NARREIRR czyli PE-P rusza na wojnę z inflacją

W dzisiejszym odcinku czas na bardziej oryginalny [1] wkład od PE-P w obiecanym temacie „zagospodarowania prolo-dochodów przez rentę”.

Jak wiemy w kapitalizmie występuje ewidentna systemowa tendencja do „zagospodarowywania” wszelkich ewentualnych „nadwyżek” prolo-dochodów przez sektor, który można określić jako rentierstwo. Pod tym pojęciem kryje się mniej-więcej sektor FIRE (finanse, ubezpieczenie, nieruchomości) uzupełniony jakimś marginesem dorywczego lumpen-rentierstwa. W trakcie tego procesu zagospodarowywania,  kiedy tylko prolom uda się w jakiś sposób wywalczyć realne podwyżki płac, szereg trudnych do precyzyjnego zdefiniowania czy uchwycenia mechanizmów sprawia, że prędzej czy później uzyskana nadwyżka ląduje w większej części w kieszeniach właśnie rentierstwa. Roboczo można to sformułować jako hipotezę auto-dostosowania się renty do poziomu dochodów.

Jakie są przejawy tych procesów? Otóż tam, gdzie dochody proli rosną, w górę idą jednocześnie np. stawki najmu, a za tym z kolei podążają ceny apartemą (czy vice-versa). Rosnące ceny apartemą z kolei jak światło świecy przyciągają na rynek kolejne lumpen-rentierskie ćmy, które uwierzyły w hasło „taniej już nie będzie” i chcą też załapać się (często na kredyt) do tego geometrycznie przyspieszającego pociągu, w efekcie czego „lokomotywa gospodarki” zostaje zasilona nowym paliwem i pekab faktycznie akceleruje.

Problem w tym, że ten pociąg jedzie donikąd, tzn. apartemą same w sobie nie zwiększają zdolności wytwórczych gospodarki, a z zasobowego punktu widzenia – a już zwłaszcza jeśli  populacja znajduje się w (korzystnej) fazie demograficznej stabilizacji  – oznacza „inwestowanie” w nieproduktywne środki rzeczowe. Dodajmy, że rozpatrujemy tu głównie zjawisko kupowania kwadratów celem generowania renty (czy celem zarabiania na wzroście wyceny aktywów bądź ewentualnie celem lokowania nadpłynności)  – PE-P nie krytykuje ani nie zamierza (na razie! lols) pozbawiać proli możliwości kupowania mieszkań na własny użytek!

Koniec końców taka gospodarka zasobami może całkowicie oderwać się od perspektywy, gdzie produkcja ma zaspokajać jakieś faktyczne potrzeby (inne niż pościg za algorytmem M -> M+). W konsekwencji nawet jeśli w wyniku takiej bonanzy podaż apartemą rośnie, musi być to z definicji zawsze wzrost tylko do punktu, w którym ceny nadal rosną (lub przynajmniej nie spadają). W przeciwnym wypadku lumpen-rentierzy, którzy mogą stanowić nawet 50%+ pasażerów pociągu, straciliby zainteresowanie, i albo zaczęliby szukać innych sposobów darmowej przejażdżki napędzanej ich (pożyczonymi czy nie) aktywami finansowymi (uciekając np. z złoto, akcje etc.), albo w ogóle porzuciliby aspiracje takiej jazdy, rezygnując tym samym z zaciągania kredytów do lewarowania takich frirajderskich strategii.

Inaczej, w tej konkretnej dziś omawianej grze, ceny kwadratów obecnie ustalane są w praktyce odgórnie przez centralnych planistów z banksterki – tj. ich poziom jest mniej więcej taki, na ile banki będą skłonne udzielić kredytu pod zastaw tych kwadratów mieszkaniowych (znajduje to potwierdzenie w faktografice, gdzie ceny nieruchomości mieszkalnych w zdecydowanej większości krajów leseferystycznych są w sposób oczywisty całkowicie oderwane od kosztów odtworzeniowych, przekraczając je często o 100, czy w topowych lokalizacjach nawet o kilkaset %+; w miejscowościach „turystycznych” problem zaogniają dodatkowo takie przedsięwzięcia jak Airbnb, ale jak wiemy każdy turysta to skarb dla lokalnej gospodarki  – pomyślmy o tych wszystkich miejscach pracy dla kelnerek i w ogóle).

Jeżeli w ten sposób – centralnie i gdzie cena np. generycznego chleba powiązana byłaby sztywno z wysokością zarobków na danym terenie (czyli kiedy ten sam chleb w Lubaczowie kosztowałby 2 zł, ale w Warszawie już 12) – ustalane byłyby ceny innych dóbr powszechnego użytku, wolnorynkowcy podnieśliby zapewne wielkie larum. Tymczasem jeśli dotyczy to mieszkań – cisza, a przecież schronienie to według maslovo-piramidy jedna z podstawowych potrzeb sapiensiaka.

