Niech się złoty zaświeci czyli jak „w prosty sposób” uczynić Polskę „potęgą gospodarczą”

Żeby nikt nam nie zarzucił braku ekono-pluralizmu (czy ekono-neutralności), dziś streścimy dość odmienne od dotychczas tu prezentowanego spojrzenie na UE czy na sprawy walutowe (jak zwykle, niestety, okraszając to naszymi chamskimi komentarzami). Jak to często bywa na takie ciekawe znaleziska udaje nam się natrafić dzięki portalowi forsal, za co serdecznie jego redaktorom dziękujemy!

O co tym razem chodzi? Powiedzmy na wstępie, że niedawno gdzieś w intersieciach spotkaliśmy się z komentarzem  hiszpańskiego MMT-era, który skarżył się ze łzami w oczach, że ekono-memetyka w Hiszpani jest zdominowana w 90% (czy 70% – nie pamiętamy dokładnie) przez znany doskonale i z naszego nadwiślańskiego ekono-zaduchu szczególny miks socjal-darwinizmu i złotożukowstwa zwany przez PE-P mizesologą (Polak i Hiszpan = dwa mizeso-baranki bratanki?) Wkrótce po tym właśnie na forsalu znaleźlismy ekono-skamielinowy odcisk, który potwierdzałby tę hipotezę. (Ale jednocześnie nie do końca, ponieważ nasz „hiszpański” bohater tak naprawdę jest rodem z Teutonolandii, a w Hiszpanii jest tylko „na misji”. BTW. Tak czy owak w tradycji Hiszpanów leży uwalnianie złota – kiedyś uwięzionego w nierynkowo-ceremonialnej postaci inkaskich posągów, a teraz zamkniętego w skarbcach banków centralnych [1] –  i wpuszczanie go do obiegu po to, aby się nam gospodarka rozwijała.)

Przyznamy, że jeszcze może parę lat temu dawka ekono-chemitrailsów zawarta w tak skoncentrowanej formie jak w treści cyt. wywiadu mogłaby solidnie wzburzyć nasze detektory ekono-BS. Dziś jednak – dzięki wszystkim tym utraconym bezproduktywnie hekto-godzinom spędzonym na nurzaniu się w roztworach ekono-bez-myśli o dowolnych stężeniach i odczynach, czujemy się wystarczająco mocni duchem, żeby po prostu zacytować pobrane sample wprost tu – na naszym pracownianym stole dysekcyjnym, pochylić się nad nimi z ciekawością i opatrując je co najwyżej zdawkowym komentarzem czy pytaniem retorycznym, a w trakcie tych operacji tętno nie skoczyło nam nawet o 1 rpm. Ale teraz już zapraszamy do stołu, na który rzucamy rzeczone kąski:

Inaczej mówiąc, w sposób niebezpośredni wszystkie rządy państw strefy euro mogą finansować swoje wydatki przez użycie tej samej prasy drukarskiej i wykorzystanie wyższej siły nabywczej euro. Im wyższy jest rządowy deficyt wydatków oraz im więcej obligacji skarbowych zostanie wyemitowanych przez państwo, tym większy będzie dla niego zysk, ale też tym większa strata dla pozostałych państw strefy euro, czyli dla tych, które nie będą miały tak wysokich deficytów. Te państwa zanotują niższą siłę nabywczą waluty. To zachęta, aby mieć deficyt tak wysoki, jak to tylko możliwe. Pakt Stabilności i Wzrostu miał być odpowiedzią na ten problem i zmniejszać tę pokusę, ale jakoś nikt się nie spieszy z surowym egzekwowaniem go.

Ten cytat zamieszczamy wraz z naszym gorącym apelem o pomoc – może ktoś z naszych czytelników mógłby na podstawie powyższego akapitu rozrysować coś w rodzaju diagramu przyczyno-skutkowego, ponieważ nasze szare komórki najwyraźniej nie są gotowe na przyjęcie tych objawień w obecnej formie. Przyznając się do porażki – niezdolności do ogarnięcia ekono-tekstu zamieszczonego przecież nie w artykule naukowym, a na portalu zajmującym się masową popularyzacją ekonomii, odnieśliśmy tak czy owak wrażenie, że dla nas nic nie będzie już takie same, tzn. byliśmy świadkami czegoś na skalę przeskoczenia biegunów Planety tak, że odtąd podążając za wskazaniami kompasu będziemy musieli iść tyłem, czy coś w tych klimatach.

Tymczasem – w tym stanie będącym mieszanką podziwu i wstydo-ignorancji – możemy swobodnie podelektować się tą ekono-leksykalną perełką „prasa drukarska”; naszym zdaniem brzmi to znacznie bardziej porywająco czy poetycko aniżeli standardowa mantra o „drukowaniu”; czytelnik od razu oczyma wyobraźni już widzi to gigantyczne, dyszące parą prasisko, stojące zapewne w piwnicy EBC, które wypluwa non-stop miliardy za miliardami pustych euro-banknotów. Dzięki tej wyobraźnio-metaforze prawie udało nam się pozbyć podejrzeń, że tak naprawdę „nasz” interlokutor albo sam nie ma pojęcia o czym mówi [2], bądź (co bardziej prawdopodobne) po prostu dopieszcza stare i chwytliwe techniki ekono-dezorientowania plebsu.

