Czy to ekono-dobro czy ekono-zło – może powie kto?

Nastrajając się na odbiór jakichś ekono-treści, często można natrafić na sformułowanie, że coś jest dobre, a coś innego z kolei złe dla gospodarki. Np. wzrost PKB domyślnie uznawany jest za rzecz dobrą, podczas gdy bezrobocie robi za czarny charakter. Te plus kilka innych przykładów będą szerzej omówione w dalszej części odcinka; na razie jednak zastanówmy się chwilę, czy w ogóle tego typu kategoryzacja a priori według biegunowości dobro-zło ma jakikolwiek sens i uzasadnienie jeśli chodzi o budowanie logicznego ekono-przekazu.

Otóż naszym zdaniem nie bardzo. Nie tylko że – co oczywiste – żadne ekono-zjawisko nie będzie nigdy czymś ekonomicznie pozytywnym dla całej (czy nawet dla przeważającej typu 80%+) sapienso-zbiorowości na danym ekono-terytorium, ale co więcej, nawet przewidzenie faktycznych ekono-skutków dla jakiejś konkretnej grupy jest po prostu niemożliwe.

Po pierwsze: trzeba sobie zdać sprawę, czy uczciwie przyznać, że ekonomia w dowolnej odmianie to nauka (czy sztuka) uzasadniania jakiegoś konkretnego podziału zasobów, który nieuchronnie faworyzuje jedne zbiorowości względem innych. Np. ekonomia burżuazyjna promuje interesy burżuazji, marksistowska – proli, praktyczno-leseferystyczna – rentierów, mizesologia – psychopatów, ekonomia typu drill baby, drill – pokolenia obecne względem przyszłych, ekonomia ascezy termodynamicznej (jeśli coś takiego w ogóle jest)  – pokolenia przyszłe względem obecnych, ekonomia podażowa – eksporterów, ekonomia MMT – gotowych do pracy i  produkujących (względem czilautowców i kontra rentierom) etc. I nie chodzi tu wcale tylko o „postulaty” (jeżeli takowe są akurat częścią danego ekono-mempleksu), bowiem już sam opis czy sposób modelowania ekono-zjawisk, budowanie związków przyczynowo-skutkowych etc. – to będą z reguły konstrukcje, jak by nie abstrakcyjne, które tworzone są (czy powstają samoistnie) według perspektywy jakichś, mniej czy bardziej określonych ekono-interesów. Dla przykładu weźmy chociaż MMT-erów – ten gatunek ekono-chemitrailserów opisuje (nawet dobrze) meandry gospodarki towarowo-pieniężnej (nie mylić z gospodarką towarową, która działa w reżimie pieniądza pseudo-towarowego), ale już samo przyjęcie tego typu gospodarki jako default/domyślną bazę wyjściową do dalszych rozważań naznaczone jest piętnem subiektywizmu; taka analiza nie uwzględni np. uwarunkowań termodynamicznych, zignoruje inherentną wartość czasu wolnego czy nie będzie zawierać odniesień do dyskomfortów uczestnictwa w reżimie praco-najemno-niewolnictwa; przez to, chcąc-nie-chcąc, będzie promować ekono-interesy aktywnych eksploatatorów.

Druga sprawa: czaso-okres, w którego perspektywie dana ekonomia dokonuje bilansu korzyści dla preferowanej grupy jest z reguły ograniczony, głównie z uwagi nie tyle na krótkowzroczność, ale przez to, że jakiekolwiek dłuższe oszacowanie skutków ubocznych, które początkowo mogą być pomijalne, jednak wraz z upływem czasu mogą się kumulować do nieprzewidywalnych postaci, jest praktycznie niemożliwe. Jako (neo)klasyczny przykład można wymienić Wielką Moderację (Eliminację Kryzysów za Pomocą Narzędzi  Ekonomii Neoklasycznej Która Osiągnęła Stan Doskonały) ogłoszoną przez Bernankego bodajże w 2005 roku. Owszem – zgodnie z celem ekonomii neoklasycznej początek lat 2000 upływał pod znakiem ubogacania rentierów i lumpen-rentierów, cieszących się efektem łał-bogactwa wygenerowanego przez wzrost wyceny posiadanych przez nich aktywów, głównie mieszkań czy instrumentów pochodnych opartych na tym zasobie. Niestety, w pewnym momencie coś pękło i faza Wielkiej Moderacji przeszła w fazę Globalnego Kryzysu. „Na szczęście” ekonomia neoklasyczna nadal utrzymała się na pozycji rozdawacza kart na globalnym ekono-stoliku, i dzięki temu większości liczących się mega-rentierów nie stała się żadna krzywda; gubmintowa generacja cząstek pieniądzowych – wcześniej prezentowana jako zło-przeszkoda w budowaniu gospodarki opartej na rencie –  z dnia na dzień stała się dobrem koniecznym – instrumentem dostarczenia płynności dla instytucji bazowych dla tego typu modelu, czyli banków TBTF. Jak wiemy, żaden znaczący ekonom-neoklasyk nie zdołał (publicznie) wyartykułować ostrzeżeń dla klasy, której „z zawodu” ma obowiązek służyć, czyli dla klasy rentierów. Ostrzeżenia takie padały – ale z innych skrzydeł ekonomii burżuazyjnej, tj. np. od MMT-erów (czytaj tu), których zadaniem jest obrona interesów fabrykantów (nawet wbrew ich woli!), a także podobno ze strony ekonomistów deklarujących się jako mizesolodzy (którzy co prawda również zajmują się, oprócz promowania psychopatii, ochroną rentierstwa, ale raczej nie tego zalewarowanego po uszy, a bardziej takiego, które preferuje grać przeciw gubmintowi na instrumencie Au).

