Czym napędzany jest neoliberalizm – take 2

Dawno dawno temu tu przedstawiliśmy dwie hipotezy n/t tego, skąd neoliberalny mempleks czerpie swoją memetyczną siłę, która zapewniła mu globalny monopol na organizację modelu polityczno-gospodarczego i nadal pozwala sprawować globalnie rząd ekono-dusz pomimo szeregu poważnych porażek tego szczególnego trybu angażowania i dystrybucji zasobów, wśród których najważniejsze to np. GFC z 2007/8 (+brak zauważalnego odbicia pomimo, że minęło już 10 lat!), sprawy nierówności dochodowych, szaleństwo austerity czy chociażby ~40 lat stagnacji realnych wynagrodzeń w krajach neoliberalnego Centrum. Pierwszą z tych hipotez można określić jako Wielkie Neoklasyczne Nieporozumienie, drugą jako Neoliberalny Kolektyw Myślowy.

Dzisiaj chcieliśmy dorzucić jeszcze dwie kolejne próby znalezienia odpowiedzi na pytanie, co sprawia, że system organizacji gospodarki, który obecnie wydaje się gwarantować już tylko dalszą stagnację/spadek materialnego poziomu życia dla większości oraz kontynuację rabunkowej gospodarki zasobami naturalnymi i ludzkimi, nadal wydaje się być niezagrożony jakimikolwiek poważnymi próbami jego systemowej kontestacji.

O jednej z tych hipotez tylko krótko: Otóż stan, gdzie garstka frirajderów wykorzystuje bez skrupułów całą resztę, jest być może permanentną i nieuniknioną cechą złożonych społeczności, czyli takich, w których występuje podział pracy oraz funkcjonuje hierarchia powołana celem skutecznej organizacji takiego systemu. Neoliberalizm czy w w ogóle kapitalizm są to po prostu nowoczesne formy ekspresji tej smutnej prawidłowości i tak w zasadzie powinniśmy się cieszyć, że jesteśmy eksploatowani w relatywnie – w porównaniu do np. feudalizmu, XIX wiecznych workhausów czy zinstytucjonalizowanego niewolnictwa – nieopresyjny sposób, tj. np. mamy prawo przemieszczać się geograficznie w poszukiwaniu wyzyskobiorcy, który będzie łaskaw rozdać nam pracę, albo pisać bloga, w którym cały ten system możemy sobie do woli i bezkarnie obrzucać najgorszym błotem werbalno-pikselowym. Jednak takie obrzucanie nie na wiele się zda ponieważ – jak uczy ta historia – każda próba odejścia od modelu eksploatatorzy/eksploatowani kończy się we łzach, stagflacji, hiperinflacji czy braku papieru toaletowego. Tak że: cieszmy się, bo mogło być gorzej (albo może być gorzej jeśli posłuchamy populistów) i zejdźmy na ziemię oraz spójrzmy faktom w oczy: życie dla większości po prostu było, jest i musi być, jeśli nie krótkim, to co najmniej paskudnym i brutalnym indywidualnym doświadczeniem.

Jeżeli ta pierwsza hipoteza napawa Was pesymizmem, to radzimy przestać czytać, ponieważ druga z dzisiejszych jest jeszcze bardziej przygnębiająca. O co tym razem chodzi? Otóż podczas jednej z dalekich wędrówek po peryferiach intersieci objawiła nam się możliwość taka, że neoliberalizm jest jedynie naturalną ekspresją dominacji większego mempleksu, który można określić materializmem w szerokim tego słowa znaczeniu. W jak szerokim? Nie chodzi tu o materializm li tylko jako przywiązanie do gadżetów doczesnych czy obsesyjną żądzę zbierania cząstek pieniądzowych, a raczej o to, do jakiej formy wyewoluował współcześnie standardowy sposób interpretacji postrzeganego świata. (Temat przy okazji nawiązuje również luźno do może niezbyt ożywionej, ale zawsze jednak jakiejś dyskusji pod innym ze starszych wpisów).

Paradoksalnie, źródeł tego materializmu należałoby upatrywać w teologii judeo-chrześcijańskiej (czy może w sposobie jej interpretacji?). Pamiętamy frazy typu: ‘uczyńcie ziemię i wszelkie stworzenia poddanymi’, co sugeruje jakąś misję zaprowadzania nowych, sapiensowych porządków, sprawowania administracji czy kontroli nad przyrodo-gadżetami, czego podstawą jest wiara w podział/dualizm, który z czasem skrystalizował się do postaci ‘sapiensy kontra natura’. Dalsze odnogi tej filozofii, jak kalvinizm, poszły krok dalej, tj. podjęły próbę utożsamienia skuteczności zaprowadzania takiego porządku z moralnością, czego avatarem stał się z czasem tzw. etos pracy. Z kolei akceptacja dualizmu (czy może raczej odrzucenie nie-dualizmu natury rzeczy) to pierwszy krok do indywidualizmu, czyli memetycznego pretekstu do nieustającej walki: Ja (moja rodzina) kontra reszta sapiensów (i dodatkowo oczywiście: vs. roślino-, zwierzo- czy minerało-gadżety).