Dotąd wydawało nam się bowiem, że EUM to jest właśnie EMUlacja  standardu/parytetu Au wdrożona przez praktycznych euro-leseferystów po to, żeby umieścić euro-gubminty w fiskalnych kaftanach bezpieczeństwa uszytych przez Globalnych Wierzycieli za pomocą instrumentu dłużnego (€), nad którego emisją gubminty te nie będą miały żadnej, nawet quasi-demokratycznej kontroli; jedyne, co taką kontrolę sprawuje, to jakieś ciała złożone ze starannie dobranych biurokrato-mnichów z zakonu sado-monetarystów. Jedna różnica względem „normalnego” parytetu jest taka, że rolę właściciela kopalni złota pełnią ww. wielko-leseferowi zakonnicy (z bractwa, który wierzy, że zbawienie jest osiągalne przez ascezę, ale bynajmniej nie ascezę rzeczonych mnichów, tylko taką, którą pod przymusem będą praktykować Inni, a tymi Innymi-nieczystymi mają być zgodnie z tą doktryną docelowo wszystkie czy przynajmniej 90% euro-proli); druga różnica jest taka, że lokalnym gubmintom została dodatkowo odebrana opcja ratunkowej (reanimującej gospodarkę opartej o wartość wymiany i motyw zysku) dewaluacji parytetu (które to ew. działanie zgodnie z Księgą Mizeso-Lesefera należy rzecz jasna uznać za rabunek dokonany na puchatych misiach-oszczędnisiach przez brutalnych kolektywistów).

Stąd jeśli Trzecia Neoliberalna zechciałaby z jakichś przyczyn funkcjonować bez swojej prasy drukarskiej (co – zgodnie z dalszą treścią wywiadu, od razu zdradzimy – właśnie uczynić powinna), wystarczyłoby właśnie jedynie przyjąć €.

Dynamika inflacyjna, jak wiemy, ma źródło albo w szokach podażowych bądź też we wzroście siły przetargowej praco-najemno niewolników; codziennym zmartwieniem mizesologów – reprezentujących (świadomie czy z głupoty) Posiadaczy oraz rentierów – jest głównie ta druga kwestia, tzn. ich zadaniem nr 1 jest niedopuszczenie do wzrostu płac; jeśli oprócz tego uda się jeszcze wmówić prolom, że niskie płace są dla nich czymś dobrym, zadanie można ocenić jako wykonane na 5+. Ta strategia jest jednak już obecnie realizowana z zadziwiająco wysoką skutecznością właśnie w ramach EUM – po co zatem coś dodatkowo kombinować? Interlokutora najwyraźniej nieco poniosło – coś tak jak gdyby farmer zatroskany aktywnością roszczeniowych insekto-szkodników przyszedł na pole sowicie opryskane DDT i stwierdził, że warto byłoby jeszcze zastosować naturalny wywar z czosnku.

To znaczy tak – że tak się właśnie sprawy mają z tą całą EUM –  nam się dotąd wydawało, ale teraz może to ulec zmianie; wystarczy tylko, że otrzymamy ww. „diagram ostatecznego ekono-oświecenia”, dzięki któremu krok po kroku zrozumiemy, w jak głębokim błędzie dotąd trwaliśmy i jak to jedne euro-gubminty zyskują, maksymalizując emisję swojego długu, kosztem innych, czyli takich, które „nie mają aż takich wysokich deficytów”. Zrozumienie sensu tej przypowieści o praso-drukarkach może być czymś na miarę zdobycia kamienia ekono-filozoficznego.

Ale idźmy dalej:

Idea jest taka: utrzymać strefę za każdą cenę. Dzięki ekspansywnej polityce monetarnej państwa nie muszą dokonywać reform, które w innych okolicznościach musiałyby podjąć. Nie muszą redukować wydatków publicznych, które w innych okolicznościach musiałyby zostać ograniczone. Mogą utrzymywać wysokie zadłużenie. Pozwala na to polityka monetarna, która umożliwia państwom prowadzenie takich działań jak obecnie. To jest ta idea, która utrzymuje strefę euro razem. Koszt jest oczywiście wysoki. Kumuluje się dług, reformy nie są przeprowadzane.

Reformy, reformy… 200 lat minęło, a kapitalizm trzeba ciągle reformować (czyt.: prole nadal zarabiają za dużo i pracują za krótko) (na marginesie, jeżeli już umieszczamy tak czy owak dzisiejszy odcinek na poziomach stratosfero-abstrakcji –  taki dylemat filozoficzny: czy gwint śruby prolo-dociskającej ma, czy też nie ma końca? Albo: ile ekono-diabłów może ukryć się w rowku takiego gwintu, żeby zapewnić lepsze smarowanie, zakładając, że nie ma on końca, a ile, jeśli ma?). To reformowanie pewno nigdy się nie skończy, chyba że ktoś w końcu zdelegalizuje prasy drukarskie. (Tu przyszło nam do głowy dość zgrabne hasło do ew. wykorzystania w ramach licencji CC: „Jeśli już prasa, to tylko do wyciskania podaży prolo-godzin, albo najwyższy czas!”) Ale kto miałby je zdelegalizować? Gubmint? Czy w Księdze Prawd Dualistycznych Wielkiego Mizeso-Lesefera znajdzie się werset: „Gubmint delegalizując, ogranicza wolność,  no chyba że akurat rzeczą zdelegalizowaną jest prasa drukarska”? (Tu pytanie – jak myślicie, kto był gorszym sabotażystą wolnej przedsiębiorczości: Marks czy Gutenberg?) Ale na naszym stole dysekcyjnym czeka już kolejny wycinek:

W Niemczech dług publiczny się zmniejszył, a to dzięki ujemnemu oprocentowaniu obligacji rządowych. Ale to jest sytuacja w której – najkrócej mówiąc – dochodzi do wywłaszczenia obywateli z ich oszczędności po to, aby zmniejszyć dług rządu i uczynić walutę silniejszą.

Brzmi znajomo? Powinno. Czy to nie przypadkiem ci ekono-odmieńcy od MMT mantrowali coś o tym, że deficyty budżetowe to narzędzie zaspokajania skłonności do oszczędzania, a te deficyty kumulują się do czegoś, co nazywane jest długiem publicznym, którego zmniejszenie z kolei przez tożsamość oznaczać będzie identyczne (+/- eksport netto) zmniejszenie prywatnych oszczędności netto? Teraz pytanie – czy można zwalczyć tożsamość? Oczywiście, że można. Do tego wystarczy tylko mieć ekono-perpetuum mobile, czyli samoistnie nabierającą wartość walutę. W ten sposób misiom-oszczędnisiom nawet przy zerowych czy nawet ujemnych stopach i przy „zrównoważonym budżecie” będzie ciągle przybywać bogactwa. Sprytne, co nie? A co z prolami? Proste: niech oszczędzają – broni im ktoś? „Będziecie zadowoleni”, jak to mawiają sprzedawcy reanimowanych srebrną taśmą i metalicznym lakierem  używanych idei samochodów.  Ale co taką samo-ubogacającą walutą może być? Kaman, wszyscy „wiemy” co, a jak nie, to zaraz o tym będzie.

Na tym etapie tego ciągu (mizeso)logicznego niby wszystko zaczyna się powoli składać do kupy, ale nie ogarniamy jeszcze tego kąska o wywłaszczaniu obywateli z oszczędności przy pomocy ujemnego oprocentowania obligacji – czy tym „obywatelom” jakiś kolektywista przykładał pistolet do głowy, że musieli kupować takie obligacje? Nie mogli sobie trzymać oszczędności np. w Au (albo w oprocentowanych dodatnio obligacjach gubmintu PL)? I – przy okazji – kto to tak naprawdę są ci „obywatele”, którzy łykają nawet takie, niosące ryzyko wywłaszczenia z należnej renty obligacje w ilościach mega-hurtowych? Czy to nie przypadkiem cierpiąca na chroniczną nadpłynność kasta wierzycielska, w imieniu której pan mizesolog głosi swoją metaliczno-deflacyjną ewangelię? Kasta,  która po wyłączeniu pras drukarskich pozostanie jedynym źródłem płynności w gospodarce i która przez to wreszcie będzie chroniona przed takimi horrorami jak ujemne stopy % [3]?

Dalej jeszcze – w duchu lesefero-internacjonalizmu (wiadomo – prolo-Grek czy prolo-Hiszpan jest z natury leniwy i stąd żeby cokolwiek wyprodukować potrzebuje pomocnej i silnej ręki kalwinistycznych organizatorów zaprawionych w sztuce prolo-mobilizacji, inaczej ci ludzie po prostu w ogóle przestaliby generować pekabe i za parę lat nie mieliby się nawet czym podetrzeć po spożyciu przysłowiowych mirabelek):

W Irlandii przeprowadzono dobre ekonomiczne reformy, obcięto wydatki państwowe, ale to by było prawdopodobnie możliwe także poza Unią Europejską. Stało się to dzięki innej kulturze rządzenia. Irlandczycy mają inną mentalność niż Hiszpanie czy Włosi, ale przyznać trzeba, że nawet tam pewne niewielkie kroki na drodze pozytywnych reform były wykonywane.