Po tym wstępie przejdźmy już do obiecanych przykładów:

Bezrobocie

– „oficjalnie” jest to wcielenie ekono-zła [1], ale (jak wiemy m.in. dzięki wiki.pl), ma też wiele plusów. Te 6 wymienionych przez wiki.pl to jednak tylko takie ekono-wisienki na prawdziwym torcie, jakim jest mega-zaleta możliwości dyscyplinowania proli reżimem NAIRU. Kapitalizm bez rezerwowej armii to jak komunizm bez elektryfikacji, albo gminne disco bez mamrota: niby sala przystrojona, z głośników lecą brutalne bity, i nawet licznie pojawiły się „suczki” (jeśli używamy właściwej terminologii) – ale tak naprawdę zabawa się nie klei i po półgodzinie wszyscy przenoszą się do sąsiedniej remizy, tej z wyszynkiem, gdzie sprawy mają się tak jak należy i zmierzają w sposób chaotyczny acz konsekwentny do grand finale, w trakcie którego ktoś zostaje skopany na glebie upstrzonej sążnistymi pawiami. Nie, nie wyobrażamy sobie kapitalizmu bez bezrobocia.

Dla kogo zatem bezrobocie będzie ekono-dobrem? Przede wszystkim – jako instrument kontroli inflacji – dla kasty wierzycieli. Natomiast jako narzędzie prolo-dyscyplinowania będzie służyć ogólnie do utrzymania podziału dochodu narodowego korzystnego dla kapitalistów (mimo, że w warunkach lepszego wykorzystania zdolności produkcyjnych bezwględny agregat zysków mógłby być wyższy, ale wiązałoby się to z erozją totemu praco-rozdawacza). No i oczywiście bezrobocie dostarcza wszystkim tym, którzy podczas lesefero-dyskoteki lubią przyglądać się kopaniu leżących, zarówno rozrywki jak i satysfakcji, bo „widocznie im się należało”.

Deficyty budżetowe

– na pierwszy rzut oka, przyjmując perspektywę bieżącej ekono-logiki środowiska kapitalistycznego, to ekono-zjawisko mogłoby się wydawać ewidentnie składnikiem kategorii ekono-dobra. Tj. bez wątpienia jest to czynnik, który wspiera algorytm M(t2) > M(t1), czyli pomaga podtrzymać zyskowność kapitalistycznych przedsięwzięć, a przez to z kolei, pośrednio, pozytywnie rzutuje na zatrudnienie (praco-rozdawnictwo). Tymczasem pomimo tych oczywistych pozytywów, ekonomiści neoliberalni znaczną część swojej energii memetycznej przeznaczają (skutecznie zresztą) na kampanię uczynienia z deficytów budżetowych zła wcielonego. Zresztą już sama nazwa dla takich wyników fiskalnych, które zwiększają stan aktywów netto sektora prywatnego, zawiera słowo-klucz („deficyt”; por. „nadwyżka”) wskazujące na pejoratywny charakter tego zjawiska tak, żeby ktoś się przypadkiem nie pomylił. Dlaczego tak się dzieje i jaki to ma sens?

