Co to była „komuna” – post scriptum

Ok, zdajemy sobie sprawę, że dawka historio-ekono- memetyki pod hasłem  ‘Co to była „komuna”? zbliża się do poziomów znużenia, ale tak czy owak chcielibyśmy wrzucić coś w charakterze podsumowania naszego streszczenio-przekładu artykułu libcom.org  (tam i tu). Czym zatem w końcu była ta „komuna” (czyli XX-wieczne reżimy gospodarek tzw. nakazowo-rozdzielczych)? Ale może najpierw może ‘czym nie była’? Otóż nie była, oprócz może krótkich lokalnych epizodów jak spontaniczne przechwytywanie zakładów produkcyjnych przez chcących się samo-rządować proli, „prawdziwą komuną”, tzn. taką, gdzie następuje abolicja płaco-najemno-niewolnictwa czy odejście od systemu podziału organizatorzy/wykonawcy produkcji. Nie była, gdyż w kraju tzw. Rad, prolo-rady faktycznie nie miały nic do powiedzenia, a proli do roboty w miejsce burżuazji zaganiała biurokracja, która do kontroli i zabezpieczenia swojej pozycji budowała stopniowo coraz bardziej wszechobecny i opresyjny aparat przymusu gubmintowego. Nie była, ponieważ internacjonalizm schowano bardzo szybko i bardzo głęboko do szuflady, za cel przyjmując ekspansję państwa (wielo)narodowego, które miało być wehikułem propagacji  interesów/siły przetargowej tej biurokracjo-kasty na arenie międzynarodowej, wykorzystującej przy okazji instrumentalnie towarzyszy-internacjonalistów w innych krajach do memo-propagacji takiego narodowo-kastowego celu. Nie była, ponieważ alienacja proli od środków produkcji i środków spożycia pozostała bez istotnych zmian względem wzorców przyjętych w leseferyzmie.

Z kolei garść przesłanek, w tym głównie centralne planowanie zasobowe w miejsce algorytmów rynkowych, świadczy o tym, że nie mieliśmy też do czynienia z klasyczną formą  kapitalizmu. Zamiast tego można by taki twór zdefiniować jako kapitalizm państwowy, ale przywiązanie do znanej i chwytliwej terminologii rzadko kiedy pozwala uchwycić sedno spraw. Naturę ekono-rzeczy lepiej oddaje identyfikacja modelu uprawianego pod nazwą ZSRR (jak i krajów satelickich) jako pewnej hybrydy, która została (prawdopodobnie) powołana do życia (bądź ewentualnie zdegenerowała się do swej realno-opresyjnej formy częściowo spontanicznie, ale głównie pod wpływem głosów pragmatyzmu) celem dokonania skoordynowanego skoku do przodu poprzez m.in. industrializację (co jest zjawiskiem w pełni kompatybilnym z filozofią systemów leseferystycznych, jeśli dokonamy ekstrapolacji kapitalistycznego algorytmu M(t2) > M(t1) do postaci ‘produkcja dla produkcji’). Szybkie uprzemysłowienie zapewnić miało elitom (które przybrały formę biurokracji czy aparatu) odpowiednią bazę produkcyjną, pozostającą pod ich całkowitą kontrolą (i odporną zarówno na penetrację z zewnątrz jak i na kontestację ze strony prolo-fermentu) tak, aby zabezpieczyć swoją pozycję zarówno w kraju jak i na arenie międzynarodowej, czy może nawet w ogóle uratować się przed ekonomiczną konkwistą ze strony kapitalistów z krajów rozwiniętych (taka konkwista zresztą ostatecznie faktycznie nastąpiła, ale dopiero 75 lat później w trakcie doktryny szoku lat 1990-tych, o czym za chwilę).

Ta strategia, acz początkowo skuteczna, nie była wolna od wewnętrznych sprzeczności, z których najbardziej problematyczny konflikt – pomiędzy ambicjami aparatu, a jego zdolnościami do mobilizacji zasobów, z których część (jak algorytm wartości wymiany, bezrobocie, twardy pieniądz) została świadomie porzucona celem przyspieszenia procesów transformacji – stopniowo prowadził do kumulowania się błędów planowania zasobowego, czego objawem było marnotrawstwo tych zasobów (materiałowych jak i prolo-ludzkich) na gigantyczną skalę.