Końcowym i trwałym skutkiem tej dynamiki jest zjawisko, gdzie nawet jeśli realne dochody proli rosną, faktyczny dochód do dyspozycji pozostaje bez zmian (bądź nawet spada), ponieważ cała „nadwyżka” zostaje skonsumowana przez wzrost kosztów najmu (lub kosztów obsługi kredytu w przypadku kupujących na własny użytek). (Innym przykładem podobnej dynamiki będzie „dostosowywanie się” kosztów leczenia do dochodów w krajach, gdzie służba zdrowia padła ofiarą zaawansowanej komercjalizacji/towaryzacji; jeszcze inny przykład to kredyty studenckie, szczególnie „popularne” w USA – ale o tych sprawach może kiedy indziej.)

Co najistotniejsze z naszej perspektywy PE_P – ten degeneracyjny proces stanowi jednocześnie jeden z głównych czynników blokujących postęp w redukcji wymiaru czasu pracy najemnej (oczywiście w systemach-naczyniach połączonych globalizacją innym wymiarem, gdzie działają siły regresu, jest paradygmat pro-eksportowego wyścigu do dna, w którym „sukces” warunkowany jest zdolnościami do dyscyplinowania i maksymalizacji wysiłku prolo-autochtonów celem zaopatrywania w realne dobra jakichś innych, stojących wyżej w hierarchii społeczności; ale o tym już kiedy-indziej).

Wśród konwencjonalnych sposobów na przerwanie błędnego koła rosnących kosztów utrzymania w zakresie realizacji potrzeb mieszkaniowych można wymienić takie propozycje jak:

  • Deregulacja, czyli inaczej: należy pozwolić deweloperce stawiać bloczyska wszędzie i jak im się podoba, w nadziei, że zaindukowany jeszcze większą dawką leseferyzmu wzrost podaży musi w końcu przynieść normalizację cen. Niestety, narracja ta pomija fakt, że deweloperka nadal będzie mogła wybudować tylko tyle, na ile „pozwoli” im banksterka, która przecież przydziela punkty-pieniądze kredytowe na takie przedsięwzięcia. Ponadto nawet wzrost podaży wcale nie gwarantuje spadków cen – wielu rentierów nie będzie w stanie pogodzić się z ujemną rentownością przynajmniej aż do czasu, kiedy bańka ostatecznie pęknie, a takie pęknięcie może pogrążyć całą gospodarkę opartą o algorytm M(t2) > M(t1) w głębokim kryzysie (patrz GFC z 2007/08). Wtedy jednak spadną również i prolo-dochody i w ten sposób zasada auto-dostosowujących się rent zostanie zachowana.

  • Regulacja banksterki – zwłaszcza w zakresie zaostrzenia procedur oceny zdolności kredytowej – to rzeczywiście mogłoby zadziałać, jeśli chodzi zapobieganie pompowaniu baniek mieszkaniowych w przyszłości. Jednak nie bardzo widać, jak w rozsądnej perspektywie czasowej mogłoby to służyć zwiększeniu dostępności mieszkań (zaindukować spadek rent wynajmu czy cen kwadratów). Takie dostosowanie trwałoby prawdopodobnie co najmniej do czasu, kiedy już obecnie zaciągnięte kredyty zostałyby pospłacane, czyli 10-20 czy więcej lat (i to pod warunkiem stabilizacji demograficznej). A regulacje, jak wiemy z historii, mają to do siebie, że prędzej czy później stają się przedmiotem zapędów deregulacyjnych, a już zwłaszcza wtedy, kiedy wydają się nie przynosić ewidentnych i natychmiastowych korzyści. Odwrócenie regulacji, a już zwłaszcza regulacji finansowych, jest tym prostsze, że dla generalnej publiki są one niczym więcej jak niezrozumiałym abstraktem (a czasem nawet będą postrzegane jako „przeszkoda” na drodze nabycia własnego M postawiona złośliwie przez gubmint,  jak słynna, jakkolwiek oczywiście za mało zamordystyczna, rekomendacja S z 2006 r.).

  • Programy taniego budownictwa państwowego (czy „społecznego” [2]), czyli takie, w których gubmint za pośrednictwem swych agencji uruchamia przedsięwzięcia mieszkaniowe na zasadzie bądź to dotacji, bądź samofinansowania (przyszli najemcy w czynszu spłacają „kredyt” zapewniony przez gubmintowe/komercyjne instytucje generowania pieniądza). To rozwiązanie wydaje się najskuteczniejsze z tu wymienionych, jeśli chodzi o przełamanie procesów prowadzących do auto-dostosowania się rent. Potencjalne problemy to opór ze strony histeryków długu publicznego, ze strony lobby banksterskiego (zresztą często są to te same jednostki), a także oczywiście krokodyle łzy dewelocwaniaków i szloch rentierów. Czyli mówiąc krótko, skuteczne wprowadzenie takich programów na znaczącą skalę wymagałoby zmierzenia się z czterema obozami lobbystycznymi, które należą (oprócz sektora paliwowego, farmaceutycznego i zbrojeniowego) do najpotężniejszych sił w gospodarce praktycznego leseferyzmu. Nawet jeśli ten opór dałoby się przełamać, każda zmiana gubmintu będzie nieść ryzyko kontr-rewolucyjnego zamachu (typową metodą na demolkę takiego systemu będzie obietnica „uwłaszczenia” najemców; zwróćmy uwagę, że w ten sposób taki program może łatwo stać się ofiarą własnego sukcesu: kiedy liczba uczestników-najemców osiągnie pewien próg, staną się oni potencjalnym targetem dla „populistów” leseferystycznych – miłośników własności prywatnej – vide Right to Buy, której to polityki dalekosiężne skutki dla „dostępności” czynszów możemy teraz obserwować w UK).

