New Deal czyli zapomnijcie o krótszym czasie pracy

Synteza:

[wpis oparty o artykuł z 1984 r. autorstwa B.K. Hunnicutta]

Walka o redukcję wymiaru czasu pracy najemnej zaczęła się praktycznie od momentu, kiedy taka forma angażowania siły roboczej stała się powszechna, tj. w I połowie XIX w. Zwieńczenie tej kampanii nastąpiło w latach 30-tych XX w., kiedy to miało miejsce ustanowienie 40-godzinnego tygodnia pracy najemnej w wiodących krajach kapitalistycznych.

Głównym argumentem ZA (oprócz memetyki marksowskiej) był fakt polepszającej się – m.in. dzięki mechanizacji (oraz dzięki rosnącemu zaangażowaniu paliw kopalnych) – produktywności siły roboczej. Właśnie w latach 20-tych XX w. stan technologii i wykorzystania dywidendy termodynamicznej po raz pierwszy w historii umożliwił zaistnienie  zjawiska nadprodukcji, tj. takiego środowiska, w którym zdolności produkcyjne pozwalały z naddatkiem zaspokoić większość podstawowych potrzeb całej populacji.

Mimo że taki bieg ekono-rzeczy stanowił racjonalne uzasadnienie dla dalszego ograniczenia nakładów pracy ludzkiej (co zauważali powszechnie ówcześni obserwatorzy rzeczywistości, organizacje pracownicze, główno-nurtowi politycy, publicyści czy intelektualiści od prawa do lewa), kontynuacja redukcji wymiaru czasu pracy najemnej została przez elity biznesu i polityki uznana (nie bez podstaw) za zagrożenie dla funkcjonowania systemu opartego o motywy zysku i ekspansji, tj. dla kapitalizmu. Dlatego też filozofia przypisująca inherentną wartość czasowi wolnemu została stopniowo wyparta (z pomocą m.in. nowoczesnego aparatu medialnego) przez ideologię konsumeryzmu, w której krzywa tzw. potrzeb konsumenckich rosnąć MA co najmniej w takim samym tempie jak wzrosty produktywności czy dochodów z pracy najemnej.

W konsekwencji kwestia kontynuacji trendów redukcji czasu pracy stopniowo zniknęła z przestrzeni debaty społeczno-politycznej – dalsza walka na tym froncie została praktycznie całkowicie zaniechana. Źródła takiego stanu rzeczy należy niestety upatrywać także w polityce New Deal F.D.Roosevelta. Program ten, wprowadzając nowe socjo-ekono narzędzie zwane stymulacją popytu, przywrócił gospodarkę opartą o prawo wartości wymiany do stanu funkcjonalności, ale jednocześnie stał się deklaracją zdecydowanego wyboru priorytetu wartości konsumpcji ponad wartość czasu wolnego. Ekono-decyzje podjęte w latach 1930-tych stanęły u podstaw ekono-mempleksu, który nawet po 80-ciu latach nadal definiuje wektory ekono-polityki pozycjonującej się jako pro-prolowa. Skutkiem tego ekono-historycznego balastu pro-prolowa ekono-memetyka koncentruje się prawie wyłącznie na obszarach, które obiecywać mogą dalsze zwiększanie zawartości koszyka konsumpcji przy zachowaniu wymiaru czasu pracy jako constans, czyli  dokładnie tak, jak tego życzyli sobie adwokaci zablokowania kontynuacji trendów redukcji wymiaru czasu pracy w latach 1930-tych, w osobach prominentnych kapitalistów jak H. Ford, jak i w osobach domniemanych liderów pro-prolowej polityki jak FDR.

*

Dzisiejszy wpis to (upstrzone naszymi sporadycznymi wtrąceniami) streszczenie cyt. artykułu B.K. Hunnicutta  z 1984 r. Celem jest zaprezentowanie krótkiego rysu historycznego biegu spraw, w wyniku którego mniej więcej od drugiej połowy lat 1930-tych w USA przestało się rozmawiać o skróceniu wymiaru czasu pracy najemnej. Jednocześnie, eksperymentalnie wprowadzamy funkcję ‘synteza’ (powyżej) po to m.in. żeby udowodnić (sobie samym), że jesteśmy w stanie zdyscyplinować się (kiedy chcemy) do zachowania szeroko akceptowalnego słownictwa i objętości tekstu nie większej niż taka, której wymaga przepis na jajecznicę. Ale do (tak rozbełtanego, ale miejmy nadzieję nie przepieprzonego) meritum:

