Z cyklu ’Co zagania proli do roboty?’: Koszty stałe partycypacji

Zgodnie z obietnicą z poprzedniego odcinka miało być o pewnym (naszym?) patencie na poprawę perspektyw redukcji wymiaru czasu pracy najemnej poprzez zastopowanie nakręcania się spirali długów prywatnych, czy bardziej ogólnie – przez zredukowanie ciężarów renty w gospodarce praktycznego leseferyzmu. O tym konkretnym koncepcie jednak dopiero następnym razem, ponieważ uznaliśmy, że warto najpierw zarysować ekono-mechanikę, która motywuje i uzasadnia naszą hipotetyczną „reformę’.

Naszym leitmotifem/ekono-krucjatą w PE-P jest próba sprzedania mema o potrzebie i zasadności radykalnego skrócenia dopuszczalnego prawnie wymiaru czasu pracy najemnej (oraz oczywiście jej zamaskowanych form pochodnych). Nasz dzisiejszy wywód zacznijmy od tego, że sceptykom mogą nasunąć się wątpliwości czy obiekcje względem sensu takiej krucjaty w obliczu faktu, że przecież praca na obecny pełny etat (czy na 2 etaty) nie tylko nie jest przymusem, ale oprócz tego współczesne formy zatrudniania wręcz kładą nacisk na elastyczność, próbując wepchać zwyczajowy paradygmat 7-15 czy 9-17 do szuflado-lamusa. Stąd też – według takiej kontr-narracji – przed coraz większą rzeszą tak uwolnionych proli otwierają się perspektywy do dobrowolnego downshiftingu. To, że mało który prol decyduje się na wyczilałt do postaci 20 czy 30 h wyzyskodawania tygodniowo, jest – zgodnie z tą percepcją – jedynie dowodem tego, że dla większości proli krańcowa użyteczność czasu wolnego jest bardzo niska. Inaczej mówiąc – prole wolą pracować dłużej po to, aby następnie móc oddawać się przyjemnościom konsumowania, bądź też w ogóle nie wiedziałyby, co ze sobą począć, gdyby nie 8-godzinne+ dobowe cykle pomagania w kreowaniu bogactwa.

Ta sceptyczna argumentacja jest po części logiczna. Bez wątpienia pokaźna część prolo-społeczeństwa ma silne tendencje do karmienia głodnego ego za pomocą rytuałów nabywania gadżetów, a także z pewnością istnieje duża grupa ludzi, dla której wolny czas, zwłaszcza kiedy nie wypełniony jest zaspokajaniem gadżetomanii, jawi się po prostu jako czas zmarnowany – pustka, w której roznosi się łatwo karcący głos sumienia (a może Wielkiego Lesefera) wypominający grzech lenistwa. Obie te patologie nie są jednak czymś odwiecznym ani wbudowanym na stałe w obwody sapiensów; są jedynie częścią moralnej podbudowy kapitalistycznego mempleksu – ta pierwsza, nowsza (wspieranie algorytmu Mt2 > Mt1 konsumeryzmem) liczy circa 80 lat, druga korzeniami tkwi gdzieś w XVI-XVIII w. (kalwinizm, etos pracy) – i jako takie rokują nadzieje na odwracalność.

