Czy 500+ jest progresywne?

(Uwaga: ten odcinek – zgodnie z dewizą PE – nie ma na celu grzebania w nadwiślańskim mrowisku politykabuki. Program 500+ traktujemy jedynie jako materiał do studium przypadku dla rozwinięcia zagadnień stosunków neoliberalne państwo <–> prole.)

Dla tych, którym nie zechce się czytać całości, dostarczamy odpowiedź na tytułowe pytanie od razu na wstępie: przyjmując roboczo „progresywność” jako zestaw działań (czy szczerych postulatów takich działań), mających w długoterminowej (inter-generacyjnej) perspektywie poprawić zoptymalizować zagregowaną jakość życia populacji w relacji do dostępnych zasobów – odpowiedź brzmi: NIE, 500+ nie jest  progresywne. Czy jest to postęp względem tego, co mieli do zaproponowania leseferyści zielono-wyspowi? Prawdopodobnie tak [1], ale pod warunkiem, że deklaratywne cele Programu (tj. zwiększenie dzietności) NIE zostaną osiągnięte. (BTW. ciekawe uwagi w/s „co to postęp?” do poczytania tu).

Nie musimy chyba dodawać, że nasza krytyka 500+ będzie podążać wzdłuż całkiem odmiennej trajektorii niż ta wyznaczana myślą zwolenników zdrowych finansów, socjal-darwinistów czy hipsterskich socjal-demokratów górno-decylowych. Ci pierwsi obawiają się, że przez Program zabraknie cząstek pieniężnych na „inwestycje”, dla drugich Program oznacza utratę znacznej części frajdy, którą randroidom zapewniają masy prolo-planktonu jeszcze bardziej od nich samych zdeterminowanego do ugięcia karku przed mocami Wielkiego Lesefera, ci ostatni – w swoich memetycznych kokonach, które skutecznie filtrują wibracje znane na co dzień szeregowym prolom czy rekrutom rezerwowej armii – zamiast 500+ widzieliby raczej takie inicjatywy jak zwiększenie dostępności przedszkoli i co tam jeszcze, co ułatwić by mogło tym profesjonalistom zwiększenie podaży czasu oferowanego kapitalistom (zamiast zainteresować się ścieżką ku redukcji wymiaru czasu pracy, co umożliwiłoby im m.in. samodzielne doglądanie swoich bachorków).

Nasze obawy względem 500+ są całkiem innej natury. Rzecz pierwsza: już sama memetyczna podstawa Programu – tj. wsparcie dzietności – jest anty-progresywna. Są ku temu dwie podstawowe przesłanki.

Po pierwsze, sam pomysł wspierania rozmnażania się sapiensów koliduje mocno z realizmem termodynamicznym. Rzecz jasna zdajemy sobie sprawę, że realizm termodynamiczny nie należy obecnie do zbyt popularnych mempleksów (cena Brent jest niska, czyli rynki zapewniają nas, że można spać spokojnie/rozmnażać się ochoczo), ale nawet część denialistow GO, TED-o oczekiwaczy nadejścia energetycznych złotych graali za tanich do licznikowania, singularitarianie czy nawet część wiernych kościoła Abiotycznej Ropy czy ewangelistów samochodu na wodę dostrzega od czasu do czasu niedogodności, wynikające z przeludnienia takie jak korki, przeszacowane nieruchomości czy choćby słaby poziom prywatności podczas ekscytującej konno-wleczonej wyprawy na piwo-pstrąga w dzikich ostępach Morskiego Oka. Oczywiście z drugiej strony mamy opowieści typu, że cały agregat sapiensów dałoby się komfortowo upchnąć na terytorium Texasu, ale what’s the point? Jeżeli nawet odczuwamy dziwne nostalgiczne wizje w/s dusz, które mogły się narodzić, gdyby nie kondomy etc., spróbujmy się wyczilautować – czasu jest aż nadto – kto ma być urodzony, ten będzie urodzony, ale może nie koniecznie wszyscy naraz, ok? (Szczerze mówiąc, produkcja statystów akurat na potrzeby scenariusza post-peak-everything, nam wydaje się zalatywać sadyzmem, ale kto wie? Może ta era przyniesie ostateczny upadek rządów sado-teolibu, a to być może zrekompensuje wszystkie niedogodności, wynikające z wyczerpania dywidendy termodynamicznej? [2])

