Co to była „komuna”? (1/3?)

Dla zwolenników leseferyzmu czy w ogóle dla miłośników wolnego rynku to, co reprezentował sobą ZSRR oraz następnie państwa satelickie, nie wydaje się budzić większych wątpliwości: była to po prostu jedyna osiągalna w praktyce personifikacja utopii zwanej komunizmem.

Fakt nieosiągnięcia zakładanych standardów czy wręcz degeneracji poniżej tych, które stały się później normą w burżuazyjnych krajach pod współrządami socjaldemokratów, nie był tajemnicą nawet dla populacji, zamieszkujących terytoria objęte reżimami para-kolektywistycznymi, a przez to odciętych od bezpośredniego ostrzału leseferystycznych myślo-czołgów. Wskutek ciężaru faktografiki nawet ci, którzy byli uczestnikami czy entuzjastami Rewolucji jak i pokolenia późniejszych badaczy tematu o około-marksistowskiej proweniencji – większość z nich była skłonna przyznać, że praktyka była dość odległa od oczekiwań czy od pokładanych nadziei.

Ponieważ powszechnym konsensusem jest to, że, krótko (i delikatnie) mówiąc, cały ten eksperyment okazał się nieudany, dla praktycznego współczesnego anty-leseferysty naturalnym działaniem wydawałoby się odstawienie tych historii na bok i skoncentrowanie się na rzeczach, które dzieją się tu i teraz. I tak też byśmy uczynili, gdyby nie ewidentne ciągoty leseferystów, którzy upadek „komuny” skwapliwie wykorzystują do celów całkowitego pogrzebania całej idei świata, który miałby się opierać na zasadzie „każdemu według potrzeb [1], od każdego wg. możliwości” [KWP-OKWM] zamiast na wolnej wymianie rynkowej, oraz w którym nie występowałby podział na klasy organizatorów produkcji oraz jej realizatorów.

Porażka, w której los prola w kraju z nazwy kolektywistycznym – kraju rad – był gorszy, niż w państwach stricte kapitalistycznych, wygenerowała dla klasy pracującej sygnał, że może jednak lepiej czy przynajmniej pragmatyczniej będzie skupić się na naprawianiu kapitalizmu przez odpowiednie pokręcenie kilku gałek przez Regulatora spersonifikowanego w postaci gubmintu i w tym zakresie zdać się np. na socjaldemokratów czy różne frakcje neoliberałów lajt (lajt zresztą najczęściej jedynie z nazwy). A sami leseferyści, kiedy już historia wręczyła im ten prezent upadku „komuny” na tacy, właściwie nie musieli się już specjalnie wysilać – od tej pory wystarczyło jedynie dbać o to, aby ten sygnał był zawsze i wszędzie dobrze słyszalny.

Do tych celów powołano do życia wyspecjalizowaną odnogę leseferystycznej myśli ds. porażki „komuny”, którą to gałąź można określić mianem ipeeno-ekonomii. „Badacze” spod znaku ipeeno-ekonomii zajmują się więc głównie popularyzacją karykaturalnych komiksowych opowieści o trudach ekono-życia w warunkach „komuny” czy tworzeniem zdystortowanych kompilacji danych (typu ile telewizorów czy jaj mógł zakupić prol zdemoralizowany komuną vs, prol zdyscyplinowany przez leseferystów), mających na celu udowodnić ma-te-ma-tycznie przewagi leseferyzmu względem przeszłych ale także i teraźniejszych „reżimów” para-kolektywistycznych czy w ogóle takich, które odbiegają istotnie od wzorca praktycznego leseferyzmu. W komiksach tych jednak nigdy nie natkniemy się na żadną próbę wyjaśnienia faktycznych przyczyn czy mechanizmów, które doprowadziły do degeneracji historycznego realnego modelu „komuny”, a to dlatego, że cały proces upadku alternatywnych metod organizacji zasobów MA być przyjmowany jako coś całkowicie obiektywnie naturalnego; słowem: ziarno kolektywistyczne, będąc felernym z zasady, nie mogło przynieść dobrego plonu.

Opowieść zainicjowana dzisiejszym odcinkiem raczej nie będzie cieszyć się wielkim powodzeniem i to nie tylko pośród tych, którzy lubią sobie od czasu do czasu wznieść paszczo-ekspresję „precz z komuną”, ale pewno będzie także mało interesująca dla tych proponentów naprawiania kapitalizmu, którzy nastrojeni są na odbieranie sygnałów wyemitowanych w czasach złotowieku. Jednak w kontekście wzajemnego okładania się maczugami memetycznymi – jeśli nie z czystej ciekawości to przynajmniej w charakterze szczepionki na ipeeno- (czy mccarthyzmo-) ekonomię – warto spróbować odgrzebać kilka hipotez, które próbowały dociec, co się stało i z czym tak naprawdę mieliśmy do czynienia, jeśli chodzi o ZSRR (czy także o satelity jak PRL). Klu całego takiego dociekania będzie to, czy omawiany model ekonomiczny w swojej praktycznej formie był faktycznie komuną, czy przypominał raczej coś, co można określić kapitalizmem państwowym, czy też może było to coś jeszcze innego.

