Co to była „komuna” (odc. 2)

W toku roztrząsania genezy degeneracji „komuny” w poprzednim odcinku tego mini-cyklu doszliśmy do hipotezy, według której w ZSRR nie działało prawo wartości wymiany ani też nie występowało zjawisko stowaryzowania pracy, a stąd nie mieliśmy do czynienia z ekstrakcją wartości dodatkowej – ergo: klasyfikacja tego systemu jako kapitalistycznego (kapitalizmu państwowego) jest bezzasadna.

Tak też uważał H.Ticktin, który miał okazję zabrać głos w sprawie znacznie później (w l. 1970-tych), kiedy „degenerację” „komuny” trudno było już uznawać za jakiś stan przejściowy. Narracja Ticktina, pomimo istotnych słabości, jeśli chodzi o koherentność diagnozy czy jej kompatybilność z teorią Marksa, zawiera niewątpliwie szereg interesujących spostrzeżeń wartych krótkiego zarysowania.

Ticktin, pozostając w tradycji trockistowskiej, wspierał tezę, że ZSRR to było faktycznie prolo-państwo, z tym że tylko do czasu, tj. do lat 1930-tych, kiedy to elita biurokratów ostatecznie przechwyciła całość władzy, w tym kontrolę nad środkami produkcji. Jednak ci Organizatorzy, nie będąc w stanie czy obawiając się przystąpić do pełnej konfrontacji z prolo-masami, musieli zadowolić się trwaniem w swego rodzaju stanie zawieszenia pomiędzy socjalizmem a powrotem do kapitalizmu; w czymś, co określić można jako przedłużoną czy zamrożoną fazę transformacji. W konsekwencji przyjęty model gospodarowania zasobami był jakąś ułomną hybrydą, w której żaden z dwóch krańcowych przeciwstawnych algorytmów, tj. algorytm planowania i prawo wartości wymiany, nie miał warunków do funkcjonowania w jakiś konsekwentny sposób.

Ticktin próbował również uchwycić przyczynę tego, co jego zdaniem przesądziło o porażce takiego hybrydowego tworu. W jego opinii decydującym czynnikiem było zjawisko marnotrawienia zasobów. Ticktin, przyjmując, że w ZSRR faktyczny obieg zasobów sterowany był wartością użytkową (nie zaś jak w kapitalizmie wartością wymiany), w miejsce charakterystycznych dla kapitalizmu sprzeczności generowanych przez alienację wartości wymiany od wartości użytkowej, zidentyfikował inny dysonans, który w środowisku takiego hybrydowego systemu przyjął postać rozejścia się potencjalnej i faktycznej wartości użytkowej; powiększająca się różnica pomiędzy tymi dwoma agregatami składała się na sumę marnotrawstwa, w tym marnotrawstwa siły roboczej, która coraz większe i większe nakłady wysiłku zmuszona była przeznaczać na naprawy wadliwych produktów czy komponentów, wchodzących w skład całego powiązanego planowaniem łańcucha dostaw.

Przyczyn niskiej jakości produkcji Ticktin upatrywał w luce motywacyjnej, gdzie mieliśmy do czynienia z brakiem zarówno kija w postaci rezerwowej armii bezrobotnych (która w środowisku pełnego zatrudnienienia nie mogła zaistnieć), jak i brakiem marchewki, ponieważ płace w ZSRR stanowiły znacznie mniej istotny element wynagradzania, aniżeli w kapitalizmie (duża część koszyka bytowego była dostarczana za darmo lub pół-darmo poprzez subsydiowanie mieszkalnictwa, transportu etc.)

Dodatkowo, na bazie konfliktu interesów – pomiędzy z jednej strony menedżmentem zainteresowanym powiększaniem produktywności na potrzeby wyekstrahowania nadwyżek potrzebnych na utrzymanie rosnącej kasty organizatorów a z drugiej prolami, chcącymi minimalizować swój wysiłek – narastała wewnętrzna sprzeczność, która znalazła „rozwiązanie” właśnie w ucieczce w algorytmy ilości (mln ton wytopionej surówki, wyprodukowanych sztuk traktorów czy czołgów etc.), tj. w odpowiedzi na wymuszone przez biurokrację podwyższanie planów produkcyjnych cała uwaga menedżmentu produkcji zwróciła się na wykonanie zadanych wolumenów, natomiast kwestie jakości stawały się coraz bardziej i bardziej olewane. I właśnie to gigantyczne marnotrawstwo zdaniem Ticktina stało się przyczyną degeneracji wydolności ekonomicznej tego hybrydowego modelu gospodarczego. Można to roboczo nazwać hipotezą Wielkiego Marnotrawstwa (wywołanego błędami/sprzecznościami planowania zasobowego w Modelu, który utrzymuje podział na Organizatorów i Realizatorów).

