Parę słów o akceleracjonizmie

Akceleracjonizm to mniej więcej filozofia oparta na takim proroctwie, że kapitalizm sam w sobie zawiera ziarno swojej zguby i, jeśli pozostawiony swojemu biegowi, otworzy drogę do jakiegoś innego, w domyśle lepszego, systemu gospodarowania zasobami. Na ogół wyróżnia się dwa typy akceleracjonizmu: „prawicowy” czy „wolnorynkowy” (N.Land) i „lewicowy” (marksistowski). Zgodnie z memetyką tego pierwszego kapitalizm prowadzić ma do czegoś na kształt singularitarianizmu ala Kurzweil, natomiast wersja marksistowska zakłada, że produktem finalnym kapitalizmu będzie komunizm, czyli abolicja niewolnictwa praco-najemnego (oraz – w wersji pełnej – także pieniądza i państwa). Na potrzeby tego odcinka tę drugą odmianę nazwijmy markscelerocjanizmem.

Bowiem zalążki akceleracjonizmu można znaleźć już właśnie w piśmiennictwie Marksa. Generalnie idea jest taka, że kapitał jest ślepą siłą, swego rodzaju organizmem (czy może zbitkiem memów, które – zalęgnąwszy się w korach sapiensowych, próbują za pomocą opanowanych przez siebie biolo-wehikułów, skompatybilizować hurtowe peregrynacje ziemskiej materii zgodnie ze swoimi prerogatywami, bez oglądania się na potrzeby owych sapiensowych nośników), który raz wprawiony w ruch nie da się kontrolować i którego jedynym celem jest auto-ekspansja. Ta ścieżka niejako przy okazji generuje usprawnienia technologiczne i organizacyjne oraz  prowadzi także do zjawiska koncentracji kapitału w procesie, gdzie większe kapitalisto-ryby pożerają te mniejsze. W końcowym etapie tej dynamiki nastąpi jakiś kolaps – to znaczy po osiągnięciu pewnego progu rozwoju kapitalizm sam sobie własnoręcznie odetnie możliwości dalszej generacji zysków, a tym samym ekspansji; inaczej mówiąc w pewnym momencie zachowanie algorytmu M(t2) > M(t1) stanie się, jeśli nie fizycznie, to ma-te-ma-ty-cznie (i prawdopodobnie także memetycznie) niemożliwe.

Czyli, według Marksa (i marksceleracjonistów), kapitał ma do spełnienia historyczną misję, którą jest doprowadzenie nas – ścieżką ślepego czy kierowanego indywidualną chciwością rozwoju potencjału produkcyjnego (wraz z wszelkimi towarzyszącym jej niedogodnościami) – do komunizmu.

Dlatego też dewiza marksceleracjonistów jest taka: pozwólmy kapitalizmowi swobodnie iść swoją ścieżką, a jego ostateczny upadek (czy ewolucja do czegoś innego) przyjdzie prędzej czy później sama. Inaczej: jedyny sposób wyzwolenia się od kapitalizmu to umożliwić mu działać do ekstremum i „zanurzyć” się całkowicie i masochistycznie w tym szambie bez kombinezonu ochronnego, który to akt samo-poświęcenia w stosownym czasie doprowadzi do pożądanego katharsis.

U podstaw takiej hipotezy stoi założenie, że podstawowym źródłem zysków jest wyekstrachowana z proli – w akcie praco-najemno-rozdawania – wartość dodatkowa. Jednak kapitał nie posiada świadomości tego faktu [1] i źródeł ekspansji poszukuje – na swoją przyszłą zgubę – w substytutcji prolo-pracy, najczęściej w umaszynowieniu, bądź też w lepszej organizacji procesów wyzyskobrania. Ta tendencja zawiera wewnętrzną sprzeczność, bowiem – jeśli trzymać się narracji marksowskiej – praca ludzka jest jedynym źródłem bogactwa/zysków. Czyli z jednej strony następuje niejako zagęszczenie wyzysku – gdzie dzięki automatyzacji czy robotyzacji z jednego prola można wycisnąć znacznie więcej wartości dodatkowej na jednostkę czasu wyzyskobrania, a z drugiej – coraz mniej proli zatrudnionych jest w wytwórczości, a powstałą lukę celem podtrzymania reżimu niewolnictwa płaco-najemnego i (daremnym) celem rozwiązania tej wewnętrznej sprzeczności, wypełniać muszą stanowiska typu superflouos (czyli biurwy, telemolestowacze, repy, żonglerzy finansowych IOU etc.)

Inny problem – dla indywidualnego kapitalisty – będzie taki, że zaadoptowane przez nią/niego rozwiązania przynoszące poprawę gęstości wyzysku, będą kopiowane przez innych kapitalistów, w związku z tym wystąpi coś, co można nazwać dynamiką technologicznego wyścigu zbrojeń. Takie środowisko będzie z  kolei sprzyjać procesom koncentracji kapitału, gdyż silnym kapitałowo podmiotom będzie łatwiej wdrażać zaawansowane rozwiązania technologiczne jak i czerpać przewagi konkurencyjne z efektu skali. Stopa zysku będzie maleć, natomiast dużym korpo-behemotom będzie to rekompensowane jego masą (wolumenem obrotów).