[Zgodnie z cyt. artykułem] Walka proli o redukcję wymiaru czasu pracy najemnej [RWCPN] miała miejsce praktycznie od początku ustanowienia kapitalistycznego reżimu praco-najemno niewolnictwa tj. od I połowy XIX w. i trwała aż do końca Wielkiego Kryzysu z lat 30-tych XX w. Co więcej kwestia ta była stałym elementem debaty politycznej (np. Platforma Omaha, Partia Łosia, ale pojawiała się także na forum obydwu partii mainstreamowych). Związek przyrostów produktywności wynikających z postępu technologicznego czy organizacyjnego wydawał się być powszechnie dość oczywistą przesłanką dla publicystów czy aktywistów  (w tym tych z głównego nurtu) do podejmowania zagadnienia RWCPN na forum publicznym. Inaczej mówiąc – był to temat, który budził szerokie społeczne zainteresowanie, coś może jak dziś kwestia płacy minimalnej.

Efekty tej epickiej kampanii [1] były dość imponujące: na przestrzeni kilkudziesięciu lat udało się zawęzić ramy czasowe wyzysku w niektórych przypadkach nawet o połowę (z ekstremalnie nawet 80+ do 40 h/tydzień). Np. w latach 1913-1919 tygodniowy wymiar zmniejszył się o 8%. Po wywalczeniu 8 godzinnego dnia wyzyskodawania, w latach 1920-tych kampania skoncentrowała się na ustanowieniu 5-dniowego tygodnia pracy najemnej. W USA ukoronowaniem tego stał się Fair Labor Standards Act z 1938 r., który wprowadził m.in. właśnie standard w postaci 40-godzinnego limitu na tygodniowe praco-najemno-wciąganie (wyzysko-dawanie); standard, który (przyjmując optymistycznie jego przestrzeganie) pozostaje bez większych zmian do dziś – 80 lat później.

Nie trzeba dodawać, że zanim ten sukces został osiągnięty, kampania na rzecz ucywilizowania wymiaru wyzysku napotykała zaciekły opór, głównie ze strony szczekaczek-pracorozdawaczek jak i ustami i piórami etatowych uzasadniaczy praco-rozdawaczowego frirajderstwa czyli ekonomistów, którzy jako lepszą alternatywę przedstawiali wizje niewyobrażalnie wspaniałego eldorado konsumeryzmu, mające się ziścić pod warunkiem zachowania odpowiednio szerokich ram czasowych praco-dawania. Biznesowi krążące widmo redukcji czasu pracy kojarzyło się ze stagnacją pekabu [2], a „nadmiar” prolo-czasu wolnego w postaci np. wolnych sobót stanowił nie tylko marnotrawstwo, ale wręcz zagrożenie porządku publicznego, ponieważ w naturze pod-klasy leży (ponoć) skłonność do wykorzystywania chwil wolnych do czynienia rzeczy niecnych. 5-dniowy tydzień pracy nasi liderzy odczytywali jako znak rozkładu społecznego, degeneracji etosu pracy czy nawet jako przejaw anty-amerykanizmu.

Niemniej jednak proli w tej walce popierały bardzo różne środowiska (np. Żydzi Ortodoksyjni), a sprawa była szeroko dyskutowana w ogólnym kontekście takich podstawowych pytań jak „czemu ma służyć praca i wzrost gospodarczy?” czy „jaka jest przyszłość kapitalizmu?” (Szoko-niedowierzanie; dziś każdy wie, że tylko pekab odpowiednio napompowany za sprawą kreatorów bogactwa i za przyczynkiem praco-rozdawaczy może poprawić prolo-byt w przyszłości,  a więc należy powierzyć się ich łasce i nie zadawać głupich pytań. Co więcej, postulaty skrócenia czasu wyzyskodawania całkiem zniknęły z programów mainstreamowego politykabuki  – nie tylko zresztą w USA, choć w Europie zdarzają się chwalebne wyjątki np. Francja – ale stały się także praktycznie nieobecne w debacie publicznej w ogóle. Co gorsza, skrócenia wymiaru praco-najemno niewolnictwa przestali się domagać nawet zwiąchole.)