Kolejna oś konfliktu, którą identyfikuje Ticktin, powstała, nieco paradoksalnie, przez fakt całkowitej przejrzystości stosunków społecznych w ZSRR. Tzn. odwrotnie niż w kapitalizmie, gdzie prolo-eksploatacja i frirajderstwo zamaskowane są pod zasłoną „obiektywnie-naturalnej” towaryzacji i monetyzacji wszystkiego (mówiąc inaczej, pod hasłem „zarabiasz tyle, ile jesteś naturalnie wart”), o tyle w warunkach ZSRR podział na uprzywilejowaną klasę organizatorów vs. cała reszta był dla każdego – dla proli jak i dla organizatorów czy dla Aparatu – czymś oczywistym (nawet pomimo stosunkowo niskiego poziomu ekstrawagancji konsumpcyjnych zwyczajów elit). Rzecz jasna taka wrażliwa konstrukcja społeczno-gospodarcza wymaga jakiegoś spoiwa (innego niż naturalne prawo rynkowe typu ‘prolo-kompostuj się, konkurując praco-ceną czy praco-/czapkowanio-umiejętnościami albo nie zawracaj gitary i umrzyj’); w tym konkretnym przypadku całość utrzymywana była do kupy po części dzięki osłonom socjalnym i pełnemu zatrudnieniu, ale także przez aplikację odpowiednio zaawansowanego aparatu dyscyplinowania bezpośredniego (podczas gdy w leseferyzmie do sterowania zachowaniami prolo-mas na ogół wystarczająca jest konsekwentna aplikacja fizyki czy alchemii cząstek pieniądzowych, podlana sosem socjal-darwinizmu). Niemniej jednak ten ferment był kolejnym czynnikiem sabotującym pod-powierzchniowo efektywność modelu gospodarowania „komuny”; o tyle bardziej, że ONI byli bardziej oczywiści do identyfikacji w porównaniu do praktycznego leseferyzmu, w którym większość proli winą za swój podły los skłonna jest obciążać samych siebie, gubmint czy ewentualnie np. Niemców, podczas gdy pragmatyczne frirajderstwo odbywa się za zasłoną żelazkowych praw rynku i za mgłą cząsteczkowej teorii pieniądza.

Tym, co okazało się istotne dla kierunków dalszej ewolucji (a w dalszym etapie dla demontażu) systemu, była właśnie szczególna pozycja biurokracji, która, zaplątana w tych sprzecznościach, a jednocześnie pragnąca zachować przywileje należne Organizatorom, blokowała opcje wejścia na ścieżkę jakiegoś prawdziwszego socjalizmu, aby w końcu stać się wiodącą siłą na rzecz szokowego wprowadzenia systemu rynkowego. Jednak mimo tych wszystkich krytycznych wniosków Ticktin trwał dość naiwnie (podobnie jak Trocki) na stanowisku, że Rewolucja była socjalistycznym sukcesem przez to chociażby, że doprowadziła do nacjonalizacji środków produkcji  i tym sposobem stworzyła ramy dla gospodarki planowej.

*

[Prawdziwi komuniści kontra „realny” socjalizm]

W opozycji do przedstawionych wyżej hipotez lewa flanka komunistów (~komuniści libertariańscy czy anarcho-komuniści) prezentują całkiem odmienny pogląd, a mianowicie taki, że rewolucja bolszewicka była od samego początku porażką przez to, że w jej toku nie udało się w sposób istotny zmienić stosunków produkcji. Fakt, że rolę burżuazji po prostu przejęła biurokracja, pod której zarządem od momentu „rewolucji” odbywała się typowa (choć nieco inaczej napędzana) dla kapitalizmu akcja rozbudowy bazy produkcyjnej, stanowi dowód, że żadna zasadnicza przemiana stosunków produkcji/pracy tak naprawdę nie miała miejsca.

