Koniec skracania czasu pracy wg. Hunnicutta – komentarz PE

Kontynuujemy tematykę zainspirowaną artykułem Hunnicutta (streszczonym tu), odchodząc jednak tym razem od oryginalnego przekazu na rzecz luźnego rozwinięcia memetyki kiedy i dlaczego kampania o redukcję czasu pracy najemnej dobiegła swojego końca.

Jak pamiętamy Hunnicutt politykę fiskalnej stymulacji F.D.Roosevelta określaną mianem New Deal zidentyfikował mniej więcej jako przewrót [1], który położył kres powszechnym jeszcze na początku lat 1930-tych tendencjom do redukcji wymiaru czasu pracy najemnej [RWCPN]. Skutkiem tego przewrotu stał się swego rodzaju (czasowy, złamany później przez kontr-rewolucję monetarystyczną) pakt-kompromis pomiędzy kapitałem a prolami. Kompromis ten odczytywany jest przez współczesnych realistów wolnorynkowych czy przez złotowiekowców jako racjonalna zasada dzielenia konfitur wzrostu produktywności pomiędzy kapitał i pracę. I właśnie w odbudowie właśnie takiego kontraktu ekono-społecznego większość z tych „postępowców”, którzy niechętnie wyglądają poza ramy ekonomii burżuazyjnej, chciałaby upatrywać remedium na bolączki współczesnego kapitalizmu.

Pogląd taki, naszym zdaniem, posiada jednak szereg słabości. Zacznijmy od tego, że pomimo postępu technologicznego (który ponoć ostatnio jeszcze bardziej akceleruje napędzany ostro hajpowaną dysrupcją generowaną przez IT w kierunku AI), faktyczne wzrosty produktywności są mizerne (o tym dlaczego, staraliśmy zgadywać wcześniej tu), nieporównywalnie słabsze, aniżeli miało to miejsce w latach 1960-tych (sprawdź np. tam). Czyli obecnie tak naprawdę nie byłoby czego dzielić, nawet jeżeli udałoby się poluzować w jakiś sposób żelazne prolo-wnyki, zastawione przez kapitał przy wydatnej pomocy sił monetarystycznej ekono-ciemności w latach 1970-tych (czyli wtedy, kiedy z kolei akurat dzielić było jeszcze co).

Co gorsza, o czym będziemy kasandrować do znudzenia, perspektywy dalszego podkręcania wolumenów produkcji zdaniem wielu wkrótce natrafią na barierę trudniejszą do przeskoczenia, aniżeli ta sztuczna (walko-klasowa) postawiona przez neoliberalne gubminty, a mianowicie taką, którą wyznacza termodynamika; produktywność nie jest funkcją li tylko sprytnego zorganizowania metod wytwarzania i stajloryzowania proli – na wejściu musi znaleźć się zawsze jakaś porcja materialnego zasobu/surowca oraz jakaś dawka energii (a te gadżety, wbrew nadziejom ekono-prymitywistów-optymistów, nie materializują się za sprawą Wróżki Popyto-Podażuszki).

Czyli istnieją uzasadnione przesłanki, aby sądzić, że programy obiecujące zwiększenie prolo-spożycia, nawet zakładając optymistycznie możliwość odwrócenia skutków leseferystycznej kontr-rewolucji, są nierealistyczne z naturalnych przyczyn obiektywnych. Mimo to praktycznie cała energia memetyczna sił deklarujących się jako pro-prolowe koncentruje się na propozycjach, które zakładają zwiększenie dostępności dóbr, a przez to z definicji ich realizacja wymagać musiałaby dalszego  podkręcenia tempa produkcji gadżetów.

(Rzecz jasna  część takich narracji zakłada, że stymulacja gospodarki miałaby skupiać się w obszarach, które mogłyby dawać szanse na poprawę energo-efektywności pekabu, np. poprzez konstrukcję obiektów generowania energii odnawialnej; rzadko jednak przyjmowana jest perspektywa, którą można by uznać jako realistyczną wobec faktycznej skali wyzwań, jakie stawia radykalna zmiana modelu zasilania; zresztą – nawet jeśli wyzwania te zostałyby podjęte, celem ich skutecznej realizacji dostępność typowych dóbr konsumpcyjnych musiałaby zmaleć – przynajmniej czasowo w okresie transformacji – po to, aby wszystkie możliwe zasoby przekierować na potrzeby wymiany infrastruktury energetycznej; o praktycznych trudnościach przekonania elektoratu do takiej długofalowej eko-austerity parę słów przy innej okazji).