Z kolei oponenci-sceptycy postrzegania ekono-dziejów jako procesu niepohamowanego postępu (gatunek w owych czasach nadal występujący i zabierający głos powszechnie) uważali, że nadprodukcja jest po prostu naturalnym symptomem dojrzałej gospodarki kapitalistycznej, a stąd oczekiwania kontynuacji trendów wzrostu w nieskończoność są pozbawione podstaw. Ziszczenie się takiego kasandrowania nie oznaczałyby oczywiście nic dobrego dla kapitalistów, stąd ośrodki biznesu zdeterminowane były do podjęcia wszelkich działań, które dawałyby szanse na odwrócenie tej karmy, nawet jeśli oznaczać musiałoby to odejście od standardowej filozofii prolo-dociskaniowej. Stąd też zaczęto rozważać na poważnie nawet takie inicjatywy, jak podwyżki płac (czy nawet  faktycznie i dobrowolnie je przyznawano – vide casus H.Forda) po to, aby tchnąć nowego ducha w kapitalistycznego golema. Przeważającym stanowiskiem pro-wzrostowców była wiara (zapewne nie pozbawiona podstaw) że potrzeby konsumpcyjne można rozdymać do nieskończoności i właśnie w tym czynniku należy upatrywać nadziei na zachowanie dotychczasowych stosunków produkcji.

Część kapitalistów (w tym właśnie H.Ford)  w opozycji do betonu uważała, że to właśnie RWCPN do 40 h/tydz. będzie stymulatorem konsumpcji: „Goods are bought only as they meet needs. Needs are filled only as they are felt. They make themselves felt largely in the leisure hours.[3] Nie należy jednak tego pochopnie odczytywać, że jakoby Ford i jemu podobni nagle stali się przyjacielami czy orędownikami proli; byli po prostu cwańsi, niż kapitalistyczny beton: prolo czas wolny był dobry, ale tylko w tym zakresie, o ile kreował nowe potrzeby, stymulujące do intensyfikacji pracy/generacji prolo-godzin; stąd opozycja dla wszystkiego <40h/tydz. była (i oczywiście nadal jest) już uniwersalna dla wszystkich kapitalistów oraz ich minionków-ekonomistów.

Tak czy owak, mimo oporów ze strony części biznesu, sukces w postaci 40 godzinnego tygodnia wyzyskodawania stał się w końcu faktem. Niemniej jednak w trakcie tej kampanii siły opozycyjne – zdeterminowane, aby zapobiec dalszym procesom dergrengolady i gnuśnienia proli, które zachodzą w czasie wolnym – odnalazły właściwe antidotum w postaci nowej idei, jaką okazała się być stymulacja popytu – rzecz wcześniej niesłychana. Tzn. poprzednio nikomu nie przyszła do głowy myśl, że prole mogą czy powinny kupować gadżety, które są im niepotrzebne; ogólny ekono-klimat wskazywał jedynie na potrzebę zapewnienia prolom poziomu subsistence, czyli takiego, gdzie za płace nabyć można jedynie kalorie potrzebne do dalszego wykonywania pracy najemnej, nająć jakiś kąt do zamieszkania + uzyskać pewną nadwyżkę potrzebą do prolo-reprodukcji. Nadzwyczajne okoliczności (które w tym przypadku przybrały postać zjawiska nadprodukcji [4] dóbr) wymagają jednak nadzwyczajnych środków.

Zgodnie z teorią, która stanęła u podstaw (jakkolwiek niechętnego) kapitalistycznego konsensusu złagodzenia kieratu praco-najemnego do schematu 5×8 (ale nie mniej, poza wyjątkami, o których za chwilę), taki optymalny punkt równowagi na osi preferencji ‘czas wolny/praca/konsumpcja’ miał się jakoby ustalić samoczynnie i niejako naturalnie (czy ewentualnie przy niewielkiej pomocy ośrodków propagowania konsumeryzmu). Tzn. im więcej czasu wolnego ma prol, tym większe są (czy mają/powinny teoretycznie być) jego potrzeby, a to z kolei oznacza reaktywację presji na generację prolo godzin, czyli wahadło preferencji, które pod wpływem podwyżek płac może wychylić się (chwilowo) w kierunku poszukiwania komfortu czasu wolnego, po przekroczeniu pewnego punktu odbije jednak z powrotem w stronę chęci zwiększenia czasu wyzysko-dawania celem realizacji potrzeb, które w tym wolno-czasie narodzą się jak myszy z brudu. Jak to ujął ekonomista C.Southworth „[…] nieskończona zdolność zwykłego człowieka do pożądania rzeczy ustanawia kontrolę nad chęcią dysponowania dłuższym czasem wolnym. Dobra moneta powiększania bogactwa materialnego ostatecznie zawsze wyprze z obiegu złą monetę dłuższego czasu wolnego. […]” (zwróćmy uwagę na umieszczenie kwalifikatorów rozwiewających ewentualne wątpliwości, co jest dobre a co złe).

