Zapomnij o podwyżkach – pracuj krócej za tyle samo

Przerwiemy na chwilę naszą narrację o historii „komuny”, żeby wrócić do spraw bieżących (czy przyszłych), dla których pożywkę regularnie dostarcza nam Forsal. Tym razem forsalowy tekst, który na zaintrygował, zwraca celnie uwagę na zagadkowe zjawisko, gdzie – wbrew nadziejom realistów rynkowych (i wbrew obawom randroidów) – zmniejszające się bezrobocie rejestrowane w wiodących krajach leseferystycznych nie przyniosło jak na razie zauważalnego wzrostu płac. Z wyjaśnieniem tego, jakby się wydawać mogło, dość kontra-logiko-rynkowego fenomenu spieszy ekonomista socjete-żenerala (legitymujący się znajomo brzmiącym imienio-nazwiskiem Omair Sharif): winna jest (surprise!) słaba produktywność!

Nieco przekornie dziś Pracownia postanowiła się z tezą ekono-eksperta zgodzić; tj. zgodzić się w tym zakresie, że produktywność jest (i prawdopodobnie pozostanie już zawsze) kiepska, ale, co ważne, tylko w tym zakresie, kiedy mamy na myśli uśrednioną realną produktywność w ujęciu makro (realną czyli taką, która określa zdolności wytwarzania gadżetów, a nie przetaczania strumieni $). Tzn. w zakładach, w których jeszcze się coś wytwarza (czyli tych, które postanowiły tkwić w przeżytkowych, brudnych i hałaśliwych odmętach gospodarki industrialnej), ta produktywność rosła, rośnie i najprawdopodobniej jeszcze długi czas rosnąć będzie, czyli wolumen gadżetów, opuszczających linię produkcyjną, przypadający na jednego prolo-operatora urządzeń wytwarzających, będzie każdego roku coraz większy.

Jednak tym lokalnym przyrostom wydajności towarzyszy nieustannie zjawisko rozprzestrzeniania się epidemii superfluous jobs/labor (stanowisk czy czynności nadmiarowych – zbędnych z punktu widzenia dostarczania przydatnych produktów i usług) – częściowo w zakładach produkcyjnych (np. marketingowcy), ale przede wszystkim w pozostałych, nowoczesnych post-industrialnych sektorach gospodarki, w tym szczególności w sektorze usług, zwłaszcza w branży tzw. usług dla biznesu. Krańcowe przyrosty produktywności w już stajloryzowanych na maksa i zaawansowanie zautomatyzowanych fabrykach są jednocześnie generalnie coraz mniejsze (hajpowanie o robotach jest w modzie, ale fakty są takie, że w branży produkcji nisko wiszące konfitury zostały zebrane już w XX w.), natomiast jeśli chodzi o generację superflouos jobs w zasadzie nie występują tu żadne bariery technologiczne; jedynymi ograniczeniami będzie tu dostępność prolo-godzin w przystępnych cenach, zdolność absorbcji przepływu strumieni pieniądza zgodnie z algorytmem Mt2 > Mt1, oraz ewentualnie w jakimś stopniu dostępność taniej energii, którą można wrzucić do tego konkretnego paro-gwizdkowego kotła generacji pekabu.

