Po co neoliberałom tyle biurw?

Wszyscy chyba mieliśmy okazję usłyszeć lamenty miłośników kultu prawdziwego Wielkiego Lesefera o tym, jak to za PRL-u (czy lepiej – „za Wilczka”) liczba urzędników wynosiła 150k, podczas gdy dziś jest to – według różnych źródeł – 500 czy 700+k. Te liczby ortodoksja leseferystyczna wykorzystuje ochoczo w charakterze koronnego dowodu na to, że nad Wisłą „nie ma kapitalizmu”. Co więcej – ponieważ podobne procentowe poziomy biurwo-zatrudnienia występują także w wielu innych krajach, stąd nie-ma-kapitalizmową tezę można swobodnie ekstrapolować na resztę świata, otrzymując w efekcie mem globalnego socjalizmu.

Naszą analizę przypadku zacznijmy od sformułowania założenia, że ten „socjalizm” to tak naprawdę praktyczny leseferym (neoliberalizm), a w praktycznym leseferyzmie nic (albo przynajmniej bardzo niewiele) nie dzieje się bez wiedzy czy bez aktywnej interwencji praktycznych leseferystów (żelazna logika!). Ergo: rozrost biurokracji jest efektem świadomej decyzji praktycznych leseferystów. Taką konkluzję potwierdzałby fakt, że – wbrew popularnym przekonaniom – współczesna biblio-instrukcja określająca sposób działania neoliberalnych gubmintów (w postaci Konsensusu Waszyngtońskiego) w kwestii wielkości aparatu biurokratycznego milczy, pozostawiając tu niejako dowolność, stąd też należy domniemywać, że pęcznienie biurokracji jest czymś, co w jakiś sposób ułatwia realizację konsensusowych przykazań w praktyce.

My swego czasu przedstawiliśmy hipotezę, że przyczyną takiej dynamiki jest reakcja ratunkowa w odpowiedzi na kumulujące się coraz bardziej – wraz ze wzrostem stopnia komplikacji interakcji gospodarczych – błędy Wielkiego Kalkulatora Rynkowego [WKR] (czyli magicznej maszynki podarowanej sapiensom przez Wielkiego Lesefera ustami jego proroków). Tj. aby zachować przynajmniej pozory, że „kapitalizm działa”, praktyczni leseferyści muszą angażować coraz większe i większe armie biurokratów (oraz indukować produkcję coraz grubszych tomów legislacji), którzy na bieżąco takie błędy będą starali się korygować. Być może właśnie dzięki tym zabiegom obieg zasobów nie zdegenerował się jeszcze do takiego stopnia, w którym klimaty dickensowskie wypłynęłyby na główne ulice, niszcząc tym samym ostatecznie mit „jedynego systemu, który się sprawdza w praktyce” (czasy prolo-dyscyplinowania głodem – ku utrapieniu niektórych – odeszły do lesefero-lamusa, przynajmniej w krajach leseferystycznego Centrum).

Stawiając sprawę z innej perspektywy: łatwiej jest zapewnić  działanie systemu, w którym od początku zakładamy, że przepływy zasobów muszą odbywać się pod kontrolą czy według jakiegoś planu, aniżeli utrzymywać zbliżone do prawidłowego funkcjonowanie takiego ustroju, który ma w teorii zadziałać (kiedyś) w pełni autonomicznie, ale w którym („do tego czasu”) pojawiają się nieustannie „wycieki” – czyli wymagające korekty aberracje. A ponieważ ramy tej reklamowanej jako samo-działająca konstrukcji wyznacza pewien zestaw nienaruszalnych filarów (jak własność prywatna, alokacja zasobów na podstawie wartości wymiany, praca najemna etc.), szybko dochodzimy do punktu, kiedy zaczynamy robić korekty korekt, czyli łatamy łaty.