Dodatkowo jeszcze wydaje się, że w kapitalizmie występuje naturalna tendencja do „zagospodarowywania” wzrostu dochodów ludności (ale także dochodów firm produkcyjnych) przez rentierstwo (czy także tzw. stałe koszty utrzymania); tzn. na skutek jakichś wielowymiarowych procesów (trudnych do prostego zdefiniowania, aczkolwiek konsumeryzm ma z tym zapewne wiele wspólnego) realne podwyżki płac nie prowadzą wcale do istotnej poprawy dochodów do dyspozycji, ponieważ większość „nadwyżki” prędzej czy później zostaje pochłonięta np. przez kredyt czy rosnące koszty najmu (a w długim okresie także przez rosnące koszty energii). Wskutek tego presja na generację podaży prolo-godzin nigdy nie maleje. Fakt faktem, bez zasadniczej przebudowy systemu dostarczania pewnych dóbr i usług (przebudowy prawdopodobnie znacznie wykraczającej poza ramy wolnorynowego algorytmu M(t2) > M(t1)) powstrzymanie tej dynamiki byłoby trudne.

(Bez wątpienia wielkość zadłużenia prywatnego można uznać za jeden z głównych inhibitorów postępu RWCPN, bądź też jest to przynajmniej systemowe narzędzie do wyciskania podaży prolo-godzin jak i dyscyplinowania siły roboczej. To z kolei nasuwa pytania gdzie leży źródło-przyczyna owego gigantycznego i rosnącego długu prywatnego. Jedna z możliwych hipotez jako winowajcę wskazywałaby konsumeryzm; według innej przyczyn należałoby szukać w dynamice, do której niechybnie – przynajmniej w warunkach wzrostu demograficznego – prowadzi towaryzacja ziemi + komercjalizacja budownictwa mieszkaniowego. I o ile to pierwsze zjawisko można uznać za dziedzictwo FDR, o tyle ten drugi fenomen to już w oczywisty sposób „prezent” od leseferystów kontr-rewolucjonistów monetarystycznych. Bolączkę narośli długu prywatnego teoretycznie mogłaby rozwiązać akcja typu Debt Jubilee, ale dopóki problemy-generatory długu leżące u podstaw tej dynamiki nie zostaną rozwiązane, będzie to tylko leczenie objawowe. BTW. PE ma w zanadrzu pewną konkurencyjną propozycję odnoszącą się do tego problemu, o której być może już w kolejnym wpisie.)

Podchodząc do tematu z innej jeszcze strony, a mianowicie w kwestii wyboru. Pamiętamy z artykułu Hunnicutta, że jeszcze na początku lat 1930-tych niejako obok siebie funkcjonowały dwie wizje polepszenia prolo-losu – jedna postulująca zwiększenie spożycia, a druga poszerzenie puli czasu wolnego. (Oczywiście w latach 1930-tych czy 50-tych sytuacja termodynamiczna była całkowicie inna i stąd pójście ścieżką rosnącej konsumpcji mogło jeszcze wtedy wydawać się  czymś racjonalnym). Obecnie wyboru praktycznie nie ma; raz – z powodu ww. problemu stagnacji (czy w wielu przypadkach spadku) dochodów do dyspozycji, ale także z uwagi na to, jak zorganizowana jest gospodarka: nieczęsto (poza sektorem ekonomii fuchowej, ale ta charakteryzuje się z kolei często najgorszymi stawkami godzinowymi, przynajmniej jeśli mówimy o standardowych prolach, konkurujących często-gęsto ze swoimi kolegami i koleżankami z Bangladeszu) istnieje w ogóle opcja wykonywania stabilnej pracy najemnej w formacie np. 3 x 8 czy 4 x 6 (co jest bardziej efektywne termodynamicznie aniżeli np. 5 x 5, ale tak czy owak opcja 5/8 etatu jest również z reguły niedostępna).

Dylemat leżałby po pierwsze w próbie zdefiniowania, co reprezentuje wartościowszy bonus dla prolo-jednostki: więcej czasu wolnego czy większe zdolności do konsumpcji; po drugie – w jaki sposób otworzyć prolom realne możliwości dokonania takiego wyboru; raz – przez takie zarządzanie zasobami, żeby koszyk spożycia (przynajmniej taki mini-minimum) był osiągalny dla każdego pracującego w wymiarze 20-25 h/tydz. (co z punktu widzenia zasobów jest – jak na razie przynajmniej – bułką z masłem, przeszkody są wyłącznie natury polityczno-walko-klasowej), a dwa, żeby zreorganizować system tak, aby opcja dałsziftowania była w praktyce osiągalna dla każdego chętnego, w każdej czy przynajmniej w większości branż (co oczywiście wymagałoby ustanowienia odpowiednich standardów organizacyjnych przez regulacje, a więc w tej kwestii należy się niechybnie spodziewać zaciekłego oporu względem zmian ze strony szczekaczek-pracorozdawaczek; to w temacie elastyczności, która to cecha, jak się wydaje, z zasady obecnie występuje i jest oczekiwana tylko po jednej stronie, tj. po stronie generatorów prolo-godzin).