Należy tu dodać, że zagadnienie superflouos labor jest w istocie znacznie bardziej złożone, niż prezentowane przez nas memy, za pomocą których w PE staramy się tę problematykę przybliżyć czy w ogóle zwrócić uwagę na istnienie tego fenomenu. Cały ten koncept jest o tyle ulotny, że prosta klasyfikacja – superflouos/nie-superfluous – danego stanowiska czy danych czynności na podstawie bezpośredniej obserwacji jest bardzo trudna; nawet identyczne operacje wykonywane przez tego samego prola – np. wytop surówki – mogą mieć różną naturę, np. stal wywalcowana z rana poszła do stoczni, budującej lotniskowiec bądź na ogrodzenie 100-hektarowej działki letniskowej Posiadacza, a produkcja popołudniowa – do zbudowania kombajnu zbożowego czy na potrzeby konstrukcji budynku mieszkalnego albo szkieletu szklarni pod uprawy bio-marchewki. Inaczej mówiąc: prawidłowa analiza wymagałaby umieszczenia praktycznie każdej czynności w kontekście wszystkich przepływów w gospodarce, co w chaotycznym środowisku kapitalistycznym oczywiście nie jest wykonalne. To, że wolumen pracy superfluous rośnie, możemy odczytać tylko „objawowo” (pośrednio), m.in. właśnie przez fakt stagnacji średniej produktywności, wymiaru czasu pracy najemnej, utrzymującego się od dekad na niezmiennie wysokich poziomach czy braku zauważalnej poprawy dostępności dóbr (za wyjątkiem niektórych gadżetów na ogół trzeciej potrzeby [1]) – wszystko to pomimo mającego ewidentnie miejsce postępu technologicznego, którego skumulowane efekty od dawna już, teoretycznie, powinny zredukować wymiar niewolnictwa-praco-najemnego do rozsądnych poziomów, oscylujących wokół 20h wyzysko-wypinania-się na tydzień.

Mamy więc niejako kolizję tych dwóch trendów, z których pierwszy – lokalne technologiczne wzrosty produktywności – reprezentuje krzywa lekko wznosząca się, z tendencjami do wypłaszczania, podczas gdy ten drugi będzie odzwierciedleniem cirka 90% cyklicznych przyrostów zatrudnienia, które pojawiają się w tzw. fazie ożywienia czy odbicia po jakimś kolejnym kryzysie. Ta druga krzywa będzie co prawda chaotyczna, jednak bez wątpienia w sprzyjających warunkach może wystrzelać istotnie w górę, ponieważ nie będzie blokowana twardymi czynnikami technologicznymi, a (w obecnym środowisku pokaźnego rozmiaru armii rezerwowej NAIRU) jedynie ogólnym stopniem wzbudzenia fal pieniądzowych w gospodarce.

Z pozoru porównujemy tu dwie różne sprawy: produktywność (czyli współczynnik) oraz ilość (agregat) zatrudnionych w sektorze superflouos. Niemniej jednak, mając na uwadze, że praktycznie cały przyrost zatrudnienia w fazie odbicia stanowią posady g00wniane, najczęściej w usługowej ekonomii fuchowej, stwierdzenie, że ilość zatrudnionych w faktycznej produkcji jest mniej-więcej constans (i wynosi dajmy na to 20%) będzie wystarczająco dobrym przybliżeniem. Idąc dalej: realna produktywność lokalna (w przemyśle wytwórczym) rośnie powiedzmy 3% rocznie, podczas gdy w obszarach superflouos jest stała (bo wynosi zawsze 0), a zatem chyba widzimy już, z jakim fenomenem mamy tu do czynienia: mimo, że postęp technologiczny czy organizacyjny pozwala lokalnie zwiększyć wydajność, jednak jednocześnie maleje (jak to ujął za Marksem często pomocny w kontekście problematyki sprzeczności, targających kapitalizmem, Jehu) „gęstość” siły roboczej; inaczej: dodatkowy sok, który uda się wycisnąć na produkcji, natychmiast rozpuszcza się w rosnącym oceanie gospodarki superflouos.

Przykład: przyjmijmy, że 1 stycznia roku Y  łączne zatrudnienie w całej gospodarce X wynosi 10 mln proli, z tego 2 mln zajmuje się produkcją gadżetów. Na potrzeby naszego toku zredukujmy (wzorem tradycji neoklasycznych) te różne gadżety do jakiegoś reprezentatywnego, homogenicznego gadżetu G, którego produkcja w roku Y-1 wyniosła 100 mln. Rok Y okazał się świetnym dla gospodarki X: zatrudnienie na 31.12.Y wzrosło o 3% i wyniosło zatem 10,3 mln. Produkcja w wyniku technologicznego 3%-ego wzrostu wydajności w sektorze wytwórczym wyniosła już 103 mln G. Ale zobaczmy co się dzieje:

Jak widzimy, pomimo postępu technicznego i wzrostu gospodarczego (Δ pekabu nie można wyliczyć, nie wprowadzając danych o prędkości przepływu strumieni pieniądza w obszarach superfluous, ale pozostając w perspektywie zasobowej ten aspekt nie powinien nas interesować; tu zakładamy tylko, że cała produkcja została wykupiona, czyli pekab wzrósł o min. 3%) oraz wzrostu zatrudnienia stoimy w miejscu – średnia wydajność pozostała bez zmian; ergo: nie ma uzasadnienia dla wzrostu płac. Ba! ta dynamika może często degradować się dalej do negatywnego sprzężenia zwrotnego, gdzie stagnacja siły nabywczej sprawi, że producenci, zamiast przekuć postęp technologiczny we wzrost produkcji, zdecydują się produkcję pozostawić bez zmian, a „w zamian” zredukować proporcjonalnie zatrudnienie (czyli postęp technologiczny wytworzy nowy prolo-nawóz na potrzeby ekonomii fuchowej).

Te przetasowania  – w tym zwłaszcza fenomen zmniejszającej się gęstości siły roboczej – mogą wydawać się (czy są) niezauważalne w krótkim okresie, ponieważ pęcznienie balona superflouos labor odbywać się może w tempie zaledwie ułamków procenta rocznie. Mając jednak na uwadze, że procesy te w kapitalizmie mają miejsce co najmniej od wystąpienia osobliwości zwanej nad-akumulacją kapitału (który to moment, zdaniem niektórych, nastąpił w USA 24.X.1929), efektem ich kumulacji przez te wszystkie dekady leseferyzmu jest coś, co można określić jako gospodarka przeważającego biegu jałowego. Ten, oczywisty z perspektywy zasobowej, matrix, w którym do klasyfikacji użyteczności pracy (czy praktycznie jakiejkolwiek innej aktywności) używana jest jedna sztanca uniwersalnego algorytmu Mt2 > Mt1, unika detekcji przez standardowego zjadacza wypiekacza chleba jedynie dlatego, że ukryty jest za siatką maskującą utkaną z memów cząsteczkowo-pieniądzowych.

Co więcej, w rzeczywistości sprawy wkrótce mogą przybrać jeszcze gorszy obrót: jeżeli sprawdzi się doomsayerstwo termodynamiczne, przyrost wolumenów produkcji natrafi na kolejną, być może nigdy nieprzekraczalną barierę – barierę deficytu skoncentrowanych form energii i/lub surowców do produkcji. Być może zresztą już teraz w słabości obecnych trendów, jeśli chodzi np. o inwestycje w rozbudowę mocy produkcyjnych, częściowo uwzględnione są te przyszłe zagrożenia, a pieniądz krąży w coraz większym stopniu właśnie w obszarach biegu jałowego (które zużywają mniej kWh w stosunku do przepływającego przez nie strumienia $).

Dlatego też, przyjmując umiarkowanie realistyczną perspektywę – tj. że nie ma co za bardzo liczyć na istotne przyrosty wolumenów produkcji gadżetów – należałoby pragmatycznie odstawić mrzonki o nadejściu yeti podwyżek realnych płac. Inaczej mówiąc, być może warto byłoby pogodzić się, że obecny średni standard życia to maksimum tego, co da się osiągnąć, a próby dalszej jego krańcowej poprawy będą wymagać niewspółmiernie dużych nakładów, odwracając jednocześnie uwagę od rzeczywistych wyzwań związanych z gospodarowaniem zasobami naturalnymi i energią. Co najwyżej, w ramach tego i tak już przeładowanego koszyka możemy starać się poprawić stan rzeczy w taki sposób, aby jego zawartość nieco bardziej równomiernie rozłożyć.