Zgodnie z hipotezą markscelaracjonizmu grunt pod upadek kapitalizmu przygotować ma nad-produkcja – skutek ekspansji postępującej według algorytmu ‘produkcja dla produkcji’. Jednak tym, co ma stanąć u podstaw finalnej fazy akceleracji kapitału i następnie doprowadzić do jego implozji, będzie cybernetyzacja i finansjalizacja – jako domeny, które pozwolą procesom ekspansji kapitału wyrwać się z ograniczeń, jakie nakłada fizyczna produkcja. Ujmując to z innej strony: im więcej stanowisk pracy w gospodarce będzie miało charakter superflouos, tym silniej zwiastować to będzie otwierającą się perspektywę dopełnienia się akceleracji i przeskoczenia modelu gospodarowania na inny poziom (czyli – w wersji markscelaracjonistycznej – na poziom komunizmu).

Tej dynamice koncentracji kapitału i substytucji pracy ludzkiej z procesów wytwarzania towarzyszyć mogą różne, często ścierające się ze sobą procesy degeneracyjne: z jednej strony rosnąca produkcja (w tym głównie produkcja gadżetów, najczęściej zbędnych do sapienso-funkcjonowania na poziomach wyznaczanych rozsądkiem), z drugiej – znajdująca się w stagnacji/spadku/oparta na nie-dającym-się-podtrzymać (unsustainable) kredycie siła nabywcza w połączeniu z degradacją środowiska i wyczerpywaniem się dywidendy środowiskowej; z jednej strony destrukcja swego czasu solidnie opłacanych miejsc wyzyskobrania w przemyśle wytwórczym, z drugiej – kreacja całych mas stanowisk typu superflouos, z reguły opłacanych podle, za to przynoszących zyski szybciej i przy mniejszym ryzyku, niż angażowanie kapitału w produkcję; z jednej strony automatyzacja czy informatyzacja, z drugiej – coraz dłuższy wymiar czasu wykonywania pracy najemnej niezbędny do utrzymania się na poziomie umożliwiającym podstawową partycypację (czyli przede wszystkim pokrycie kosztów stałych, jak najem czy mini-ratki); z jednej strony gigantyczne góry odłożonych finansowych IOU, z drugiej – permanentne czy rozprzestrzeniające się obszary ubóstwa.

Ostatecznie te procesy mają (korzystnie) prowadzić do załamania się produkcji opartej o wartość wymiany. Zwolennicy akceleracjonizmu wydają się jednak patrzeć w przyszłość optymistycznie, z tym że o ile część z nich w wypełnieniu się tej dynamiki upatruje szansy/konieczności dziejowej na całkowitą zmianę stosunków produkcji (koniec praco-najemno niewolnictwa + abolicja pieniądza), oczekiwania czy nadzieje innych skupiają się bardziej w obszarach techno sci-fi (scalenia człowieka z maszyną), gdzie praco-najemność pozostanie z nami, tyle tylko, że będzie ona przywilejem wybranych, podczas gdy cała prolo-reszta będzie funkcjonować w oparciu o jakieś nieortodoksyjne metody dawkowania siły nabywczej/podtrzymywania poziomu subsistence, jak np. UBI, według receptur overlordów kontrolujących procesy produkcji; dla tych drugich finałem akceleracji będzie pewna osobliwość, bardziej technologiczna aniżeli społeczno-ekonomiczna, bądź też jakiś stan, w którym to rynek wyzwoli się od kapitalizmu (albo/i zespolenie człowieka z maszyną doprowadzi do zaniku/rozpuszczenia się w tym akceleracyjnym kotle sapiensowego ego, co przez tożsamość oznaczać będzie ostateczny koniec wszystkich problemów, w tym oczywiście ekono-problemów).