Wracając do stymulacji popytu: nawet podwyżki płac nie stanowiły jednak gwaracji, że konsumeryzm ruszy z kopyta, a prole wskoczą z entuzjazmem do konsumpcjo-kołowrotka napędzającego pekab; jeżeli „hipoteza naturalnego punktu równowagi preferencji” okazałaby się chybiona, lepsze zarobki równie dobrze mogły przynieść katastrofalny skutek w postaci pogłębienia awersji proli do generowania prolo-godzin na wymaganym poziomie; w najgorszym przypadku mogłoby to wręcz nasilić procesy demobilizacji siły roboczej, prowadząc do dalszej eskalacji żądań redukcji czasu wyzyskodawania. Aby zwiększyć szanse, że Plan (Zapobieżenia Wypłaszczeniu Się Pekabu Z Winy Wylegująco-Niekonsumujących  Proli) zadziała, należało – wychodząc z założenia, że konsumpcję faktycznie da się wypromować – dokonać zasadniczej zmiany kultury; czyli – oprócz blokowania przez lobby płaczek-pracorozdawaczek postępu legislacji zorientowanych na RWCPN  – wskazane było zaangażowanie aparatu masowej socjotechniki, której zaawansowane narzędzia jak radio czy tania prasa były już korzystnie dostępne na podorędziu (i pod bezpieczną kontrolą – podobnie jak zresztą gubmint – tłusto-kotowych kapitalistów).

Promocja konsumeryzmu była do pewnego stopnia kontestowana przez środowiska takie jak zwiąchole, liderzy religijni, intelektualiści, socjologowie (czyli ogólnie wiadomo – przez lewactwo). Przyjmując racjonalne, nie oślepione blaskiem algorytmu M(t2) > M(t1) podejście, oczywistym jest, że kupowanie gadżetów w istocie niepotrzebnych, wydłuża czas pracy ponad ten społecznie niezbędny. Prole, które kontrolę nad produkcją utraciły już dawno, teraz stały przed perspektywą utraty kontroli nad konsumpcją!

Jak stwierdza Autor artykułu – lata 1920-1934 były okresem ścierania się tych dwóch konceptów – redukcji czasu pracy oraz konsumeryzmu. W obu przypadkach ambicją (przynajmniej deklarowaną) było znalezienie adekwatnego rozwiązania, które przystawałoby do fenomenu nowych czasów, czyli ery kapitalizmu nad-produkcji – a więc środowiska, w którym moce produkcyjne pozwalały wytworzyć więcej dóbr, aniżeli wynosił agregat racjonalnych potrzeb. Adwokaci RWCPN wśród zalet swojego konceptu wymieniali zmniejszenie zagregowanych nakładów wysiłku i nakładów materiałowych, wzrost płac (tak, tak – a to dzięki stworzeniu rynku sprzedawcy prolo-godzin), dystrybucję zatrudnienia (redukcję bezrobocia), zapewnienie podstawowego standardu minimum dla wszystkich, odbudowę multi-umiejętności, kreatywności i inicjatywy (które utracone zostały w drodze tajlorystycznego podziału pracy wymuszonego przez mechanizację), rozkwit wolontariatu, wzmocnienie więzi społecznych; i wreszcie wolność, albowiem wolność to właśnie wolny czas (a nie, jak to się zwykło dziś uważać, możliwość wyboru, na rzecz którego wyzyskobiorcy wygenerujemy naszą podaż prolo-godzin).