Pomijając już kwestie produktywności (czyli aspekt ‘czy  prole w swoim agregacie pracują wystarczająco efektywnie, żeby zasłużyć na podwyżki’) pamiętać należy jeszcze, że nawet jeśli przypadkiem gdzieś pojawiłyby się jakieś znaczące presje na podwyżki płac, (np. z powodu faktycznego niedoboru osób zdolnych do pracy, wynikającego z trendów demograficznych) możemy być pewni, że gubmint wykorzysta każdy instrument z pokaźnego zestawu swoich narzędzi do „równoważenia rynku” czy wyciskania podaży prolo-godzin (poczynając od podniesienia stóp% i/lub szerszego otworzenia granic dla imigracji zarobkowej), aby ten czynnik ryzyka zneutralizować, ponieważ podwyżki są największym zagrożeniem zarówno dla twardego pieniądza (a przez to dla kasty wierzycieli, w interesie której gubmint w środowisku leseferystycznym zmuszony jest działać), jak i dla szeroko rozumianej prolo-dyscypliny.

Ale pogodzenie się z faktem, że siła nabywcza proli w krajach leseferystycznego centrum, nie bez pewnych obiektywnych przyczyn, znajduje się od dłuższego czasu w stanie stagnacji, bynajmniej nie wyczerpuje tematu; pozostaje kwestia tych – może nie 80-ciu – ale bez wątpienia więcej jak 50-ciu % całego agregatu czasu pracy najemnej, który prole spędzają, nie wytwarzając przy tym żadnej wartości dodanej; inaczej: co najmniej połowa całego czasu, który prole poświęcają wykonywaniu pracy najemnej, nie przyczynia się w żaden sposób do dostarczenia jakichkolwiek użytecznych towarów i usług; podkreślmy: ponad połowa i to pomijając już dostępne na wyciągnięcie ręki metody dalszej redukcji niezbędnych społecznie nakładów pracy, choćby przez ograniczenie marnotrawstwa w obszarach produkcji per se (zaplanowana ograniczona żywotność czy nienaprawialność produktów, 20% żarcio-gadżetów, które w ogóle nie docierają do układu trawiennego sapiensów, kończąc swój cykl obiegu na wysypisku etc.). Jedynym skutkiem wykonywania czynności w ramach tej gry o sumie zerowej (zerowej w skali makro) jest przepływ pieniądza i skutkujące tym przetasowania dochodów/bogactwa oraz oczywiście dalsze pogorszenie „bilansu” termodynamicznego planety.

Dlatego uporczywie apelujemy do wszystkich proli i do organizacji, deklarujących poparcie dla prolo-sprawy: przestańcie marnować czas i energię na próby pochwycenia fantoma – PODWYŻEK NIE BĘDZIE! [2] Zamiast tego skupcie się na walce o radykalne zmniejszenie wymiaru czasu pracy najemnej. Co istotne i co należy mieć na uwadze, podążając za tym światłem: Redukcja wymiaru czasu pracy nie ma prawa prowadzić do zmniejszenia wolumenów użytecznej produkcji, jeśli popyt na taką produkcję będzie zapewniony [3], bo całość tej produkcji zabezpieczana jest obecnie przez zaledwie 15-30% wszystkich zatrudnionych. Ba! Teoretycznie otworzą się wręcz perspektywy do jej wzrostu, ponieważ nastąpi uwolnienie części zasobów dotąd pochłanianych przez obieg superflouos (np. zakłady telemolestowania również wymagają ogrzewania/klimatyzacji, oświetlenia, zasilania komputerów etc.), który to obieg ma szansę być wyeliminowany bądź chociaż znacznie ograniczony właśnie w wyniku redukcji dopuszczalnego wymiaru czasu pracy (brak prolo-kompostu logicznie musi doprowadzić do stopniowego uwiądu niepotrzebnych stanowisk). I, co najważniejsze, może z czasem, prolo-populacja, której zwrócona zostanie cała masa czasu wolnego, będzie miała czas na takie rzeczy jak wykonywanie użytecznej pracy nie-najemnej dla samego siebie, dla rodziny, czy na rzecz społeczności, rozwijanie zainteresowań oraz może także na krytyczne myślenie, co z kolei pozwoli może na stopniowe uwolnienie się od klątwy „Ja też chcę więcej, lepiej, szybciej…” zarzuconej przez szamanów geometrycznego postępu i wzrostu pekabowego… (oj, ale z tym ostatnim to chyba się trochę zapędziliśmy, czyli czas kończyć, zanim nas całkiem poniesie).