Skrzydło lewicowe było od początku obecne w ruchu bolszewickim w osobach chociażby Piatakowa czy Bucharina  (obaj straceni podczas wielkiej czystki). U podstaw memetyki tej frakcji rewolucyjnej stanęło ich przekonanie o nieuchronności zacieśniania się sojuszu gubmintu (aparatu państwa) z elitami kapitalistów, w tym zwłaszcza z finansjerą. Stąd też, logicznie, autentyczne aspiracje socjalistyczne powinny zakładać, oprócz zmiany stosunków produkcji, także likwidację instytucji państwa per se.

Tymczasem Lenin, choć może należy docenić stosunkową inkluzywność jego stylu przywództwa (zwłaszcza na tle następcy), nie wydawał się w ogóle w praktyce kierować priorytetem zmiany stosunków produkcji, będąc raczej bardziej zainteresowany nadganianiem dystansu do Zachodu poprzez rozwijanie bazy produkcyjnej za pomocą dowolnej metody, która okazałaby się skuteczna, nawet jeśli miałoby to być emulowanie algorytmów rodem wprost z kapitalizmu, jak sowitsze wynagradzanie biurokratów/menedżmentu (aka „liderów”), podczas gdy prolo-wyrobnicy traktowani mogli/powinni być ostrym tayloryzmem. Stąd też początkowa faza po-rewolucyjnych ekono-przetasowań, która w jakiejś mierze polegała na spontanicznym przejmowaniu zakładów produkcji przez lokalne kolektywy prolowe, aczkolwiek z początku tolerowana przez wierchuszkę, stopniowo ustąpiła działaniom bardziej „pragmatycznym”, inicjowanym i kontrolowanym przez centralę.

Ekspresją parcia Lenina na produktywność było wprowadzanie paradygmatów dyscyplinowania szeregowych proli, co z kolei w praktyce oznaczało reinstalację stosunków pracy zbliżonych do kapitalistycznych, gdzie o wszystkim decydował menedżment. W takich warunkach rzecz jasna praca, po krótkim spontanicznym epizodzie władzy rad kolektywistycznych, ponownie przybrała formę wyalienowaną.

Gdzieś w tym punkcie na osi zdarzeń (być może w momencie podpisania traktatu Brzeskiego) rozpoczęło się poważne rozejście się praktyki reprezentowanej przez gubmint bolszewików z teoretycznymi oczekiwaniami czy pryncypiami, przy których obronie trwać zdecydowało się jedynie najbardziej lewackie skrzydło komuchów, stopniowo w dalszych latach coraz bardziej marginalizowane, a wreszcie wybite przez pragmatystów (na marginesie – to powinno dawać do myślenia, ponieważ zawsze są jacyś pragmatyści, którzy spieszą na pomoc z jakimś swoim kuszącym kompromisowością kool-aidem znalezienia racjonalnego złotego środka; vide Bliar, Obomba, Killary et consortes czy tak w ogóle to i również większość tzw. socjaldemokracji – w Ciemnej Dolinie miejmy się na baczności przed fałszywymi głosami rozsądku – jak np. recepty reform przy zachowaniu zasad zdrowych finansów państwaktóre z pewnością będziemy słyszeć, a nadwiślańskie odpowiedniki dopowiedzmy sobie sami).

Jeszcze przez pewien czas lewe skrzydło miało okazje kontestować „pragmatyzm”. Np. W.Obolenski (aka V.Ossinsky): „…Socjalizm i socjalistyczna organizacja będą powołane albo przez sam proletariat, albo nie zaistnieją w ogóle; zaistnieje za to co innego – kapitalizm państwowy.” (1918). „Pragmatycy” z kolei realizację takich wizji widzieli zawsze w przyszłości, nigdy tu i teraz. Problemy z promowaniem idealizmu pogłębione zostały jeszcze przez konieczność walki z kontrofensywą zwolenników przywrócenia starych porządków (komunizm wojenny 1918-21).