Od razu zaznaczamy, że przedstawiony niżej zarys jest to głównie nasza próba skomasowania opracowania dostępnego na libcom.org, do której tu i ówdzie wrzuciliśmy nasze 3 kopiejki. Zdecydowaliśmy się przybliżyć ten artykuł w ten właśnie sposób, bo choć jego narracja jest dość wciągająca, monumentalna objętość tekstu oryginalnego (w zasadzie jest to format książki) co wrażliwszych na duże dawki angielskiego słowa czytanego  może  odstraszyć od eksplorowania zawartych tam opowieści. (Można ten cykl wpisów traktować też jako, niosące nieco bardziej umocowany faktograficznie ładunek, rozwinięcie quasi-żartobliwowego starego wpisu „Dlaczego upadła komuna?”; uważny czytelnik zwróci uwagę, że mimo wszystko niżej streszczona ekono-geekowa analiza przypadku posiada wiele punktów stycznych ze spontanicznym pracownianym zrzutem z rękawa).

*

W charakterze nakreślenia tła do takiego mini-przeglądu warto zwrócić uwagę na jeden, dość istotny element historycznej układanki, który wyjaśnić może przynajmniej początkową fazę odwrotu od trzymania się zasady ‚władza w ręce rad’ na rzecz scentralizowanego i dość despotycznego ośrodka kontroli gubmintowej. Mianowicie założenia (przynajmniej części bolszewików) były takie, że sukces Rewolucji miał się dopełnić poprzez jej spontaniczne rozprzestrzenienie się na inne kraje Europy, gdzie faktycznie ówczesne prolo-masy znajdowały się w stanie bliskim wrzenia, a więc takie projekcje nie były pozbawione realizmu. Jednak do tego czasu – w okresie powiedzmy „przejściowym” – najważniejszym zadaniem było utrzymanie przyczółków i zapobieżenie kontr-rewolucji; centralizacja władzy i armii miały być taką taktyką mobilizacyjną, służącą temu krótkoterminowemu celowi: obrony terytorium, znajdującego się po raz pierwszy w historii nominalnie pod kontrolą proli.

Jak wiemy – ten strategiczny plan (rozlania się rewolucji) – nie wypalił. Ale z drugiej strony nawet kiedy bezpośrednia grożba kontr-ataku reakcji została zażegnana, tendencje do konsolidacji władzy w centrum były nadal kontynuowane. Nieuchronnym objawem tej postępującej konsolidacji był dalszy rozrost aparatu biurokratycznego. I właśnie rola biurokracji oraz jej status klasowy stały się bazą dla kilku konfliktujących teorii, aspirujących do postawienia diagnozy, dlaczego stan rzeczy tak mocno rozbiegł się z oczekiwaniami.

Jednym z pierwszych (pro-kolektywistycznych) krytyków stalinistycznej konsolidacji był Trocki, który w odpowiedzi na rozwijające się patologie wypracował teorię „zdegenerowanego państwa robotniczego”. Wg. Trockiego degeneracja ta polegała na tym, że faktyczną władzę, która miała być w założeniach sprawowana przez rady/zgromadzenia proli, przejęła biurokracja. Mimo to zdaniem Trockiego stalinowskie ZSRR było nadal państwem robotniczym (choć o ułomnej naturze), ponieważ czynnikiem, który miał w tej narracji o tym przesądzać, była dokonana i przyklepana nacjonalizacja środków produkcji, ziemi oraz monopolizacja handlu zagranicznego; te posunięcia zabezpieczać miały „okrzepnięcie” Rewolucji celem dalszej budowy socjalizmu; kwestia występowania (czy nie-występowania) eksploatacji proli przez kastę (klasę?) biurokratyczną nie miała z tej perspektywy decydującego znaczenia. Ten stan ułomności miał być, zdaniem Trockiego (który swoją „Rewolucję zdradzoną”  opublikował w 1937 r.), przejściowy, i częściowo przynajmniej uzasadniony przez fakt, że ZSRR było jedynym prolo-państwem, w dodatku otoczonym przez imperialistów, oraz także dialektyczną koniecznością forsowania skoordynowanej i możliwie błyskawicznej rozbudowy bazy produkcyjnej, której zaistnienie dość często przyjmowane jest jako warunek sukcesu doktryny KWP-OKWM. W dalszym toku dziejów nastąpić miało albo nadejście prawdziwego socjalizmu (w co Trocki wydawał się wierzyć do końca), bądź regres z powrotem do regularnego kapitalizmu (tu dla jasności: w PE przez „socjalizm” nie rozumiemy skandynawskich form neoliberalizmu, ok?)