Po drugie – historycznie to niedobór prolo-godzin był motorem postępu. Żeby wymienić jedno źródło:

The U.S. economy of the early 19th century was characterized by labor shortages, as noted by numerous contemporary observers. The labor shortage was attributed to the cheapness of land and the high returns on agriculture. All types of labor were in high demand, especially unskilled labor and experienced factory workers. Labor prices in the U.S. were typically from 30-50% higher than in Britain. Women factory workers were especially scarce. The elasticity of labor was low in part because of lack of transportation and low population density. The relative labor scarcity and high price was an incentive for capital investment, particularly in machinery.”

(za Wiki + kudos dla Jehu)

[tłum.: Gospodarkę USA na początku XIX w charakteryzował niedobór siły roboczej, co zauważali liczni obserwatorzy współcześni tym czasom. Deficyt siły roboczej przypisywano niskim cenom ziemi i wysokim stopom zwrotu w rolnictwie. Występował wysoki popyt na każdy rodzaj pracowników, a w szczególności na niewykwalifikowanych robotników fabrycznych z doświadczeniem. Ceny siły roboczej były z reguły 30-50% wyższe niż w Wielkiej Brytanii. Szczególnie trudno było o robotnice fabryczne. Elastyczność siły roboczej była niska, po części z uwagi na brak środków transportu i niską gęstość zaludnienia. Relatywnie niska dostępność siły roboczej oraz jej wysoka cena były bodźcem dla inwestycji kapitałowych, szczególnie w maszyny.]

Podobna dynamika wkraczała do akcji po prolo-wymieraniu w średniowiecznych epizodach dżumowych ale też i jako efekt bluźnierstwa wobec skryptow Wielkiego Lesefera poprzez wprowadzenie limitu dziennego czaso-wyzysku w XIX/XX w.

Wreszcie: jeśli powyższe dwie przesłanki, zaprzeczające progresywizmowi wspierania rozpłodowości, nie zdołały Państwa przekonać o dobrodziejstwach niskiego przyrostu naturalnego (czyli, idąc dalej: o potrzebie programów zniechęcająch do dzietności) na koniec przygotowaliśmy argument koronny. Zacytujmy:

Naszym celem powinno być 50 mln Polaków i rezydentów. Aby to osiągnąć można posłużyć się trzema fundamentalnymi narzędziami.

Pierwsze, a zarazem najłatwiejsze, to migracja ze Wschodu. W ten sposób do Polski może przybyć od jednego do trzech milionów obywateli Ukrainy, Białorusi i Wietnamu, czyli grup, które już sprawdziły się w Polsce. Drugi strumień to osoby z Zachodu – tutaj oprócz Polaków pracujących za granicą mam także na myśli przedsiębiorców z państw trzecich czy naszej Polonii. Jeśli w Polsce udałoby się stworzyć raj dla małych i średnich przedsiębiorstw, to jestem przekonany, że jesteśmy w stanie pozyskać od jednego do dwóch milionów firm. Trzecie narzędzie to polityka demograficzna, czyli prorodzinna, która zmieniłaby polski model rodziny z 2+1 na co najmniej 2+2. Trzeba jednak mieć świadomość, że to proces, który potrwa co najmniej 25 lat.

Z czyich ust spłynął nektar tych mądrości? Otóż z niczyich innych jak wprost z samego jądra ciemności wyzyskobiorczej maszynki propagandowej w osobie najbardziej wyszczekanego na świecie praco-rozdawacza czyli C. Kaźmierczaka (nie czytaj tu). We rest our case. (Powody demograficznych trosk naszej szczekaczki praco-rozdawaczki nie są zbyt trudne do odgadnięcia: kapitaliści chcą, aby prole już dziś zaczęły akumulować dla potrzeb wyzyskobraczy nadwyżki podaży prolo-godzin, które za 25 lat zaowocują odpowiednio zmotywowaną i bardziej niż odpowiednio liczną armią praco-wciągaczy. Czy Ty też chcesz pomóc zrealizować ten plan? Czy apel zamartwiającego się o naszą przyszłość praco-rozdawacza podniósł już wystarczająco poziom płynów libidowych w twoim prolowym ciele?). (Roztrząśnięcie kwestii dość bezobcesowych postulatów zwiększania podaży prolo-godzin przez otwarcie granic dla imigracji zostawimy na inną okazję.)