Być może pomocna będzie ponownie właściwa identyfikacja głównych zadań, jakie stoją przed ekonomią neoklasyczną – czyli legitymizacji rentierstwa (nie zaś, jak się czasem zwykło przyjmować, maksymalizacji pekabu [2]) oraz utrzymania status quo w zakresie stosunków produkcji (tj. zachowania warunków pragmatycznie optymalnych dla kontynuacji niewolnictwa praco-najemnego w formach, które przynajmniej nie będą stanowić zagrożenia dla „konsensusu” kapitał-siła robocza ukształtowanego gdzieś w latach 1930-tych, lub korzystniej – będą nadgryzać ten konsensus tak, aby przechylić stół do gry jeszcze bardziej w kierunku praco-rozdawaczy). W tej ekonomii agregaty zysków (czy np. średni zwrot z kapitału) jak też i ΔPKB będą jedynie drugorzędnymi czynnikami motywacji działań aparatu czy ośrodków rozsiewania ekono-memetyki. Priorytetem nr 1 będzie zachowanie obrazu ‘rentierzy (wierzyciele) = kreatorzy bogactwa’ (albo zamiennie: siły ekono-rozsądku), a pochodne zadanie nr 2 będzie polegało na utrzymaniu dyscypliny prolo-populacji w każdych warunkach, a już zwłaszcza wtedy, kiedy priorytet nr 1 wygeneruje ekono-dyskomforty typu załamanie produkcji opartej o prawo wymiany, w ślad za czym pójdzie stagnacja czy spadek dochodów czy wzrost bezrobocia. Realizacji tych zadań służy cząsteczkowa teoria pieniądza (monetaryzm), tj. legenda, zgodnie z którą pieniądz jest podstawowym zasobem niezbędnym do ekono-aktywności dowolnego typu, i którego to zasobu (samo)-ubezwłasnowolnione gubminty muszą poszukiwać u podatników (lub u banksterki).

Inaczej: deficyty budżetowe to „ekono-zło” na podobnej zasadzie jak dla lokalnych właścicieli piekarni (reprezentujących w tej metaforze banki/władców kapitału) niewątpliwie złem będzie pojawienie się w miasteczku charytatywnego rozdawacza (gubmintu) własnoręcznie wypiekanych bułek potrzebującym (no chyba, że bułki te rozdawacz będzie kupował właśnie u naszych piekarzy płacąc odpowiednio dobrą cenę – nadal będzie to zło „psujące rynek”, ale zło do pewnego stopnia tolerowalne, bo nie pozbawiające zysków).

Nie musimy chyba dodawać, że grzech budżeto-deficytowania podlega natychmiastowej absolucji, jeśli jego przyczyną są wydatki militarne – z uwagi na to, że żadna nawet najpotężniejsza obomba nie będzie w stanie zwiększyć w stopniu zauważalnym siły nabywczej prolo-wytwarzaczy takich bomb (a jeśli nawet będzie – jak to mogło mieć miejsce podczas IIWŚ – kapitalistyczny gubmint zawsze może zapożyczyć instrumenty kontroli popytu stosowane przez kolektywistów typu reglamentacja) stąd w tym przypadku nasze priorytety pozostają nienaruszone.

Jeszcze z innej beczki: także niektórzy komuniści będą uważać deficyty budżetowe za zło, ponieważ te podtrzymują algorytmy kapitalistyczne przy życiu, a przez to przez to pozwalają konserwować niewolnictwo praco-najemne.

Żeby podsumować: „oficjalnie” DB to ekono-zło, „zakulisowo” – ekono-konieczność (nie dotyczy euro-sado-monetaryzmu), MMT-owo: ekono-neutralność (tj, wartość, która powinna być traktowana jako rezydualny wynik po osiągnięciu faktycznego ekono-celu, czyli pełnego zatrudnienia), a jeśli by chcieć odkryć trzecie dno – widzimy ponownie ekono-zło, czyli viagrę dla kapitalizmu, która blokuje ostateczny upadek systemu wyzysku opartego o wartość wymiany.

Deflacja

– ulubione ekono-samo-dobro mizesologów, a zło z kolei zarówno dla realistów wolnorynkowych jak i generalnie także dla mainstreamu praktyczno-leseferystycznego (przynajmniej w wersji „oficjalnej”). Tymczasem deflacja będzie faktycznie dobra dla tych wszystkich, którzy spodziewają się otrzymywać dochody określone w (przynajmniej) stałych wartościach nominalnych, przy czym oczywiście dużą rolę odgrywa stopień pewności, czy te płatności faktycznie zostaną wykonane.