Zaznaczmy po raz kolejny, że – wbrew takiemu sceptycyzmowi – uniwersalna, radykalna i zamordystyczna redukcja dopuszczalnego wymiaru pracy najemnej wcale nie jest tożsama z przymusową masakrą zdolności do konsumpcji, ponieważ logika prostej ekstrapolacji „krótsza praca –> mniej wytworzonych dóbr –>mniejsza zdolność do konsumpcji” oparta jest na błędzie złożenia oraz na zignorowaniu technicznych i organizacyjnych możliwości substytucji pracy ludzkiej, a także pominięciu potencjału tkwiącego w migracji siły roboczej ze stanowisk typu superfluous w kierunku produktywnych miejsc wyzyskobrania zaindukowanej przez „sztuczny” (wymuszony regulacjami) deficyt podaży prolo-godzin, o czym więcej pisane było np. tu. Prawne uregulowanie tematu jest niezbędne właśnie po to, aby przynieść wyzwolenie z tej spirali daremnego wyścigu między-prolowej licytacji ‘kto zaoferuje więcej swojego czasu wyzyskobiorcom, ten złapie marchewkę’. W przeciwnym przypadku – tj. w sytuacji pseudo-wolności czaso-wymiaru „kontraktów” – ci, którzy zdecydują się wejść na indywidualną ścieżkę ograniczenia podaży prolo-godzin, zostaną bez wątpienia ekonomicznie ukarani poprzez spadek swoich dochodów w środowisku takim, gdzie zasadniczy element mechanizmu między-prolowej konkurencji – tj. swoboda generacji podaży prolo-godzin – będzie pozostawiony w dotychczasowej, niezmiennej od ~100 lat formie.

Inaczej – chaotyczny płaco-niewolniczy między-prolowo-konkurencyjny wyścig do dna bez aplikacji jakiejś porządkującej siły zewnętrznej nigdy nie będzie w stanie spontanicznie doprowadzić (w gospodarce towarowo-monentarnej) do znaczącej redukcji wymiaru czasu pracy. Co więcej – sami praktyczni leseferyści zdają sobie sprawę, że celem zachowania podstawowych standardów poziom dna musi być ustalony „sztucznie” (powyżej naturalnego), i stąd nie posuwają swoich deregulacyjnych zapędów poza granice wyznaczane przez pragmatyzm; pewien podstawowy szkielet w postaci standardów czasu pracy czy minimalnych stawek wynagrodzeń jest już teraz stałym elementem praktycznego leseferowania – i obecnie generalnie chodzi o to, żeby „przekonać” w jakiś sposób neolibowych zarządców do idei, że zapewnienie kontynuacji kooperacji proli z maszynką wyzyskobiorczą wymaga dalszych ustępstw, w tym ustępstw w zakresie wymiaru czasu pracy. Problem w tym, że – jak na razie -nawet same prole nie wydają się być wcale przekonane co do perspektyw dobrodziejstw mogących wypływać z czasu wolnego.

Ten brak przekonania z kolei indukowany jest w znacznej mierze przez stagancję siły nabywczej; a dokładniej – przez stagnację siły nabywczej dochodów do dyspozycji, czyli takich, którymi prol może swobodnie dysponować po opłaceniu pewnych kosztów stałych. Pomimo niekwestionowalnej poprawy dostępności i relatywnej przystępności cenowej tych gadżetów, których deficyty pierwotnie pełniły funkcję zaganiania proli do roboty – czyli głównie żarcio-, odzieżo- czy po części także energo-gadżetów – obecnie działa szereg innych czynników, które dla większości proli redukują idee dałnsziftingu do jakiejś kolejnej fanaberii inspirowanej i uprawianej przez zblazowanych kawiorowych lewaków. Na te czynniki, które można określić kosztami stałymi funkcjonowania w społeczeństwie praktycznego leseferyzmu, składają się dwie podstawowe rzeczy – koszty związane z pozyskaniem miejsca do zamieszkania (jak koszty obsługi kredytu czy najmu) oraz „rachunki” (czyli koszty bieżące związane głównie z mieszkaniem, ale także pozostałe koszty „partycypacji” – jak dostęp do intersieci, czy często także utrzymanie samochodu + mini-ratka, względnie zakup biletów MPK + gdzie-niegdzie, w warunkach zintensyfikowanej interwencji neoliberalnego państwa – koszty usług dawniej określanych mianem publicznych i swego czasu za-darmo dostępnych, jak edu, opieka zdrowotna, emerytury etc.). I o ile 20 godzin pracy tygodniowo wystarczyłoby aż z naddatkiem na zaspokojenie korespondującego z przyjętym standardem życia zapotrzebowania na odzienie, kalorie, składniki odżywcze (tym bardziej przy wdrożeniu racjonalnych nawyków zakupowo-żywieniowych), o tyle po stronie kosztów stałych partycypacji  [1] pole do manewru jest mocno ograniczone, przynajmniej bez uciekania się w klimaty ekstremalnie survivalowe.