Nie musimy dodawać, że wszelkie pomysły typu dopłaty do zakupu mieszkań, dopłaty do czynszów (czy co gorsza dopłaty do kredytu) jak i ulgi podatkowe nie dość że są całkowicie nieskuteczne, jeśli chodzi o polepszanie dostępności mieszkań, ale często wręcz pogłębiają problemy wynikające z prawa auto-dostosowywania się renty i stąd nie zasługują tu nawet na 2 zdania omówienia.

Biorąc pod uwagę, jak destrukcyjne jest działanie „prawa” auto-dostosowujących się rent, identyfikując główne źródło tych procesów w obszarze gospodarki mieszkaniowej, a jednocześnie zauważając słabości wymienionych wyżej propozycji PE-P przygotowała swój program zmierzający do (bezkrwawego) rozwiązania tego problemu raz-na-zawsze.

Z pozoru może się wydawać, że nasz program ma na celu „od-towaryzowanie” środków zaspokajania potrzeb mieszkaniowych, faktycznie jednak PE-P, tworząc szkic tego konceptu, inspirowała się tzw. rynkiem pracy w środowisku NAIRU, o czym więcej za chwilę.

Na początku zaznaczmy, że przedmiotem reformy byłyby objęte prawa obywateli do zaspokajania potrzeb mieszkaniowych, ale tylko jeśli chodzi o zaspokajanie ich w drodze najmu. Naszym zdaniem rozwiązania takie jak konfiskata/uspołecznienie całego zasobu mieszkaniowego czy regulowane ceny kupna-sprzedaży to nie są dobre (czy przynajmniej nie są praktyczne) pomysły w warunkach, kiedy znaczna część populacji już posiada tego typu dobra na własność; ale wyjęcie instytucji najmu spod władzy Centralnych Planistów Prywatnych powinno w zupełności wystarczyć, żeby skutecznie zrealizować ideę normalizacji obszaru realizacji potrzeb mieszkaniowych, która odpowiadałaby wyzwaniom przedstawionym na wstępie. Niemniej dla zapewnienia sukcesu naszej strategii należałoby poważnie rozważyć równoległe odtowarowienie obrotu ziemią (najlepiej połączone z jakąś formą odchodzenia od posiadania ziemi na rzecz użytkowania, indukowaną np. za pomocą odpowiednich instrumentów podatkowych; krokiem do przodu byłaby alokacja jakichś praw warunkowego użytkowania w oparciu o kryteria przydatności/celu publicznego, a krok dalej – w szerszej perspektywie przywrócenie na szeroką skalę obszarów commons, które mogłyby następnie posłużyć jako zaczyn azylów-ostoi dla wszystkich chętnych i zdeterminowanych do ucieczki przed niewolnictwem praco-najemnym, co miałoby szanse ułatwić łagodne odejście systemów towarowo-pieniężnych w niechlubną niepamięć). Ale to na marginesie; przejdźmy do meritum konceptu.

Technicznie, aby dopełnić ten proces (czyli przekuć ideę w rzeczywistość legislacyjną) wystarczyłoby ustanowić 2 zasady prawne/konstytucyjne: Pierwsza, że wynajem nieruchmości mieszkalnych stanowi monopol gubmintu [3], który ustala jednocześnie rozsądne (oparte np. o wartość odtworzeniową + ew. godziwy zysk [4]) stawki takiego wynajmu (które mogą być następnie uzależnione od lokalizacji jako narzędzie wspomagania alokacji/dostosowania potrzeb do lokalnych zasobów). Tzn. każdy, kto posiada nieruchomość mieszkalną, z której chce uzyskiwać dochody, zgłasza ją do odpowiedniej agencji gubmintowej (nazwijmy ją roboczo Agencją Zagospodarowania Zasobów Mieszkaniowych – AZZM), a ta zaczyna od chwili zgłoszenia wypłacać właścicielowi czynsz w wysokości należnej [5] jw. – rentier nie musi się już martwić o znalezienie klienta, ani o to, czy ktoś mu się w lokalu nie zasiedzi czy go nie zdewastuje – to od tej chwili problem gubmintu. W zamian za to AZZM dysponuje lokalem i wynajmuje go chętnym według określonego, jasno zdefiniowanego klucza-algorytmu i za stawkę czynszu, jaka uznana będzie za stosowną. Co do zasady większość lokali powinna być wynajmowana według stawek identycznych (lub ew. troszkę wyższych celem pokrycia kosztów własnych AZZM) jak te wypłacane przez AZZM rentierowi, ale część może być przyznawana na zasadzie pomocy socjalnej i dotowana.