Do kategorii beneficjentów tego ekono-zjawiska można zaliczyć np. wierzycieli (którzy mają zakontraktowane jako dochody określone nominalnie spłaty kredytu + oczywiście odsetki), kapitalistów, którzy zawarli długoterminowe nienegocjowalne kontrakty sprzedaży z wypłacalnymi partnerami (jak np. gubmint), emerytów, których nominalne świadczenia są w jakiś sposób gwarantowane oraz wreszcie pracowników – ale raczej tylko tych, którzy mogą z dużą dozą prawdopodobieństwa czuć się bezpiecznie, że drugie, złe ostrze dynamiki deflacyjnej (deflacja długu) nie wyrżnie z rynku płatnika ich nominalnych dochodów (czyli lokalne procesy deflacyjne nie zatopią ich praco-rozdawacza). Ogólnie sformułować można by wzór/algorytm: aby dana grupa mogła uznać deflację za  ekono-dobro, % deflacji powinien być większy od % ryzyka, że źródło zakładanych stałych przychodów/dochodów nominalnych w wyniku tych procesów deflacyjnych wyschnie. Tzn. np. przy deflacji 1% prol będzie statystycznie wygrany jeśli ryzyko, że jego praco-rozdawacz (który kalkulował ceny sprzedaży produkcji w oparciu o stare pre-deflacyjne dane, a niedajboże zaciągał pod tę produkcję kredyt) zmuszony będzie wskutek deflacyjnych presji takiego prola zredukować, jest mniejsze niż 1%.

Wierzyciele z kolei – w sprzyjającym środowisku wygenerowanym przez ekonomię leseferystyczną – dysponują dodatkowymi czynnikami-narzędziami (zastaw, hedżowanie), które mogą całkiem odwrócić takie równanie na ich korzyść (przejęcie zastawu o wartości większej niż kwota wierzytelności), złagodzić skutki niewypłacalności dłużnika (przejęcie zastawu o wartości mniejszej), bądź  (w teorii) zniwelować ryzyko takiego zdarzenia (w praktyce – przesunąć na inny poziom ekono-aktywności/rentierskości – tj. na poziom podmiotów ubezpieczających daną wierzytelność, jakąkolwiek pakietową formę w wyniku zaawansowanych procesów sfinansjalizowanego kapitalizmu by ona nie przyjęła); inną opcją post-wielko-moderacyjną nachylania stołu do gry w kierunku rentierstwa/kast wierzycieli będzie oczywiście bail-out, czyli skup toksycznych aktywów przez neoliberalny [3] gubmint.

Dłużnicy za to w zderzeniu z deflacją mogą sobie co najwyżej poczytać o zwyczajach Debt Jubilees sprzez kilku tysięcy lat oraz skonfrontować je z realiami współczesnego poligonu (zwanego Grecją), na terenie którego globalni wierzyciele przeprowadzają testy pod kryptonimem „Jak wycisnąć ostatniego euro-centa ze spauperyzowanej i upokorzonej euro-prolo-populacji, która „zdecydowała się” w dobrej wierze wchodzić w pakta z lesefero-diabłem”.

Dług publiczny

– „oficjalnie” – ekono-zło wcielone, w rzeczywistości nieunikniony artefakt zasilania kapitalizmu fazy nad-akumulacji viagrą deficytów budżetowych. Dług publiczny – oprócz tego, że dostarcza (głównie kapitalistom krajowym i zagranicznym, czy ogólnie – kaście wierzycieli) bezpiecznych aktywów finansowych – pełni nieocenioną rolę w dyscyplinowaniu populacji, która w przypadku braku tego straszaka mogłaby zacząć domagać się np. poprawy jakości usług publicznych czy zabezpieczeń socjalnych, co z kolei mogłoby osłabić skuteczność wyciskarki podaży prolo-godzin. Jak wiemy – jeśli chcemy nastraszyć skutecznie (bez użycia środków przymusu bezpośredniego)  standardowego prola – nie ma nic lepszego niż wyliczenie mu/jej, ile długu publicznego przypada na ich głowy „do spłaty”; żaden prol, który miłuje swoje dziatki, po takiej informacji już nigdy nie zagłosuje na żadnego populistę, gdyż nie będzie miał sumienia skazywać własnego potomstwa na „nieuchronną” spłatę takich socjal-ekstrawagancji; wystarczy, że dzieciak jak dorośnie, będzie spłacał własne, prywatne długi – jak każdy porządny prol, który może pochwalić się zdolnością kredytową!