Jak się może wydawać relatywna taniość paszo-gadżetów stała się niejako złotym graalem współczesnego praktycznego leseferyzmu – być może z uwagi na potrzebę memetycznego skoku do przodu względem pierwotnych form wolnościowych typu „generuj podaż pracy najemnej, albo zdychaj z głodu”. Inaczej – praktyczni leseferyści zorientowali się, że prolo-głodowanie zaczęło być postrzegane jako objaw niedoskonałości gospodarek leseferystycznych – pasywo memetyczne, stąd mechanizm prolo-dociskający przesunięty został w obszary przymusu ekonomicznego, które unikają skojarzeń z klimatami stricte dickensowskimi. W tym kontekście prawdopodobnie należy odczytywać szeroko zakrojoną, zainicjowaną w krajach neoliberalnego Centrum akcję dotowania producentów prolo-paszy – czy będzie to UE czy US. (Zresztą – pragmatyzm leseferystyczny ma za cel maksymalizację podaży prolo-godzin, stąd potrzebuje odżywionych i silnych, niechorowitych proli, a nie zagłodzonych prolo-zombi ze szkorbutem.)

Ale jednocześnie warto zwrócić uwagę, że koszto-stałowy (partycypacyjny) element tej dwubiegunowej prasy do wyciskania podaży prolo-godzin jest trudniejszy do obejścia (a po części – jeśli chodzi o ten składnik konieczny do partycypacji, którym są koszty energii – dostępne opcje w ogóle nie są wyznaczane przez ekonomię, a przez termodynamikę, czyli nie podlegają negocjacjom; ale w dzisiejszym odcinku skupiamy się na pozostałych składnikach miksu kosztów stałych). Tzn. zakładając dla przykładu sytuację, gdzie główna siła parcia na generację podaży prolo-godzin indukowana byłaby przez koszty paszo-gadżetów, istniałoby niebezpieczeństwo ucieczki części proli w żywieniową samowystarczalność – szczególnie w krajach o stosunkowo niskiej gęstości zaludnienia i tam gdzie ziemia nie została jeszcze w znaczącym stopniu ogrodzona przez paszo-produkujące korpo-behemoty; takie warunki nadal w pewnym stopniu sprzyjają wyślizgiwaniu się potencjalnych dawców prolo-godzin z systemu ekono-przymusu pracy najemnej m.in. właśnie w trzeciej Neoliberalnej (odpryskiem tego jest zjawisko „słoiczyzmu”).

(Co znamienne – członkowie naszego zespołu, z których większość to Anonimowi Neoliberałowie, którzy na pewnym etapie życia zdecydowali się odstawić wciąganie leseferystycznego kool-aida – pamiętają dawne, swego czasu przekonujące wizje o tym, że przyczyną niedorozwoju neolibu nadwiślańskiego było nazbyt łagodne podejście (np. KRUS) do potencjalnego prolo-kompostu, czerpiącego swoje soki życiowe ze śmiesznych niedochodowych poletek <5ha, ponieważ, jak wiadomo, praca nawet najlichszego prolo-zap!3rdalacza typu np. rozdawacz ulotek czy telemolester w mieście pompuje pekab znacznie bardziej, aniżeli niestowaryzowana wegetacja oparta na zjadaniu wytworów własnego grzebania w ziemi – nie generująca wartości dodatkowej samo-konsumpcja plonów prymitywnego nie-rynkowego rolnictwa. Teraz – jak to bywa z nowo-narodzonymi w anty-wielko-leseferyzmie – upatrujemy w tych nie-korpo-ogrodzonych hektarzykach jakiejś ostoi czy wzorca niezmonetaryzowenej gospodarki, która działa na rzecz proli według prostych algorytmów zasobowych wbrew przemożnie promowanemu parciu w kierunku towaryzacji absolutnej; mini-faka pokazanego pekabowi i ostatniego zdroworozsądkowego bezpiecznika dla szaleństwa maksymalizacji generowania prolo-godzin w zurbanizowanych przestrzeniach masowego wyzyskodawania.)