Ponadto elity (frirajderzy), mobilizując masy celem realizacji swojego planu skoku do przodu, zawarły (kierując się pragmatyzmem wykorzystania okoliczności sposobnej chwili, która zaistniała w konkretnym momencie na osi czasu, tj, w 1917 r.) pewien pakt (czy inaczej: zaprzedały duszę „diabłu” prolo-mas), z którego przez następne 70+ lat trudno im było się całkowicie wywinąć, czyli przywrócić normalny kapitalizm, który zapewnia wolność nieskrępowanej akumulacji bogactwa w rękach prywatnych jednostek, zgodnie z neoklasycznymi zwyczajami frirajderstwa. Prawdopodobnie obawy przed ostateczną konfrontacją (zerwaniem paktu) sprawiły, że powołana do życia potrzebą chwili hybryda trwała przez dekady w stanie zawieszenia gdzieś pomiędzy kapitalizmem a nie-kapitalizmem, z tym że taki inercyjny system przejawiał z czasem coraz mniejszą i mniejszą chęć eksplorowania ścieżek prawdziwszego socjalizmu; trendy były raczej przeciwne: cały okres funkcjonowania hybrydy można traktować jako coraz wyraźniejsze wychylanie się kompasu w kierunku algorytmów stricte kapitalistycznych, a wykonany ostatecznie na pocz. lat 90-tych krok oddania spraw w ręce szoko-doktrynerów rodem z Zachodu (zerwanie paktu z miejscowym prolo-diabłem), z perspektywy takiej dialektycznej analizy nie wydaje się niczym zaskakującym.

Oczywiście krytyka czy dociekania co poszło nie-tak, to tylko jedna strona tych ekono-roztrząsań. Kolejnym punktem narracji powinny być próby znalezienia odpowiedzi na pytania, jakie realistyczne czy hipotetyczne (albo utopijne) alternatywne ścieżki były w ogóle dostępne, a dalej – do jakiej ekono-rzeczywistości te inne, hipotetyczne szlaki mogłyby zaprowadzić.

Co istotne – w nawiązaniu do całego tego ekono-memo-potoku – niezależnie od tego, czy obranie konsekwentnej drogi według azymutu autentycznych aspiracji skonstruowania państwa robotniczego jakiejś wspólnoty opartej na kolektywizmie przyniosłoby rezultaty lepsze czy gorsze od tego, co osiągnęła praktyczna „komuna”, twierdzenia typu „tak się to musiało skończyć” są pozbawione podstaw. Alternatywa była i epizodycznie nawet znalazła swoją ekspresję w spontanicznych przejęciach ośrodków kapitału produkcyjnego; co istotne takie epizody zdarzają się od czasu do czasu nawet w naszej współczesnym hologramie pragmatycznego porzucenia wszelkich nadziei pod wpływem promieni T.I.N.A.

Owszem – można zakładać z dużym prawdopodobieństwem, że  produkcja np. surówki pod „reżimem” rad pracowniczych (zamiast pod wytycznymi i pod kontrolą aparatu) byłaby o 52 czy nawet o 79,5% mniejsza, niż ta zorganizowana przez Stalina, w związku z czym kraina autentycznych rad byłaby faktycznie bezbronna wobec faszystów teutońskich, posiadających atut w postaci skrajnie zdyscyplinowanej siły roboczej. Ale takie gdybania są próżne – równie dobrze można zafantazjować według motywu, że faszyści w ogóle nie zdołaliby otumanić  proli, zaprzęgając ich do realizacji swoich wersji wizji postępu/ekspansji, z uwagi na to, że szalka wartości, kształtujących świadomość teutońskich prolo-mas w obliczu przykładu autentycznego czilałtu wolności od wyzyskobrania (bez-problemowo możliwego do osiągnięcia na tak zasobnym w naturalne dywidendy zasobowe terytorium jak to określane mianem Rosja) mogłaby wychylić się w całkiem innym kierunku, zwłaszcza, że internacjonalistyczny ferment był u prolo-Teutonów dość silny w początkowym okresie po I WŚ.