Podsumowując: faktografika ekono-dziejów – wbrew doomsayerstwu demograficznemu, które próbują populacji (dość skutecznie) sprzedawać różni kapitanowie Dobra-Wolnorynkowa-Rada – sugeruje, że jakość życia proli jest odwrotnie proporcjonalna do ich ilości/gęstości.

Oczywiście my tu w Pracowni nie zamierzamy postulować jakiś drastycznych środków typu 500 minus czy branie nadmiarowych prolo-bachorów głodem – naszym optymistycznym zdaniem wystarczy wstrzymanie się od jakichkolwiek interwencji, które zakłócać mogą obecne pozytywne trendy stabilizacji (będące być może efektem rozsądku demograficznego, których przejawem jest łagodne zmniejszanie się populacji w krajach Centrum). Niemniej jednak fajnie byłoby wyobrazić sobie akcelerację tej dynamiki w postaci np. jakiejś formy zorganizowanej i powszechnej akcji odmowy dostarczania przyszłych generatorów podaży prolo-godzin na ten świat (strajk reprodukcyjny?).

W tym kontekście także inicjatywy typu wszechobecne i bezpłatne/tanie przedszkola czy żłobki również nasuwają skojarzenia z dość agresywnym promowaniem rozmnażania się siły roboczej celem zapewnienia odpowiedniej liczby rekrutów rezerwowej armii w długiej perspektywie (do tego dochodzi oczywiście sprawa uwolnienia podaży prolo-godzin z obecnych matko-prolic ciężko uzależnionych, jak 90% proli, od min. 8-godzinnego praco-wciągania dziennie). Naszym kontrapunktem do takiej filozofii jest odezwa: czas wolny wygenerowany przez redukcję dopuszczalnej tygodniowej podaży prolo godzin na jednego prola/prolicę pozwoliłby w dużej mierze zdjęć ciężar niańczenia (wynikający z reprodukcyjnych aspiracji) ze zagregowanej puli nakładów ogólno-społecznych, umożliwiając jednocześnie lepszą jakość więzi reproduktor-bachor; tj. każda prolo-rodzina byłaby w stanie lepiej oszacować wymiar nakładów potrzebnych na humanitarne zrealizowanie swoich reprodukcyjnych tendencji, ale z drugiej strony zostałaby obdarowana podstawowym zasobem koniecznym do optymalnego przeprowadzenia takiego procesu – w postaci uwolnionego czasu. Tym sposobem wybór stałby się, naszym zdaniem, bardziej uczciwy – zwłaszcza wobec tej części populacji, która realizm termodynamiczny bierze poważnie pod uwagę, czy nawet wdraża taką memetykę w życie, np. powstrzymując swoje zapędy prokreacyjne.

*

Ponieważ jednak nasza pracownia nie zwykła jest odczytywać zawartości po etykiecie – bierzemy pod uwagę ewentualność taką, że 500+ tak naprawdę wcale nie celuje w zwiększenie rozpłodowości. Być może jest to tylko próba jakiegoś zamieszania cząsteczkami pieniężnymi w gospodarce (naszym wielkim gospodarstwie domowym zwanym Polską) w nadziei, że efekt końcowy będzie lepszy od pozostawienia ich strumieni swojemu biegowi. Piszemy „zamieszania cząsteczkami”, ponieważ z deklaracji pis-gubmintu jasno wynika, że model chytrej gospodyni domowej nadal pozostaje wyznacznikiem polityki gospodarczej, tj. gubmint jest zdeterminowany do spolegliwości względem kryteriów Paktu Fiskalnego (max. 3% PKB gubmintowej kreacji nowych aktywów pieniądzowych na rok – z deklarowaną tendencją spadkową).

Fakt, że 500+ ma rozgrywać się w środowisku „budżetu” (wyniku fiskalnego) typu austerity, wskazuje, że intencją Programu NIE JEST stymulacja fiskalna wypranej z popytu gospodarki.  W tej materii pozostaje mieć nadzieję, że wskutek zabełtania istniejącym zbiorem cząstek pieniężnych, zwiększy się chociaż troszkę zagregowana szybkość ich obiegu. Natomiast mechanizm Programu sam w sobie bynajmniej tego nie gwarantuje.