W 1921 Lenin wprowadził doktrynę NEP, która m.in. przywróciła prawo rynkowej wymiany np. produktów rolnych oraz zdenacjonalizowała wszystkie mikro-przedsiębiorstwa produkcyjne, ale także część większych fabryk. Okresowi NEPu towarzyszyło duszenie strajków oraz wzmagające się represje wobec lewicowej opozycji, sprzeciwiającej się NEP (która parafrazowana była jako Nowa Eksploatacja Proletariatu), a reprezentowanej przez lewicowowych komunistów skupionych w Workers Group Miasnikowa, domagających się m.in. oddania realnej władzy w ręce zwiącholi.

Ścieżka obrana przez Lenina spotykała się także z krytyką sporej części komunistów w Europie. Np. R.Luksemburg od samego początku widziała problemy z tym, do czego prowadzić będzie odejście od internacjonalizmu czy dyktatura partii (czyli izolacja mas od procesów decyzyjnych) zamiast dyktatury proletariatu. Jednak jako największe zagrożenie Luksemburg identyfikowała politykę uwłaszczania plebsu rolnego, który wraz z nabyciem praw własności stać się miał największą przeszkodą w dalszym postępie ku socjalizmowi (późniejszą kolektywizację produkcji rolnej z l.30-tych można uznać z kolei za odpowiednik pierwotno-akumulacyjnych grodzeń, czyli wyciskania podaży proli ze wsi na potrzeby przemysłu). Inni (np. H.Gorter) szli jeszcze dalej, twierdząc, że prawdziwa rewolucja w Rosji nie była w ogóle możliwa, ponieważ masy chłopskie liczebnie wielokrotnie przewyższały proli-roboli.

Zaawansowana krytyka efektów Rewolucji autorstwa komunistów niemieckich ukazała się w 1934 r. w formie „Tez o bolszewizmie”, gdzie stwierdzono m.in. że „…gospodarka Rosji [ZSRR] spoczywa na fundamencie produkcji towarów; jest prowadzona z punktu widzenia kapitalistycznej zyskowności; charakteryzuje się zdecydowanie kapitalistycznym systemem wynagradzania; doprowadziła kapitalistyczną racjonalizację do granic możliwości. Gospodarka bolszewicka to produkcja państwowa za pomocą kapitalistycznych metod [58]. … Państwowa forma produkcji także wytwarza wartość dodatkową, która jest wyciskana z pracowników na pełną skalę […] Państwo rosyjskie […] inkasuje tę wartość dodatkową za pośrednictwem biurokratycznego, pasożytniczego aparatu jako całości. […] Rosyjska gospodarka państwowa jest więc gospodarką produkcji opartej o zysk i eksploatacyjną. Jest to kapitalizm państwowy…[59]

Argumentacja biegła według linii, że komunizm to nie samo, co samo-organizacja czy samo-zarządzanie się proli celem eksploatacji siebie samych; w całej tej zabawie powinno chodzić raczej o abolicję pracy najemnej per se oraz pozbycie się  formy organizacji przedsiębiorstw czy wszystkich innych kategorii charakterystycznych dla kapitalizmu. Podstawowa kwestia leży nie tyle w tym „kto zarządza?” ale „co jest przedmiotem tego zarządzania?”.

*

Z powyższych (przedstawionych w tym i poprzednim odcinku) fragmentów historii oraz ze wzmiankowanych teorii czy hipotez, próbujących tę historią zinterpretować, wyłania się pewien podstawowy zarys tego, co reprezentował praktyczny model społeczno-gospodarczy zwany ZSRR. Problem w tym, że obraz ten jest daleki od jednoznaczności (i jeszcze dalszy od ipeeno-ekono-komiksów).

Z jednej strony mieliśmy do czynienia z tworem, posiadającym dokładnie czy prawie dokładnie te same cechy, które charakteryzowały współczesne mu społeczeństwa kapitalistyczne. Fakt, że siła robocza była równie wyalienowana od środków produkcji jak i od środków utrzymania (means of substistence) jak to miało i ma miejsce w krajach leseferystycznych, oznaczał paradygmat konieczności utrzymywania się z pracy najemnej wraz z wszystkimi tego konsekwencjami, jak rozkład czy atomizacja tradycyjnych społeczności, brutalną mobilizację zasobów materialnych i ludzkich celem napędzania wzrostu gospodarczego etc.