Co istotne dla naszej narracji: w powyższy sposób dokonany zostanie proces alienacji rentiera od źródła jego zarobku; dodajmy proces bardzo podobny jak ten, któremu podlegają obecnie „dostawcy” siły roboczej, czyli prole, które również podlegają wyalienowaniu od środków jak i od procesów produkcji, z tym że w ich przypadku cenę „urzędową” (czy odtworzeniową) ustalają praco-rozdawacze według swojego upodobania (w praktyce najczęściej bazując na ustalonej przez praktyczno-leseferystyczny gubmint stawce minimalnej).

Jednocześnie, aby zapobiec ewentualnemu „bojkotowi” (czyli hipotetycznej sytuacji, w której rentierzy nie będą chcieli zgłaszać mieszkań na rynek według zadekretowanych stawek), zadziała zasada nr 2 w postaci sankcyjnego opodatkowania pustostanów (podatek od nieruchomości, w których nikt „oficjalnie” nie zamieszkuje, w wysokości np. dziesięciokrotnej stawki podstawowej) [6]. To można z kolei porównać do już obecnie funkcjonującej filozofii „aktywizacji” bezrobotnych, tj. stworzenia odpowiedniej presji na tych, którzy nie chcą dostarczać podaży swoich prolo-godzin „na rynek”. Oczywiście z przyczyn praktycznych temu wszystkiemu musiałyby towarzyszyć stosowne sankcje za wynajem/podwynajem „na dziko”, tj. bez pośrednictwa agencji gubmintowej, czy za fikcyjne meldowanie np. członków rodziny celem obejścia podatku „absencyjnego” (podobnie, jak ukarany może zostać prol ukrywający dochody z pracy na czarno). (Tu samokrytycznie dostrzegamy wadę nr 1 naszej propozycji, tj. aby detekcja pustostanów czy weryfikacja zamieszkania była skuteczna, warunkiem koniecznym byłby zaawansowany gubmintowy system ewidencji i kontroli – coś jak zaostrzony obowiązek meldunkowy; niemniej neoliberalne państwo już obecnie tak czy owak, samo czy przy pomocy korporacji, inwigiluje populację, tyle tylko że głównie za pomocą metod, które na co dzień są nieodczuwalne czy „niewidoczne”. Lub inaczej: szpiegowanie pustostanów można traktować  jako niemiły skutek uboczny kompromisu, w którym zamiast bezpośredniego planowania i dystrybucji zasobów mieszkaniowych tworzymy rynek z wbudowanym mechanizmem kontroli inflacji.)

Teraz zwróćmy uwagę na analogie z modelem NAIRU. Po pierwsze główną, niewątpliwie wspólną ideą obu konceptów jest dążenie do powstrzymania wzrostu cen; w NAIRU chodzi o ogólny poziom cen, podczas gdy nasz koncept próbuje rozwiązać ten problem w obszarze, w którym NAIRU najwyraźniej nie działa (czyli jeśli chodzi o ceny mieszkań). Ta analogia pozwala nam przyjąć roboczą nazwę naszego konceptu jako NARREIRR, tj. Non-Accelerating Residential Real Estate Inflation Rate of Rents (czyli Nie Zwiększający Inflacji [cen] Nieruchomości Mieszkalnych Poziom Czynszów Najmu).

Pozornie mechanizmy kontroli cen są w obu porównywanych przypadkach odmienne, jednak jeśli spojrzeć bliżej, także i tu da się zauważyć analogie. Reżim NAIRU kontroluje pośrednio ogólny poziom cen poprzez różnego rodzaju interwencje (o których pisane było tam), które uruchamiane są, kiedy bezrobocie spadnie poniżej poziomu uznanego przez leseferystyczną nomenklaturę za naturalny. Następnie w wyniku takich interwencji albo spada poziom zatrudnienia albo/i rośnie podaż prolo-godzin, czego oczekiwanym efektem jest powstrzymanie wzrostu płac, co pozwala biznesowi utrzymać ceny przy zachowaniu dotychczasowego udziału w torcie zysków z produkcji.

W reżimie NARREIRR również zmierzamy do powstrzymania wzrostu cen (mieszkań) ustalając inny parametr, tj. czynsz. Następnie, w środowisku, w którym znaczna część mieszkań kupowana jest z przeznaczeniem na wynajem (oraz oczywiście gdzie zaspokajanie potrzeb mieszkaniowych w drodze nabycia na kredyt bądź skorzystania z najmu jest w znaczącym stopniu substytucyjne), ceny zostają niejako zakotwiczone [7] poprzez czynnik stopy zwrotu, którą rentier będzie skłonny uznać za racjonalnie satysfakcjonującą.