Tu można spróbować postawić ad-hocową diagnozę w temacie czy jakieś znaki nadchodzącego wypełnienia się akceleracji są już obecnie z nami. Można odnieść wrażenie, że tak (chociaż należy wziąć poprawkę, że wszelkiej maści apokaliptycy tacy jak my nigdy nie mieli trudności w znajdowaniu przesłanek, że to już, już za chwilę czas się wypełni). Wydaje się, że dość mocnym sygnałem, który potwierdzałby fakt, że wąż kapitalizmu kończy zjadać własny ogon, był GFC z 2007/08 r. Dynamika prowadząca do GFC już sama w sobie nosiła znamiona degeneracji systemu ‘produkcja dla produkcji’ – wytwórczość gdzieś od końca lat 1990-tych przestała być głównym czy ulubionym wehikułem do osiągania zysków; kapitaliści w poszukiwaniu zarobku coraz chętniej zaczynali przesiadać się do pociągów napędzanych hajpem postindustralistycznym (dot.com) czy w ogóle próbować łapać się na darmowe przejażdżki fundowane wzrostem wyceny nieproduktywnych czy wręcz kompletnie odmaterializowanych aktywów (w poszukiwaniu – być może – wyzwolenia się spod limitów termodynamiki). Paliwo napędowe tej fazy – głównie kredyty typu mortgage – dość szybko (w 2007 roku) się jednak wyczerpało. I choć kapitalistyczny wózek nadal wydaje się toczyć swoimi torami, produkcja (jak i zatrudnienie) – pomimo, że od GFC upłynęło już 10 lat – nie wykazują zbytniej ochoty do odbicia w górę, co poprzednio było regułą po wypełnieniu się fazy Ponziego [2]. Zamiast tego – co apokaliptysta chętnie odczyta w charakterze znaku – pojawiają się masowo takie fenomeny jak jednorożce [3], z których większość nie wydaje się dostarczać żadnej wartości dodanej (często narodziny i rozwój tych kapitało-zwierzów są oderwane nie tylko od standardowej ścieżki, która zakłada uformowanie jakiegokolwiek nowego, realnego kapitału, ale nawet trudno doszukać się w nich jakichś lepszych metod zagospodarowania kapitału istniejącego – vide Uber [4]) i z których wiele wydaje się być niewiele więcej aniżeli maszynkami do utylizacji znad-akumulowanego kapitału tzw. inwestorów, czyli rentierów sfrustrowanych faktem, że algorytm ‚więcej pieniądza z pieniądza’ coraz częściej przynosi zyski niższe od oczekiwanych.

Zauważmy, że takie procesy – koncentracji kapitału czy substytucji pracy ludzkiej (oraz intensyfikacji transgranicznych przepływów tych czynników produkcji) – w różnych ekono-memetykach są interpretowane jako ekono-zło. Np. prymitywizm mizesologiczny znany jest z afirmacji firm typu januszex – sklepikarzy, straganiarzy, jakichś garażowych producentów palet czy równie garażowych mitycznych startapów, które mają wkrótce zatrząść rynkiem lub przynajmniej dokonać jakiejś spektakularnej dysrupcji etc. podczas gdy za wszystkie wypaczenia kapitalizmu odpowiedzialne są korpo-bechemoty podtrzymywane i chronione przez gubmint. Ekono-ksenofoby z kolei – w zależności od tego, po której stronie przepływów kapitałowych się akurat znajdują – będą lamentować albo nad outsourcowaniem produkcji na Daleki Wschód, albo alternatywnie pomstować na inwazję obcego kapitału na ich własną ziemię. Innym ekono-chemitrailserom nie będą podobać się samoobsługowe kasy, a jeszcze inni będą straszyć robotami, które przyjdą zabrać pracę, jeśli tylko prolom przyjdzie do głowy strajkować o podwyżki. Słowem: mamy do czynienia z totalnym ekono-misz-maszem ontologicznym – będącym niewątpliwie w dużej mierze skutkiem ekono-lobotomizacji neoklasycznej.

Akceleracjonizm wyróżnia się na tym misz-maszowym tle pozytywnie, ponieważ identyfikuje źródło tych degeneracyjnych procesów w wewnętrznej walce, która toczy się pomiędzy członkami klasy kapitalistycznej i która zmierza – jak można mieć nadzieję – do stopniowej ich wzajemnej samo-eliminacji ze sceny gospodarczej. Owszem – wiele jednostkowych proli, czy nawet całe prolo-segmenty, podczas tej walki będą często-gęsto obrywać rykoszetem, ale wielkie przemiany społeczne mają to do siebie, że z reguły nie odbywają się w sposób bezbolesny. Jednak na tle niektórych ruchów lewicowych akceleracjonizm (w obu odmianach) jawi się wręcz jako coś na kształ ekono-zen – tu nikt nie będzie wzywać do nadziewania kapitalistów na widły, do odbicia kapitalistom fabryk, do specjalnej troski o rodzimych wyzyskobiorców czy lumpen-kapitalistów czy nawet do akcji typu tworzenie miejsc praco-rozdawania (np. poprzez gubmintową akcję kreowania stanowisk superflouos) celem „polepszenia” doli bezrobolowego plebsu. Co więcej, nawet akcja stricte polityczna jest postrzegana jako zbędna [5] – kapitalizmu nie da się zmienić przez głosowanie, o czym z bólem przekonać się mieli niedawno okazję Hellenowie. Wolność od samsarowo-kołowrotkowych klimatów praco-najemno niewolnictwa nadejść ma wtedy, kiedy akceleracja osiągnie poziom wystarczający do zmiany kolektywnej prolo-świadomości [6] (bądź w wersji singulakceleracjonistycznej – kiedy świadomość zapakowana na krzem przestanie stwarzać problemy dla rozwoju).