Abstrahując od takich dywagacji, na naszej szali pozostaje rozważenie, gdzie prole, jeśli pozostawić im możliwość wyboru, mogą czy chcieliby odszukać swój własny kompromis pomiędzy wolnością nabywania gadżetów a wyzwoleniem się od reżimu przymusu ekonomicznego wage-slavery. Teoretycznie – pod warunkiem odpowiedniego rozwinięcia bazy produkcyjnej, automatyzacji i robotyzacji etc. taki dylemat w pewnym momencie ma zniknąć, tzn. konfitury wzrostu produktywności muszą w końcu spłynąć. Problem w tym, że ta legenda, napędzająca działania aparatczyków bolszewickiego państwa, potem prorokowana przez Keynesa („15 h pracy na tydzień”), przechwycona następnie przez neoliberałów („trickle down economics”), a teraz odradzająca się w ewangeliach singulitarianów kuszących proli manną UBI, w praktyce jakoś  nigdy „nie chce się” ziścić.

Nie należy zatem wykluczać, że, po zdjęciu soczewek sprowadzających ocenę dobrobytu do pomiaru pekabu (czy ton wyrobionej surówki), mielibyśmy – w przypadku prawdziwego zwycięstwa Rewolucji – okazję podglądnąć życie samo-rządzących się rosyjskich czy radzieckich proli, może trochę siermiężną, ale przynajmniej wolną od paradygmatu nieustającej presji reżimu płaco-niewolnictwa; egzystencję wolną od dyscyplinowania motywowanego kompulsywnym dążeniem do wytwarzania nadwyżek, które mają następnie służyć realizacji jakichś wizji umocowanych zawsze w przyszłości, gdzie jedyna rzecz warta uwagi – czyli tu i teraz – jest nieustannie ignorowana za sprawą różnych odmian ekono-memo-wirusów, podporządkowujących mechanikę szarych obwodów szarych sapiensiaków jakimś dziwnym i odległym celom.

W zasadzie, po chwili namysłu, zaczyna się wręcz wydawać czymś kuriozalnym to, że populacja dysponująca niesamowitą wręcz bazą zasobową, nie potrafiła wyzwolić się od paradygmatu praco-najemnej eksploatacji, podczas gdy np. praktycznie pozbawiona takiej bazy prawie zupełnie rewolucja kubańska zdołała ustabilizować się do możliwego do podtrzymania (sustainable) ekologicznie poziomu przy zachowaniu istotnych wskaźników jakości życia na imponująco wysokim poziomie (co wskazywałoby optymistycznie na to, że czynnik kultury jest istotniejszy niż uwarunkowania zasobowe). Potencjalna zdolność do całkowitej samowystarczalności populacji terytorium ZSRR powinna teoretycznie gwarantować odporność wobec nawet najbardziej wyszukanych manipulacji globalnych ośrodków promocji frirajderstwa, których zdolności do kontroli/ekono-podboju opierają się głownie o umiejętne wykorzystanie algorytmów cząsteczkowo-pieniężnych. Tymczasem, jak się okazało w praktyce w przypadku ZSRR, nawet całkowite porzucenie wszelkich rewolucyjnych aspiracji nie uchroniło tych nieszczęsnych ludów przed atakiem szoko-doktrynowców w l. 1990-tych. вoт загадка.[cyrylica? w końcu sami się zdemaskowaliście PutinoEkonomowie, haha]