Historycznie tak się złożyło, że – patrząc z punktu geopolityki – społeczności, które podążały według takiego nie-niedualistycznego kompasu, odniosły swego czasu sukces, podbijając terytoria, gdzie dominowała całkiem inna filozofia postrzegania relacji człowiek/środowisko, człowiek/człowiek, czy człowiek/hipotetyczne wyższo-byciaki. Stąd mogły płynąć nieco może pochopne wnioski, że taka właśnie podbudowa mempleksowa – podporządkowania Ziemi – czyli gadżeto-minerałów i wszelkiego gadżeto-stworzenia żyjącego  –  stanowi receptę na ‘bogactwo narodów’, które to bogactwo zapewniać ma z kolei, jeśli może nie szczęście, to przynajmniej jakąś moralną satysfakcję z wykonania dobrej roboty w podporządkowywaniu tego, co podporządkowane zgodnie ze skryptem ma być. Echa tego toku myślenia są nadal z nami – opinie o przewadze protestanckiej etyki pracy vs. katolickie umiłowanie rytuałów albo vs. próżność dalekowschodnich młynków modlitewnych (automatyzacja vs. „ręczna” werbalna ekspresja zaangażowania)* czy mamrotania mantr w miejsce aktywnego zwijania się na rynku wyzyskobrania czy przynajmniej utrzymywania rąk i umysłu w stanie zajmowania się przetwarzaniem zasobów,  albo chociażby surowość (czyt. oszczędność) wystroju ewangelickich świątyń vs. wschodni post-bizantyjski przepych – to są spostrzeżenia powszechnie przyjmowane jako kulturowe źródła przewagi krajów leseferystycznego Centrum; przewagi w czymś, czego współczesnym miernikiem jest oczywiście pekab.

Być może czynnikiem, który symbiotycznie nałożył się na tę teo-podbudowę kompulsywnego zaprowadzania sapiensowych porządków – ponownie nieco paradoksalnie – były narodziny fizyki newtonowskiej. Pierwsi eksploatatorzy zagadnień bogactwa narodów, jak się wydaje, pozycjonowali swoje dociekania w sferze, którą dziś określilibyśmy naukami społecznymi, interesując się takimi dylematami jak np. nie-zarobiona renta, czy zasadność utrzymywania klas próżniaczych przez proli, kupców czy fabrykantów. Jednak siła wieku rozumu – gdzie interpretacja świata jako stołu bilardowego, gdzie jedynie brak możliwości zastosowania odpowiednio zaawansowanych algorytmów uniemożliwia (chwilowo) obliczenie rozwiązań wszystkich problemów – prawdopodobnie zauroczyła stopniowo także i ekonomistów, którzy, aby nadać swojemu poletku właściwej do czasów powagi, zamiast filozofowania, zwrócili się w kierunku poszukiwań reguł, które, determinując logikę wzajemnego oddziaływania ciał zwanych sapiensami, uczyniłyby ekonomię nauką na miarę fizyki. Kulminacją tego było uformowanie się ekonomii neoklasycznej pod koniec XIX w., co zbiegło się mniej więcej w czasie z apogeum wizji świata-zegarka, która niezadługo po tym została zepsuta przez Einsteina, a zwłaszcza przez mechaników kwantowych (zresztą, większość populacji pomimo tej rewolucji nawet i dziś nadal zadowala się wersją newtonowską, jeśli chodzi o ogląd wszech-rzeczy i zachowań obiektów, traktując „dziwne” fenomeny kwantowe jako swego rodzaju kuriozum, domenę niszo-hobby dla fizyko-geeków, czy coś, co jakoś tam ponoć umożliwia działanie GPS w naszym aucie). Jednak, jak się wydaje, załamanie się funkcji deterministycznej fali w fizyce (dla uczciwości i żeby jeszcze bardziej zamieszać należy wspomnieć, że współcześnie funkcjonuje z kolei teoria super-determinizmu, która równie dobrze może oznaczać, że zarówno jakieś z pozoru dziwne więzi par cząstek, „uzgadniających” polaryzację bez zwłoki i bez oglądania się na wzajmne dystanse lat świetlnych, jak i nasze sapiensowe bycie fokked-up czy chociażby wrzucanie tych konkretnych pikseli w tym konkretnym punkcie na osi czasu na tym właśnie blogu, liczba odwiedzin tego bloga i wszystkie komentarze, jak i to, że ten blog NIE doprowadzi do obalenia neoliberalizmu etc. wszystko to zostało zdeterminowane pierwotnymi interakcjami już w momencie BigBanga; wieje nudą, ale niestety we współczesnym stanie wiedzy nie da się tego wykluczyć) nie zdążyło już zaszkodzić mechanistycznemu konsensusowi w ekonomii. Wśród sporadycznych rewolt jedynie ta zainicjowana przez Keynesa zdołała nieco zmodyfikować neoklasyczny zegarkowy paradygmat, jednak jedynie w takim stopniu, który można by porównać do udoskonalenia metod obliczania epicykli przez geocentryków.