W tym momencie jakimś zrządzeniem losu spłynął na nas (chwilowo) cudowny dar post-odczytywania myśli towarzyszących autorowi słów zapisanych w intersieciach, które przepływały w jego/jej głowie podczas ich wypowiadania, i oto transkrypt tego, co nam się ukazało: Pierwsza reforma, jaką należy zaaplikować Południowcom to delegalizacja sjesty, albowiem nie ma nic bardziej obrzydliwego niż prol zajęty w środku dnia czymś innym niż ostre wyzysko-dawanie. Pfui/Uf! A moja skryta fantazja – zawsze w takich chwilach przywołuję ją, żeby oczyścić umysł z myśli o tym, co wyprawiają ci Południowcy wieczorami, (czasem na moich oczach, bom zesłany na mizeso-misję właśnie tu, o ironio, do ojczyzny sjesty) – to żeby przekształcić wszystkie te kolące kalwinistyczne oko gaje oliwne, trattorie i tawerny z miejsc trwonienia czasu i pieniędzy na perfekcyjnie – na teutońską modłę – zorganizowane ośrodki: 1) wpajania najlepszej na świecie kultury kalwinistycznej i etosu pracy 2) nauczania o zaletach płynących z silnego pieniądza i prawdy o tym, że prasy drukarskie są przyczyną  wszelkich nieszczęść 3) ćwiczenia z mizeso-logiki w oparciu o motyw „Dlaczego lepiej jest zarabiać mniej i jak wiedzę o tym wykorzystać do zapewnienia sobie godziwej emerytury już po osiemdziesiątce”. Następnie każdy Hiszpan czy Grek będzie miał w pełni wolny wybór, w którym z tych trzech ośrodków spędzić czas  po pracy. Sie wird sich freuen!”.]

Tu myślo-czytające moce nas opuściły, zatem przejdźmy już do grand finale, czyli najzwięźlejszej na świecie recepty na rzecz uszczęśliwienia nas Polaków, która zawarta została w trzech słowach. (Tu złośliwi moglby zacytować powiedzenie: For every complex problem there is an answer that is clear, simple, and wrong. H. L. Mencken)

[Pyt.] A co powinna zrobić Polska, aby mieć silną walutę? Na tyle dobrą, aby nie chcieć przystępować do strefy euro?

[Odp.] Wprowadzić standard złota

Here we go again… BTW. Czyli jednak – jak zdradza nieopacznie Prowadzący interwju (prawdopodobnie również mizesolog [4]) – produkt euro-prasy drukarskiej, mimo wypuszczania go (fałszowania – jak to brzmi inny bonmot mizesologiczny) en masse jest mimo to silniejszą walutą od PLN (w domyśle, gdyż z kontekstu czytamy, że standard Au jest lepszą alternatywą niż dołączenie do EUM, ale przyjęcie € z kolei lepszą niż stan obecny, vide złoto-słowa: „na tyle dobrą, żeby nie przystępować”). Jak można wyjaśnić tę dualistyczną zagadkę? Otóż prawdopodobnie Panowie Mizesolodzy wiedzą, że euro-sado-monetaryści trzymają te wszystkie odbite na prasie drukarskiej papierki na bezpieczną odległość od roszczenio-łapsk euro-prolo-populacji (co z randroidalnego punktu widzenia zasługuje na pochwałę), ale mizesolog – jako ekono-zwierz, który nie cierpi gubmintów [5] prawie tak mocno jak proli – nie przepuści okazji, żeby dogryźć euro-biurokratom za ich akcję luzowania ilościowego (czyli tego słynnego „druku”), którego tak naprawdę nikt w Europie (prócz garstki Władców Kapitału) nie ma żadnego powodu uważać za działanie mające jakikolwiek ekono-sens, stąd QE bashing jest wręcz wymarzonym instrumentem nawracania na kult złotego cielca).

Dalej jeszcze:

[Pyt.] W tak małej gospodarce jak polska? Bylibyśmy zupełnie zależni od wahań rynkowej ceny kruszcu. Według mnie to nie jest najlepszy pomysł.

[o niewierny Tomaszu, zobaczycie, „będziecie zadowoleni”]. Tu „dziennikarz” Chmielowski   – który na potrzeby zachowania pozorów formy agresywnego wywiadu udaje, że jeszcze „nie do końca ujrzał światło” –  kieruje (ponownie chyba nieopacznie) uwagę czytelniczych ekono-sensorów (tam, gdzie występują) na fakt, że zachowanie „papierowego” PLN na przestrzeni znacznego czaso-okresu wykazuje zadziwiająco wysoką stabilność względem innych podobnych „papierków” rozsiewanych en masse wprost z gubmintowych pras drukarskich, ale także – co bardziej istotne – względem towarów/usług ogólnego spożycia (typu jajka, marchewka, bilety mpk etc.); znacznie większą, aniżeli stosunek relacji cen (wartości wymiany) pomiędzy tymi „rzeczami” a Au. Co np. powiedziałby polo-prol, który podpisał kontrakt o wyzyskodawanie w wrześniu 2012, gdzie wynagrodzenie w drodze wolnej ekspresji woli stron ustalono na ¼ oz. Au –  co ten prol powiedziałby w grudniu 2015, kiedy jego realna siła nabywcza (potrzebna do nabywania np. jadło-gadżetów) zanurkowała o ok. 40%? Jakiej złoto-myślowej porady mógłby oczekiwać od doktora Boagusa-mizesologusa w tych trudnych chwilach?