Również wykorzystywane przez memetykę NAIRU poszukiwanie jakiegoś „naturalnego” poziomu czegoś (w tym konkretnym przypadku bezrobocia), posiada pewnien odpowiednik w NARREIRR, z tym że w przypadku konceptu PE-P naszym graalem naturalności będzie taki poziom cen nieruchomości mieszkalnych, który odzwierciedla koszt (czy społecznie niezbędne nakłady pracy i materiałów) ich wytworzenia. Co więcej, ceny te w naszym rozwiązaniu zawierać będą dodatkowy margines (godziwy zysk) pozwalający na regenerowanie się zasobu, podobnie jak to ma miejsce na rynku pracy, gdzie mediana płac zapewnia prolowi (powiedzmy) margines lekko powyżej poziomu subsistence tak, aby znalazło się jeszcze parę groszy na prolo-reprodukcję.

Dalej, ktoś może zaoponować: ‘rynek pracy vs. monopol państwa’ to przecież kompletne przeciwieństwo! Będzie to jednak stanowić bardzo płytką krytykę, którą sparować można dość łatwo. Otóż przecież w obu przypadkach agent posiadający coś na sprzedaż (kwadraty na wynajem czy czas na wynajem) celem „realizacji” swojej podaży zmuszony jest skorzystać z „platformy moderującej”, która w obu przypadkach jest tylko jedna, tj. posiada monopol. W reżimie NAIRU taką platformą jest tzw. rynek pracy, a w NARREIRR – AZZM – w obu przypadkach tylko na tych platformach można dokonać wymiany. Inaczej: standardowy prol nie ma innego sposobu zapewnienia sobie poziomu subsistence, jak tylko zgłosić podaż swojego czasu na platformie rynku pracy, tj. np. nie ma praktycznej możliwości osiedlenia się na jakimś skrawku commons [8], na którym mógłby następnie postawić siedlisko, uprawiać roślino-gadżety czy hodować zwierza. Jedyną szansą dokonania wyboru pozostawania poza reżimem rynku pracy dla standardowego prola (który z zasady nie ma przecież żadnych oszczędności) jest odziedziczenie takiego ogrodzonego skrawka bądź zamiennie – majątku o dość znacznej wartości netto. Tymczasem dysponenci metrów kwadratowych mogą obecnie robić z nimi praktycznie wszystko, co chcą. Ergo: skoro w pierwszym przypadku (i to w przypadku gdzie rozmawiamy o chyba najcenniejszym zasobie, który posiada sapiens, czyli o czasie życia) mamy ewidentnie do czynienia z ograniczeniem wolności wyboru, na jakie cele zasób ten można realistycznie przeznaczyć, o tyle w tym drugim pełna swoboda przyjęta jest za normę. Coś tu się logicznie nie zazębia!

Jeszcze z innej strony: platforma pośrednicząca w wynajmie prolo-czasu (rynek pracy) działa tak, że niektóre generatory podaży otrzymują wyższe stawki na jednostkę czasu, bo – załóżmy – mają np. lepsze umiejętności. Ale przecież także za pośrednictwem platformy NARREIRR „wynagrodzenia” będą zróżnicowane – zależne od ilości metro-kwadratów posiadanych przez danego rentiera (czy także od ich lokalizacji)! (Jeśli już o tym: żeby dalej zracjonalizować system, przydałoby się coś w rodzaju degresywnej skali stawek, tj. im większe lokum tym od pewnego punktu niższa wypłacana stawka bazowa za kwadratometr; z perspektywy zapewniania dostępności zasobu lepiej dysponować np. 3-ma lokalami po 40 mkw każdy, aniżeli jednym 120 mkw.)

Wracając do reklamy naszego memo-produktu: niewątpliwą jego zaletą jest pragmatyczność. Tzn. zgodnie z naszą propozycją następuje jedynie niewielka modyfikacja dotychczasowego modelu (praktycznego leseferyzmu), w której zaledwie jeden obszar wyciągnięty zostaje spod władzy Centralnych Planistów z banksterki (czyli leseferowanie dopuszczone byłoby wszędzie indziej na dotychczasowych zasadach). Co więcej to „wyciągnięcie” następuje jedynie w drodze pośredniej, którą – przy odrobinie dobrej woli – można nazwać reformą rynkową (co do zasady podobną do np. do szoko-doktrynowych reform obszarów zatrudnienia celem stymulacji efektywności czy/oraz zwiększenia dostępności danego towaru, którym – z perspektywy leseferystów – jest praca). Jako dodatkowy bonus (dla miłośników zasobowej teorii pieniądza gubmintowego) można uznać dość oszczędny (i finansowo domykający się, tj. „nie-wnuko-obciążający”) poziom fiskalnej interwencji gubmintowej. Te argumenty pozwalają określić taki program jako pewien rozsądny [9] kompromis pomiędzy chęcią (szczerą) odblokowania stagnacji dochodów do dyspozycji (powstrzymania zawłaszczania ich przez bezproduktywną rentę), a wolą zachowania podstawowych reguł leseferystycznej gry, jak prawo własności. Inaczej mówiąc program NARREIRR to tylko mechanizm kontroli inflacji (a nie np. kolektywizacja!).