Jednocześnie z tym wszystkim, procesy ekspansji modelu organizacji gospodarki, doprowadziły do sytuacji, gdzie stopniowo – np. przez likwidację/grodzenia commons (domen użytkowania kolektywistycznego) czy usankcjonowanie totemu własności prywatnej (kolejny etap umacniania się prób organizacji otoczenia wg. nie-niedualistycznej filozofii) – uczestnictwo w wage slavery (niewolnictwie praco-najemnym) stawało się ekonomiczną koniecznością dla coraz większej i większej części populacji; jedyną alternatywą, która obiecywała lekarstwo na dolegliwość zwaną głodem, powszechną w środowisku ekspansji demograficznej nałożonej na siatkę towaryzacji życia i natury. Dryl narzucony podczas tego etapu przebudowy organizacji gospodarki w kierunku kwantyfikacji za pomocą jednostek miary, za którą przyjęto pieniądz, stał się algorytmem permanentnym w stopniu wystarczającym, żeby trwać nawet wtedy, kiedy dyscyplinowanie głodem odeszło z przyczyn praktyczno-estetycznych do lamusa (przynajmniej w krajach Centrum). Aktywna partycypacja w rynku pracy najemnej (wyzyskobrania) stała się zwyczajem. Funkcje dyscyplinowania przejęły stopniowo inne tokeny pożądane powszechnie celem osiągnięcia wrażenia uczestnictwa w życiu społeczeństwa stowaryzowano-monetarnego, gdzie aspirowanie do bycia wartościowym i poważanym kółkiem zębatym niesie pewne koszty stałe (np. najem), oraz obietnice „sukcesu” (czyli mniej więcej – zdolności do nabywania większego wolumenu gadżetów, niż ci mniej zaradni) dla tych, którzy zdecydują się pracować najemnie w sposób odpowiednio intensywny (bądź pozyskać pożądane przez wyzyskobiorców kwalifikacje).

Ponieważ ten model dodatkowo jeszcze mógł uchodzić za sukces w tym znaczeniu, że faktycznie często realizował swoje własne postulowane cele, czyli wzrost zagregowanego bogactwa (wolumen, ale także poziom zaawansowania technologicznego wyprodukowanych gadżetów), stąd był w stanie się skutecznie samo-propagować.  W efekcie dżin materializmu – tym razem materializmu już w bardziej obecnym, wąskim znaczeniu – został globalnie wypuszczony z butelki.

Z jeszcze innej strony – dominującą filozofią dnia codziennego jest tzw. racjonalizm (który w fizyce ma odpowiednik w postaci konceptu lokalnego realizmu, czyli poglądu, że cząsteczki takie jak fotony, elektrony czy inne tego typu gadżety posiadają określony, „obiektywny” stan nawet kiedy „nikt nie patrzy”, podobnie jak zasób cząstek pieniężnych sam z siebie ma wartość, a przyrost jego masy powoduje inflację, nawet, jeśli „nikt nie wydaje”). Oczywiście wiele sapiensów w wolnym czasie lubi oddawać się jakimś rytuałom, które mogą od biedy uchodzić za jakąś ekspresję spirytualizmu, natomiast w interakcjach dnia codziennego dominują chłodne algorytmy maksymalizacji własnych korzyści marginalnych, które z reguły są jakąś odmianą dylematu więźnia, gdzie zakłada się zawsze, że druga strona takiej interakcji może knować coś przeciwko nam celem zwiększenia własnych korzyści naszym kosztem. Kooperacja jest zatem ryzykowna, pomimo tego, że teoretycznie otwiera wrota do sytuacji win-win (ale jednocześnie naraża na niepowetowane straty, jeśli druga strona „zdradzi”). Dodatkowo chaotyczność czy sporadyczność kontaktów charakterystyczna dla dużych liczebnie społeczności zurbanizowanych czy redukujących interakcje do procedur organizacji typu korpo czyni inne algorytmy, potencjalnie promujące kooperację, typu tit-for-tat (wet-za-wet) mniej przydatnymi czy znaczącymi w praktyce.