(Posuwając tę logikę jeszcze jeden stopień wyżej – nie ma również sensu tracenie czasu na zgłębianie różnic pomiędzy ekonomią rozumianą jako próba uczciwej i logicznej analizy metod i prawideł zagospodarowania i obiegu zasobów a nauką o sposobach uzasadniania prolo-eksploatacji (którą jest ekonomia neoklasyczna czy inne, pokrewne nurty prolo-dociskających mempleksów, jak mizesologia). Inaczej: np. wejście w posiadanie „sekretnej” wiedzy o tym, że gubmintowa brako-pieniężność jest wynalazkiem leseferystów służącym ochronie interesów rentierstwa i prolo-dyscyplinowaniu, nie będzie w stanie w sposób istotny zmienić paradygmatu praco-najemno niewolnictwa, a to dlatego, że gubmint ustanowiony do celów ochrony frirajderstwa będzie to frirajderstwo zawsze chronić – niezależnie od tego, czy przyodzieje monetarystyczny kaftan bezpieczeństwa czy też zacznie szastać gubmintowym fiato-hajsem. Inaczej: możemy być pewni, że dopóki kapitalizm będzie w stanie wyciskać wartość dodatkową z proli, tak długo gubmint – zarówno taki udający przekonująco własną brako-pieniężność czy też taki sypiący hojnie fiato-grosiwem na programy typu nowe New Deale, UBI czy JG – będzie podporządkowywać swoje działania konserwacji status quo frirajderskiego modelu podziału zasobów, bądź wręcz jego ekspansji.)

Ujmując to w inny sposób: jeśli przyjmiemy perspektywę akceleracjonizmu, jedyną rzeczą (tj. prawie jedyną – o czym za chwilę), którą pozostaje nam zrobić to czekać, kiedy procesy akceleracji się dopełnią. W takim stanie świadomości – który można roboczo nazwać ekono-uppeksą – będziemy przyglądać się z doskonałą obojętnością rzezi rodzinnych sklepików wykaszanych przez dyskonty, upadkowi krajowych producentów wobec zalewu importu, wrogim czy nie przejęciom rodzimych firm przez korpo-rajderów z rajów podatkowych, ucieczką fabryk do krain prolo-taniości, korporacyjnym coupom w stylu TTP/TTIP/CETA/TISA czy kolejnym gubmintowym akcjom wspierania rentierstwa (także akcje typu austerity, czyli fiskalnego duszenia prolo-siły nabywczej sprzyjać będą akceleracji, tyle tylko, że zachowanie perfekcyjnej obojętności wobec tej ekono-patologii jest trudniejsze, gdyż często będą one oznaczać bezpośrednio/osobiście odczuwalne dociśnięcie prolo-śruby). Każdy spadek pekabu z kolei będzie nasze ekono-serca napełniać radością [7], a przynajmniej nadzieją, że może to już!

Każdy szczery wyznawca akceleracjonizmu (w przeciwieństwie do tych lewaków, którzy na sztandarach mają wypisaną m.in. walkę o miejsca pracy) powinien być więc zatem wręcz zwolennikiem liberalizacji handlu i przepływów kapitału, natomiast wszelkie gubmintowe interwencje traktować powinien z dużą dozą podejrzliwości – a już zwłaszcza takie, które podejmowane będą z zamiarem ochrony krajowego rynku, rodzimych przedsiębiorców, miejsc pracy czy w ogóle w jakiś sposób blokować akumulowanie się kapitału (np. przez podatki). Akceleracjonista będzie świadomy, że praktyczno-leseferystyczny gubmint z zasady działa zawsze i tylko na rzecz kapitału, a gubmintowe ciało, jako wolne od bezpośredniego uwikłania w ekono-grę na rynku, jest bardziej niebezpieczne od samych kapitalistów (czy od ich związków zawodowych typu Lewiatan), gdyż jest w stanie dostrzegać dynamikę makro i zagrożenia dla kapitału z niej wypływające; stąd może opóźniać pożądane procesy degradacji (np. za pomocą instrumetu pieniądza fiat/utrzymując deficyty budżetowe), które nieuchronnie i naturalnie niesie akceleracja.