Jednak, jak już wcześniej wymemował Engels, różnica pomiędzy zaawansowanym kapitalizmem korporacyjno-finansowym (gdzie organizatorami wyzysku w skali mikro nie są wcale kapitaliści we własnych osobach, a zatrudnieni na etatach menedżerowie) a stanem, gdzie właścicielem środków produkcji jest państwo (a zarządza nimi biurokracja), jest jedynie kosmetyczna (czy wiąże się li-tylko z poziomem zaawansowania organizacji modelu produkcji, o czym później), podczas gdy zasadnicza forma – w której funkcjonują zarządzający i zarządzani – jest taka sama. Inaczej: to nie status właścicielski, ale raczej charakter stosunków produkcji stanowi o tym, z jakim modelem gospodarki mamy do czynienia.

Ciągnąc tę narrację krok dalej i przyjmując zarówno odpowiednio menedżerów jak i biurokratów za odmienną (pomimo pozornie tożsamego statusu, wynikającego z zatrudnienia najemnego) od proli klasę – klasę organizatorów produkcji:  Organizatorzy w sposób oczywisty odczuwają większą wspólnotę interesów z nominalnymi właścicielami środków produkcji (odpowiednio z kapitalistami bądź z państwem), aniżeli z resztą pracowników najemnych, tj. z realizatorami produkcji; co więcej wraz ze zwiększaniem się stopnia zaawansowania organizacji produkcji to właśnie najemni Zarządcy zaczynają mieć coraz bardziej decydujący głos, jeśli chodzi o sposób zorganizowania całej gospodarki czy w ogóle całego kraju, stając się w ten sposób nową klasą eksploatatorów. Na bazie tej identyfikacji klasowej zrodziły się teorie tzw. kapitalizmu państwowego, którego przykładem, według proponentów (m.in. T. Cliff) tych hipotez, był czy stał się ZSRR.

W oryginalnej źródłowej narracji marksistowskiej pojęcie kapitalizm państwowy miało określać taką zaawansowaną formę kapitalizmu, gdzie kolejnym, wyższym stadium procesów monopolizacji i konsolidacji wielkiego kapitału jest jego symbioza z państwem, a na jeszcze dalszym etapie rozwoju następuje niejako scalenie tych dwóch bytów w jeden organizm, który w efekcie przejmuje kontrolę nad całością czy większością środków produkcji; czyli fuzja kapitału i państwa. Pierwotnie taki golem miał oczywiście stać na straży interesów kapitalistów (czy narodowych czempionów przedsiębiorczości w szczególności), borykających się z coraz bardziej doskwierającym problemem malejącej stopy zysków. Jednak, jak niektórzy obserwatorzy czy futurolodzy (wywodzący się m.in. z II Międzynarodówki) chcieli tą hipotetyczną dynamikę postrzegać, stan taki miał być dialektycznym krokiem w kierunku socjalizmu, ponieważ ta fuzja kapitału i państwa otwierała furtkę do przejęcia kontroli nad środkami produkcji przez klasę pracującą w drodze wyborów demokratycznych. (Teraz, po 100+ latach te wizje „zwycięstwa poprzez demokrację” mogą wzbudzać co najwyżej wzruszenie ramion lub politowanie, a i rzeczona fuzja kapitału i państwa w praktyce sprowadza się – za nielicznymi wyjątkami jak swego czasu Korea Płd. czy obecnie ChRL – jedynie do kontrolowanej hodowli pragmatycznych polityków czy uprawy przyrostu gubmintu, gdzie układ sił zdeterminowany pieniądzo-cząsteczkowością zmierza do podporządkowania aktywności państwa dyscyplinie czy potrzebom rynków,  które z kolei są emanacją wielowymiarowych strategii Globalnych Posiadaczy [ekono-chemitrails alert!]; z kolei jeśli przyjmiemy, że kapitalizm państwowy faktycznie zmaterializował się w postaci ZSRR i krajów satelickich, to ani nie okazał się być on drogą do socjalizmu, ani nawet trudno go uznać – biorąc pod uwagę jak te gospodarki w praktyce fukcjonowały, zwłaszcza w swojej ostatniej dekadzie  – za „wyższą” czy lepszą formę kapitalizmu per se).