Tym niemniej, w pro-państwowo-kapitalistycznym zwrocie Lenina można niewątpliwie doszukać się, pomimo zasadnej krytyki lib-komuchów, pewnych pierwiastków realistycznego myślenia, tj. uzasadnionym do pewnego stopnia jest twierdzenie, że wyższy stopień zaawansowania bazy produkcyjnej może być czynnikiem sprzyjającym przejściu na jakiś wyższy stopień socjalizmu (+ daje większe szanse na powstrzymanie niechybnych prób inwazji ze strony kapitalistów śliniących się wobec perspektyw nowych, masowych grodzeń domeny kolektywistycznej). Problem w tym, że w danym punkcie osi czasu – tu i teraz – zdolności produkcyjne wydają się być zawsze niedostateczne względem (generowanych przez ekono-memo-wirusy) aspiracji i wskutek takiego podejścia czy takich pragmatycznych kalkulacji czas na radykalną zmianę stosunków produkcji nigdy nie jest (i nigdy nie będzie) dostępny w teraźniejszości. W świecie, w którym memetyka zdominowana jest myśleniem w kategoriach jednokierunkowego wektora rozwoju, zawsze będzie lepiej poczekać jeszcze trochę, ukuć jakiś tymczasowy kompromis w nadziei, że za ~20 lat poziom bazy produkcyjnej osiągnie wreszcie poziom, w którym debatowanie o zakończeniu/złagodzeniu reżimu płaco-najemno-niewolnictwa stanie się czymś racjonalnym czy nie-utopijnym. Zawsze za 20 lat.

Ta obietnica pochwycenia w prolo-paszcze umocowanej na memetycznym kiju postępu marchewki ‘najpierw produktywność, a potem dopiero porozmawiajmy pragmatycznie o zmianie stosunków produkcji’, może wydawać się niektórym jeszcze jako-tako wiarygodna w środowisku, w którym napędzanie tego kołowrotka do coraz większych prędkości jest możliwe przez ciągle rosnące podlewanie tego procesu dywidendą termodynamiczną. Jednak w momencie, kiedy tylko zaczną być odczuwalne nawet minimalne deficyty tego paliwa, coś będzie musiało pęknąć. Inaczej – kiedy stanie się jasne, że przyszedł czas na prognozowanie jaki będzie spadek pekabu w następnym roku (zamiast kreślenia wznoszących się śmiało krzywych), być może dopiero wtedy nastąpi (jak można mieć nadzieję) przebudzenie, że najlepszy czas na otrząśnięcia się z maja „bogactwo przez intensyfikację pracy najemnej” nie przyjdzie za 20 lat, a tak naprawdę już zdażył się 20 lat temu.

>PS. Na koniec jeszcze (nie mogliśmy się powstrzymać) – uznając fakt, że w praktyce rewolucja w ZSRR zaskutkowała modelem, który można zidentyfikować jako samo-degradujący się, i który to model został następnie zaszczepiony wtórnie w krajach satelickich jak PRL, nie należy zapominać o kontekście historycznym, tzn. jakie ekono-warunki panowały przed zainicjowaniem tych, jakkolwiek felernych, zmian. Oczywiście uwarunkowania czy historyczne tło modelu hybrydowego w krajach satelickich były nieco inne; różnica polegała głównie na tym, że model był w dużej mierze zaimplemetowany geopolitycznie, a nie wygenerowany wskutek zaangażowania do jego konstrukcji własnych krajowych prolo-mas, a przez to raczej trudno byłoby doszukiwać się jakiegoś skoku na władzę ze strony jakiś zorganizowanych elit; reżimy, które się w wyniku tych geopolitycznych procesów wykształciły, były raczej jedynie emanacją rosnących po II WŚ apetytów mocarstwowych biurokratycznych elit ZSRR. Niemniej jednak przynajmniej pierwsze dwie (może 3) dekady wszystkich hybryd nakazowo-rozdzielczych stanowiły skok do przodu nie tylko dla kasty biurokracji, ale także dla mas plebsu (mówimy plebsu, a nie proli, gdyż przed zmianami większość omawianych tu populacji nie miała nawet okazji zasmakować uroków praco-najemno niewolnictwa, będąc zmuszona okolicznościami zadowolić się czapkowaniem i płaceniem renty Panom Dżentelmenom).

Tymczasem zwyczajem nadwiślańskich miłośników neolibu jest mantrowanie, że w Trzeciej/Czwartej Neoliberalnej współczesne aspiracje proli muszą brać pod uwagę fakt, że Polska straciła 40+ lat okazji do budowania jakiegoś „kapitału”, a wynikająca z tego niska wydajność pracy wymaga z kolei obiektywnie odpowiedniego czasu, żeby doprowadzić (za 20 lat) do konwergencji płac do poziomów zachodnio-europejskich. Inaczej: gdyby kapitalistom dane były możliwości akumulacji tego kapitału od razu po 1945 r. dziś bylibyśmy pod tym względem mniej-więcej na równi z krajami Centrum.