Eksport

– duma i oczko w głowie każdego praktyczno-leseferystycznego gubmintu, ale także i wszystkich wyznawców ksenofobo-ekonomii, jak husario-racjonaliści.pl: „hurrra, kupują nasze!” Owszem – w świecie napędzanym spalaniem węglowodorów, zwłaszcza tych płynnych, dla większości krajów jakiś eksport jest niestety (do pewnego stopnia) smutną racjonalną koniecznością. Wszelkie znaczące nadwyżki netto to jednak, z logicznego/zasobowego punktu widzenia, czyste ekono-zło, ponieważ służą wyłącznie napychaniu kieszeni kapitalistów pod pretekstem praco-rozdawnictwa, którą to wymówkę prole – ciężko uzależnieni od praco-wciągania – przyjmują jednak niezmiennie za dobrą monetę, nie zauważając prostej zależności, że wysyłanie zasobów/towarów do dalekich krain jest tożsame z tym, że te dobra nie będą dostępne dla nich samych – w tym dla tych właśnie, którzy własnym potem (i własnym czasem) je wytworzyli/wydobyli/zebrali z pól etc.

Niestety, podobnie jak w przypadku zaawansowanego heroinisty, który za ‘działę teraz’ gotowy będzie pozbyć się nawet np. auta, które dotąd służyło mu do dojazdów do tańszego dealera, prole są zawsze w pełnej gotowości, żeby sprzedać swój czas na wytwarzanie produktów, które skonsumują inne prole, stojące (najczęściej wskutek jakiegoś geopolitycznego zbiegu okoliczności) wyżej w hierarchii frirajderstwa – taki praktyczno-leseferystyczny internacjonalizm.

W uzupełnieniu można dodać – otrzymując jeszcze bardziej złożoną mieszankę dobro-zła – że eksportowy wyścig do dna da się w pewien sposób racjonalnie uzasadnić. Otóż obsesyjne gromadzenie zagranicznych IOU – najczęściej $ – ma chronić przed załamaniem wartości waluty narodowej w wyniku np. ataku spekuły; jest to powszechnie stosowana post-traumatyczna strategia, przyjęta w reakcji na wydarzenia azjatyckiego kryzysu finansowego.

Żeby doprecyzować – bilans handlowy nie jest czynnikiem, który przesądza o kursie waluty – o tym decydują głównie przepływy finansowe; natomiast permanentne nadwyżki handlowe z czasem pozwalają zbudować bufor rezerw walutowych, chroniący w jakimś stopniu przez skutkami np. nagłej ucieczki spekulacyjnego kapitału finansowego. No i oczywiście „odpowiedni” potencjał produkcyjny stanowi swego rodzaju gwarancję dla posiadaczy/żonglerów finansowymi IOU sygnowanymi przez dany gubmint, że ich roszczenia będą mogły być zaspokojone; że za tym „papierowym” pieniądzem stoją realne zasoby, na których – dzięki pro-wierzycielskiej grawitacji zaindukowanej leseferyzmem – w razie problemów z wypłacalnością dłużnika, będzie można przeprowadzić bezpiecznie czynności zajęcia, mając za sobą siłę przestrzeliwaczy ekono-kolan, jak Eurogrupa.

Oczywiście takie „uzasadnienie” działa wyłącznie wtedy, kiedy za domyślny kontekst przyjmiemy zglobalizowaną leseferystyczną gospodarkę towarowo-pieniężną. Należy jednak zdawać sobie sprawę, że nadwyżki eksportowe, czyli agregat wszystkich towarów i usług wysłanych za granicę (pomniejszony o agregat towarów i usług z zagranicy przysłanych) składają się na realny koszt, jaki ponoszą prole-autochtoni za uczestnictwo swojego kraju w takim właśnie systemie gospodarczym [4].

Kurs wymiany („siła” waluty)

– na starym blogu ekono-burżuazyjnym o MMT pisaliśmy wielokrotnie o tym, jak to spadek płynnego kursu waluty narodowej może uratować gospodarkę w kryzysie (w przeciwieństwie do karmy krajów, które porzuciły suwerenność monetarną na rzecz np. przyjęcia €). Ta logika zachowuje sens dopóki poruszamy się w grawitacji algorytmu M(t2) > M(t1) oraz w miazmatach praco-rozdawania. Tzn. w tej narracji prole pomimo spadku ich siły nabywczej zyskują przez to, że ich praco-rozdawacz nie będzie zmuszony – dzięki np. polepszeniu się terms of trade na skutek rynkowej dewaluacji – zamknąć swojego punktu wyzyskobrania czy zredukować jego obsadę. Czyli – płynny kurs stanowi instrument bezpośredniej pomocy dla kapitalistów, dzięki mechanizmowi przerzucania kosztów kryzysu na barki wszystkich proli, z których część jednak zyskuje pośrednio, gdyż w przeciwnym razie zostałaby zredukowana i pozbawiona jakichkolwiek dochodów w ogóle (OK – w części krajów praktycznego leseferyzmu nadal z zasady wypłaca się zasiłki bezrobolom, aczkolwiek tory przeszkód, które bezrobol musi pokonać celem skorzystania z tej manny, stają się coraz bardziej zaawansowane [5]).