Żeby otrzymać finalny tryb oglądu wszech-rzeczy, który ukształtował się do postaci, którą obecnie można uznać za standardową interpretację mechaniki świata, społeczeństwa i ekonomii, należałoby jeszcze do powyższego miksu dodać paradygmat linearnej interpretacji historii czy ewolucji, który to fenomen wydaje się być jakimś składnikiem wyżej obgadywanego racjonalizmu; być może jest to skutek uboczny prób popularyzacji czy nadania głębszego sensu mechanistycznej interpretacji, gdzie totem postępu miał wypełnić lukę, która powstała w wyniku stopniowej erozji skuteczności czy wiarygodności konceptów przyszłej hipotetycznej nagrody w poza-światach. Meritum tego procesu transformacji wiodącej memetyki przez uracjonalnienie polega na tym, że w miejsce uznania chaotycznej, iluzorycznie-falowej czy choćby cyrkularnej, która charakteryzuje np. cykle życiowe, natury procesów, przyjmowana jest wizja jednokierunkowego postępu. Należy zauważyć, że cały koncept linearnego (czy geometrycznego) progresu jest rzeczą stosunkowo nową w historii sapiensów; ten paradygmat zaistniał dopiero wraz z tzw. rewolucją przemysłową, i wraz z towarzyszącym jej (czy umożliwiającym ją) zwyczajem poważnego zaciągania dywidendy termodynamicznej. W tym memo-fenomenie, gdzie oczekuje się, że sprawy mają podążać wektorowo zawsze ku jakimś lepszym przyszłym stanom, można upatrywać źródeł kompulsywnej akceleracji ekstrakcji minerałów czy obsesji pompowania pekabu. Tak jak sapiensy przyjmowane są w tej optyce za szczytowe osiągnięcie ewolucji, tak jeśli chodzi o sferę ekonomiczną mamy paradygmat wyścigu, kto zdoła zaangażować więcej zasobów (czy w obecnym algorytmie Mt2 > Mt1 – przerzucić jak największą ilość cząstek pieniądzowych) w danej jednostce czasu.

Teraz zwróćmy uwagę, że ta hipoteza prezentuje znacznie bardziej pesymistyczne perspektywy dla zmian obecnego modelu wytwarzania i dystrybucji zasobów, aniżeli teoria Wielkiego Neoklasycznego Nieporozumienia czy nawet ta, identyfikująca zaawansowaną konspirację Neoliberalnego Kolektywu Myślowego. O ile można by było mieć jakieś nadzieje, że knowania NKM czy faktograficzna nieadekwatność WNN, zostaną prędzej czy później obnażone, co da następnie impuls do zasadniczej praktycznej kontestacji, o tyle wizja mechanistycznego świata, w którym indywidualne sapiensowe „kule bilardowe” walczą o swoje krańcowe korzyści, do których realizacji potrzebne są z kolei cząstki pieniądzowe, będzie bardzo trudna do odwrócenia.

Czyli inaczej: wybierając wizję świata-zegarka, rozwijającego się w przewidywalnym kierunku przez wzrost masy (pekabu) i stopnia skomplikowania procesów oraz oczekując, że przy zastosowaniu odpowiednich algorytmów zaprojektowanych do maksymalizacji naszych korzyści, które reprezentują gadżety bądź tokeny cząsteczko-pieniężne, jesteśmy w stanie osiągnąć satysfakcję – sami, mniej czy bardziej świadomie, wybieramy właśnie neoliberalizm. Tzn. w tym charakterystycznym dominującym obecnie podejściu do wszech-rzeczy neoliberalizm jest całkowicie naturalną ekspresją – przedłużeniem przyjętej generalnej filozofii życiowej do sfery gospodarczej i tak uczciwie mówiąc mało kto, nawet z tych, którzy na neoliberalizm lubią sporadycznie czy chaotycznie popsioczyć, jest w jakimkolwiek istotnym stopniu gotowy czy chętny poświęcić energię czy ponieść jakieś wyrzeczenia na poszukiwanie rzeczywistej alternatywy. (Przy czym nie wykluczamy, że to krytykanctwo może się odnosić do nas samych, czyli do załogi Pracowni; w związku z tą niepewnością pomyślimy może nad jakimś kwestionariuszem, który mógłby służyć za psycho-test zdolności czy kwalifikacji do dołączenia do prawdziwej anty-neoliberalnej partyzantki).