Inaczej: w „komunie” kontrola – ręczne sterowanie – stanowiła naturę systemu, a więc była wbudowana w każdy etap obiegu zasobów – od kopalni, przez fabrykę, przez transport, aż do dystrybucji; w praktycznym leseferyzmie – kiedy w praniu wychodzi, że niewidzialna ręka nie działa tak jak w opisie przedmiotu – potrzebni będą najpierw „obserwatorzy”, którzy będą zbierać dane (np. GUS), żeby dokonać detekcji wycieków, następnie te dane będą przekazywane diagnostom (ministerstwo gospodarki?), którzy z kolei dokonają oceny materiału, po czym przekażą sprawę legislatorom (sejm), którzy wydadzą instrukcje (nowe ustawy lub nowelizacje) i ew. wyślą do akcji naprawiaczy (np. urzędy pracy czy ośrodki pomocy) czy nowe zastępy kontrolerów, a wszystko to koniecznie pod banerem takim, że istotę naszego (jedynego działającego w praktyce) systemu pozostawiamy bez zmian, wobec czego większość regulacji/napraw musi odbywać się jakąś drogą okrężną, czyli taką, która nie naruszy podstawowych filarów zapisanych w wersetach Wielkiego Lesefera.

Klasyczny przykład: nie będąc debilami, wiemy, że (w warunkach, kiedy aktywność zawodowa kształtuje się poziomie 50 czy 60%) kapitaliści zatrudniają w każdym momencie tyle prolo-kompostu, ile jest im akurat potrzebne do zaspokojenia popytu efektywnego (ustanowionego na określonym poziomie – częściowo z przyczyn obiektywnych, częściowo z walko-klasowych – przez m.in. politykę fiskalną naszego neoliberalnego gubmintu) (minus frykcja). Ale mimo tej wiedzy musimy kierować się lesefero-skryptem, zgodnie z którym bezrobocie może się brać ze wszystkiego, aby tylko nie z wdrażania w życie fobii fiskalnych o konieczności równoważenia budżetu gubmintowego, czyli za „oficjalne” jego przyczyny możemy uznać np. z prolo-lenistwo, brak prolo-kwalifikacji, niską prolo-mobilność etc. W związku z tym każdy bezrobol musi zostać przepuszczony przez ścieżkę lesefero-zdrowia, tj. musi zostać skatowany regularnymi wizytami w PUP (gdzie ofert wyzyskobrania albo nima, albo są jakieś absurdalne od jakichś szemranych sado-januszexów, ledwo co pokrywające koszty dojazdu), uczestnictwem w bezużytecznych szkoleniach prowadzonych przez kompletnych dyletantów, których rola sprowadza się do włożenia płyty CD z materiałem edukacyjnym, a na koniec zostanie dobity nakazem odbycia stażu u jakiegoś kutwo-wyzyskiwacza, któremu koszty takiego niewolnika zrefunduje oczywiście gubmint.

Co ważne dla naszej narracji – każdy etap tej marszruty będzie angażować biurwo-zasoby (gubmintowe, ale i prywatne), czyniąc je zajętymi, a przez to potrzebnymi, przy czym w efekcie tych rytuałów problem najczęściej nie zostanie rozwiązany, a raczej statystycznie załatany (bezrobolowi albo uda się wygryźć w końcu jakiego innego prola z roboty, albo w pewnym momencie jego cierpliwość osiągnie kres i odpuści sobie partycypację w rynku pracy w ogóle). Dla kontrastu – w „komunie” – jeśli w jakiś sposób udało ci się nie znaleźć roboty – cały proces „rozwiązywania” problemu zajmował tyle czasu, ile telefon z jakiejś centrali do jakiegoś „zakładu” + ew. wypisanie nakazu pracy [1]; czyli jakaś może 1/20-ta czy 1/50-ta biurwo-czaso/papiero zasobów, których angażowania wymaga obecnie lesefero voo-doo procedura.

Jeżeli jednak dla kogoś powyższa hipoteza to za mało, żeby udzielić pełnej odpowiedzi na naszą zagadkę ‘dlaczego biurokracja pączkuje w leseferyzmie?’ [2] dziś przygotowaliśmy hipotezę nr 2. Czyli w tym odcinku spróbujemy uzupełnić hipotezę konieczności korygowania WKR, wprowadzając do naszej analizy korzyści, które leseferystyczny system czerpać może z biurokracji, element superfluous jobs (nadmiarowej pracy najemnej).