(Aby system uczynić jeszcze bardziej „ludzkim” można by umożliwić lumpen-rentierom, szczególnie tym podtopionym hipotecznie, „oddać klucze” gubmintowi, na którego głowie leżałaby odtąd sprawa spłaty takich kredytów; na podobnej zasadzie – tym zadłużonym nadmiernie na zakup kąta na własne potrzeby, którzy mogą mieć pretensje o „niesprawiedliwość dziejową” – można zaoferować opcję: „oddaj własność i mieszkaj dalej” – tyle tylko, że już jako najemca [10].)

W przypadku jeśli logika rozwiązania będzie nadal wzbudzać obiekcje leseferystów, pozostaje jeszcze koronny argument, że tak proponowany system to przecież w istocie jedynie replikacja (przeszczep do konkretnego sektora gospodarki) już obowiązujących od lat 1970-tych rozwiązań kontroli cen (NAIRU) i to rozwiązań takich, których źródeł można szukać u samego M.Friedmana.

Rzecz jasna nic nie stałoby na przeszkodzie, żeby równolegle obok tego wprowadzić przytoczone wyżej (ostatnie dwa) rozwiązania, które można by określić jako działania uzupełniające. Tzn. gubmint mógłby, w zależności od potrzeb i możliwości efektywnego angażowania zasobów, stawiać nową substancję mieszkaniową, a banksterka nadal mogłaby finansować (w sposób odpowiedzialny, tzn. bez instrumentów pozwalających ukryć ryzyka kredytowe, jak MBS-y) budownictwo czy to na własne potrzeby czy na cele wynajmu (jeśli lumpen-rentier nadal uważałby oferowane stawki za atrakcyjne). Zresztą: progi stawek najmu same w sobie byłyby najlepszą regulacją, gdyż w środowisku stabilnych czynszów łapanie frajerów marchewko-przynętą „taniej nie będzie” celem napompowania baniek stałoby się znacznie trudniejsze, jeśli nie wręcz niewykonalne.

I choć z pewnością skutki kontroli cen przez reżim NARREIRR przez część populacji (w tym nie-rentierskiej) byłyby odbierane jako niekorzystne z punktu widzenia odczucia bogactwa (chodzi tu głównie o spadek papierowej [11] wyceny kwadratów – która to „strata” pozostaje „papierowa” dopóki chcemy nadal swoje mieszkanie posiadać i używać, bądź zamienić na większe, w którym to przypadku wręcz zarabiamy netto) – w dłuższym okresie cała gospodarka, z której barków spadłaby znaczna część ciężaru renty, mogłaby tylko zyskać, a korzyści makro w szybkim tempie mogłyby zostać skanalizowane do kieszeni przeciętnego wypiekacza chleba, ponieważ tym razem klątwa prawa auto-dostosowania się rent byłaby już przynajmniej częściowo zdjęta.

(Nie musimy chyba dodawać, że niniejszy odcinek należy traktować w kategorii ekono-fantasy – żaden gubmint nigdy nie wprowadzi takich rozwiązań, ponieważ gubmint jest to co do zasady organizacja ochrony frirajderstwa, a banksterka, deweloperka i rentierstwo to właśnie typowi reprezentanci klasy smakoszy darmowych obiadków. Zaprezentowany tu pomysł należy zatem traktować nie jako praktyczną propozycję, a wyłącznie jako swego rodzaju gimnastykę ekono-mentalną.)

PS. Ktoś mógłby – oceniając dzisiejszy odcinek po zawartości, a nie po etykiecie – stwierdzić, że tytuł powinien raczej brzmieć „PE-P wypowiada wojnę rentierom”, a aktualnie użyty jest to click-bait (bo jak wiadomo, z inflacją walczyć chciałby każdy, a już zwłaszcza każdy Polak, a rentierem z kolei każdy chciałby zostać, stąd pomysł ich zwalczania może generować wewnętrzny dyskomfort czy nawet schizofrenię memetyczną). Takich domysłów nie będziemy ani potwierdzać ani im zaprzeczać.