Z drugiej strony ten szczególny model gospodarczy nie był zdominowany, w przeciwieństwie do gospodarek leseferystycznych, przez prawo wartości wymiany (czy algorytm Mt2 > Mt1). Stan, gdzie zakłady produkcyjne stanowiły wydzielone podmioty gospodarcze oraz fakt, że przepływom zasobów towarzyszyło używanie pieniądza, nie oznaczał wbrew pozorom jeszcze, że mieliśmy do czynienia z wymianą handlową czy produkcją motywowaną zyskiem jak w leseferyzmie. Te „pozostałości” instytucjonalne służyły głównie odnotowywaniu przepływów kapitału produkcyjnego w ramach stosowanego na szeroką skalę centralnego planowania zasobowego. Drugą różnicą była przeważająca forma własności – tu własność państwowa – co przyjmując legalistyczny punkt widzenia, może być przez niektórych interpretowane jako pragmatyczna ekspresja własności kolektywistycznej. Jednak fakt, że w praktyce z takim „tytułem własności” nie wiązały się żadne opcje decydowania o czymkolwiek, wskazuje na to, że ten drugi czynnik odmienności „komuny” od kapitalizmu tak naprawdę był tylko emblematem, nie posiadającym żadnego istotnego znaczenia z punktu widzenia analizy społecznych stosunków produkcji.

Nie zmienia to faktu, że tak czy owak, każda teoria, która chciałaby zredukować całe zjawisko do zaetykietowania go jako „kapitalizm państwowy”, w obliczu tych dualizmów powinna zmierzyć się poważnie z tymi konceptualnymi wyzwaniami i wykazać, że stosunki społeczne i produkcji w ZSRR były faktycznie kapitalistycznej natury oraz wyjaśnić, dlaczego ekspresja tych stosunków w niektórych obszarach była tak diametralnie różna względem gospodarek lesererystycznych.

Właśnie jednak podobieństwa relacji prole-produkcja wydają się być tu kluczowym punktem wyjścia dla obiektywnej próby analizy. Ponieważ (szeregowy) pracownik w ZSRR, będąc nominalnie współwłaścicielem środków produkcji, w praktyce miał zerowy wpływ na decyzyjność, a czynności pracy, które wykonywał, były wyalienowane od jego potrzeb, tzn. pracował najemnie po to, aby uzyskać płacę, za którą następnie mógł nabyć środki utrzymania – krótko mówiąc schemat mocno przypominający prolo-funkcjonowanie w środowisku kapitalistycznym. W trakcie tego procesu również, tak jak w kapitalizmie, następowała ekstrakcja wartości dodatkowej [WD], z tą różnicą, że przechwytywana ona była nie przez kapitalistę, a przez aparat państwa. Państwo potrzebowało WD po to, aby realizować swoje cele, np. polityczne czy ekspansjonistyczne, do utrzymania kasty biurokratów i jej przywilejów oraz – tak jak kapitaliści – celem akumulacji na potrzeby rozbudowy bazy produkcyjnej. Ekstrakcję WD umożliwia fakt, że reżim ekonomiczny zmusza prola do pracowania dłużej, aniżeli jest to konieczne dla zaspokojenia potrzeb bezpośrednich naszych prolo-trybików, a zjawisko wyciskania prolo-godzin niewątpliwie było integralną częścią ekono-porządków w ZSRR.

Zagwozdką pozostaje kwestia towaryzacji, czy raczej jej nieobecności w środowisku, w którym brak jest grawitacji indukowanej prawem wartości wymiany. Jeśli nie funkcjonuje rynek, produkty nie przybierają postaci towaru, co implikuje z kolei to, że nie mamy do czynienia ze stowaryzowaną pracą najemną, która jest następnie przedmiotem wymiany na inne towary. W takim modelu jak ZSRR płace są jedynie jakąś ekspresją przyjętej polityki dystrybucji zasobów. Ponadto, skoro nie występuje towar, nie zaistnieje też kapitał.