Z pozoru może się wydawać, że gubmint – organizując setki tysięcy biurwo-stanowisk, a przez to niejako podkupując siłę roboczą kapitalistom – działa wbrew algorytmom dyscyplinowania, które, jak wiemy, są podstawową siłą determinującą stosunki produkcji w kapitalizmie. Jednak należy pamiętać, że dynamika pęcznienia biurokracji rozwijała się (czy nadal rozwija się) stopniowo, a ponadto procesy te odbywały się na tle innych dynamik charakterystycznych dla kapitalizmu fazy nad-produkcji i nad-akumulacji; chodzi tu zwłaszcza o trend silnych wzrostów produktywności, który w sektorach zajmujących się wytwórczością trwa od dekad i który przez te dekady zredukował faktyczne zapotrzebowanie na prolo-czas do niewielkiego ułamka tego, co potrzebne było kapitałowi do wytwarzania gadżetów jeszcze np. 50 lat temu (patrz np. tu – obecnie w produkcji zatrudnionych jest circa 10% Amerykanów, ~1/3 tego, co pod koniec lat 60-tych [3]).

Jak pisaliśmy tu, reżim praktycznego leseferyzmu będzie próbował zmierzać do takiego stanu, w którym nastąpi nie-zagrażająca-pozycji-pracorozdawaczy maksymalizacja wolumenu wyciśniętej wartości dodatkowej (zatrudnienia) i gdzie nastąpi nie-grożące-inflacją (ani erozją totemu praco-rozdawacza) szczytowanie zysków w danym otoczeniu makro. Inaczej mówiąc, praktyczni leseferyści – za pomocą szeregu instrumentów wymienionych w wyżej cyt. wpisie – będą zainteresowani w utrzymywaniu bezrobocia na poziomie takim, który będzie wystarczający do blokowania rozwoju dynamiki żądań podwyżek płac, ale nie na (wiele) większym, bo to mogłoby z kolei prowadzić do zmniejszenia się agregatu zysków (przyrostu zapasów niesprzedanej produkcji) i spadku pekabu.

Stąd też w obliczu istotnego zmniejszenia się zapotrzebowania na wyzyskodawców (proli) w sferze produkcji i w przypadku, kiedy sami kapitaliści nie będą w stanie wygenerować korespondujących temu spadkowi nowych stanowisk typu superflouos, praktyczni leseferyści gubmnitowi będą właśnie niejako zobligowani do utworzenia takich stanowisk własnym staraniem (i budżetowym sumptem). Ponieważ z zasady leseferystyczny gubmint musi unikać wkraczania na obszary zagospodarowane przez kapitalistów, taka interwencja będzie ograniczona do kilku specyficznych nisz, jedną z których jest właśnie aparat biurokratyczny (a oprócz tego jeszcze np. siły zbrojne, policja [4] czy sądownictwo).

Teraz – spróbujmy dogrzebać się do sedna tego, co tego typu interwencje oznaczają dla proli. Ponownie – z pozoru może wydawać się, że takie gubmintowe praco-rozdawnicwo w pewien sposób łagodzi los nie tylko zatrudnionych prolo-biurw, ale także pozostałych proli, gdyż w innym przypadku prolo-biurwy zmuszone do walki na arenie rynku pracy podminowałyby jeszcze bardziej siłę negocjacyjną pozostałego prolo-planktonu. Takie przynajmniej będą nasze impresje, jeśli kapitalistyczne algorytmy zagospodarowania zasobów przyjmiemy za dobrą monetę. (Jeśli nie brak nam brawury, można by wręcz hipotetyzować, że wicie takich biurwo-gniazdek to swego rodzaju – nieco specyficzny – substytut programów typu gwarancja zatrudnienia).

Jeżeli jednak spróbujemy sprawy ogarnąć z perspektywy zasobowej, taka narracja ulega natychmiastowemu kolapsowi. Zauważmy bowiem, że zarówno w warunkach interwencji (kreacji biurwo-stanowisk) jak i bez takiej interwencji („prawdziwy kapitalizm”), faktyczna produkcja pozostanie na zbliżonym poziomie – w normalnej fazie koniunktury gdzieś na poziomie ok. 80% wykorzystania kapitału produkcyjnego. Oczywiście jeśli chcieć by socjal-darwinistycznie wziąć nadmiarowe potencjalne biurwy głodem, zaangażowanie istniejącego kapitału produkcyjnego uległoby dalszej redukcji  – w odpowiedzi na spadek popytu; ale do tego neolibo-gubmint dopuścić nie będzie skłonny –  zniknięcie biurwo-popytu zaburzyłoby istotnie obieg pekabowy + maskowanie faktu istnienia pęczniejącej masy prolo-planktonu, dla którego obecna faza kapitalizmu nie jest w stanie zaoferować żadnej racjonalnej ścieżki życiowej, stałoby się znacznie utrudnione.