* swoją drogą szkoda, że nie ma „młynków rekrutacyjnych”: zamiast strzępić języki frazesami i oszukiwać się wzajemnie zarówno haerowiec jak i kandydat mogliby na wstępie rekrutacji zakręcić swoimi młynkami po to, aby dopełnić rytuału, którego werbalne formy często bywają ambarasujące dla obydwu stron. Młynki takie można by wyposażyć w mechanizmy wyświetlające losowe sekwencje znaków, których zbieg u rekrutatora i rekrutowanego dawałby sygnał pozytywny = zielone światło do zatrudnienia (© =patent pending).

 

Reklamy

14 thoughts on “Czym napędzany jest neoliberalizm – take 2

  1. teogderyk

    Widzę, że Kolega kompletnie zignorował radę Ryśka Ochódzkiego i zmieszał, nie dwa, a kilka różnych systemów walutowych. Z tego względu przypuszczam, że nawet przy czterech followersach, dyskusja może być długa i zacięta. Aby nie pozostać gołosłownym, odpalam pierwszą salwę.

    Kluczowego dla całego wywodu pojęcia już się chyba nie dałoby zdefiniować bardziej ogólnikowo:

    Nie chodzi tu o materializm li tylko jako przywiązanie do gadżetów doczesnych […] a raczej o to, do jakiej formy wyewoluował współcześnie standardowy sposób interpretacji postrzeganego świata.

    Kolega ma na myśli fizykalizm czy coś w ten deseń? Bo jak tak, to ja się raczej nie zgodzę, nawet odkładając zupełnie na bok kwestię na ile jest on rzeczywiście standardowy.

    Przywołane w noci nurty filozoficzne (teizm, racjonalizm) mogły istotnie przyczynić się do rozpowszechnienia neoliberalnego mempleksu z powodu nie mającego nic wspólnego z materializmem, a wręcz przeciwnie, będącym jego dość jawnym zaprzeczeniem — pogardą dla empirii. W nauce zawsze sądem pierwszej i ostatniej instancji jest rzeczywistość. Najbardziej elegancki model idzie do kosza, gdy jego przewidywania nie pokrywają się z faktami. Psucie eleganckiej fizyki klasycznej przez kolegę Einsteina i Magików Mechaników nie wynikało z chęci bycia bardziej cool i hip, ale z chęci wyjaśnienia obserwowalnych doświadczalnie zjawisk, których nie dało się wytłumaczyć na jej gruncie. Mam wrażenie, że w ekonomii jest dokładnie odwrotnie, jeśli pewne fakty przeczą ulubionej teorii, to tym gorzej dla faktów. Co z kolei jest dla mnie wyrazem, i tu odkryję się jako zwolennik hipotezy NKM, walki klas prowadzonej przez posiadaczy.

    Także ryzykując bycie niepoprawnym optymistą, uważam, że czarnowidztwo Kolegi, jakoby neoliberalizm był manifestacją czegoś znacznie głębszego, jest nieuzasadnione.

    […] który w fizyce ma odpowiednik w postaci konceptu lokalnego realizmu, czyli poglądu, że cząsteczki takie jak fotony, elektrony czy inne tego typu gadżety posiadają określony, „obiektywny” stan nawet kiedy „nikt nie patrzy”

    No ale właśnie nikt tak nie uważa (sprawdzić czy nie uczestnik tzw. konferencji smoleńskich)! Każde dziecko wie, że w ramach kopenhaskiej interpretacji mechaniki kwantowej, wymienione obiekty, jak nikt nie patrzy, znajdują się w stanie kwantowej superpozycji będącej złożeniem wszystkich możliwych stanów danego obiektu. Dopiero obserwacja powoduje załamanie się (kolaps) funkcji falowej do określonego stanu. O szczegóły można się pytać kota Schrödingera (o ile akurat żyje).

    Polubione przez 1 osoba

    Odpowiedz
    1. s.halaer Autor wpisu

      Czy nasze uogólnienie = fizykalizm? Myślę, że można to tak określić, ale fizykalizm nałożony na punkty całego mempleksu, o których mowa jest dalszym toku (czy odwrotnie: wyuczony nawyk oczekiwania skwantyfikowanego postępu, etos pracy etc. wyświetlone na mempleksowej siatce fizykalizmu) + aby uzyskać cały kontekst, warto rzucić okiem na linkowany art. w/s chemicznego „wyłączania” szarych „racjonalnych” czy fizykalistycznych komórek (w opozycji do tabloidalnych twierdzeń, że te magiczne chemikalia „rozświetlają” mózg na pomarańczowo) i odpowiedzieć sobie następnie na pytanie, jaką optykę potencjalnie takie wyłączanie indukuje.