Jak można zauważyć na takim przykładzie, Au to – wbrew nadziejom/pewności złotożukowców – nie tylko „deflacja” czyli nieuchronność wzrostu „wartości” cielca; gdyby tak faktycznie było to recepta na „bogactwo” byłaby tak prosta jak myśl mizesologiczna. Zamiast podprogowo reklamowanej na łamach forsala „alternatywy” wobec prolo-roszczeniowości („podwyżki nominalne to przeżytek – zamiast tego walcz prolu o twardy pieniądz i kupuj więcej i więcej za tyle samo dzięki magii deflacji”) należałoby się spodziewać raczej czegoś w rodzaju płacowego roller-coastera, gdzie co cwańsi wyzyskobiorcy próbowaliby podpisywać kontrakty zatrudnienia na Au-górce, a prol utraciłby możliwości jakiegokolwiek planowego bilansowania przychodów i rozchodów (owszem – sytuacja być może ustabilizowałaby się w przypadku, kiedy większość gubmintów skorzystałaby z recepty naszego mizeso-profesorka, oddając się globalnie i do końca w jasyr kaście wierzycielsko-rentierskiej; wtedy, być może, każda populacja byłaby dojona mniej więcej po równo, co przyniosłoby stabilizację płac – najkorzystniej według wspólnego najniższego mianownika, tj. poziomu subsistence, do którego notabene tak naprawdę niewiele już brakuje – gdzie-niegdzie, zwłaszcza na Południu, zaledwie parę obrotów dociskającej reformo-śruby dzieli nas od nastania jasności. BTW. Można zgadywać, czy nasz dzisiejszy bohater korzysta z wolności i każdą swoją wypłatę czy honorarium/prowizję zamienia od razu skrzętnie na złoty proszek (zakopany bezpiecznie z dala od łapsk gubmintu i kolektywistów), czy też może raczej specjalizuje się w „pomaganiu” innym na takiej drodze ku bogactwu? Ale pozostawmy spekulacje specjalistom, a sami przejdźmy już do celnej riposty:

Ale zyskalibyście silną walutę w porównaniu z innymi państwami. Inne waluty nadal ulegałyby inflacji, a wasza hipotetyczna mająca pokrycie w złocie waluta byłaby na to odporna. Przyciągalibyście do siebie oszczędności i inwestycje. To dałoby niesamowity boom. W dodatku byłby to doskonały przykład dla reszty świata. Inne kraje kopiowałyby wasze rozwiązanie.

Zaraz, zaraz… zanim na scenę wkroczy Wróżka-Mega-Szczęśliwuszka, zatrzymajmy się chwilę nad tym, co (czy kto) w ogóle kryje się pod hasłami „oszczędności” i „inwestycji”. Skoro „nasz” plan polega na wywindowaniu wartości złoto-złotówki względem walut całej reszty krajów-frajerów, którzy nadal  nie doceniają zalet cielca i nap13rdalają fiata swoimi praso-drukarkami ile wlezie, raczej nie będą to inwestycje typu jakieś powiedzmy „moce produkcyjne”, bo takie gadżety będzie (ponoć) można kupić taniej później. Na razie „inwestujmy” w aktywa finansowe denominowane w PLAU, czyli złotożukowcy wszystkich krajów – zamiast trzymać nieoprocentowane złoto, lepiej gromadzić równie-dobre-jak-złoto, ale generujące odsetki (najlepiej wysoke – przecież chcemy przyciągać oszczędności) aktywa denominowane w złoto-złotym! Tyle tylko, że oprócz takich „inwestorów”-złoto-jelonków, zjawiłyby się prawdziwe rekiny „inwestowania”, które zwęszyłyby łatwy żer, wiedząc, że nie ma fajniejszej zabawy jak ta z gubmintem zdeterminowanym do wypełnienia obietnic wymiany swojej waluty na coś, nad czego dostępnością ten gubmint nie ma absolutnie żadnej kontroli. Jedźmy dalej:

Bylibyście przykładem dla innych i moglibyście pozyskać złoto po niższej cenie. Inne kraje, które chciałyby powielić takie rozwiązanie, też musiałyby skupować złoto, ale już drożej. Oczywiście, cena złota zawsze będzie się zmieniać, ale wy już byście mieli ten kruszec.

Czyli co? Plan jest taki, że na razie zaczynamy kupować, zamiast np. ropy, złotego cielca, licząc, że staniemy się katalizatorem globalnej złoto-manii, a jako pierwsi w tej piramidzie wyr00chamy całą resztę frajerów? Brzmi równie dobrze jak dowolny „szczwany plan” Baldricka z Czarnej Żmiji.

Kolejne agresywne pytanie, sparowane tym razem z łatwością:

A co z naszym eksportem? Silna i mająca pokrycie w złocie waluta nie byłaby problemem dla naszych eksporterów?

Byłaby. Ale byłaby też czymś dobrym dla importerów. Wiele przedsiębiorstw importuje, dodaje wartość i eksportuje. Gdyby Polacy wydawali mniej na importowane dobra, takie jak na przykład ropa, mieliby większą siłę nabywczą i mogliby pozyskiwać dobra produkowane w Polsce. Zamiast je eksportować, Polacy mogliby kupować je sami.