Jest jednak pewien obszar, na którym marksceleracjonizm widzi pole do podjęcia aktywnej prolo-akcji – polem tym będzie kwestia redukcji wymiaru czasu pracy najemnej [RWCPN]. RWCPN ma zasadniczo dwa cele: poprawę prolo-losu tu i teraz (co jest kompatybilne z ekono-zen) oraz dalsze przyspieszenie procesów akceleracji (zmuszenie kapitalistów do inwestycji, które umożliwią intensyfikację substytucji pracy ludzkiej, czy inaczej: umożliwią zwiększenie gęstości wyzysku na jednostkę czasu, niejako stymulując naszego kapitało-węża do jeszcze szybszego połykania własnego ogona). Co prawda w tej kwestii na pomoc leseferystycznego gubmintu z reguły również nie ma co liczyć, o tyle jednak aktywne zaangażowanie w tę walkę jest możliwe, a najlepszą bronią jest strajk – a dokładnie regularne akcje typu ukierunkowany, dysruptywny strajk powszechny. Tego typu działania oprócz tego, że będą właściwą areną do ekspresji postulatów RWCPN, paraliżując systematycznie czułe punkty kapitalistycznego obiegu towarowego (np. transport), będą uderzać w zyski, co wzmocni dynamikę akceleracji. No i oczywiście nie można wykluczyć tego, że dobrze zorganizowane strajki faktycznie doprowadzą do RWCPN (co rzecz jasna nie powinno być powodem do spoczęcia na laurach – po wywalczeniu np. 35-godzinnego tygodnia, należy natychmiast przygotować się na walkę o 30-godzinny etc.; ekono-zen: tak jak nigdy nie dość medytacji – w którym to stanie, jeśli chcieć pełnego wyzwolenia, docelowo należałoby znajdować się cały czas –  tak też nie powinniśmy ustawać w wysiłkach, dopóki czas praco-najemnego wyzyskodawania nie zostanie zredukowany do zera!).

Jako uzupełnienie kampanii RWCPN prolo-aktywność w skali mikro mogłaby jeszcze skupiać się na przestrzeganiu (i polepszaniu) standardów wykonywania praco-najemno-niewolnictwa. Tzn. organizacja działań lokalnych powinna ogniskować się wokół tematów takich jak BHP czy właśnie rygorystyczne przestrzeganie norm czasu pracy (czy w ogóle: prawa pracy). Jeżeli na kapitalistę będzie wywierana odpowiednia presja w tych obszarach, będzie on/ona zmuszony doinwestować czy poprawić procedury, a suma takich mikro-działań złoży się do postaci kolejnej cegiełki przyspieszającej upadek produkcji opartej o wartość wymiany. Zanurzanie się w szambie warunków pracy wziętych z XIX w. w skali mikro nie jest rozsądnym ani skutecznym czynnikiem akceleracji! Czyli całość naszej markseleracjonistycznej strategii można ująć słowami: walczmy o polepszenie mikro, ciesząc się z pogorszenia makro (PKB) 😀

Taka strategia – walcz o mikro, zlewaj makro – wydaje się mieć zasadniczy atut względem memetyki np. realistów wolnorynkowych. Mianowicie umożliwia to korzystanie z dźwigni już zainstalowanej w świadomości prolo-społeczeństwa (którego zresztą nie-ma) – chcesz liczyć, licz na siebie, a ponadto nie zakłada konieczności wsparcia czy kooperacji ze strony gubmintu, które to założenie należy uznać za przejaw ekono-marzycielstwa.  Będąc młodym akceleracjonistą nie będziesz musiał się „solidaryzować” z prolami w jakiejś innej prowincji danego lesefero-królestwa; najważniejsze, żebyś dbał o standardy swojego miejsca wyzyskodawania (aby tylko nie wahając się zadenuncjować czy to kapitalisty czy współ-prola do organów, jeśli zauważysz łamanie standardów). Problem może leżeć natomiast w tym, że indywidualnemu prolowi będzie trudno ogarnąć korzyści wynikające z RWCPN, ponieważ z zasady kojarzy on/ona poziom swojej siły nabywczej z ilością czasu spędzonego na wyzyskodawanie. Uzależnienie od praco wciągania jest to niewątpliwie jedna z głównych przeszkód na drodze do wypełnienia się akceleracji, jak i w ogóle pięta achillesowa chyba wszystkich memetyk pro-prolowych [8].

My przyznajemy, że memetyka akceleracjonistyczna na tle opowieści złotowiekowców (czy w ogóle socjal-demów mających ciągle nadzieję na ułożenie się z kapitałem) wydaje się nam znacznie bardziej przekonująca (i do pewnego stopnia bardziej porywająca), i – stosując realistyczną interpretację roli gubmintu – także bardziej logiczna. Jednak kluczowy element tej markscelero-układanki – czyli ten, który zakłada pojawienie się prolo-świadomości uznającej potrzebę i zasadność RWCPN – jawi się niestety jako słabe ogniwo tej dialektyki, ponieważ wiemy, że w warunkach wygenerowanego przez praktycznych leseferystów bezrobocia i stagnacji płac prole często-gęsto gotowe są wręcz walczyć o więcej godzin wyzyskodawania, padając ofiarą niejako bliźniaczych procesów jak te, które w drodze akceleracji prowadzą indywidualnych kapitalistów do bankructwa. Jak na razie nie istnieją chyba żadne praktyczne pomysły na to, jak skutecznie przekonać proli do tej wizji, czy inaczej: przełamać ich uzależnienie od 8-miu+ godzin praco-wciągania dziennie.