W tym kontekście przerzucenie wajchy w kierunku stałych kosztów partycypacji – jako trudniejszych do uniknięcia – wydaje się mieć sens – z punktu widzenia prolo-zaganiania oczywiście.

Rzecz jasna trudno jest udowodnić tezę, że prolo koszty stałe są celowo manipulowane – przez małych pomocników Wielkiego Lesefera czy neoliberalne państwo – w taki sposób, aby presja na maksymalizację podaży prolo-godzin utrzymywała się zawsze na zadowalającym dla wyzyskobiorców poziomie. Na pierwszy rzut oka koszty te wylicza przecież Wielki Kalkulator Rynkowy w celu nie-innym jak tylko i wyłącznie zapewnienia równowagi popytu i podaży, gdzie nikt przecież nie kręci specjalnie jakimiś gałkami, żeby zrobić na złość prolom, nawet jeśli takie konspiro-akcje byłyby możliwe w demokracji przedstawicielskiej, czyż nie? Oprócz kilku dość istotnych wyjątków, gdzie bezpośrednia manipulacja gałkami regulującymi siłę nabywczą niewątpliwie ma miejsce (np. stopy procentowe, akcyza na paliwa, VAT, podatki o charakterze pogłówno/podymnym, ceny biletów zbiorkomu, opłaty administracyjne), koszty stałe rzeczywiście wydają się być wynikiem rynkowej gry, rozgrywającej się na nie-przechylonym stole, albo odbywają się przynajmniej pod banerem „koniecznego uzdrawiania finansów państwa”. Ale czy na pewno?

Pierwsza rzecz: zwróćmy uwagę, jak dużą rozpiętością charakteryzują się choćby koszty monetarne utrzymania nieruchomości czy auta w różnych krajach UE. Korelacja wydaje się działać według schematu, w którym koszty eksploatacyjne podążają mniej czy bardziej proporcjonalnie śladem nominalnych zarobków, pomimo tego, że robocizna stanowi z reguły niewielką część dostarczej „wartości”, na którą składa się jakaś kombinacja energii, materiałów i usług (np. czynności zarządu nieruchomością to dajmy na to jedynie 10% czynników kosztotwórczych). Taka bliska korelacja wydaje się być czymś zastanawiającym.

Po drugie: określone efekty można uzyskać nie tylko podejmując jakieś działania (np. ustanawiając liniowy podatek od nieruchomości), ale także wstrzymując się od podejmowania innych. Tutaj powrócimy do naszego omawianego wcześniej przykładu, gdzie staraliśmy się rozgryźć, skąd biorą się dość mocno oderwane od kosztów odtworzeniowych ceny nieruchomości w Trzeciej Neoliberalnej (oczywiście jesteśmy świadomi, że w bogatszych krajach ceny „rynkowe” są jeszcze bardziej kosmiczne). Jeżeli neoliberalne państwo przyjęłoby odpowiednio wcześnie inny model pozyskiwania 4-ch kątów (bądź po prostu podtrzymało model wcześniejszy), nawet bez dotacji – na zasadach samofinansowania, obecne czynsze najmu mogłyby być o połowę niższe. Ale w takim wypadku znacznie mniejsza byłaby liczba cząstek pieniężnych, krążących w gospodarce, a wykreowanych przez spragnionych własnych apartemą kredyciarzy, a przez to efekt łał „bogactwa” narodowego byłby znacznie mniej spektakularny.