Tak, zgadza się – eksport jest (realnym) kosztem, o czym mantrują od dawna m.in. MMT-erzy. Jednak przy okazji tego cytatu zwróćmy uwagę na sformułowanie wręcz umiłowane przez wszelkiej maści leseferystycznych ekono-chemitrailserów, tj. „Polacy”. Gadka-szmatka typu: „Polacy” oszczędzają, „Polacy” nie-oszczędzają, „Polacy” się zadłużają, „Polacy” kupują, „Polacy” unikają kredytów, „Polacy” nie chcą pracować, „Polacy” pracują najdłużej, WTF? Nie ma ma generycznego Polaka; są jedynie „Polacy-prolo-kompostowcy” oraz „Polacy-cała-reszta”; „Polacy, którzy muszą wciągać praco-najemny proszek minimum 40h/tydz. żeby przeżyć”, „Polacy, którzy lubią wciągać ten proszek, żeby móc kupować więcej”, oraz „Polacy, którzy ten proszek rozdają”. Następnie, mamy „Polaków o majątku finansowym netto równym około zera”, „Polaków o majątku finansowym istotnie większym od zera” oraz „Polaków o majątku finansowym netto istotnie mniejszym od zera”. Można 25 lat opowiadać legendy z cyklu Doktryny Jedności w Rynku, żeby dokonać konceptualnego scalenia tych ww. Polaków, ale taka kompresja odpychających się cząstek ludzkich jest możliwe tylko pod ciśnieniem fałszywej ekono-memetyki i tylko (miejmy nadzieję) do czasu.

Teraz, nawet jeśli mokre sny naszego mizeso-uzdrowiciela o deflacji by się ziściły, dla każdej grup (które łączy nie mający ekono-znaczenia fakt bycia posiadaczem nadwiślańskiego dowodu osobistego) ten fenomen będzie oznaczać różne wieści: dla jednych dobre, dla drugich złe, a jeszcze dla innych obojętne. Np. problemy komposto-hardkoro-praco-wciągaczy są diametralnie różne od tych, które trapią wciągaczy rekreacyjnych. Ci drudzy mogą sobie hipotetyzować o tym, jakie dobra kupić? – może importowane, a może nie, a może kupić 2-tonowe el-auto czy hybrydkę, żeby „nie kupować ropy” dojeżdżając do pracy; tych drugich także może nie bardzo obchodzić, czy ich januszex przetrwa w środowisku deflacyjnym, jakie być może wykreuje standard Au – są kosmopolitami, którzy w-razie-co znajdą nowego wyzyskobiorcę, czy to w PL czy gdzie-indziej w UE. Prolo-kompost rozrzucony po poza-centralnych ostępach Trzeciej Neoliberalnej niestety nie dysponuje takimi komfortami – tam kupuje się to, co akurat jest najtańsze, i tam mocno-pierwotno-akumulacyjna januszexo-produkcja musi opierać się na taniości paleto-zbijaczy; jakiekolwiek przejawy procesów deflacyjnych w zderzeniu z wage-stickiness (nieelastycznością proli wobec nominalnych obniżek płac) zmiotłyby z euro-ekono-sceny znaczną część nadwiślańskich januszexów. Oczywiście – z naszego masochistyczno-doomsayerowskiego punktu widzenia taka perspektywa ma swój niezaprzeczalny urok, ale w środowisku, w którym nie mamy jeszcze pomysłu ‘co zamiast januszo-paleto-ekonomii’ i wiedząc, że „Polacy” są zainwestowani mentalnie i organizacyjnie w zglobalizowany paradygmat M(t2) > M(t1), wprowadzając takie ekono-chemitrailsy w życie ad hoc, prosimy się o mega-sequel scenariusza greckiego, gdzie w imię interesów globalnych wierzycieli i spekulantów (w terminologii naszego mizeso-proroka określanych jako pluszowe misie-oszczędnisie) gotowi jesteśmy pogrążyć nawet rodzimych wyzyskobiorców w otchłani deflacji długu.

Czy nasz mizeso-baldrick ma też odpowiedź na przeprowadzenie tej operacji w trybie stealth tak, żeby inni się zawczasu nie zorientowali? (A może wręcz przeciwnie – szczwany plan w rzeczywistości polega na tym, żeby wywołać gorączkę złota po to, aby zniecierpliwieni zleceniodawcy bohatera dzisiejszego odcinka mogli wreszcie uwolnić swoje aktywa zamrożone w Au z odpowiednią przebitką, czy – w przypadku tych złotożukowców, którzy wykazali się nadmiarem entuzjazmu – zredukowac straty?) Może np. każdy „Polak” spędzający wakacje za granicą, zamiast ubogacania miejscowych karczmarzy czy sprzedawców pamiątek, powinien – w ramach patriotyzmu – udać się do jubilera, zakupić cielca w dowolnej formie – im taniej za gram tym lepiej – przeszmuglować – jak za dawnych dobrych czasów – do ojczyzny, a następnie sprzedać taki nabytek do NBP, który mógłby niepostrzeżenie dla nikogo wybić z tego błyszczące, prawdziwe złotówki, które w stosownym czasie zastąpiłyby wyroby naszej rodzimej prasy drukarskiej?