W kontekście analizy konkretnego przypadku (ZSRR) hipotetyczny koncept praktycznego kapitalizmu państwowego można by mniej więcej zdefiniować jako gospodarkę, charakteryzującą się ekstremalnie wysokim poziomem protekcjonizmu, w której rolę nominalnego właściciela wypełnia państwo, a funkcje zarządzania przejmują reprezentanci aparatu tego państwa, tj. biurokracja czy też liderzy, którzy, przynajmniej do pewnego stopnia, emulują kapitalistyczne stosunki produkcji, tj. m.in. motyw osiągania lokalnego „zysku” czy zwiększonej wydajności oraz naśladują coś, co ogólnie można określić jako praktyki dyscyplinowania wyalienowanej siły roboczej (chociaż oczywiście metody takiego dyscyplinowania są inne niż w typowym kapitalizmie, z uwagi choćby na permanentny stan pełnego zatrudnienia; co istotne jednak, ujmując to w prostych słowach, wyalienowany robol nadal ma praktycznie zero do powiedzenia – ma przychodzić do pracy i wykonywać polecenia przełożonych).

Można zaryzykować tezę, że w przypadku Rosji, konsolidacja państwa, będąca efektem (ubocznym?) Rewolucji, zapobiegła geopolitycznemu rozpadowi archaicznego feudalno-caratowego tworu na podobieństwo tego, co spotkało cesarstwo Austro-Węgierskie, a niejako przy tej okazji ostatecznymi beneficjentami stała się dotychczas stłumiona i pozbawiona możliwości ekspansji przez reżim caratu, a zapatrzona w sukcesy swoich zachodnich odpowiedników, burżuazja, która w nowych warunkach „odnalazła się” czy wypłynęła w roli biurokratów-administratorów produkcji, czy w ogóle organizatorów życia społecznego na tym wielkim, integralnym i pełnym zasobów do zagospodarowania terytorium. Inaczej: jedynym wymiernym efektem Rewolucji było umożliwienie nowym elitom, zamieszkującym terytorialny byt zwanemy Rosją, „przeskoczyć” lukę zapóźnienia i w ten sposób umożliwić kaście organizatorów w błyskawicznym tempie nadgonić dystans względem wiodących krajów kapitalistycznych.

Problemem interpretacji teorii, które wyróżnia użycie hasła „ZSRR = kapitalizm państwowy”, jest to, że w ZSRR jeden z podstawowych algorytmów, warunkujących wystąpienie zjawiska kapitalizmu, to jest prawo wartości wymiany, raczej nie działał, lub przynajmniej, w warunkach dominacji planową gospodarką zasobami, nie był algorytmem decydującym (ale zauważmy, że np. „reformy” w PRL lat 80-tych starały się  ten właśnie algorytm wartości wymiany przywrócić poprzez introdukcję zasad samodzielności i samofinansowania zakładów, co można odczytywać jako zwiastun nadchodzącej ostatecznej kapitulacji kolektywizmu). Gospodarka ZSRR była generalnie gospodarką autarkiczną i samowystarczalną, stąd presja na podporządkowanie własnych autorskich algorytmów zasobowych międzynarodowemu (uniwersalnemu w warunkach dominacji kapitalizmu) reżimowi prawa wartości wymiany, które mogłoby w innym przypadku (braku samowystarczalności) być narzucone poprzez ekonomiczny przymus interakcji z państwami kapitalistycznymi – dysponentami pożądanych/niezbędnych surowco-zasobów, była minimalna. Owszem, zasada rozliczania transakcji wewnętrznych w jednostkach monetarnych została zachowana, jednak te tokeny pieniężne służyły faktycznie jedynie do rejestracji przepływów zasobów; można powiedzieć, że pieniądz był używany głównie jako jednostka miary aktywności gospodarczej w podobny sposób, jak tona (czy miliony ton) używana była jako miernik postępów produkcji o charakterze homogenicznym jak wydobycie węgla czy wytapianie surówki.

Druga wątpliwość względem przyklejenia ZSRR etykiety kapitalizmu państwowego polega na zidentyfikowaniu wystąpienia/nie-wystąpienia zjawiska stowaryzowania pracy, czy określenia, co należy w ogóle rozumieć przez pracę najemną (o czym więcej już w kolejnych odcinkach). W sposób oczywisty w ZSRR nie mieliśmy w żadnym stadium tego modelu do czynienia z tzw. rynkiem pracy, a niektórzy wręcz kwestionowali, że praca najemna w klasycznym rozumieniu zachodziła w tym reżimie w ogóle. Ergo, idąc tym tokiem: skoro próby stowaryzowania pracy nie miały miejsca, nie mieliśmy też do czynienia z ekstrakcją wartości dodatkowej, która jest z kolei uznawana jako warunek sine qua non zaistnienia kapitalizmu.

Dalszy ciąg toku roztrząsania historycznych hipotez o wystąpieniu/nie-wystąpieniu „kapitalizmu państwowego”, o teorii „wielkiego marnotrawstwa” oraz o kontra-punktacji ze strony lewego skrzydła komunistów już w kolejnych odsłonach tej serii.

_________________

1 potrzeby ≠ zachcianki, o czym często zapominają komuno-basherzy

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s