Dla zbudowania bardziej wnikliwej perspektywy należy pamiętać, że w latach 30-tych czy nawet na początku 50-tych na wielu terytoriach leseferystycznego centrum nawet takie kwestie jak pozyskiwanie przez proli odpowiednich dawek kalorycznych to jeszcze nie była rzecz przyjmowana za standard, nie mówiąc już o posiadaniu prywatnych środków transportu (porównaj estymę bicykla jako środka dotarcia do miejsca wyzyskobrania z ery Lardi di biciclette ze współczesną kulturą ride&dump). Postępu na biegunie wolumenów konsumpcji PE nie zamierza kwestionować (co nie oznacza stempla progresywizmu), natomiast jeśli chodzi o czas wyzyskodawania stoimy w miejscu co najmniej od lat 1970-tych (gdzie-niegdzie znacznie dłużej z tendencjami do regresu, patrz np. tu).

Czyli inaczej – nasz pierwotny dylemat: konsumpcja vs. czas wolny, został pogrzebany, czy może raczej zastąpiony paradygmatem: maksymalizuj swoją podaż prolo-godzin, żeby utrzymać odpowiedni poziom konsumpcji (nadążaj za innymi), albo giń-przepadnij zakało krajobrazu pekabo-rozwijania.

Analogicznie,  pozostające artefakty walki klasowej koncentrują się prawie wyłącznie właśnie na jakże ulotnym czynniku poprawy prolo-zdolności konsumpcyjnych. Prowadzi to do ekono-patologii, gdzie „postępowcy” domagają się wręcz zwiększenia wymiaru wyzyskobrania, postrzegając nie-spełnienie się proli w cyklach 40 h praco-wciągania tygodniowo (niedozatrudnienie czyli underemployment) jako źródło zastoju gospodarczego/utraty potencjalnego PKB (niestety, w tym gronie znajduje się też B.Mitchell  – np. tu  – gość, który jak mało kto ogarnia meandry makro z pozycji ekonomii burżuazyjnej). Tymczasem – jak wiemy – koncept osiągnięcia bogactwa przez maksymalizację twoich prolo-godzin jest mniej więcej odpowiednikiem marchewki przymocowanej na kiju do głowy osła tak, żeby dyndała w jego/jej polu widzenia – z pozoru na wyciągnięcie paszczy, jednak zawsze bezpiecznie poza jej zasięgiem  – zgodnie z klątwą błędu złożenia).

MMT-erzy czy inni pragmatyści wolnorynkowi, ogólnie rzecz biorąc, uważają prolo-czas wolny za marnotrawstwo – dokładnie tak, jak to postrzegali architekci New Dealu z FDR na czele. Oczywiście jako podstawowy problem (wtedy i teraz) traktuje się czas „wolny” wymuszony bezrobociem (czy niedozatrudnieniem). Tym niemniej głównym (i wspólnym dla FDR czy też MMT) elementem argumentacji o szkodliwości zjawiska bezrobocia jest to, że jest ono przyczyną niepowetowanej straty w postaci nieosiągnięcia pełnego potencjalnego PKB (niepowetowanej, ponieważ rozejście się krzywych pekabu faktycznego i potencjalnego w danym roku stanowi trwałą, niemożliwą do „nadgonienia” degenerację „bazy”; pisane było o tym tam). Jednak idąc dalej tym tokiem – jaka będzie różnica w utracie PKB w przypadku 25% bezrobocia vs. w przypadku RWCPN z 40 do 30 h tygodniowo (przy zerowym bezrobociu)? Otóż, przyjmując taki punkt widzenia, niewielka (być może w sytuacji 0%-owego czy jedynie frykcyjnego bezrobocia można spodziewać się lepszych nastrojów konsumenckich, dzięki czemu szybkość obiegu pieniądza będzie wyższa). To wszystko. Inherentna wartość prolo-czasu wolnego nie jest zmienną, którą ekonomiści burżuazyjni dowolnego sortu byliby skłonni uwzględnić w swoich równaniach.