Generalnie, z punktu widzenia pragmatycznego anty-leseferyzmu zachowanie własnej waluty o płynnym kursie wydaje się być, mimo tych obiekcji, mniejszym złem, aniżeli przyjęcie obcej, czy usztywnienie kursu. Należy jednak zdawać sobie sprawę, że taki automatyczny mechanizm dostosowawczy działa w drodze zmniejszenia dostępności dóbr dla krajowej prolo-populacji, gdyż – celem umożliwienia prawidłowego funkcjonowania gospodarki opartej o wartość wymiany i motywowanej zyskiem – dobra te muszą być wysyłane za granicę, gdzie zostaną skonsumowane przez proli stojących wyżej w piramidzie frirajderstwa.

Warto jednocześnie zaznaczyć, że w niektórych przypadkach, kurs stały może być korzystniejszy z punktu widzenia makro, o czym przypomina m.in. jeden z większych zwolenników suwerennej waluty R.L.Wray (w swoim podręczniku do MMT). Można z tego wyciągnąć morał, że jeśli chodzi o ekono-recepty nie ma czegoś takiego jak ‘one size fits all’. Nawet nasza stała mantra o redukcji wymiaru czasu pracy najemnej w pewnych przypadkach – np. krajów, które nie posiadają adekwatnej do wyzwań bazy produkcyjnej – nie będzie mogła być uznana za właściwe remedium. Tymczasem praktyczni leseferyści spod znaku Konsensusu Waszyngtońskiego próbują (i to skutecznie!) przeszczepiać swoją post-monetarystyczną sztancę w niezmiennie prymitywnej postaci wszędzie, albo przynajmniej wszędzie tam, gdzie populacja okazała się za słaba lub zbyt naiwna (czy za bardzo chciwa), żeby odrzucić terapię „uzdrowienia przez przyłożenie neoliberalnych rąk” (czyli de facto wszędzie).

Oszczędności

– kolejny rzekomy ekono-mniód, który okazuje się jednak beczką dziegciu, jeśli tylko spróbujemy przestać interpretować finanse makro poprzez perspektywę legendy o funduszach pożyczkowych (loanable funds), gdzie pieniądze rodzą się z pracy jak myszy z brudu, a następnie odkładane są w bankach na półkach z napisem „oszczędności”, po czym Pan Bankowiec (nieco jowialny, w okularach, lekko przy tuszy, typ sumiennego księgowego, zupełnie nie-podobny do DiCaprio) może je pożyczyć przedsiębiorcom na inwestycje (kurtyna, oklaski).

Rzeczywistość jednak odbiega mocno od tego obrazka z monetarystycznej Strażnicy – żeby były oszczędności, maszynka do generowania renty musi najpierw stargetować kredyciarzy, którzy w bólach urodzą ten pieniądz (a w jeszcze większych bólach dokonają jego destrukcji, spłacając swoje mini-ratki), który następnie (generując po drodze mniejsze czy większe strumienie dochodów, w zależności od długości drogi, która dzielić go będzie od rachunku misia-oszczędnisia)  wyląduje na kontach „kreatorów bogactwa”, w tym samo-zadowolonych ciułaczy, trzęsących się odtąd jednak ze strachu przed inflacją. W obecnym paradygmacie – w którym gubmintowi zabronione jest dostarczanie cząstek pieniądzowych celem zaspokajania potrzeb do oszczędzania – oszczędności tak naprawdę są kamieniem młyńskim u szyi gospodarki działającej w oparciu o algorytm M(t2) > M(t1); spowalniaczem/zamrażaczem obiegu pieniądza. Zgodnie z tą logiką ciułacze powinni zostać uznani za sabotażystów pekabu i zastąpić yeti „żyjących wygodnie z zasiłków” w roli pariasów gospodarki wolnorynkowej. Tak się jednak nie dzieje, a to z uwagi na fakt, że gros cząstek oszczędnościowych spoczywa na rachunkach klasy władców kapitału i praco-rozdawaczy. Czyli jak zwykle – aby zachować w głowie obraz wewnętrznej spójności leseferystycznego mempleksu, rozdwojenie jaźni jest warunkiem do tego koniecznym (i na ogół wystarczającym).

Wzrost PKB

– to jedna z ekono-spraw, którą praktycznie wszyscy ekonomiści burżuazyjni (ale chyba także spora część marksistów) zgodnie uważają za ekono-dobro. Faktycznie, dodatnia ΔPKB, oprócz tego że napycha kieszenie kapitalistom i przynosi żniwa dla banksterki, która te wzrosty musi w pocie czoła finansować, może także wpłynąć pozytywnie na zawartość prolo-portfeli, czy nawet poprawić nieco prolo-pozycję negocjacyjną na tzw. rynku pracy.