Co gorsza, można zidentyfikować pewne negatywne sprzężenie zwrotne pomiędzy dynamiką akceleracji a prolo-świadomością dobroczynnych efektów krótszego dnia pracy. Otóż – jak wiemy – takie składniki akceleracjonistycznego sosu jak globalizacja, outsourcing produkcji, generacja g00wnianych posad typu superflouos, migracja kapitalistów w obszary generacji renty – są jednocześnie czynnikami, które prowadzą do spadku prolo-zarobków, czy dokładniej – realnych dochodów do dyspozycji. Stąd – pomimo, że pewien postęp, jeśli chodzi o produktywność lokalną (tj. w firmach zajmujących się wytwarzaniem dóbr) nadal ma miejsce – w skali makro jest on niwelowany przez rosnącą armię proli obsadzonych przez system na stanowiskach typu superflouos. W konsekwencji nie ma, czy przynajmniej „nie widać”, podstaw do podwyżek płac, a nawet jeśli takowe skutkiem jakiegoś biegu zdarzeń nastąpią, neolibowy gubmint jest w posiadaniu odpowiednich narzędzi, żeby w każdej chwili dokręcić śrubę wyciskania podaży prolo-godzin.

Czyli, ogólnie mówiąc, akceleracyjna maszyneria (zwłaszcza w połączeniu z doprowadzoną prawie do perfekcji sztuką dozowania interwencji gubmintowych, które pozwalają zachować  wydolność algorytmu M(t2) > M(t1), trzymając jednocześnie proli cały czas w NAIRU-szachu) jest w stanie z łatwością (nawet jeśli nieświadomie/instyktownie) trzymać prolo-dochody na takim poziomie, na którym prol ledwo wiąże koniec z końcem, a stąd perspektywa utraty nawet minimalnej części wolumenu czasu wyzyskodawania generuje u prola katastroficzne wizje, w których nastąpi – wskutek nie-dopięcia-się-budżetu-domowego – np. zajęcie mieszkania kupionego na mini-ratki czy wykopanie przez obecnego landlorda i w konsekwencji banicja do terytoriów np. zbyt odległych do aktywnego/efektywnego uczestnictwa w rynku wyzyskodawania.

Inaczej: jeden fałszywy krok może uruchomić spiralę całkowitego upadku. Nic dziwnego zatem, że jakakolwiek racjonalna konwersacja o potrzebie i dobrociach RWCPN (czy w ogóle wymiana poglądów o naturze kapitalizmu) z tak zaszczutym prolem będzie absolutnie niemożliwa; w takiej próżni memetycznej, za to, każdy obiecywacz intensyfikacji praco-rozdawnictwa będzie witany niczym mesjasz, w równej mierze przez mizesologów, miłośników neolibu jak i socjal-demów czy realistów wolnorynkowych (podczas gdy na zahartowanym akceleracjoniście taka praco-rozdawaniowa ewangelia nie wywrze żadnego wrażenia, natomiast w sercu realisty termodynamicznego wzbudzi wręcz niepokój). U podstaw tego tricku stoi oczywiście błąd złożenia – prymitywna, acz zadziwiająco skuteczna sztuczka, gdzie, redukując makro do mikro, leseferyzm jest w stanie z powodzeniem temperować wszelkie prolo-aspiracje (i jednocześnie zaganiać proli do roboty – obecnie w coraz większym stopniu do roboty pozbawionej jakiegokolwiek racjonalnego – z punktu widzenia dostarczania potrzebnych towarów i usług – sensu). Ale, jak to mówią – Fool me once, shame on you. Fool me twice, shame on me, czy jak to leciało; chcącemu nie dzieje się…etc.

Jeśli już o realizmie termodynamicznym – kolejna słabość akceleracjonizmu leży w punkcie, w którym akceleracjonistyczne projekcje (zarówno te lewackie jak i singularitariańskie) wejdą w kolizję właśnie z tymi realiami twardej (tj. doskonale obojętnej na zaklęcia Wróżki Popyto-Podażuszki jak i – do pewnego stopnia – Wróżki-Każdemu-Według-Potrzebuszki) termodynamiki. Tzn. w naszej ocenie kapitalistyczny sposób gospodarowania z dużą dozą prawdopodobieństwa zderzy się z prozą dynamiki wyczerpujących się zasobów naturalnych znacznie prędzej, zanim akceleracja doprowadzi do jakiejś istotnej zmiany prolo-ekono-świadomości, tj. zanim filtry ekono-postrzegania świata przepuszczą inną memetykę organizacji produkcji, gdzie wektory i siły ekono-grawitacji będą  odmienne od tych generowanych przez algorytm maksymalizacji zysków M(t2) > M(t1)  (czy zanim jakiś nowy model gospodarowania wyłoni się na skutek procesów akceleracji samoczynnie).