PS2. Taki disclaimer – zastrzeżenie w/s naszej „reformy”: w ramach brutalnych realiów termodynamiki słaba dostępność apartemą wydaje się mieć jeden pozytywny (pozytywny z perspektywy memetyki przyjętej przez PE-P) skutek uboczny – otóż wysokie koszty pozyskania mieszkania zniechęcają do dzietności (zgodnie z tą notką). Czy akurat ten efekt wpisuje się w strategię Władców Kapitału – trudno powiedzieć. Wiemy tylko, że przynajmniej  konfederacje praco-rozdawaczy z zasady wokalnie domagają się wzmożenia reprodukcji prolo-zasobów na potrzeby zapewnienia odpowiedniej podaży prolo-godzin w odległej przyszłości (chociaż w tym ekono-kabuki rzadko kiedy coś jest tym, czym wydaje się być). Tak czy owak, w ekono-sferze (tak jak zresztą na innych orbitach) nic nie jest ani tak do końca białe ani też czarne (o czym parę słów wkrótce).

PS.3  Zdajemy sobie sprawę, że tym postem przekroczyliśmy pewną granicę  – żaden przepis na nawet najbardziej wyrafinowane szamanko nie zbliża się do naszej dzisiejszej teksto-objętości. Jednak naszym zdaniem, jeśli przedstawiony w odcinko-kawałkach, ciąg logiczny tego zmyślo-wywodu mógłby zostać utracony. Jedyne, co udało nam się zrobić w kierunku niepogłębiania naszych tendencji do odstraszania czytelników, to wyrzucić większość towarzyszących dygresji do przypisów.
_______________________

1. Nie odważymy się użyć przymiotnika „autorski”, ponieważ (bardziej wskutek przyjęcia filozofii „dont give dafokk”, aniżeli z lenistwa) nie dopełniliśmy warunku przeprowadzenia riserczu, czy aby przedstawiony tu koncept nie został już zaproponowany przez kogoś innego wcześniej; tak czy owak w swobodnym charakterze naszego ekono-chemitrailsowania z założenia nie należy przypisywać oryginalności przekazu jakiejś specjalnej wartości dodanej.

2.”Społecznego” w „” ponieważ nadal mamy tu filozofię alienacji procesów produkcji od „konsumentów”; tj. ktoś buduje – ktoś inny najmuje/mieszka – te ktosie nie muszą (czy nawet nie powinny) się w ogóle znać czy komunikować, nie mówiąc już o tym, żeby miałyby to być te same osoby. Bytem nieco bliższym filozofii budownictwa społecznego są spółdzielnie, zwłaszcza takie, które nie zdążyły obrosnąć tłuszczem biurokratów. Nadal jednak pozostaje problem, że w leseferyzmie spółdzielnie będą działać w środowisku określonym przez Centralnych Planistów Prywatnych, czyli banksterkę (+ ponieważ członkowie takiej spółdzielni nadal są wyalienowani z procesów produkcji – tzn. pracują gdzie indziej, żeby sfinansować wkład/kredyt na wkład i nie mają czasu uczestniczyć/nadzorować bezpośrednio tych procesów będą narażeni na pasożytowanie ze strony firm wykonawczych, wynajętego nadzoru, zarządu spółdzielni etc.).
3. W wersji bardziej zaawansowanej monopol taki można by scedować na rzecz jakichś wyspecjalizowanych lokalnych Rad, na forum których odbywałyby się procesy negocjacyjne w zakresie konkretnych reguł organizacji takiego modelu, takich jak stawki czynszu, warunki przydzielania lokali, lokalizacja/finansowanie nowych przedsięwzięć mieszkaniowych etc.
4. za NBP