Ale nawet bardziej optymistyczna perspektywa, tj. promowana przez ekonomistów typu B.Mitchell (przy całym szacunku, który wykracza poza ramy, gdzie każdy heterodoksyjny nie-leseferystyczny ekono-bohater może zabłysnąć światłem na tle neoklasycznej ekono-ciemności) – w której pełne zatrudnienie prowadzić ma do przejęcia części tortu dochodowego przez proli – nie do końca uwzględnia zjawisko takie, że w paradygmacie napompowanych aspiracji konsumpcyjnych czy kompulsywnego nabywania emblematów sukcesu, takie ewentualne nadwyżki zostaną w środowisku praktycznego leseferyzmu prędzej czy później „zagospodarowane” w drodze samo-dostosowania się wysokości rent – głównie w sektorze nieruchomości (w postaci albo wyższych kosztów obsługi kredytów mieszkaniowych bądź wyższych kosztów najmu). Czyli to co prolom ewentualnie uda się uszczknąć z kieszeni fabrykantów, w takim kołowrotku trafi w końcu i tak w łapska sektora FIRE czy rentierstwa.

Tymczasem to właśnie drugi z tych biegunów determinujących jakość prolo-życia, czyli czas wolny, wydaje się być istotniejszym składnikiem mieszanki, a to przez to, że zorientowany jest bardziej na upodmiotowienie (czy odzasobowienie) prola. Po prostu prol dysponujący wolnym czasem (przynajmniej potencjalnie) zyskuje opcje aktywnego uczestnictwa w kształtowaniu rzeczywistości, np. może zacząć udzielać się w organizacjach społecznych, które będą patrzeć na ręce lokalnym bonzo-politykom, nie mówiąc już  tym, że łatwiej będzie prolowi znaleźć czas na poczytanie (np. PE!) czy choćby na uruchomienie procesów krytycznego myślenia; równie dobrze taki prol będzie mógł wykonać pracę nie-najemną, tzn. wytworzyć coś dla siebie samego czy dla rodziny.  [zaraz, zaraz… co wy tu propagujecie? Prole zabijające pekaba przez nie-kupowanie czy wtrącające się do spraw, o których nie mają zielonego pojęcia? Czy to nie są właśnie idealne argumenty PRZECIWKO redukcji czasu pracy? Sami sobie właśnie strzeliliście w komunistyczną stopę neotrockiści, hahaha! – to napisaliśmy my, hakerzy z organizacji Hakerzy Murem za Pracodawcami].

I o ile my w PE nie jesteśmy adwokatami austerity, a ustawowe podnoszenie płacy minimalnej posiada nasz stempel progresywności, o tyle w naszej opinii RWCPN należy postrzegać jako co najmniej równoważny element praktycznej walki o ograniczenie skutków frirajderstwa kapitalistów. Co więcej, jeśli nasz algorytm wyliczający współczynnik progresywności, miałby uwzględniać kasandryczno-realistyczne dane w/s perspektyw dalszego wciągania dywidendy termodynamicznej na potrzeby pekabu, wtedy RWCPN w sposób oczywisty staje się lepszym wyborem – ścieżką do odblokowania modelu, który rokowałby znacznie większe szanse na uniknięcie katastrofalno-niekontrolowanego załamania modelu produkcji opartej o prawo wartości wymiany.

Na deser ankieta, która ma na celu podstępnie wycisnąć szczerą opinię od tych zwolenników realizmu wolnorynkowego, którzy mieli okazję zabłądzić na nasze dzisiejsze łamy. 

UWAGA!: Ankieta kierowana jest tylko do MMT-erów i post-keynesistów – jeśli nie zaliczasz się do tej grupy nie wypełniaj!

__________________

Zaznaczmy, że Hunnicutt (ani PE) nie kwestionuje tego, że New Deal przywrócił (czy odblokował) zdoloność angażowania zasobów w modelu sterowanym algorytmem  M(t2) > M(t1). Chodzi raczej o to, że instrument stymulacji popytu np. przez roboty publiczne można było połączyć z dalszą redukcją wymiaru czasu pracy najemnej w jedną logiczną i bardziej progresywną politykę gospodarczą.

BTW. co ciekawe, jest jeszcze inna teoria wskazująca na przewrotowy charakter New Dealu (pomijając neutralne fantazje mizesologiczne) – mianowicie ta propagowana przez naszego komunistycznego guru Jehu; tu krótko (pisaliśmy już o tym) – zawieszenie wewnętrznej wymienialności $ na Au w 1933 było reakcją na stan absolutnej nad-akumulacji kapitału, a pompowanie gubmintowego fiata pod pretekstem stymulacji popytu faktycznie miało służyć jako pożywka wskrzeszająca to prze-akumulowane, niezdolne dłużej generować zysków zombi.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s