Aż do roku 1927 organizacje pracownicze stały dość zgodnie na stanowisku, że to właśnie RWCPN jest właściwą drogą ku poprawie dystrybucji zasobów, a przy tym drogą nie wymagającą konieczności angażowania bezpośredniej interwencji gubmintowej. Opozycyjny koncept (konsumeryzmu) przez aktywistów często określany był jako „squirell cage concept of progress” (czyli wzrostu napędzanego jak kołowrotek przez chomika [5]; ta metafora jest o tyle jeszcze trafniejsza, że teraz – po 80 obrotach Planety wokół Słońca i po kolejnych cyklach tajloryzowania, umaszynowiania, automatyzacji i robotyzowania – jeśli chodzi o wymiar czasu pracy, nadal znajdujemy się w tym samym miejscu). Taki stan rzeczy – gdzie pomimo wynikającego z nadprodukcji potencjału do zwiększania swojej konsumpcji – jeszcze 80 lat temu prole wykazywały świadomą preferencję czasu wolnego – może napawać pewnym optymizmem, który pozwalałby postawić tezę, że chciwość/materializm nie jest wcale jakąś uniwersalną charakterystyką Kultury Zachodu (to w zaprzeczeniu do naszej naprędce skleconej swego czasu teorii, gdzie w materialistycznej Kulturze Zachodu mielibyśmy być niejako skazani na neoliberalizm od samego jej zarania [6] ); inaczej: procesy lobotomizacji konsumeryzmem są być może odwracalne).

Ówcześni aktywiści byli w stanie z dużą łatwością zidentyfikować podstawową słabość konsumeryzmu (co nawet dziś, u progu epoki post-peak everything, wielu deklaratywnym pro-prolowcom przychodzi z trudnością), a mianowicie zasadę malejących korzyści krańcowych z konsumpcji (dla przykładu  S. Leacock, notabene dość zapiekły konserwatysta: „[…]produkcja artykułów luksusowych czy nadmiarowych (superfluous) to patologiczna odmiana rozwoju […] redukcja czasu pracy […] to kluczowe zagadnienie reformy społecznej […]”; lista nazwisk ludzi, głoszących podobne herezje, a wymienionych w cyt. artykule jest bardzo długa). W sposób oczywisty, po przekroczeniu pewnego punktu przegięcia krzywej takich korzyści, rozwój zdolności produkcyjnych służy bardziej celom podtrzymania określonego modelu stosunków produkcji (dominacji klasowej), aniżeli realizacji aspiracji poprawy realnego dobrostanu populacji.

Ostatnią falę pozytywnych zmian RWCPN przyniósł nieco paradoksalnie Wielki Kryzys. Celem była poprawa „dystrybucji” zatrudnienia (dzielenie się pracą) w obliczu potężnego bezrobocia. Hoover uczynił RWCPN częścią oficjalnej polityki swojego gabinetu; co więcej część kapitalistów decydowała się wprowadzać 40-to czy nawet 30-to godzinny tydzień pracy (który przed Kryzysem wynosił średnio 49 h) spontanicznie, preferując takie rozwiązanie względem redukcji personelu. Wobec fatalnej koniuntury zmniejszenie wymiaru CP wiązało się niestety nieuchronnie z obniżkami płac.

Rosnące poparcie polityki i biznesu dla RWCPN dało okazje organizacjom zwiącholi (skupionym w AFL) do zdecydowanej akcji, w wyniku której w toku twardych negocjacji grupowych warunków zatrudnienia w wielu gałęziach przemysłu ustalono tygodniowy wymiar czasu pracy w granicach 37,5, a w niektórych nawet 30 h (projekt ustawy przygotowany przez AFL, gdzie 30 h miało być ogólnokrajową normą, nie znalazł poparcia z uwagi głównie na histeryczne reakcje szczekaczek-pracorozdawaczek).

Po ciężkich bataliach w 1938 przyjęto wreszcie ogólnokrajowy kompromis w postaci 40 h/tydz. usankcjonowany cyt. wyżej ustawą Fair Labor Standards Acts. Wygrana bitwa przyniosła jednak niestety przegraną w wojnie. Mimo tego, że ten epizodyczny sukces proli został osiągnięty pod egidą F.D. Roosevelta, paradoksalnie to właśnie w osobie FDR należy upatrywać jednego z głównych hamulcowych dalszego postępu dla RWCPN. Ten dość dziwny fenomen – Roosevelt postrzegany jest bardzo często jako czołowa figura walki o prolo-sprawy – wymaga kilku słów wyjaśnienia.