Analizując mechanizm działania kapitalizmu, przyjmujemy, że algorytmem motywującym jest ‚M -> C -> M+‚, czyli produkcja jest podejmowana celem osiągnięcia zysku. Jednak aby taki proces był możliwy do podtrzymania w długim okresie w skali makro, towarzyszyć musi mu przyrost realnego bogactwa (aktywów niefinansowych jak maszyny, budynki, infrastruktura etc.). Wychodząc z takiego ujęcia można postawić twierdzenie, że kapitalizm jest systemem, dla którego istnienia konieczna jest nieustanna ekspansja produkcji; czyli algorytm M(t2) > M(t1) można sprowadzić (czy ekstrapolować) do zasady: [w dłuższym terminie] ‘produkcja podejmowana jest dla samej produkcji’. A takie właśnie dążenie – industrializacji za każdą cenę – nie tylko motywowało od samego post-rewolucyjnego początku decyzje i działania faktycznych liderów ZSRR, ale było również akceptowane jako priorytet przez dysydentów jak Trocki. Zresztą – tę samą piosenkę „produkcja, produkcja” śpiewają nadal nasi obecni liderzy wszystkich neoliberalnych partii, ale jednocześnie podobny refren – ‘stymulujmy rozwój zdolności produkcyjnych’ w myśl np. reguły funkcjonalnych finansów można usłyszeć ze strony np. MMT-erów; złotowiekowcy czy ekono-ksenofoby rozmarzają się wizjami czasów świetności Detroit; proponenci UBI z kolei uważają, że robotyczne moce produkcyjne będą rosnąć tak czy owak spontanicznie dzięki dżonogaltowemu duchowi innowacyjnej (czy dysruptywnej – zgodnie z najnowszą odsłoną lesefero-nowo-mowo-hajpowania) przedsiębiorczości, a w związku z tym alienację proli od produkcji bezpieczniej byłoby posunąć na wyższy poziom, redukując stopniowo ich rolę do czystej postaci biorców okruchów tej manny, spadających ze stołu Organizatorów produkcji (czy może bardziej ogólnie: Organizotorów Dysruptywnej Kreatywnościo-Aktywności Wolno-Przedsiębiorczościowej).

Autor opracowania źródłowego dla naszego mini-cyklu, idąc dalej, zauważa, że choć w ZSRR rynek zastąpiony został przez planowanie (zasobowe), nie mieliśmy jednak do czynienia ze „społecznym planem wolnych stowarzyszeń producentów”, a raczej – w miejsce alienacji stosunków produkcji indukowanej w kapitalizmie przez rynek – tę samą rolę wypełniały parametry narzucone przez centralnych planistów, którzy stanowili – podobnie jak rynek dla podmiotów, działających w leseferyzmie – „siłę zewnętrzną”, od nich niezależną. Ta perspektywa prowadzi do konkluzji, że produkcja towarowa  i obrót towarowy w rzeczywistości miały miejsce w „komunie”, chociaż zjawiska te ograniczone były przez specyficzne dla tego systemu ramy. Podobnie – w ramach określonych przez plan – za płace można było nabywać towary, choć oczywiście opcje wolnego wyboru ‘co kupić za moją pensję?’ były również mocno ograniczone.

Podobnie jeśli chodzi o pieniądz – posiadał on zdolność nabywczą jedynie w ramach Planu. Tam, gdzie Plan nie zdołał (czy nie przewidział lub nie uznał za stosowne) zabezpieczyć potrzeb czy to w zakresie spożycia czy też produkcji, miejsce pieniądza zajmowały „znajomości” czy „dojścia”, czyli inaczej szczególnego typu relacje społeczne, pod pewnymi względami inne niż w leseferyzmie, jednak nadal w gruncie rzeczy opierające się na hierarchizacji stosunków społecznych; tyle tylko, że tym razem nie na bazie stosunków definiowanych punktacją pieniądzową, a bardziej punktowaniem za obracanie się we właściwych kręgach; ale zaraz, zaraz… czy punkty pieniądzowe nie są przypadkiem także po (większej) części funkcją obracania się/urodzenia się w pewnych kręgach, z tą różnicą, że mają bardziej przekonującą (niż np. upartyjnienie się) zdolność do obiektywizacji takich stosunków, przynajmniej dopóki leseferystyczna grawitacja przyjmowana jest powszechnie jako jedna z sił natury?