PS. Przykład 2 – czyli zakładamy, że po 10 latach nasza utopia się częściowo ziściła, tj. wszyscy (10 mln) pracują w wymiarze ½ obecnego etatu, ale z tego 2 mln przeszły z sektora superflouos do sektora produkcji, przez co zwiększyła się „gęstość” siły roboczej (zestawienie uwzględnia 3% „postępu technologicznego” rocznie, co po 10 latach skumuluje się do ok. 34%, a „wydajność” rozumiemy jako „brutto” czyli wyliczamy, ile prol wyprodukował w całym badanym okresie [1 rok], a nie ile jest w stanie wytworzyć na jednostkę czasu np. w ciągu jednej prolo-godziny):

_______________________

[1] Oddzielną, często budzącą kontrowersje, kwestią są ceny jadło-gadżetów, tj. wydaje się, że praktyczny leseferyzm przykłada faktycznie dużą uwagę do tego, aby kalorie były jak najbardziej dostępne, przynajmniej w krajach leseferystycznego centrum (co jest ekspresją odejścia od zasad dyscyplinowania siły roboczej głodem na rzecz bardziej estetycznych, a niewiele mniej skutecznych form); z drugiej strony sceptycy będą protestować, że trick ten realizowany kosztem jakości postaci, w jakich te kalorie są dostarczane.
[2] Oczywiście wzniesienie takiego hasła jest przynajmniej częściowo nastrojone na wywołanie efektu wstrząśnięcia czy szoku u czytelnika. Lokalnie – czy to w branżach o szczególnie wysokim poziomie zduszenia płac, czy w krajach, gdzie udział płac w DNB odbiega znacznie na niekorzyść od wartości dopuszczalnych (max. cirka 65%) w praktycznym leseferyzmie, jak np. w PL (~47%) – w takich obszarach istnieje niewątpliwie jakaś przestrzeń do skubnięcia kawałka tortu od kapitalistów.
[3] Taki popyt zapewnić powinny mechanizmy rynkowe per se, ponieważ dochody z pracy najemnej wobec znacznego deficytu możliwych do zaangażowania prolo-godzin pozostaną, mimo redukcji czasu tej pracy o połowę, na poprzednich poziomach (zakładając, że elastyczność popytu na pracę jest sztywno-ograniczona – trudno ad hoc zastąpić prolo-pracę roboto-pracą; jeśli – jako kapitalista – produkujemy coś, co jest faktycznie potrzebne i co ludzie chcą kupować, a my chcemy tę produkcję kontynuować, nie mamy tak naprawdę wielkiego wyboru (czyli albo podwajamy stawki godzinowe albo inwestujemy w robota do obierania cebuli). Ale jeśli nawet tak się nie stanie, czy np. kiedy pewne napięcia pojawią się w okresie dostosowawczym (tj. zanim rynek wyeliminuje narośl superflouos labor), gubmint może taki popyt zapewnić z dziecinną łatwością, chociażby rozdając populacji BIG/UBI, kupony na podstawowe produkty, czy zrzucając pieniądze helikopterowe; i co więcej, nie tylko może, ale w momencie ewentualnego pojawienia się istotnych napięć, będzie musiał poczynić kroki, chcąc utrzymać integralność kapitalistycznego modelu gospodarowania w środowisku ograniczonego wolumenu prolo-godzin.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s