PS> Właściwie to nie wiemy, dlaczego powstał dzisiejszy odcinek. Może celem dostarczenia czytelnikom ekono-podśmiechujek tanim kosztem, a może dlatego, że wbrew naszym buńczucznym zapewnieniom ze wstępu, nadal szokuje nas to, jak silne ekono-chemitrailsy gotowy są zamieszczać MSM, jeśli tylko ich treść jest kompatybilna ze skryptem Wielkiego Lesefera. Może to znak, że nie jesteśmy jeszcze wystarczająco twardzi, żeby przyjąć filozofię akceleracjonizmu, o której parę słów wkrótce.

_______________________

1. Notabene, wielu uważa (m.in. my, przynajmniej do dzisiaj), że trzymanie gór Au przez banki centralne to swego rodzaju surrealizm, w stopniu znacznie większym niż odlewanie zeń posągów idoli. BC faktycznie powinny uwolnić ten nieszczęsny metal z klatek, jeśli już nie na potrzeby protetyki stomatologicznej (moda na błyszczący uśmiech może się źle kojarzyć) , to przynajmniej żeby dać nauczkę akolitom P.Schiffa i jemu podobnych złotożukowców i przy okazji pozwolić na cięcie kosztów zawarcia związku małżeńskiego. Podkreślmy – uwolnić – tzn. nie zaprzęgać do urojonej roli prawdziwego pieniądza.
2. Jakimś zbiegiem okoliczności, podczas lektury omawianego akapitu, przyszła nam do głowy pewna idea na eksperyment: tniemy tekturę na paski, na których umieszczamy różne zbitki słów, z których część dobieramy zupełnie losowo, zaś drugą część stanowić będą ekono-hasła o różnym, ale co do zasady wysoce emocjonalnym zabarwieniu, takie np. jak: „dług publiczny”, „dług”, „inflacja”, „deficyty”, „siła nabywcza”. Następnie tak zapisane skrawki dokładnie mieszamy w koszu, po czym kosz ten wstawiamy do pomieszczenia, gdzie siedzi maksymalnie znudzony (np. pozbawiony jakichkolwiek impulsów audio-wizualnych przez poprzednie 24 h) szympans (ewentualnie bonobo). W kolejnym kroku (w jakiś sposób – tu niestety nasza wiedza nie podpowiada nam w jaki) skłaniamy/zachęcamy małpę naczelną do układania pasków w horyzontalne ciągi od ściany do ściany. Kiedy wszystkie paski są już ułożone kopiujemy tak powstały tekst i (po ewentualnej edycji gramatycznej) zamieszczamy na łamach jakiegoś szanowanego ekono-portalu wraz z z ankietą-pytaniem, czy czytelnicy zgadzają się z tezami artykułu. Koniec eksperymentu.
3. To znaczy, żeby sprecyzować ten misz-masz – zależy, co dokładnie będziemy rozumieć pod kryptonimem prasa drukarska. Mizesologia pod tym pojęciem będzie rozumiała raczej bank centralny, aniżeli kreowanie pieniądza przez wydatki gubmintowe (zwłaszcza jeśli chodzi o EUM). Ta logika zapewne zakłada, że „sterylizacja” banków centralnych (tj. pozbawienie ich funkcji kreacji aktywów, przy ew. pozostawieniu im – przynajmniej tymczasowo – funkcji izby rozrachunkowej dla banków komercyjnych, gdzie – jak się domyślamy – odpowiednikiem HPM miałoby stać się Au; docelowo zresztą – we w pełni mizesolo-leseferystycznym świecie nawet i izba rozrachunkowa nie byłaby pewno potrzebna) pozbawiłaby tym samym BC możliwości utrzymywania stóp w założonym celu, a stąd wysokość tych stóp przestałaby być – tak jak jest obecnie – decyzją polityczną/biurokratyczną i z dużym prawdopodobieństwem stopy te wystrzeliłyby w kosmos – oczywiście ku uciesze nigdy nienapasionej kasty rentierów misiów -oszczędnisiów.
4. Nie to, żeby nas fascynowało szczególnie demaskowanie mizesologicznych korzeni ekono-pismaków główno-nurtowych – tak czy owak tego typu łowy zalatują nudą w warunkach, kiedy 90%+ kadry żurnalistów zalicza się albo do grupy wyznawców praktycznego leseferyzmu/ekonomii neoklasycznej, albo do leseferystów socjal-darwinistycznych/złotożukowych; złowić nadwiślańskiego ekono-dziennikarza marksistę – to byłoby coś! Ale dla tych zawsze ciekawych backgroundu – wuj G mówi, że Chmielo to ptaszek z gatunku koLiber, czyli poziom „agresji” całego tego bombardowania pytaniami podczas cyt. interwju dorównuje hipotetycznemu wywiadowi, jaki mógłby przeprowadzić Domokrążca-Sprzedawca magicznych odkurzaczy marki RainGold (7k za sztukę) Dziennikarz Śledczy z Dyrektorem Zarządzającym (CEO) firmy produkującej ten gadżet. Taki wywiad mógłby lecieć np. tak:
DS: Trudno mi uwierzyć, że przyczyną 99% problemów zdrowotnych jest używanie niewłaściwych odkurzaczy.