Jednak także i ta kategoria ma swoją drugą, ciemniejszą stronę. Negatywy będą dotyczyć przede wszystkim kwestii środowiska – rosnący pekab to większe wolumeny węglowodorów wyekstrahowane spod ziemi, a następnie spalone w kotle do warzenia tegoż pekabu; ekspansja farm przemysłowych, rozlewanie się deweloperstwa, a także najczęściej – wzrosty cen większości towarów i usług, co nie jest dobrą wieścią dla tych, którzy otrzymują np. stałe dochody nominalne lub np. planowali wyzwolić się z niewolnictwa praco-najemnego dzięki zgromadzonym (czy odziedziczonym) oszczędnościom.

Okres dobrej koniunktury to także kiepski czas na rozmowy o skróceniu wymiaru praco-najemno-niewolnictwa; wręcz przeciwnie: więcej zamówień –> więcej roboty –> więcej pary w pekabowy gwizdek. No i kiedy nieuchronnie przyjdzie koniec bonanzy, pozostanie do spłacenia góra kredytów, z tym że po każdym kolejnym boomie jest ona coraz większa; grunt jednak to cieszyć się chwilą; rolę ekono-przyrządu do ćwiczeń w samo-zamartwianiu się nad losem świata wypełnia jak na razie z powodzeniem dług publiczny.

Inwestycje

– wreszcie na desero-koniec (i dlatego niealfabetycznie) coś specjalnego, co generalnie prawie jest, czy też mogłoby potencjalnie być, zaprzeczeniem przedstawionej w dzisiejszym odcinku zasady nieuchronności dualizmu natury ekono-zjawisk. Co prawda dzięki Kaleckiemu wiemy, że „kapitaliści inkasują z powrotem wszystko to, co wydali”, czyli że (przy nie tak znowu naciąganym założeniu, że praco-najemnicy nie są w stanie odłożyć oszczędności netto) suma wydatków kapitalistów na inwestycje daje na wyjściu agregat ich zysków (w skali makro, a nie każdemu z osobna, ok?), a zatem inwestycje służą w pierwszym rzędzie samym kapitalistom (jako klasie). Ale jednocześnie inwestycje co do zasady powinny (pomijając mitologię „tworzenia miejsc pracy w drodze inwestycji”, na który to totem my w PE-P spoglądamy z obojętną rezygnacją) prowadzić do poprawy produktywności, a przez to stwarzać mogą warunki do redukcji wymiaru czasu praco-najemno niewolnictwa (czy też przynajmniej poprawiać warunki uprawiania tej godnej pożałowania aktywności).

Tak więc w zasadzie, pragmatycznie, nie można by się było do niczego przyczepić, gdyby nie jedna rzecz, będąca dziedzictwem kontrrewolucji marginalistycznej z końca XIX w., czyli wyalienowanie pojęcia zysku od ekono-bazy czy zasobo-sensowności. Zgodnie z filozofią uprawianą przez marginalistów zysk jest wartością samą w sobie, tzn. nie należy zaprzątać sobie głowy (co czynić zwykła poprzednia generacja leseferystów, czyli ekono-klasycy tacy jak Smith czy Ricardo) tym, skąd ten zysk się bierze, tj. jaka działalność (wytwórcza czy rentierska) prowadzi do jego generacji. Jedynym testem tego, co jest ekono-dobre, a co ekono-złe, jest zgodność danej aktywności z algorytmem M(t2) > M(t1).

Co istotne, algorytm ten, sprowadzając sygnały na wejściu i na wyjściu do zunifikowanej jednostki kwantyfikacji (M – czyli PLN, USD etc.)  wyklucza nie tylko analizę źródeł tych sygnałów, ale także pomija wszystko to, co z jakiś przyczyn nie przybiera („nie-da-się” sprowadzić do) formy zmonetyzowanego kwantyfikatora. Przykładem czegoś takiego będzie np. las (np. puszcza tropikalna); czyli – jeśli np. jakiś kapitalista przybędzie po to, aby w miejsce tej puszczy zainwestować w uprawę soi do karmienia tuczników (albo rzadziej wegetarian), albo palm na olej, to naszemu Algorytmowi nie-podlegająca-monetyzacji wartość tego lasu (jeśli jakąś tego typu wartość – dajmy na to zwierzo-mieszkaniową, sapienso-zbieracko-łowiecką czy CO2 absorbującą – taki las posiada) będzie doskonale obojętna (nie licząc oczywiście kosztów wycinki).