W praktyce leseferystycznej, jeśli chodzi o pozostawiony sam sobie „rynek” nieruchomości, działa to tak, że ceny sprzedaży dostosowują się „automatycznie” do siły nabywczej czy może dokładniej do zdolności kredytowej nabywców: mieszkanie warte jest tyle, ile kredytu bank jest skłonny udzielić pod jego zastaw; inaczej: o cenach mieszkań  decyduje nie niewidzialna wróżka popyto-podażuszka, a jakiś komitet złożony z ekspertów zatrudnionych przez zderegulowanych centralnych planistów prywatnych, w których interesie leży zwiększanie wolumenu sprzedaży produktu, jakim z ich perspektywy jest kredyt. Tak ustalone ceny są nastepnie podstawą, według której kształtują się czynsze najmu. Ale zachodzi też interakcja w drugą stronę: bank za podstawę swojej wyceny mieszkań może przyjąć to, ile nabywca-kamienicznik będzie w stanie wycisnąć z najemcy. W środowisku takiej pętli, zakładając że przypadkiem płace wzrosną, fakt taki stanie się natychmiast przesłanką do kolejnego przeszacowania wycen nieruchomości w górę, ponieważ potencjalny finalny konsument, czyli najemca, po podwyżce płac będzie w stanie zapłacić więcej. Podobny efekt mogą wywierać już same oczekiwania wzrostu cen, czyli obietnico-marchewka odnotowania zysku na aktywach.

Idąc dalej – jeżeli wskutek jakiegoś splotu okoliczności prolom zacznie się wieść lepiej, neoliberalne państwo ma do dyspozycji całą gamę niewidzialnych działań/zaniechań, którymi można w razie potrzeby posłużyć się do dociśnięcia śruby. Aby zdać sobie sprawę, jak dużą przestrzeń manewru mają do dyspozycji nadwiślańscy neoliberałowie, wystarczy zerknąć na to, jak wygląda opieka zdrowotna czy edukacja w kraju, który dla wielu polskich leseferystów pozostaje niedoścignionym wzorcem, tj. w USnakes. Ktoś powie: u nas to nie przejdzie – ludzie wyszliby na ulice. My na to: LOL. Żeby ludziom wybić z głowy wychodzenie na ulice wystarczy ogłosić, że w budżecie skończyły się cząsteczki pieniądzowe i trzeba albo podnieść podatki praco-rozdawaczom (co zwiastuje groźbę przymusowej abstynencji dla części ciężko uzależnionych praco-wciągaczy), albo wprowadzić, na dobry początek, jakieś zracjonalizowanie pakietu usług gwarantowanych. A dla uzyskania efektu synergii – można np. cichaczem zmniejszać nabory na studia medyczne, czy zamykać całe wydziały (oczywiście w ramach oszczędzania pieniędzy podatnika), bądź też wprost – wprowadzić odpłatność za studia i zapewnić dogodne mini-ratki tak, żeby mieć pewność, że po skończeniu nauki cała kadra natychmiast ewakuuje się do UK czy SV. Dzięki temu – modyfikując starą albo wprowadzając całkiem nową pozycję w domowych budżetach, zagwarantujemy to, że prolom, w tym także takim z wbudowanymi w obwody mempleksowe skłonnościami do dałnsziftingu, nawet po ew. podwyżkach płac nie przyjdzie do głowy pomysł ograniczenia generacji  podaży swoich prolo-godzin, a praco-rozdająca maszynka do wyzysku i do kreowania nikomu-nie-potrzebnych superflouos jobs będzie śmigać jeszcze długie lata jak nowa.

I właśnie na takim tle postępuje prekaryzacja życia ekonomicznego proli, co ma miejsce nawet w tych krajach, które uchodzą za czempionów pekabu, technologii czy eksportu (czy z punktu widzenia prola nadwiślańskiego – za wzorce poszanowania siły roboczej); prekaryzacja, czyli mniej więcej proces tajloryzacji przeniesiony z poziomu fabryki na skalę całej gospodarki celem dalszego podnoszenia dyscypliny pracy oraz celem wyniesienia alienacji proli od procesów produkcji na nieznane dotąd poziomy (prol nie tylko sprowadzony jest do funkcji wykonywacza poleceń/zleceń, ale np. frilansując na platformach typu upw0rk często nie będzie miał nawet pojęcia, jakiemu ‘produktowi” finalnemu służą czynności, które wykonuje); tymczasem spora część leseferystycznych myślo-czołgów konsekwetnie promuje to zjawisko jako krok w kierunku wolności; w tym wolności wyboru zdałnsziftowania się.