CEO: Ale taka niestety jest prawda. Powszechnie używane tanie urządzenia dają poczucie pozornego, sztucznego komfortu, podczas gdy ich rola sprowadza się do wciągnięcia wszystkich zarazków i następnie wypuszczenia ich skoncentrowanego strumienia prosto w twarz użytkownika.
DS: Ale w takim razie co odróżnia Wasz produkt od innych, tanich urządzeń?
CEO: Różnica polega na konstrukcji turbiny. Ponieważ jednak jest to rozwiązanie opatentowane, nie mogę zdradzić więcej szczegółów ponad to, że na skutek zastosowania specjalnego stopu, nasza turbina wytwarza ciśnienia nieosiągalne dla konkurencji. Robole, oj przepraszam, chciałem powiedzieć, mikrobole, to znaczy mikroby, poddane takiemu ciśnieniu przestają stwarzać niebezpieczeństwo, nie są po prostu w stanie przeniknąć przez bariery tkanek kreatorów bogactwa, to znaczy użytkowników naszej propagandy naszych Produktów, którymi jak wiemy, może zostać każdy – w tym celu należy skontaktować się z najbliższym przedstawicielem, który rozwieje wszelkie ewentualne wątpliwości.
DS: Ale wydaje się, że Wasz produkt jest skierowany raczej wyłącznie do zasobnego konsumenta. Cena – 7k – przekracza możliwości przeciętnego gospodarstwa domowego.
CEO: Nic bardziej mylnego – nasz Produkt pozwala wręcz każdemu budować bogactwo przez oszczędności – każdemu, kto potrafi dokonać rachunku korzyści w czasie. Ponieważ, jak ustaliliśmy, Produkt eliminuje 99% dolegliwości zdrowotnych, a przeciętna rodzina wydaje rocznie według naszych badań 3,6 k na medykamenty, porady i usługi zdrowotne, czyli już po 2-ch latach korzystania z Produktu zaczniemy odnotowywać zyski, które możemy przeznaczyć np. na budowanie kapitału emerytalnego. Powiedziałbym wręcz, że nasza podstawowa oferta jest skierowana głównie do niezbyt zamożnych rodzin, czyli takich, których nie stać na kosztowne pakiety ubezpieczeń zdrowotnych. Dla klasy średniej skierowany jest nasz inny Produkt – RG-lux, który oprócz eliminacji zarazków, jonizuje domową atmosferę zgodnie z polaryzacją zalecaną przez wiodące instytuty badawcze.
DS.: Brzmi to przekonująco. Ale na koniec mamy pytanie bardziej ogólnej natury: wiele rodzin w obecnych czasach cierpi na różne problemy, mające źródło w ekonomii – co poleciłbyś np. rodzinie dwojga bezrobotnych rodziców, którzy zmagają się z kredytem hipotecznym i na dodatek mają na utrzymaniu astmatyczne dziecko?
CEO: Oczywiście najpierw zaleciłbym znalezienie pracy – nasza firma np. cały czas poszukuje sprzedawców naszego Produktu, przy czym zaznaczę, że rekordziści potrafią zarobić równowartość ceny rynkowej 3-ch czy nawet 5-ciu Produktów na jeden miesiąc. Wystarczą dobre chęci, odpowiednie zaangażowanie i dzielenie naszej wizji. Ale jeśli komuś taka praca wydaje się zbyt trudna – można zacząć budowanie swojego bogactwa od zakupu naszego odkurzacza – ten pierwszy krok może zrobić każdy, ponieważ nasi doradcy zapewniają każdemu, kto myśli poważnie o swoim zdrowiu i o budowaniu bogactwa w oparciu o solidne fundamenty, dogodny kredyt. Dodam jeszcze, że błędem, jaki popełnia wiele rodzin, jest pokładanie nadziei w gubmincie publicznej służbie zdrowia – zadbajmy o swoje zdrowie sami, kupując Produkt Rain-Gold.
DS: Serdecznie dziękuję. Nadmienię tylko jeszcze, że sam jestem szczęśliwym posiadaczem RG-luxa, i moje życie jest po prostu zaj381ste.

5. Tzn. wydaje nam się, że „nie cierpi gubmintów” takich, których mandat ma cokolwiek (nawet jeżeli tylko pozornie) do czynienia z procesami demokracji, tj. gdzie teoretycznie istnieje ryzyko przejęcia takiego gubmintu przez kolektywistów. Nie jest wielką tajemnicą, że czołowi architekci leseferystycznego mempleksu identyfikują demokrację jako przeszkodę dla realizacji swoich socjal-darwinistycznych projekcji, stąd w tych środowiskach popularne są pomysły typu ograniczenie czynnego prawa wyborczego do płatników podatków (oczywiście bezrobol kupujący ovatowaną bułkę nie zalicza się do tej kategorii), biernego – przez wprowadzenie egzaminów weryfikujących np. „wiedzę o ekonomii” (czy raczej bardziej o mizeso-ekonomii). Takie ekono-polito-chemitrailsy sprzedają się czasem lepiej, częsciej gorzej, stąd pragmatyczny mizesolog, aby być skutecznym, ucieka się do standardowych (acz brutalnych) technik manipulacji – o czym być może nieco więcej w PE-P kiedyś w przyszłości.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s