Innym takim czymś, co nie posiada wartości monetarnej jest prolo-czas wolny. W związku z tym inwestycja np. w zakład telemolestowania będzie perfekcyjnie OK, dopóki przynosić będzie jego właścicielowi więcej cząstek pieniądzowych, aniżeli wyniosły jego koszty monetarne. To, że taka inwestycja w żaden sposób nie poprawia dostępności potrzebynch dóbr i usług, przy okazji konsumując prolo-czas wolny zarówno pracowników, jak i ich tele-ofiar – nie ma absolutnie żadnego znaczenia do oceny efektywności tej inwestycji. Jednak dla PE-P marnowanie prolo-czasu to jedno z największych ekon-zeł, stąd też i w przypadku inwestycji nie omieszkaliśmy wrzucić łyżki ekono-dziegciu do wielkoleseferowej miodo-beczki.

____________________

1 W PE-P wyrażenie „ekono-zło” było/będzie używane również w nieco innym kontekście, niż dla określenia korzyści/nie-korzyści ekonomicznych, a mianowicie w odniesieniu do otumaniania populacji przez rozsiewanie prolo/środowisko-szkodliwej ekono-memetyki, w tym zwłaszcza ekono-memetyki ortodokso/praktyczno-leseferystycznej.
2 Źródła tego należy upatrywać w koncepcie, w którym za dobrą działalność gospodarczą uważana jest taka, która niezależnie od jej charakteru jest kompatybilna z algorytmem M(t2) > M(t1), czyli generuje zmonetyzowany zysk (jedynym warunkiem jest możliwość naniesienia jej na „oficjalne” księgi notujące przepływy finansowe; stąd z tego rachunku wykluczone są generalnie przychody mające źródło w działalności kryminalnej, ale także wszelka aktywność, w której producent i konsument to ten sam podmiot – np. przygotowanie sobie samemu lanczyku, zwłaszcza z własnoręcznie uprawianych roślino-gadżetów czy własnoręcznie schwytanych (nie zalecamy!) zwierzo-gadżetów, należy do kategorii ekono-próżni, czyli z punktu widzenia pekabu jest niewidzialne, a przynajmniej nie-mierzalne, choć próby szacunkowego doliczania tego typu sapienso-zachowań do dobrobyto-bazy są podejmowane.
3 Neoliberalny gubmint czyli taki, który operuje, trzymając się prawd objawionych zasad ekonomii neoklasycznej. Ta nauka, jak wiemy, niedyskryminacyjnie zalicza dochody rentierstwa jako element budowania bogactwa pekabowego, stąd rentierstwo – kastę wyjątkowo przecież efektywną w generacji M+ z M – należy chronić zacięcie jak  samych oszczędności koniecznych przecież do finansowania inwestycji etc. etc.
4 Oczywiście są pewne wyjątki od tej zasady; np. weźmy produkt typu Windows – ile milionów sztuk byśmy nie wysłali za granicę, nadal będziemy w stanie dostarczyć dokładnie tyle samo (czyli ∞) naszej własnej populacji; nieco podobną kategorią będą dochody eksportowe w tej części, która wynika np. z opatrzenia jakiegoś (wytworzonego w kraju czy za granicą) produktu jakimś znakiem firmowym, który podwyższy wartość wymiany; eksport tego typu „wartości” (intelektualnych, znako-firmowych etc.) nie zmniejsza naszej puli zasobów, ani nie wymaga dodatkowych nakładów prolo-czasu do realizacji. Można się też spierać, jaki jest bilans w przypadku, kiedy w danym kraju następuje np. finalny montaż produktu przeznaczonego na eksport z komponentów sprowadzonych z zagranicy (czy realne koszty ograniczą się wtedy do straconego prolo-czasu + wydatkowana na montaż energia?).
5 Przywodzić to może czasem na-myśl zabawy typu squirrel-challenge. Co prawda jako śmiesznej prolo-wiewiórce nie dajemy ci większych szans na jakiś stały etat, ale mamy dla ciebie parę orzeszków za friko – wystarczy, że pokażesz jakąś sztuczkę. Oczywiście bez żadnego problemu (i nawet taniej, bo odpadły by nam koszty budowy toru przeszkód) moglibyśmy ci te orzeszki dać wprost do łapek, ale wtedy stałabyś się prędko rozleniwioną roszczenio-wiewiórą, zakałą naszego lasu, który wyrasta na ściółce prolo-kompostowej zgodnie z zasadami ekologii socjal-darwinistycznej.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s