Dodajmy, że przyjmując kryterium zakwalifikowania 500+ jako niezobowiązującego socjalu, dla którego rozdawania postulaty zwiększenia rozpłodowości są jedynie pretekstem, nazwanie tej akcji wprost działaniem całkiem na oślep (coś jak UBI-loteria) byłoby może nadużyciem, tym niemniej współczynnik rozrzutu jest znaczący; przyjmując typowy model dystrybucji dochodów w twardym neoliberalizmie jako 20-60-20 (20% tonie, 60 jest niezmordowanymi pływakami bądź zdołało się uczepić czegoś pływalnego, a reszta w miarę wygodnie wiosłuje w pontonach, z czego niewielka część śmiga jachtami), prawdopodobieństwo tego, że wstrząśnięte losowo cząstki pieniężne trafią przynajmniej w połowie do tych 20% tonących wymaga założenia istotnie większej dzietności wśród bezradniaków (pomijając już jak na dystrybucję wpływa zwyczaj masowego ukrywania dochodów przez januszexy, na których ta manna również spływa). Generalnie wydaje się, że jeśli celem całego zamieszania miało być przemycenie socjalu poniżej poziomu detekcji radarów sado-monetarystycznego jądra UE, przyjęte rozwiązanie jest dalekie od optimum (jedynie mniejsza skala czyni 500+ mniej anty-progresywnym niż zdrowo-finansowa wersja UBI, o którym to fenomenie innym razem).

Z drugiej strony można argumentować, że jeśli chociaż 20% wszystkich wstrząśniętych przez 500+ cząstek pieniężnych zmigruje od krezusów do ludzi w potrzebie, będzie to nadal lepsze od dotychczas uprawianej wersji socjal darwinizmu. (Jesteśmy świadomi istnienia wyników badań, które wykazują, że od czasu zabełtania cząstkami pieniądzowymi zwanego 500+ odnotowano istotną redukcję ubóstwa wśród dziatwy – czyli praktyka wskazuje na pewną, aczkolwiek krótkoterminową, progresywność Programu; takie pozytywne efekty jednak będą stopniowo neutralizowane, a już zwłaszcza, jeśli okaże się, że rozpłodowość faktyczne wzrosła; jeśli tak się stanie, wtedy można brutalnie stwierdzić, że 500+ to faktycznie zadłużanie wnuków – oczywiście zadłużanie termodynamiczne – czyn totalnie nieodpowiedzialny w sytuacji, kiedy gubmint nie jest w stanie wskazać wiarygodnych źródeł energetycznego podtrzymania modelu M(t2) > M(t1) w okresie 25+ lat). To prawda, ale należy zwrócić uwagę, że nawet w takim przypadku nadal nie zbliżamy się nawet o krok w kierunku odzasobowienia czy upodmiotowienia proli (czym byłoby np. odejście od paradygmatu NAIRU).

Owszem, mówi się, że liczba osób gotowych generować podaż prolo-godzin w obszarach najbardziej śmieciowego zatrudnienia, być może właśnie dzięki 500+, zauważalnie spadła. Jednak nawet jeśli jest to prawdą, zjawisku temu nieuchronnie towarzyszy (oprócz uzupełniania luki niezbędnej nadwyżki podaży prolo-godzin drogą zasysania imigracji zarobkowej z krain poddanych szoko-doktrynowaniu) stygmatyzacja – czyli w społeczeństwie zlobotomizowanym cząsteczkową teorią pieniądza automatycznie wkracza do akcji podział na proli-mejkersów (CZP czyli ciężko-zarabiających podatników, np. w sektorach masowego hipnotyzowania dla celów zwiększania sprzedaży produktów nikomu niepotrzebnych) oraz proli-tejkersów, którzy zabierają (z pomocą gubmintu) pracowicie nazbierane przez CZP pieniądzo-cząsteczki. To oczywiście pomaga w dalszej neutralizacji zbiorowości prolo-klasy jako całości poprzez pogłębienie fragmentaryzacji różnych prolo-segmentów, wprowadzając jeszcze jedną oś, według której następnie będą samoczynnie wzmacniać się dotychczasowe podziały (bądź rodzić nowe). Tak więc mimo że prawdopodobnie dla części wyzyskobiorców 500+ oznacza dramat zmniejszenia strumienia zabramowców, można bezpiecznie założyć, że pozycja kapitalistów jako zagregowanej klasy na tym całym zamieszaniu długoterminowo skorzysta, a przynajmniej nie straci, ponieważ w przyszłości wyznaczanej paradygmatem finansowania budżetu gubmintowego (w tym programu 500+) podatkami będą mogli nadal stroić się w piórka pawi, znoszących złote jajka i żądać (złoto-ustami swoich rozlicznych szczekaczek) dalszej intensyfikacji dopieszczania.