Istota tego dysonansu sprowadza się do tego, że we współczesnej fazie kapitalizmu istnieją zasadniczo tylko dwie bariery produkcji – popyt efektywny oraz zasoby naturalne (w tym zwłaszcza energia) [5]; barierą taką nie będzie na pewno dostępność siły roboczej. Faktycznie zatem, niezależnie od tego czy program kreacji miejsc biurwo-pracy zostanie uruchomiony czy też nie, pula dóbr, jaką prolom skłonny będzie przyznać (w ramach standardowego podziału tortu pekabowego) praktyczno-leseferystyczny system dystrybucji zasobów i produkcji, będzie taka sama. Z drugiej strony leseferyści instynktownie czują (czy w sposób świadomy zdają sobie sprawę), że konserwacja kalwinistycznego totemu etosu pracy (diabeł atakuje prolo-umysły w prolo-czasie wolnym) i ~100-letniego, nadal obowiązującego reżimu pracy 5×8+ to jest (wraz z cząsteczkową teorią pieniądza) fundament, na którym opiera się współczesny system frirajderstwa.

O co więc tak naprawdę chodzi z tym pompowaniem biurokracji? Czy nie lepiej byłoby przesunąć tych biurwo-ludzików do jakichkolwiek innych prac dostarczających faktycznie jakąś wartość dodaną (np. uczynić ich asystentami nauczycieli, czy opiekunami zużytych proli – pomysłów na lepsze zaangażowanie prolo-zasobu aniżeli do przewracania papierologii mogą być tysiące) albo w ogóle pozwolić im siedzieć w domu (bonus: przy okazji nie będą mogli dokuczać przedsiębiorcĄ!), wypłacając im zasiłek/UBI (żeby nie poszli na żebry i byli w stanie kupić wyprodukowaną tak czy owak celem utrzymania Δpekabu na plusie pulę produkcji)?

Otóż wydaje się, że dla praktycznych leseferystów takie rozwiązania (a zwłaszcza to pierwsze) nie będą jawić się jako korzystne. Aby współczesny system działał prawidłowo, koniecznym wydaje się być wygenerowanie iluzji „prolo-zajętości”, tzn. obrazu, w którym większość proli musi zwijać się ostro jak w ukropie, żeby zarobić na utrzymanie siebie i rodziny. Wiemy, że często-gęsto praca szeregowej biurwy, zasypanej papierami (czy rosnącą kolejką arkuszy sprawozdawczości/statystyki) będzie w miarę kompatybilna z tym obrazem (a to czy jakakolwiek wartość dodatnia – lub ujemna – w trakcie tej arkuszowej walki powstanie, nie ma tu żadnego znaczenia). (Inną parą ekono-kaloszy będą biurwo-bonzowie – tu sprawa jest prosta: wierni propagatorzy lesefero-strategii zasługują na nagrodę, nawet jeśli nie nadają się do uczestnictwa w zabawie w obrotowe drzwi).

Ten hologram „zajętości” (kołowrotka typu squirell challenge) z kolei służy najprawdopodobniej temu, żeby jakakolwiek anty-wielkoleseferowa myślo-zbrodnia o potrzebie czy w ogóle o możliwości skrócenia czaso-wymiaru wyzyskodawania nie wydostała się na światło dzienne – nie dała rady przeniknąć do prolo-świadomości. Wspomniane hipotetyczne stanowiska służące celowi publicznemu mogłyby dać zły sygnał, że posiadamy rezerwy, które możemy sobie ot tak przeznaczyć na jakieś luźne, nie-wynikające z algorytmu M(t2) > M(t1) fanaberie, a poza tym działania zorientowane faktycznie na rzecz proli mogą niebezpiecznie redukować ich odczucie bycia zdanym całkowicie na łaskę praco-rozdawaczy czy władców kapitału. Inaczej mówiąc, tego typu programy mogłyby nieopacznie wygenerować niewłaściwy ferment. Mimo postępującej degeneracji systemu bezpieczniej jest trzymać się neo-klasycznych, sprawdzonych metod dyscyplinowania przetestowanych podczas walko-klasowej kampanii, której ostatnia odsłona została podjęta ~40 lat temu, a której skuteczność udowadnia gigantyczny kawałek narodowo-dochodowego tortu, jaki kapitał zdołał przez te lata wyrwać prolo-planktonowcom.