Podsumowując – pytanie, czy akceleracjonizm można uznać za racjonalną czy pragmatyczną memetykę, prezentuje dość trudny dylemat. Tzn.wątpliwości rodzi to, że przyjmując ewangelię akceleracjonistyczną w oczekiwaniu dopełnienia się czasu, niejako zmuszeni jesteśmy przyglądać się stoicko końcowym eksceso-podrygom kapitału, podczas których zarówno prolo-kompost jak i cała Planeta zmuszone będą pełnić rolę amortyzatorów tej finałowej fazy degeneracji. Czyli – wszelkie uderzenia zwijającego się w konwulsjach kapitału, poszukującego rozwiązania swoich własnych nierozwiązywalnych sprzeczności, takie jak TTIP (chwilowo w hibernacji), CETA, gnębienie euro-populacji za pomocą austerity, trampo-ekonomika, pozorowane adresowanie problemów termodynamicznych w stylu Accord de Paris przy jednoczesnym napychaniu drugą ręką pekabowych kotłów maksymalnie wyciskalnymi wolumenami palnych węglowodorów, szoko-doktrynowanie (Ukraina, Wenezuela) etc. etc. – wszystko to należałoby teoretycznie przyjąć w upeksowym duchu doskonałej obojętności, ograniczając się najwyżej do lokalnej walki o RWCPN (i do samolubnego dbania o komfort indywidualnego miejsca wyzyskodawania). Przy czym nikt z akceleracjonistów nie będzie w stanie dać odpowiedzi, ile jeszcze czasu potrzeba, żeby taka akceleracja zrobiła swoje. W perspektywie życiowej sapiensa 20 lat to raczej maksimum horyzontu, gdzie można dokonywać ważenia jakichś kompromisów na szali pomiędzy korzyściami bieżącymi a tymi spodziewanymi w przyszłości w efekcie bieżących wyrzeczeń (co prawda mem o zbawieniu następnych prolo-pokoleń w drodze złożenia się na ołtarzu dziko-kapitalistycznej akceleracji jest tak czy owak chyba nadal łatwiejszy do sprzedaży niż mem o samo-biczowaniu się ascezą termodynamiczną celem wnuko-ratowania).

Dla tych, którzy chcieliby poczytać o filozofii akcelaracjonizmu więcej: B.Noys Malign velocities: accelarationism and capitalism.