Oczywiście z perspektywy Nadwiślańskiej Neoliberalnej kraje Centrum praktycznego leseferyzmu mogą jawić się jako pracownicze eldorado, jednak chłodny rzut oka na dane makro wskazuje, że leseferystyczny przymus ekonomiczny także i tam działa nieubłaganie. Biorąc pod lupę choćby wzór ekonomicznego sukcesu – „dowód”, że integracja w ramach € może działać – widzimy, że teutoński standardowy prol (z dolnej połówki dochodowej) na koniec każdego miesiąca wychodzi co najwyżej na zero-euro i nie jest w stanie zgromadzić jakichkolwiek oszczędności netto (czytaj tu), nawet pomimo dość nisko zaawansowanego (w porównaniu do np. UK) systemu do wyciskania rent za pomocą wolnej eksploatacji potrzeb mieszkaniowych (fakt: Teutoni przynajmniej cieszą się reżimem czaso-wymiaru wyzyskodawania, który jest jednym z łaskawszych w skali globu).

W tym kontekście zwróćmy uwagę: w Trzeciej Neoliberalnej nie ma potrzeby stosowania takich niekonwencjonalnych metod, jak edu-zadłużanie młodych proli, aspirujących do Zjednoczenia się w Rynku (i którzy sądzą, że dyplom pozwoli im zakraść się do kręgu beneficjentów leseferystycznego modelu gospodarowania), z uwagi na to, że zarobki generalnie nadal są na bezpiecznie niskim poziomie (nie-grożącym zawiązaniem się jakichś degeneracyjnych tendecji w kierunku ograniczenia podaży prolo-godzin), a wszelkie ewentualne „nadwyżki” będą prawdopodobnie jeszcze przez długi czas z powodzeniem zagospodarowywane przez wyciskającą maszynkę bankstersko-deweloperską.

Sytuacja jest nieco inna w krajach Centrum, gdzie w kieszeniach absolwentów uczelni pojawić się mogą z czasem znaczące rezerwy, niosące niebezpieczeństwo spowolnienia obrotów takich generatorów prolo-godzin. Stąd logicznym krokiem jest introdukcja odpłatności za studia na korzystne mini-ratki, co pozwoli następnie skutecznie i długookresowo dyscyplinować jajo-głowych proli, którym w przeciwnym wypadku mogłyby przyjść do głowy pomysły zdałnisziftowania  wolumenu swojego czasu oferowanego wyzyskobiorcom.

Kontynuując rozbiór tej dynamiki – nie musimy dodawać, że opcja wyciskania podaży prolo-godzin w drodze podnoszenia partycypacyjnych kosztów stałych poprzez komercjalizację usług społecznych jest perfekcyjnie OK z punktu widzenia bieżącego pekabu, a zatem wdrożenie takich instrumentów nie stwarza zagrożenia widmem gospodarczej stagnacji kraju. Jak wiemy –  każdy koszt monetarny będzie jednocześnie dochodem z punktu widzenia bilansu jakiegoś innego podmiotu. Natomiast nie trudno zgadnąć, że w przypadku takich „interwencji”, koszty pojawią się na ogół dokładnie tam, gdzie zaplanował to Wielki Lesefer, czyli u prolstwa, natomiast dochody materializują się w kieszeniach tych, którym z kolei terapia w postaci naprawdę porządnego dałnsziftingu bardzo by się przydała dla otrzeźwienia umysłu i skalibrowania duszy.