Otóż FDR, podobnie jak elity kapitalistyczne, uważał prolo-czas wolny za marnotrawstwo. U źródeł takiego poglądu leży fakt, że niepełne zatrudnienie jest tożsame z nieosiągnięciem pełnego potencjału PKB. Oczywiście deklarowanym powodem troski był (czy nadal jest) „przymusowy” czas „wolny”, czyli ten mający źródło w bezrobociu. Jednak przyjmując perspektywę, w której polegamy na PKB jako wyznacznikowi dobrostanu, jesteśmy niejako skazani na trwanie w przekonaniu o konieczności trzymania populacji w stanie jeśli nie maksymalizacji, to przynajmniej optymalizacji czasu wykonywania (stowaryzowanej czy zmonetyzowanej [7]) pracy (w tym głównie podstawowej jej formy w kapitalizmie, tj. pracy najemnej); optymalizacji w sensie ww. teorii naturalnego punktu równowagi preferencji (tzn. czas wolny ma wartość o tyle, o ile stymuluje nowe potrzeby konsumenckie), czyli z punktu widzenia, w którym prole traktujemy w charakterze zasobu/prime movera.

Remedium, którego zdecydował się użyć FDR, aby zminimalizować utratę PKB, była stymulacja fiskalna, zorientowana m.in. na tworzenie miejsc pracy najemnej bezpośrednio przez gubmint. Ten wynalazek stał się czymś, co determinuje ekono-programy pozycjonujące się jako nie-leseferystyczne do dnia dzisiejszego.

Jednocześnie – ponieważ potrzeba takiej polityki pojawia się właśnie w czasach słabej koniunktury (czy to na początku lat 1930-tych czy teraz), takie propozycje trafiają na podatny prolo-grunt, ponieważ w kryzysie, kiedy stawki wynagrodzeń stoją w miejscu lub spadają, to właśnie deficyt/brak miejsc pracy („wymuszony czas wolny”) kojarzy się populacji z ekono-niedolą; w takich czasach prole przyciśnięte realnym widmem utraty źródła dochodów prędko zapominają o urokach czasu wolnego i gotowe są witać każdego, kto głosi ewangelię pełnego zatrudnienia, jako ekono-mesjasza (oczywiście to już nie dotyczy współczesnych ekono-realiów, gdyż obecnie strategia kapitału realizowana przez praktycznych leseferystów polega na dyscyplinowaniu warunkami permanentnego kryzysu niedozatrudnienia; nikt sobie nie zawraca głowy utratą potencjalnego pekabu, a prole dawno już zapomniały o czymś takim jak pełne zatrudnienie).

Wracając do lat 1930-tych – można powiedzieć, że FDR, opowiadając się zdecydowanie za wyborem ścieżki stymulacji gospodarki gubmintowym fiatem, jednocześnie zablokował drogę do dalszej RWCPN; i, jak się wydaje, właśnie przez taki, a nie inny wybór, powrót do wizji przekuwania wzrostów produktywności w wyzwolenie z (czy złagodzenie) reżimu praco-najmno niewolnictwa stał się niewykonalny, a przynajmniej przez 80 lat był tematem tabu (w wielu krajach łagodne trendy RWCPN kontynuowane były przynajmniej do czasów kontr-rewolucji monetarystycznej z lat 1970-80; zmiany te jednak nie miały charakteru radykalnej i zdeterminowanej walki  – takiej, jaka miała miejsce w pierwszych dekadach XX w.).

Inaczej mówiąc, działania spod znaku New Deal bez wątpienia (ok – jest to stwierdzenie nie-neutralne, ale PE to nie wiki.pl) wyciągnęły kapitalizm z głębokiego bagna (zapobiegając być może po drodze wielu indywidualnym prolo-tragediom), jednak prawdopodobnie były jednocześnie osinowym kołkiem dla idei przypisującej czasowi wolnemu inherentną wartość, która swego czasu była postrzegana jako jedynie niewiele mniej istotna aniżeli mierzalne monetarnie wskaźniki typu PKB (zresztą właśnie dopiero od tego czasu pekab stał się głównym totemem polityki gospodarczej i nauki upadłej – czytaj tu).