      Naszym zdaniem – raczej NIE taką, która tworzy kompost dla neoliberalizmu czy spolaryzowania się według biegunów: moje korzyści krańcowe kontra cała reszta świata. Powiedziałbym, że taka właśnie polaryzacja jest warunkiem wstępnym do tego, aby neoliberalizm „zadziałał” (tzn. był zdolny do replikacji za pośrednictwem spolaryzowanych nośników – „posiadaczy” aktywnie kalkulujących korzyści krańcowe mózgów). Jeszcze inaczej: trwały chill-out nie-dualistyczny, wygaszając czy uspakajając obszary kalkulacyjne czy odpowiedzialne za rozgryzanie strategii gier, prawdopodobnie byłby w dużym stopniu nie-zaszczepialny neolberalnym tokiem, ok? Skutkiem tego np. dyscyplinowanie cząstkami pieniądzowymi byłoby znacznie trudniejsze.

      Oczywiście nie jest naszym zamiarem wciskanie prawd objawionych (na razie zajmujemy się jedynie rozbudowywaniem zbioru hipotez, które mogłyby wyjaśniać spolegliwe połykanie kool-aid wolnorynkowego „pragmatyzmu”), ani też krytyka empirycznego badania rzeczywistości. Jak nam się wydaje zresztą, zwróciliśmy uwagę na to, że w pewnym momencie nauka upadła zdecydowała się zahibernować się, z jakiś przyczyn, na etapie mechaniki zhomogenizowanych kul bilardowych. (BTW. interpretację kopenhaską trudno nazwać konsensusem, a już zwłaszcza takim, „o którym każde dziecko wie”; zresztą – analogie będą zawsze przydatne tylko do pewnego momentu).

      Notabene nam hipoteza NKM również wydaje się dość przekonująca, ale tak jak zauważył (raczej słusznie niż nie) dyskutant Jacek – większość ludzi w ogóle te rzeczy nie interesują, ergo gadająca neoliberalna ekono-głowa z tvn-u ma jedynie minimalnie większe szanse uformowania szarych komórek prolo-kowalskiego niż PracowniaE. Czyli masy polegają głównie na obserwacjach typu: za tego gubmintu wiodło mi się lepiej, a za tamtego gorzej (czy lubię takie totemy kulturowe, a tamtych nie bardzo). A jednak, z jakiś przyczyn, nawet kiedy każdy kolejny gubmint stanowi jedynie symboliczny znak na drodze nieprzerwanego osobistego ekono-zjazdu w dół (dla licznych niektórych), mimo to nadal nie widać żadnych znaczących oznak kontestacji kaptalizmu per se (np. aktywny – jeżeli za próg wykazania „aktywności” przyjąć zalajkowanie stopceta na fb – sprzeciw wobec CETA wyraziło circa 1% populacji). Stąd nasza teza, że być może celem odkrycia źródeł tej obojętności czy bezwładności (która sygnalizować może akceptację) należy sięgnąć głębiej, aniżeli tylko obwiniać za taki stan rzeczy garstkę wojujących leseferystycznych myślo-czołgów. Być może takim podłożem jest determinizm świato-zegarkowej gry, wyhodowany na fizykalizmie podlanym sosem nie-niedualistycznym.;-P

      To jako naświetlenie intencji notki.

      Polubione przez 1 osoba

      Odpowiedz
      1. teogderyk

        Na razie krótko, odnośnie najmniej ważnego wątku, bo w robocie jestem. 😉

        Kopenhaska interpretacja mechaniki kwantowej na pewno była obowiązującym konsensusem kiedy jeszcze jako tako orientowałem się w temacie (circa dwie dekady temu), a przynajmniej, tak jak twierdzi ciocia Wikipedia: It remains one of the most commonly taught interpretations of quantum mechanics. (źródło). Wszystkie podręczniki z mechaniki kwantowej, z jakimi miałem do czynienia, zaczynały właśnie od niej.

        Having said that nie było moją intencją wytykanie Koledze braków w tej kwestii, a jedynie próba, najwyraźniej chybiona, humorystycznego wyjaśnienia tego diabła, co to siedzi w szczegółach. Także ten, no…przepraszam.

        Polubienie

        Odpowiedz
      2. s.halaer Autor wpisu

        Hej, ja nie będę tu pozować na znawcę kwanto-magii, bo a nuż zgodnie z jakimś załamaniem fali wpadnie nam tu jakiś prawdziwy fizyk i sprowadzi do pionu czy na glebę. Ale, tak czy owak ostatnio, czilautując się od ekono-zamętu natrafiliśmy na notkę o świeżym eksperymencie, który wprawdzie uwiarygadnia jeden krok dalej IK, ale – jak wynika z treści – nie jest bynajmniej kołkiem osinowym dla konkurencyjnych mniemań, jak superdeterminizm. Ba, takiego kołka osinowego sapiensy prawdopodobnie nigdy nie będą w stanie znaleźć.