My na to mamy brutalnie chamską ripostę: g00wno prawda. Mając na uwadze (jak się wydaje) wyjątkową spolegliwość (rzekomo dumnych i sprytnych) nadwiślańskich proli na hipnotyzowanie memetyką, w której naturalnie jedni nieliczni mają wszystko, a pozostali powinni czapkować takim kreatorom bogactwa w uznaniu ich dokonań i talentów (co dokumentuje inercja wobec szokujących nierówności w IIRP, jak i milczenio-owcostwo wobec ekscesów doktryny szoku) zaryzykujemy twierdzenie, że taki hipotetyczny stan byłby prawie identyczny z obecnym, z tą różnicą, że – uwzględniając opisane poprzednio tam różnice pomiędzy planowaniem centralnym para-kolektywistycznym a prywatno-finansjerskim w zakresie budownictwa mieszkaniowego – spora część populacji nadwiślańskiej zmuszona byłaby zamieszkiwać w czymś na kształt meksykańskich faweli, ponieważ jest więcej niż pewne, że gubminty leseferystycznej III RP (jeśli ta konstrukcja ustanowiona zostałaby zaraz po II WŚ) uczyniłyby wszystko, aby zabezpieczyć interesy konglomeratu bankstersko-dewelopersko-rentierskiego od samego początku aż do czasów obecnych, gdzie smak takiego reżimu dany jest poznać wszystkim tym, którzy nie mieli szczęścia nabyć substancji mieszkaniowej w drodze dziedziczenia, z czego większość takiej spadkowej masy to kwadraty w bloczyskach spod centralnie zaordynowanej sztancy rozdawane swego czasu przez „komuchów” (w ilościach, których wolna deweloperka nigdy nie będzie w stanie osiągnąć).

Podobnie można hipotetyzować, jak wyglądałaby dzisiejsza Rosja, gdyby Rewolucja nie miała miejsca (czy jeśli imperialistom udałoby się pokonać bolszewików). Otóż nie wydaje się zbyt śmiałym twierdzenie, że sprawy przedstawiałyby się znacznie gorzej, zarówno w okresie po I WŚ jak i nawet teraz (o ile w ogóle konstrukcja polityczna zwana Rosją nadal by istniała w formie zbliżonej do obecnej); przy czym znacznie gorzej nie tylko dla ruso-proli, ale prawdopodobnie gorzej także dla całej światowej prolo-populacji, gdyż można podejrzewać, że bez straszaka „rozlania się” widma bolszewizmu, kapitaliści Zachodni byliby znacznie mniej skorzy do ustępstw, które zostały zainicjowane podczas w odpowiedzi na Wielki Kryzys z lat 1930-tych, by w l. 1950-60-tych zaowocować kapitalizmem złotowiekowym. Nie rozwijając tego wątku zainteresowanym polecamy w uzupełnieniu artykuł o tym, do czego są w stanie posunąć się Posiadacze i ich polityczne kukiełki, aby utrzymać system frirajderstwa  (Biały Terror, zduszenie Komuny Paryskiej, Irlandia – Wielki Głód i Powstanie Wielkanocne, poparcie kapitalistycznego świata dla faszystów aż do 1938 r., masakry Kuomintangu w Chinach,  WD w Hiszpanii – lektura dla ludzi o mocnych nerwach) (może się wydawać, że czasy kiedy Posiadacze masowo używali ostrej amunicji w wojnie klasowej należą bezpowrotnie do przeszłości; my nie bylibyśmy takimi optymistami – kiedy utrzymująca proli w dyscyplinie narracja Jedności w Rynku zacznie się na poważnie sypać – np. wskutek wyczerpywania się dywidendy termodynamicznej – stare metody mogą powrócić szybciej niż zdołasz powiedzieć „masz babo placek z lesefero-jagodami”).

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s