Rzecz jasna może być tak, że nasze gdybania o tym, że „ŁONE” mogą celowo manipulować prolo kosztami stałymi celem wyciśnięcia większej podaży prolo godzin, to tylko ekono-fiction – może czułość naszych sensorów do wykrywania niewidzialnych pomocników niewidzialnej ręki jest przewrażliwona. Być może prolo koszty stało-partycypacyjne w praktycznym leseferyzmie rzeczywiście dostosowują się same, bez niczyjej pomocy, do przeciętnej siły nabywczej – na podobnej zasadzie jak ceny mieszkań w różnych europejskich lokalizacjach są praktycznie całkowicie oderwane od kosztów wytworzenia, a są zamiast tego funkcją jakiejś kombinacji zdolności kredytowej, wartości, którą banksterka jest skłonna przyjąć jako zabezpieczenie oraz nastrojów-przewidywań spekuły co do przyszłych trendów wyceny (oraz prawdopodobnie są także pośrednio funkcją dopłat do czynszów; w środowisku nieregulowanego rynku najmu klasa rentierska po prostu absorbuje ewentualne dopłaty, które zwiększają rentowność wynajmu, a to z kolei przekłada się następnie na ceny nieruchomości, co następnie prowadzi do dalszego wzrostu czynszów, co wymusza podniesienie dopłat i tak ad infinitum). Na podstawie tych obserwacji można wysunąć hipotezę o prawie auto-dostosowywania się renty w gospodarce kapitalistycznej i właśnie zastopowanie grawitacji tego prawa bierze sobie za cel nasze (ekono-utopijne) panaceum wspomniane na wstępie i które postaramy się zarysować w kolejnym odcinku.

Takie mechanizmy dostosowawcze mogą być po prostu skutkiem tego, że (jak w cytacie na dole) główną siłą napędową praktycznego leseferyzmu jest dążenie do znalezienia nirvany w rencie [2], tj. tzw. kapitał, jeśli uwolniony w wystarczającym stopniu, będzie niezmiennie dążył do odessania większości „nadwyżek”, które jakimś „przypadkiem” pojawiają się w segmentach populacji co do zasady służebnych wobec dominującej w kapitalizmie siły (czyli, jak sama nazwa wskazuje, wobec tegoż kapitału). A środowisko wyczerpującej się dywidendy termodynamicznej wraz z całą towarzyszącą temu rozkręcającą się dynamiką degradacji systemu, której częścią (czy objawem) jest także prawdopodobnie stagnacja prolo-dochodów, sprawia, że coraz większa porcja tego kapitału zagnieżdza się w sferze M –> M+, tzn. generacji ‚więcej pieniądza z pieniądza per se’, z pominięciem kłopotliwych i ryzykownych aktywności typu inwestowanie w zdolności produkcyjne.

Czyli, ogólnie mówiąc, pomysł na organizację gospodarki w praktycznym leseryzmie przedstawia się następująco: gubmintowa brakopieniężność (albo inaczej: reglamentacja gubmintowego pieniądza/zaplanowana impotencja skrzydła fiskalnego) kieruje strumień proli chcących zaspokajać swoje potrzeby np. mieszkaniowe w objęcia Centralnych Planistów Prywatnych (banksterki) (bądź zamiennie – w objęcia kamieniczników). CPP jednocześnie ustalają ceny kwadratów jak i przydzielają punkty zarówno na budowę apartemą jak i na ich zakup przez konsumenta/kamienicznika. W wyniku tego procesu powstaje wartość „dodana” w postaci wygenerowanej renty (której wolumen jest proporcjonalny do stopnia oderwania cen od bazy kosztów wytworzenia + oczywiście ew. zapłacone odsetki). Wartość tej renty następnie auto-dostosowuje się (czy jest dostosowywana) na bieżąco do poziomu prolo-zarobków. Wreszcie – stały (czy ew. rosnący) ciężar renty spoczywający na prolo-barkach wyciska z tychże proli odpowiednią podaż prolo-godzin, która po części skanalizowana zostaje następnie w kierunku najprzeróżniejszych bullshit jobs.

Odrzucenie wersji konspiracyjnej –  tj. takiej że neoliberalne gubminty z premedytacją dostrajają koszty stałe do potrzeb leseferystycznej prolo-wyciskarki – nie zmienia jednak zasadniczo całej logiki, według której operuje system; działania mechanizmu, który nieustannie dokręca prolom śrubę kosztów stałych i stara się „zagospodarowywać” na bieżąco – czy to samoczynnie czy z pomocą neoliberalnego państwa – wszelkie nadwyżki, które wynikają z ewentualnej poprawy warunków płacowych, a które w przeciwnym wypadku mogłyby grozić erozją gotowości proli do oferowania „odpowiedniej” podaży swojego czasu wyzyskobiorcom.