        Polubienie

        Odpowiedz
      3. teogderyk

        Ten konkretny kolaps to już nastąpił. W sensie, że wpadł, nie że o glebę. Z tymże trochę to zależy od tego co masz na myśli mówiąc prawdziwy? 🙂

        Polubienie

        Odpowiedz
  2. teogderyk

    aby uzyskać cały kontekst, warto rzucić okiem na linkowany art. w/s chemicznego „wyłączania” szarych „racjonalnych” czy fizykalistycznych komórek

    Jako duchowy spadkobierca komisarza Przygody, pedanta i szczególarza, rzuciłem. Najwyraźniej jednak nie dość celnie, bo odebrałem linkowany materiał jedynie jako kolejną, jedną z wielu, opowieść o tym jak przekaziory wykoślawiają istotę odkryć naukowych w celu wygenerowania dodatniego saldo kliknięć. Także przyjrzę się jeszcze raz, tym razem dokładniej i być może wdzieję włosiennicę, posypię głowę popiołem i odszczekam to co zaraz napiszę poniżej.

    W moim przekonaniu, sukces klasy posiadaczy w propagowaniu neoliberalnego mempleksu leży głównie w ogólnej niechęci ludności do głębszej refleksji nad szczegółami działania otaczającego nas świata, którą to kwestię podniósł przywołany komentator Jacek. Tylko, chyba w przeciwieństwie do Pracowni, uważam, że ten sukces był możliwy właśnie nie dzięki materializmowi, a wręcz przeciwnie, dzięki ignorowaniu jego postulatów, czy też posłużeniem się jego koszmarnie wykoślawioną, totalnie uproszczoną wersją, gdzie emocje, z palucha wyssane przekonania, wszystko to o czym też już pisał Jacek, są stawiane na równi z empirycznie weryfikowalnymi faktami i systematyczną analizą danych.

    Przykłady przywołane przez Pracownię zdają się to dodatkowo potwierdzać. Oczekiwanie stałego postępu, bo ewolucja!!1one. A kto z biologów twierdzi, że ewolucja ma cel i, że zmiany ewolucyjne to z definicji postęp? Świat jako zegar, bo Newton! No z tym to już się rozprawiła sama Pracownia. W efekcie prowadzi to do stosowania uproszczonych i przez to ułomnych heurystyk (np. moje korzyści krańcowe über alles).

    Przy czym, jako lewak, nie uważam, że to nie do końca nasza, tj. proli, wina. Regularny risercz, zgłębianie literatury fachowej nie należy do czynności szczególnie lekkich, łatwych i przyjemnych, oraz zdecydowanie odwodzi nas od palących potrzeb naszego codziennego życia.

    Poza tym, przypuszczam, że Pracownia, z racji posiadanej wiedzy i wykształcenia, może nie doceniać jak trudno jest wyjrzeć poza neoliberalny kokon ekonomicznym laikom, takim jak chociażby ja. Z początku człowiek nie bardzo wie o co pytać wujka Gugla. Jak już zapyta, to raczej trafi na kolejną stronę tłumaczącą, że dług jest fuj, że trzeba ciąć socjal, bo państwo jest jak gospodarstwo, że nieroby przeżerają nasze ciężko zapracowane pieniądze, że PKB rośnie więc jak jest mu źle to znaczy, że nie stara się w wystarczającym stopniu. Nawet jak już przypadkiem trafi na taką Pracownię, to dysonans poznawczy jest tak duży, że w pierwszym odruchu pomyśli, że to ekonomiczne chemtrailsy i ucieknie za nim spłynie na niego oświecenie. ;-D

    Polubione przez 1 osoba

    Odpowiedz
    1. s.halaer Autor wpisu

      Ha, ha, „ekonomiczne chemitrailsy” – śmiechłem z rana, dzięki.
      PS. Ok, będziemy ostrożniejsi, jeśli chodzi o próby inkorporacji fizyki do dalszego ekono-chemitrailsowania.