Dodatkową wisienką na torcie, którą uzyskujemy w wyniku tworzenia biurokratycznych stanowisk superflouos, jest dalsza fragmentaryzacja prolo-klasy – wiadomo – powiedzmy to brutalnie: za biurwami nikt nie przepada, natomiast jeśli gubmint zamiast kreowania biurwo-dronów zatrudniałby prolo-nadmiar z myślą o wypełnianiu jakichś misji, w których prolo-ludzie pomagają innym prolo-ludziom, sytuacja byłaby diametralnie inna – mianowicie pojawiłoby się nam na horyzoncie widmo niebezpieczeństwa procesów nawiązywania się czy wzmacniania się więzi społecznych. No fokken way! Nie chcemy chyba, żeby prochy Żelaznej Wiedźmy musiały się przewracać w urnie?

Dlatego też, jeżeli kiedykolwiek dalsza kreacja biurokratycznych posad superflouos przestanie być uznawana przez leseferystów za pragmatyczne rozwiązanie, możemy być pewni, że neoliberalny gubmint prędzej zdecyduje się np. na wypłacanie UBI aniżeli na programy typu gwarancja zatrudnienia, nie mówiąc już o dopuszczeniu alternatywy w postaci urealnienia czaso-wymiaru wyzysku do wymiaru faktycznych potrzeb aparatu produkcyjnego (i do zasobów dostępnych do ich realizacji).

__________________________

1. Nie to, że popieramy – jak pisaliśmy, filozofia „komuny” była podobna do standardów współczesnych leseferystów w tym, że nie przypisywała prolo-czasowi wolnemu żadnej wartości inherentnej, stąd zatrudnienie typu superflouos także w tym przypadku miało niewątpliwie miejsce, choć raczej na mniejsza skalę niż w praktycznym leseferyzmie. A marnowanie prolo-czasu wolnego w naszej nomenklaturze stanowi ekono-zło.
2. Np. możemy uważać, że skala przyrostu stanowisk biurokratycznych jest mimo wszystko zbyt duża (zwłaszcza mając na uwadze ich zaawansowaną informatyzację), a przy tym wiele z nich nie wydaje się mieć przynajmniej bezpośredniego związku z problematyką obiegu zasobów. Niemniej jednak całkiem sporą część gubmintowych agencji można uznać placówki odpowiedzialne właśnie za korygowanie WKR; w tej grupie będą np. sądy, organy ochrony konkurencji, zbierania i przetwarzania danych statystycznych, ośrodki pomocy społecznej, urzędy zatrudnienia, instytucje zajmujące się sprawami rolnictwa i rynku spożywczego, rynku energii i surowców energetycznych etc.
3. Oczywiście wiemy, że pewna część tej redukcji związana jest z outsourcowaniem produkcji do zamorskich krain prolo-taniości; nie zmienia to jednak logiki naszego wywodu, tj. że w konkretnej lokalizacji w miejsce stanowisk wytwórczych muszą pojawić się stanowiska typu superfluous, z przyczyn o których w dalszej części wpisu. BTW. dość popularny jest mit, że biurokracja w USA zatrudnia stosunkowo niewiele biurw; faktycznie jednak w większości krajów OECD udział biurw mieści się w granicach 3-5% całej siły roboczej (pdf o tym tu str. 14) – w USA jest to circa 4%, czyli według tego źródła stanowi to ok. 56% tego, co zatrudnia przemysł produkcyjny. Tak że nie są to jakieś powalające liczby – przestrzeń do relokacji zbędnych proli za gubmintowe biurka jest nadal znaczna. Tymczasem jak na razie chyba wszędzie większość posad typu superfluous generowana jest najwyraźniej przez sektor prywatny. Tak czy owak – nawet te kilka % robi istotną różnicę dla nasmarowania obiegu monetarno-towarowego – w skali prawdopodobnie większej, aniżeli proponowane przez niektórych programy gwarancji zatrudnienia.
4. A i to też nie do końca może być mile widziane: wiemy, że lider krzewienia idei wolnej przedsiębiorczości (i demokracji), w swoich misjach zamorskich wykorzystuje na coraz większą skalę „misjonarzy”-najemników z firm prywatnych (obecnie stosunek najemników do regularnego wojska wynosi ok. 3:1, czytaj tu), a na własnym gruncie czynione są z kolei skuteczne próby uwolnienia sektora więziennictwa.
5. Z takim scenariuszem nie zgodzą się rzecz jasna ani zwolennicy tezy, że to podaż kreuje popyt, ani randroidzi (którym widok głodnego wręcz zaostrza apetyt – może nawet do tego stopnia, że byliby w stanie częściowo zrekompesować lukę popytową?), ani też stoicy termodynamiczni (czyli ci przekonani, że energia bierze się z gry popytu i podaży albo/i z innowacji).

