i mniejsze ryzyko, że nasz biznes padnie ofiarą sabotażu ze strony byłych praco-najemników).

5. Drugi trzon deklarowanej poprawy jakości życia – w tym np. wskaźniki średniej dożywalności, którymi lubią epatować leseferyści – można przypisać postępowi nauk i technologii medycznych; trudno jednak doszukać się pozytywnej korelacji algorytmu M(t2) > M(t1) czy to z poziomem technologii stawiania zepsutych sapiensów na nogi, czy to z powszechnością jej aplikacji, która w systemach leseferystycznych jest sprowadzana z jednej strony do zmonetaryzowanej pozycji kosztowej, którą należy obciążyć proli drogą składek, a z drugiej jest generatorem rent np. patentowych.

6. Nawet jednak w epoce nowożytnego leseferyzmu szoko-doktrynowanie nie zawsze wysila się do ucieczek w manipulacje; często-gęsto kalkulacja wskazuje na większą krańcową efektywność metod bardziej bezpośrednich – czyt. np. tu.

7. Tu „ipeeno” w przenośni: chodzi o tych, którzy zawodowo zajmują się tworzeniem sag, sławiących przymioty pionierów kapitalizmu.

8. Weźmy np. taki cytat: “Laws and governments may be considered in this and indeed every case, as a combination of the rich to oppress the poor, and preserve to themselves the inequality of the goods, which would otherwise be destroyed by the attacks of the poor, who if not hindered by the government would soon reduce others to an equality with themselves by open violence.
[Prawo i rządy można uznać w tym, jak i faktycznie w każdym przypadku, jako zestaw, za pomocą którego bogacze uciskają biedaków, konserwując nierówny podział dóbr, który to stan w przeciwnym przypadku uległby destrukcji w wyniku ataku ze strony biedoty, która – jeśli nie powstrzymywana przez gubmint – zredukowałaby stan (posiadania) innych do poziomu równego sobie drogą przemocy bezpośredniej.]

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s