Reasumując – z tego wszystkiego można wyciągnąć konkluzję, że istotą wprowadzenia 500+ było – trochę prozaicznie – udowodnienie, że obietnice wyborcze mogą być spełniane. To się oczywiście chwali i jest to niewątpliwie krok w kierunku podwyższenia standardów politykabuki. Jednocześnie jednak z niepokojem należy zauważyć, że dobra sprzedawalność programów prolo-elektoratowi opierać się najwyraźniej musi na wypraniu ich z jakiegokolwiek głębszego sensu. Tzn. prol w dzisiejszych czasach nie szuka już drogi upodmiotowienia czy odzasobowienia swojej osoby; oczekuje raczej już tylko jakiejś obietnicy ulżenia swojej doli w tym beznamiętnym systemie do wyciskania wartości dodatkowej; jakiejś łatwej furtki od terroru konieczności generowania coraz większej i większej podaży swojego czasu na potrzeby tzw. rynku pracy, jednocześnie przyjmując cały taki system ekstrakcji i bezwzględnej dominacji kapitału za środowisko naturalne, nawet pomimo faktu, że historia nadwiślańskiej odsłony prolo-dyscyplinowania to tylko niewiele ponad ćwierć wieku.

W tym kontekście realistyczna interpretacja 500+ może wskazywać, że jest to po prostu niejako przesądzony okolicznościami etap dostosowywania się praktycznego leseferyzmu do sytuacji; będący wyrazem pragmatyzmu chwili anastetyk, kool-aidowy smar do konserwacji mechanizmu, który po 25 latach eksploatacji zaczął gdzie niegdzie generować niepokojące zgrzyty czy tarcia.  A konserwacja (skąd też może wywodzi się termin dla pod-typu leseferystycznych polityko-szamanów zwanych konserwatystami) to zdecydowanie nie to, za co można uzyskać od Pracowni stempel, potwierdzający postępowość.


1 W zasadzie od niedawna (od 12.04.2017) takie stwierdzenie to truizm, jeśli chodzi o spozycjonowanie „progresywności” ugrupowania, które na swojego głównego „eksperta” ekonomicznego wybiera sobie postać  komiksową, coś jak neoliberalny Zoltar z Pluto-kracjo-na, który gotowy jest użyć całej swojej ciemnej mocy, aby Ziemianom nie wzrosły płace. Ratunku!!!
2 Czy takie chłodne termodynamiczne podejście do kwesti generowania nowych duszyczek wydaje się być inną odsłoną ekonopatologii? Tj. Pracownia, udając ośrodek ekono-terapeutyczny, sama rozprzestrzenia (i to jeszcze przed Świętami!) memy, zmierzające do neutralizacji wyższych poziomów prolo-aspiracji? Być może. Być może jednak każdy prol czy nie-prol powinien postawić na emocjonalnych wago-szalkach kwestię, jakie mogą być perspektywy realiów funkcjonowania przyszłych nośników połówek swojego genotypu w warunkach ziszczenia się kasandrycznych, ale jednocześnie realistycznych, scenariuszy dla świata zaludnionego przez 9 bln sapiensów pozbawionych niechby tylko 30% dobrodziejstw obecnej dywidendy środowiskowej – a to wszystko oczywiście w warunkach kontynuacji niewolnictwa wyznaczanego paradygmatem praco-rozdawania (wage-slavery) i algorytmu M(t2) > M(t1)?

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s