Advertisements

2 thoughts on “Po co neoliberałom tyle biurw?

  1. bloglolka

    Częściowo się nie zgadzam. Przyrost miejsc pracy w administracji, to jednak kwestie większej świadomości złożoności świata. Klasyczny przykład to ocena oddziaływań środowiskowych (neoliberalizm „szanuje” ekologię, przynajmniej tak długo, jak długo dwóch odpowiednich ludzi nie spotka się przy ośmiorniczkach, ale każdy lepszy system też będzie musiał szanować, i to bez brania w cudzysłów). Inny klasyczny przykład w Polsce, to zapewne obsługa funduszy europejskich (gdzie szybko musiano wdrożyć nowe procedury, a stare też trzeba było obsługiwać). Z rozrostem biurokracji trzeba się po prostu pogodzić, gdyż ta jest zwyczajnie niezbędna do funkcjonowania wielkich struktur społecznych. Przynajmniej tak długo, jak długo ludzie nie nauczą się natychmiastowo dogadywać ze sobą w myślach i nie staną się absolutnymi altruistami. Czyli jeszcze długo. Inna sprawa, to odpowiedź na pytanie, w co kierowana jest cała administracyjna para, a w co powinna być.

    Za to sam postulat „redukcji zatrudnienia w biurokracji” jest potrzebny neoliberałom do promocji grodzenia oraz uśmieciawiania warunków pracy. W końcu wyoutsourcowane się nie wlicza do stanu. Bez względu na to czy mówimy o usługach sprzątania, czy o generowaniu „profesjonalnych” rekomendacji i raportów odnośnie dalszych działań.

    Lubię to

    Odpowiedz
    1. pracownia e-p Autor wpisu

      Neoliberałowie mają to do siebie, że dużo rzeczy „postulują”, oprócz redukcji biurokracji także np. likwidację deficytów budżetowych. Smoke&mirrors. Zobaczymy, co będzie się w praktyce działo z biurokracją zaangażowaną na potrzeby „obsługi funduszy UE”, kiedy to źródełko budowy bizancjum (i rezerw walutowych) wyschnie z końcem obecnej, zapewne ostatniej tury tej manny, Obstawiamy, że żadnych redukcji nie będzie.
      Tak jak napisaliśmy – (naszym zdaniem) faktycznie należy się „pogodzić z rozrostem biurokracji”, ale tylko w takim stopniu, w jakim pogadzamy się z tym, że praktyczny leseferyzm to jedyny system, który się sprawdza.
      Jednocześnie dla jasności nadmieniamy, że nie mamy nic przeciwko tym, którzy „wybrali” ścieżkę kariery biurwy – są to po prostu kolejne prolo-ofiary przyjętego modelu. Tyle tylko, że dobrze by było, gdyby prolo-biurwy nabyły świadomość tego, że ich zatrudnienie w znacznej części służy „małej stabilizacji”, która ma być – w planach neolibu – stanem permanentnym.

      Lubię to

      Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s