_______________

1. Choć taką świadomość posiada niewątpliwie przynajmniej część demiurgów systemu, jak np. praktyczni leseferyści gubmintowi czy myślo-czołgowi, którzy niewątpliwie czynią co mogą, aby „opanować sytuację”, czyli odwrócić czy przynajmniej opóźnić karmę akceleracjonizmu; jednak żaden standardowy indywidualny kapitalista w swoich działaniach biznesowych nie będzie w stanie kierować się jakąś ekonomiczną (czy anty-ekonomiczną) teorią; będzie starał się po prostu maksymalizowac swój indywidualny zysk i wygryzać z rynku innych kapitalistów, a jedną z popularnych metod osiągnięcia tych celów taktycznych będzie zyskanie przewagi technologicznej.
2. Wg. Minsky’ego kapitalizm porusza się po okręgu wyznaczanym przez fazy, kolejno hedge, spekulacyjną oraz Ponzi-piramidalną (więcej o tym było tu). Oczywiście wic polega na tym, że prawie nigdy nie jest wiadomo, w której z tych faz gospodarka znajduje się w bieżącym momencie. Np. teraz wydawać by się mogło, że po takim silnym wstrząsie jak GFC teoretycznie powinniśmy znajdować się w fazie hedge, jednak wiele wskazuje na to, że wymagane do przejścia do tego etapu katharsis – oczyszczenie ekono-atmosfery z narośli długu prywatnego – wcale nie nastąpiło, a chwilowy spadek wyceny aktywów czy symboliczne zacieśnienie kryteriów kredytowania miały jedynie cechy korekty na drodze do prawdziwego grand finale fazy piramidalnej (ale warto równocześnie zauważyć, że – wbrew mitom – przedstawiciele klasy rentierskiej czy ich minionki nie zwykli są rzucać się masowo z okien swoich biur w następstwie kryzysów finansowych; w 1929 prawdopodobnie były jedynie dwa takie przypadki, podobnie w 1987 – czytaj tu; po GFC nie miały też miejsca jakiekolwiek znaczące przypadki kryminalnych zarzutów za podlewanie oliwy do ponzio-ognia; zamiast katharsis zwyczajową symboliczną acz masową ofiarę jak zwykle musi ponieść prolo-kompost; tak też zapewne będzie w przypadku wielkiej akceleracji).
3. My do listy znaków dodalibyśmy również przedsięwzięcia spod znaku EL Muska, mimo tego, że duszą tych projektów w istotnym stopniu wydaje się być wniesienie wartości dodanej w sferę produkcji. Dla nas jednak muskowa całość nie składa się do termodynamicznej kupy, choć spodziewamy się, że ten czarodziej biznesu, oprócz zdolności hipnotyzowania inwestorów, posiadł sztukę władania umysłami i sercami gubmintowców, stąd jego przedsięwzięcia przeżyją zapewne wiele innych efemeryd jednorożcowych.
4. Przypadek Ubera może być o tyle interesujący, że mamy do czynienia z dość niespotykanym fenomenem, w którym biliony $ rocznie płyną od inwestorów (poszukiwaczy renty) do konsumentów (nie zaś jak to się dzieje na co dzień – w odwrotną stronę) (transfery do rozsiewaczy memów nieuniknionego sukcesu – czyli do pismaków MSM – są zachowaniem typowym dla jednorożców, które wobec istotnego deficytu przetrwaniowych atrybutów starają się zoptymalizować środowisko – ekono-otoczenie – do potrzeb swojej ułomnej natury). Taki fenomen – biorąc pod uwagę jego zauważalną globalnie wagę – można uznać za znak świadczący o dopełnianiu się procesów akceleracji – coś na kształt odwrócenia się biegu rzek (tu: strumieni finansowych IOU) co w różnych mitologiach, obok takich zjawisk jak rozstąpienie się oceanów, zwiastuje przejście do nowej ery. Niestety w trakcie tego procesu agenci pośredniczący w tym giga-transferze – czyli ubero-prole za kółkiem – również złapani zostają w pętlę złej ekonomii (a zwłaszcza ci, których dysruptywna retoryka mega-randroida TK skłoniła do zakupu swojego miejsca/środka do wykonywania wolnej pracy na kredyt); ale każde przebiegunowanie chyba musi być podlane jakimś sosem ofiarnym. (Nawiasem mówiąc ekono-dobro memo-tworu zwanego konsumentem to zajawka na oddzielny post – np. nie wiemy, ile ubero-przejażdżek posłużyło celom akceleracji wykonywania zajęć typu superflouos, czy realizacji innych aktywności np. z kategorii konsumeryzm, dla których korzystanie z tak nieefektywnego środka transportu nie ma termodynamicznego uzasadnienia.) Ale, rozwijając negatywno-wibracyjną futurologię, kto wie – może ten mega-niewypał schyłkowej ery akceleracji zostanie w ostatniej chwili uratowany przed kolapsem przez praktyczno-leseferystyczny gubmint, dla którego potrzeb już sama wbudowana w ten model transportu opcja permanentnego trackingu przemieszczania się prolo-zasobów będzie stanowić aktywo zbyt cenne, żeby pozwolić mu na zejście z ekono-sceny.
5. Z punktu widzenia akceleracjonistów kontr-produktywne będzie angażowanie się w ruchy typu socjal-demokratycznego (jako w praktyce niezdolne do jakiejkolwiek zmiany paradygmatu, odwracające uwagę od istoty rzeczy i doatkowo hamujące procesy akceleracji), a już szczególnie bezsensowne będzie podążanie za liderami, którzy specjalizują się w obietnicach wspierania „tworzenia miejsc praco-rozdawania”, którymi w schyłkowej fazie akceleracji najczęściej będą stanowiska typu superflouos, bądź też ewentualnie – szczególnie w krajach-peryferiach leseferyzmu – miejsca generowania dóbr/usług „na potrzeby” populacji/biznesów krajów stojących wyżej na piramidzie frirajderstwa (na eksport).
6. Być może tu się nieco zagalopowaliśmy: narracja akceleracjonizmu per se nie zakłada takich doniosłych transcendentalnych zdarzeń – po prostu w pewnym momencie na ścieżce przyspieszenia osiąganie zysków przestanie być możliwe i dzięki temu kapitalizm zniknie niejako samoistnie. Naszym zdaniem jednak nie należy lekceważyć ewentualności, w której nie będzie takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny i liberalny praktyczno-leseferystyczny rząd, kiedy zabraknie mu konwencjonalnych środków prolo-dyscyplinowania – stąd zmiana świadomości wydaje się istotnym elementem tej układanki.
7. Miara PKB jest głównie odzwierciedleniem osiąganych przez kapitalistów zysków – ich spadek może (ale nie niestety nie musi) oznaczać, że degeneracyjne procesy akceleracji zaczynają się dopełniać.
8. Niestety spora część deklaratywnych pro-prolowców podejmuje działania całkiem kontr-produktywne wobec deklarowanej idei, wprowadzając w głowach proli dodatkowy zamęt i tracąc swoją energię memetyczną na walkę o miejsca pracy, czy o zachowanie/restaurację wymiaru 5×8+. W takim misz-maszowym klimacie zaapelowanie do wrodzonego lenistwa (w sensie: naturalnej cnoty unikania niepotrzebnego/bezsensownego wysiłku) proli staje się jeszcze trudniejsze.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s