Wolność wyboru ‘któremu praco-rozdawaczowi sprzedać mój prolo-czas’ podlegała również w dużym stopniu restrykcjom, co w opinii niektórych (np. z kręgów około-trockistowskich), przesądzać miało o nieobecności elementu stowaryzowania pracy. Autor opracowania twierdzi jednak, że praktyka była odmienna. Permanentny stan pełnego zatrudnienia w połączeniu z doktryną maksymalizacji produkcji w praktyce prowadził do sytuacji, w której menedżment zmuszony był aktywnie pozyskiwać siłę roboczą do realizacji narzuconych planów i stąd często-gęsto ograniczenia prolo-mobilności (totemu leseferystycznej wolności) były obchodzone. (Zresztą – póki co – nie musimy jeszcze polegać na teoretyzowaniu, czy na zapiskach ipeeno-ekonomii – każdy, kto ma okazję, może zapytać ojca czy babcię, jak wyglądała ich kariera zawodowa w „komunie”, tj. czy nie zdarzało im się od czasu do czasu „przeskoczyć” do innego zakładu w poszukiwaniu lepszych warunków zatrudnienia.) Czyli – podobnie jak to miało miejsce z towaryzacją produktów i pieniądzem – mechanizmy czy zjawiska typowe dla kapitalizmu nadal funkcjonowały, z tym że w ramach mniejszych czy większych restrykcji formalnych.

W podsumowaniu tej narracji Autor konkluduje, że ZSRR był ni mniej ni więcej jak tylko praktyczną ekspresją próby wskoczenia na wyższy poziom rozwoju kapitalistycznych stosunków produkcji – czyli dogonienia Zachodu, z wykorzystaniem niekonwencjonalnych metod mobilizacji (hipotezę, że Rewolucja była faktycznie przyspieszoną drogą do kapitalizmu, a nie do socjalizmu, oryginalnie miał postawić włoski marksista A.Bordiga). Można rzec, że lokalna (rosyjska) klasa czy kasta organizatorów, pod płaszczykiem Rewolucji i budowy państwa robotniczego w kierunku socjalizmu, czyniła (zorientowane na budowę swojej własnej pozycji na arenie międzynarodowej) starania obejścia typowego długotrwałego i najeżonego potencjalnymi konfliktami i oporem mas procesu budowy kapitału produkcyjnego poprzez bardziej skoordynowane (zmanipulowane) zaprzęgnięcie siły roboczej do jego kreacji, nieco na podobieństwo tego, jak swego czasu zapóźnionym Niemcom udało się nadgonić dystans do industrialnych potęg typu UK czy USA, z tym że w przypadku ZSRR integracja państwa i kapitału celem zniwelowania chaotyczności procesów charakterystycznych dla leissez-faire poszła o kilka kroków dalej.

Niestety, ta ścieżka na skróty wygenerowała swoje własne sprzeczności, a w szczególności konflikt, który powstał na osi wyznaczanej z jednej strony przez kompulsywne plany zwiększania produkcji, czemu sprzyjać miało pełne zatrudnienie, a z drugiej – brak odpowiednich instrumentów motywacji spowodowany, raz, właśnie brakiem kija w postaci bezrobocia, a po drugie, zredukowanie roli kapitału finansowego poprzez zaimplementowanie planowania zasobowego, mocno okroiło zdolności motywowania marchewką płac, ponieważ, w przeciwieństwie do standardowego kapitalizmu, płace w ZSRR były warunkiem koniecznym, ale wcale nie wystarczającym do swobodnego nabywania towarów według upodobań poszczególnych proli. Sprzeczności te znalazły „rozwiązanie” w postaci „postawienia na ilość” (algorytm mln ton surówki) kosztem jakości, co prowadziło następnie do kumulowania się błędów algorytmów planowania zasobowego, a konsekwencji do gigantycznego marnotrawstwa zasobów materiałowych i ludzkich; zasobów ludzkich, ponieważ tak właśnie, zgodnie z jakże kapitalistycznym duchem tayloryzmu, traktowane były prole w środowisku praktycznej „komuny”. Niewątpliwie jednym ze źródeł tego marnotrawstwa była alienacja proli od produkcji, tzn. w hipotetycznej sytuacji, gdzie produkcję organizowałyby lokalne prolo-społeczności świadome własnych potrzeb i pozbawione ciężarów utrzymywania i realizacji dziwnych aspiracji Centrali, alokacja zasobów mogłaby być znacznie bardziej racjonalna.

Garść dodatkowych uwag od PE jako zwieńczenie tego mini-cyklu w kolejnej wrzucie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s