PS. W tym kontekście można spróbować odgadnąć, czy takie koncepty jak UBI byłyby w stanie znacząco zmienić ten paradygmat. Pod jednym z wpisów na NC w komentarzu wykopaliśmy złotą myśl w tym temacie, która może posłużyć jako robocze podsumowanie naszej interpretacji w tej sprawie (nasze przypisy w []):

[…] On the other hand, in a rent seeking economy, giving people an income [UBI] will not lift them out of poverty because rents will simply be adjusted to meet the rise in resources. So UBI without rent control is meaningless. […]

[Z drugiej strony, w gospodarce opartej na dochodach rentierskich [3], rozdanie ludziom dochodu w postaci UBI nie będzie w stanie wydobyć ich z biedy, ponieważ renty po prostu dostosują się tak, aby korespondować ze wzrostem zasobów [pieniądza]. Tak więc UBI bez mechanizmów kontroli renty nie ma sensu.]

Ale o tym aspekcie UBI vs. renta więcej może już kiedy indziej.


1 To, czy najem (nie mówiąc już o zakupie) mieszkania czy pokoju faktycznie jest warunkiem partycypacji, jest dyskusyjne. Np. wiemy, że w US, oprócz fenomenu trailer-parks, ostatnio coraz częściej pojawia się zjawisko koczowania w autach zaparkowanych wprost obok miejsca wyzyskodawania – jak chcesz wpisz w popularną wyszukiwarkę „workers sleeping in cars”, żeby zobaczyć sample (notabene jak na ironię, u nas na pierwszym miejscu wyszukiwania, wyświetliła się historyjka o pracownikach właśnie tego wyszukiwarkowego behemota, którzy „wybrali” taką formę partycypacji). Mimo to US nadal uważana jest za dumny przykład wiodącej demokracji-czempiona praw obywatelskich – a ww. auto-koczowanie jest niczym więcej jak tylko ekspresją wolności jednostki.
2 Co może się wydawać z pozoru czymś naturalnym: prawie w każdym sapiensie drzemie jakaś tendencja do frirajderstwa; jednak ta tendencja w kręgach znajomych czy społecznościach lokalnych napotyka prędzej czy później na barierę wyznaczaną przez algorytmy typu tit for tat. Perwersją praktycznego leseferyzmu jest to, że – wbrew wypracowanym przez tysiąclecia zasadom interakcji społecznych – frirajderstwo staje się wręcz czymś zinstytucjonalizowanym, tzn. grawitacja stowaryzowanych interakcji sprawia, że tit for tat będzie prawie zawsze bity jokerem M(t2) > M(t1) (a idąc dalej, z najskuteczniejszych frirajderów formuje się figury wzorco-naśladowaniowe, do których mogą się następnie modlić członkowie kółek mizesologijnych); oczywiście wszystko to niezmiennie pod hasłem krzewienia wolności.
3 Dochodach rentierskich, czyli takich, które stanowią najczystsze ucieleśnienie algorytmu M(t2) > M(t1), tj. w przypadku których algorytm ten działa z pominięciem etapów pośrednich, jak wytwarzanie gadżetów, i stąd wydaje się być odporny na dylematy typu „kto wykupi produkcję w warunkach duszenia płac”. Dochodów z renty nie ima się, przynajmniej do czasu, keynesowska dekonstrukcja legendy ekonomii podażowej – ponieważ w tym przypadku pozostaje całkowicie problemem proli, skąd wyskrobać pieniądze na czynsz czy mini-ratkę. Oczywiście skuteczność także i tej strategii kapitału ma swoje granice – w pewnym momencie bańka wyceny aktywów, będących zabezpieczeniami kredytów, pęknie, a w ślad za tym, być może, poszybują w dół renty wynajmu; ale po rytualnym przetasowaniu aktywów, cały proces rozpocznie się od nowa, tyle tylko że tym razem w warunkach coraz bardziej zacieśniającej się pętli termodynamicznej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s