Tak więc, jak na ironię, hasła takie jak „stymulowanie efektywnego popytu”, „polityka pełnego zatrudnienia”, „aktywna polityka fiskalna”, „programy robót publicznych”, „automatyczne stabilizatory” (można klikać  – tu PE nie stwierdziła ekono-zła na wiki.pl) – postrzegane przez realistów wolnorynkowych czy złotowiekowców jako znamiona polityki postępu (a przez jądro leseferyzmu oczywiście jako socjalizmo-cudzo-pieniądzo-przeżeraniowe-kejnesowe-wnuko-zadłużanie) – tak naprawdę są artefaktami (fakt: nieco łagodniejszej niż monetarystyczna) anty-prolowej kontr-rewolucji, która miała na celu reanimację frirajderskiego systemu opartego o algorytm M(t2) > M(t1) (czyli o motywację zyskiem, którego pierwotnym źródłem jest ekonomiczny przymus praco-najemno niewolnictwa), kiedy ten model zabrnął w ślepą uliczkę nad-produkcji czy nad-akumulacji kapitału.

W ten pokrętny sposób dobrnęliśmy do końca naszego para-streszczenia. Komasację 30 stron do 6 (no, może z przypisami 7) uważamy za sukces – pozytywny krok w kierunku złotej jajecznico-przepisowej zwięzło-graalowości. Niestety jednak w trakcie czasu wolnego spędzonego nad udostępnieniem klu  cyt. artykułu czytelnikom, w naszych głowach wzbudziło się parę memów, które zamierzamy zrzucić jako próbę rozwinięcia twardej faktografiki Hunnicutta w kolejnym (?) odcinku.

Na koniec jeszcze ankieta celem przebadania hipotezy naturalnej równowagi preferencji:


1: Kampanii, która nie obyła się niestety bez ofiar – o historii walki i o ofiarach więcej tu
2: Jak też może i instynkt podpowiadał (i podpowiada nadal) kapitalistom, że pierwotnym źródłem ich zysków jest praca najemna, a zatem im krótszy czas jej uprawiania, tym szanse na ekstrakcję wartości dodatkowej są mniejsze

3: [Dobra nabywane są tylko wtedy, kiedy służą zaspokajaniu potrzeb. Potrzeby zaspokajane są tylko wtedy, kiedy je odczuwamy, a są odczuwalne głównie w czasie wolnym.]

4: Być może trafniejsza byłaby identyfikacja tego fenomenu jako „absolutnej nad-akumulacji kapitału”; tak czy owak – w okresie l.1920-tych niewątpliwie wystąpił pewien punkt zwrotny, który zmusił klasę kapitalistyczną do istotnych modyfikacji strategii utrzymania swojej pozycji frirajderskiej.

5: Wówczas najwyraźniej ludność preferowała dostarczać kołowrotkową rozrywkę wiewiórkom; obecna memetyka ‘o trzymaniu zwierza w domostwie’ mówi, że to chomiki, a nie wiewiórki, powinny wprawiać kołowrotki w ruch (być może dlatego, że wiewiórki cechują się większą kreatywnością od chomików i stać je na dużo więcej, tak więc należy dać im szanse na lepsze wykorzystanie ich talentów, np. tak)

6: Mimo to PE, jako byt czerpiący swą siłę z pesymizmu, nie zamierza się całkiem wycofać z obwiniania Kultury Zachodu jako pierwotnego źródła neoliberalnego stylu frirajderstwa; garść argumentów ZA mamy w zanadrzu i nie zawahamy się ich użyć w przyszłych wpisach

7: Teoretycznie można by próbować napompować pekaba, monetyzując prace dotychczas nie wynagradzane w pieniądzu np. opiekę nad własnymi dziećmi (takie pomysły zresztą już chyba padały) czy gotowanie sobie obiadów; kontrargument (który jak czujemy, zrodziłby się natychmiast w leseferystycznej głowie), że takie prace, nie angażując wolnej wymiany, nie wytwarzają wartości dodanej,  jest nie do końca przekonujący (wartość dodana będzie tu niewątpliwie większa niż np. akt telezmolestowania, który do PKB jest wliczany; jeśli zatem zrobienie sobie obiadu przedstawia wartość = 0, to efekt telemolestowania musi być ujemny);  zresztą – tak do końca to nie wiemy, jak dokładnie wyliczany jest PKB – Wray np. pisał w swojej książce, że NIPA w USA już od jakiegoś czasu do strumienia dochodów zalicza hipotetyczną statystyczną wartość zamieszkiwania we własnej nieruchomości (nie mówiąc już o tym, że ta miara nie jest nam w stanie nawet powiedzieć, czy koszt zwiększenia wolumenów produkcji nie przekracza przypadkiem uzyskanej wartości).

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s