Przyjmując typowy koszt budowy na 2.800 pln/mkw (według naszej wiedzy i tak zawyżony) wartość odtworzeniowa przykładowego lokalu o pow. 40 mkw równa jest 112.000. Rozsądny czynsz można wyliczyć w sposób następujący: (roczna stawka amortyzacyjna 1,5% + zysk/stopa zwrotu 4%) x 112.000 / 12-m-cy = 513 pln/m-c. Nawet dodając do tego zmonetyzowany koszt gruntu (dodatkowy 1.000 pln/mkw) i skromnego wykończenia (500 pln/mkw) czynsz zamykałby się w kwocie 788 pln/m-c – a więc zaledwie gdzieś w granicach 40-60% obecnych stawek. (Szacunki wartości odtworzeniowej wg.GUS, obejmujące już wszystkie towarzyszące koszty są zbliżone, tj. ok. 4.000 zł/mkw, chociaż my nadal upieramy się, że realne kwoty są lub przynajmniej mogą być bliższe okolicom 3.000-3.500). A to tylko przykład Polski, gdzie renta „dostosowywać” musi się przecież do stosunkowo niskich dochodów – w krajach leseferystycznego centrum jak UK czy SV dysproporcje pomiędzy wartością odtworzeniową a „rynkową” (czyli ustalaną przez „bankowy komitet planowania”) są oczywiście znacznie większe.
Dodajmy jeszcze, że wysokość (czy w ogóle obecność) zysku w naszym równaniu jest czynnikiem arbitralnym. Zaletą byłoby to, że czynnik gwarantowanego zysku na odpowiednim poziomie powinien teoretycznie stymulować podaż (oczywiście pod warunkiem, że istnieje potrzeba takiej stymulacji występuje – pytanie tym istotniejsze, kiedy mamy do czynienia ze środowiskiem stabilizacji demograficznej, gdzie rzeczywistym problemem może być bardziej dystrybucja, aniżeli produkcja substancji mieszkaniowej), z tym że oczywiście, aby takie inwestycje były nadal opłacalne w warunkach kalkulacji opartej o koszt odtworzeniowy, musiałaby nastąpić konsolidacja po stronie produkcji i eliminacja „organizatorów” (deweloperów), na którym to etapie „dostarczania” mieszkań generowanych jest obecnie gros narzutów (pomijając ew. koszty wynikające z obsługi długów); funkcję organizatora mogłaby przejąć AZZM, która jednocześnie – dysponując pełnymi danymi dot. zapotrzebowania – wskazywać by mogła „inwestorom” (grupom reprezentującym rentierów czy lumpen-rentierów) korzystne lokalizacje.
5. W uzasadnionych (np. lokalnym brakiem zainteresowania ze strony najemców) wypadkach Agencja mogłaby odmówić przyjęcia mieszkania do swojej puli, w zamian wydając zgodę na wynajem bezpośrednio przez właściciela. To zapobiegłoby m.in. „inwestowaniu” w budynki w „szczerym polu”. Uznaniowość można uznać jako kolejne słabe ogniwo systemu, ale żeby go uszczelnić, można by prowadzić – na podstawie komputerowego rejestru „zgłoszeń zapotrzebowania” wpływających od chętnych najemców – dostępne publicznie, generowane automatycznie i aktualizowane on-line mapy „atrakcyjności” z podziałem na dzielnice czy nawet bardziej szczegółowe – w ten sposób decyzje „wydawałby” praktycznie komputer.
6. Pustostany – jako ekstremalny przejaw marnotrawstwa zasobów – powinny być bezlitośnie sankcjo-opodatkowane tak czy owak.
7. OK, w wariancie, który my proponujemy, zanim nastąpi „zakotwiczenie” cen, niewątpliwie nastąpi ich „zatopienie”, ale jest to uzasadnione tym, że żaden system anty-inflacyjny nie był aplikowany w obszarze mieszkaniówki przez wiele dekad.
8. Ponieważ takich skrawków commons nie ma – wszystko ma właściciela, a tam gdzie nawet nie ma, koczownictwo jest zabronione przepisami jak i normami społecznymi ery post-industrialnej. Komfort „ucieczki w owce” zarezerwowany jest jedynie dla męczenników wolnej przedsiębiorczości; nie jest dostępny natomiast dla niewolników praco-najemniczych.
9. Chociaż Dział Radykalnego Ekono-Fantasy PE preferowałby głębsze (i bardziej „hurtowe”) zdefiniowanie „rozsądności” ekono-kompromisu zgodnie np. z linią tej blogo-notki.
10. Ktoś się może zaniepokoić, skąd gubmint weźmie cząsteczki pieniądzowe na takie fanaberie, jeśli rozwiązaniom tym nie będzie towarzyszyć odejście od szamanizmu „zdrowych” finansów na rzecz filozofii finansów funkcjonalnych. Obecne zasady kreacji zapisów IOU w gospodarce (limit kreacji gubmintowej do 3% PKB zgodnie z Biblią Euro-Sadomonetaryzmu) faktycznie stanowią pewną przeszkodę, ale w tym przypadku – raz, że procesy „zdawania kluczy” można rozłożyć w czasie, a dwa: przejmowane będą aktywa, które będą długotermnowo generować stałe i praktycznie gwarantowane przychody, a przez to histerykom „niespłacalnego” długu publicznego wytrąci to z ręki ich główny ”argument”-straszak (niespłacalności czy wnuko-obciążania), a przez to znacznie trudniej im będzie sterroryzować elektorat po to, żeby zasabotować taką mieszkaniową strategię gubmintową przy urnie.
Z drugiej strony naszym zdaniem bez wątpienia należałoby nałożyć limit wykupywania długów podtopionego lumpen-rentierstwa, które zapędziło się o kilka kroków za daleko w poszukiwaniu „wolności finansowej”, podążając za głosami szamanów od „dochodów pasywnych”; 1-2 apartemą (co często na naszym gruncie – zbliżając się do kwot rzędu 1 mln pln – obecnie stanowi odpowiednik całego życiowego agregatu zarobków standardowego prolo-planktona) powinno wyznaczać kompromisowo rozsądny sufit rzucania koła ratunkowego wyznawcom filozofii ‚chciwość inwestowanie w nieruchomości to praktycznie nowoczesny patriotyzm – dzięki mojej pazerności mojej odwadze inwestycyjnej powstała nowa substancja mieszkaniowa’.
11. Oczywiście ceny transakcyjne bez wątpienia czekałoby gwałtowne urealnienie; w długim okresie powinny się one generalnie ustabilizować w okolicach kosztów odtworzeniowych; z punktu widzenia zaspokajania potrzeb jest to niewątpliwie wielki pozytyw.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s