      Polubienie

      Odpowiedz
    2. s.halaer Autor wpisu

      …uważam, że ten sukces był możliwy właśnie nie dzięki materializmowi, a wręcz przeciwnie, dzięki ignorowaniu jego postulatów, czy też posłużeniem się jego koszmarnie wykoślawioną, totalnie uproszczoną wersją, gdzie emocje, z palucha wyssane przekonania…

      No właśnie – zastanówmy się tu, jaką inną niż totalnie uproszczoną wersją materializmu miałby się nasz standardowy prolo-kowalski kierować? W tej całej pisaninie chodziło mi głównie o to, że dominacja materializmu stwarza podłoże do eksploatacji, za pomocą wzbudzania prostych materialistycznych aspiracji. Przez jakąś analogię: przypomnijmy sobie opowieści np. choćby z W.Moslera, jak to „dzicy” początkowo zupełnie nie byli zainteresowani funtowymi IOU jakiejś jego królewskiej mości, za pomocą których kolonizatorzy chcieli ich zmotywować do roboty na rzecz takiego jotkaema. Potrzebny jest katalizator, którym w powołanym przykładzie było podymne. W mojej opinii materializm jest do pewnego stopnia takim katalizatorem współcześnie.

      Cyt. art. z kolei – znów na zasadzie pewnej analogii czy metafory: niektórzy identyfikują dwa charakterystyczne obszary w mózgownicach – jeden odpowiedzialny za, czy zorientowany na cele (np. strugam intensywnie fujarkę – mam na myśli taką do wygrywania melodii, żeby nie było niejasności, chociaż przyjęcie tego pierwszego skojarzenia byłoby być może jeszcze bardziej skuteczne) i mam w danym momencie w d00pie memetykę pekabową, czyli – przynajmniej w danym momencie głowa Gwiazdowskiego może ekono-chemitrailsować w moim fujarkowym warsztacie na cały regulator, a mój mózg czy moja „świadomość” i tak nie zaabsorbuje ani nanograma z tego BS.

      Drugi obszar mózgownicy to myśli typu self-reference, czyli samo-odnoszące się; samo-odwołujące się do przeszłości, przyszłości, taka wewnętrzna gadanina. Tylko w tym drugim obszarze zalęga się, a następnie replikuje wszelaka memetyka, w tym wiedza, w tym wiedza fizykalistyczna czy „racjonalizmy”, typu cząsteczkowość pieniądzowa czy praktyczne ćwiczenia teorii gier na współ-prolach. Magiczne chemikalia, ale też np. czilautowanie sie za pomocą prób nie-myślenia, zwanymi czasem medytacją, wygaszają czy uspokajają ten drugi obszar, pompując relatywną siłę pierwszego. Są pewne przesłanki, że w erze pre-„racjonalistycznej” czy pre-materialistycznej obszar 1 był lepiej zasilany nawet bez chemii; może po prostu zbiór myśli, mogących być zaangażowanych do zabawy self-reference, był bardziej ograniczony.(Jasne: całkowite wygaszenie dwójki uniemożliwiłoby zdolność/wiedzę potrzebną do do wystrugania fujarki; chodzi o proporcje.)

      Ok, teraz zadeklarowana analogia – ekono-neoklasyka to też głównie czy całkowicie kategoria self-reference, czyli książki o książkach, nieustanne korekty starych modeli teoretycznych po to, aby uchronić ich integralność przed ciężarem odczytów spływających (z przeszłości, tyle że stosunkowo świeżej) wydruków faktografiki. Obszar nr 2 pracuje tu pełną parą – ale zawsze w przeszłości, lub czasem/często w przyszłości, kiedy próbuje (niezdarnie) ekstrapolowania przeszłości, ale nigdy w TYM momencie, tu i teraz, czego obsługa jest domeną obszaru nr 1.

      PS. Może jako rozszerzenie tego toku wrzucę w kolejnym odcinku, który kiedyś, zamiast do bloga, zrzuciłem do brudnopisu.

      Polubienie

      Odpowiedz
      1. bloglolka

        @”No właśnie – zastanówmy się tu, jaką inną niż totalnie uproszczoną wersją materializmu miałby się nasz standardowy prolo-kowalski kierować?”

        W warunkach polskich (USA chyba też) wybory polityczne wygrała ostatnio opcja, która wprowadziła nową walutę o nazwie „godność”. Od jakiegoś czasu każde neoliberalną wypowiedź o niezaradności najłatwiej zbyć udając odgłosy pewnego zwierzęcia odrywanego od miejsca, w którym zazwyczaj znajduje się pożywienie. Wbrew pozorom wielu prolo-kowalskich ma takie aspiracje, by żyć godnie oraz by być dobrym człowiekiem (tu akurat rozpychają się wszelkiej maści religie)

        Polubienie

        Odpowiedz
  3. bloglolka

    Owszem ludzie są bardziej egoistami niż altruistami, dlatego będą skłonni bardziej dbać o maksymalizację własnych korzyści niż o dobrostan świata. Przy czym w związku z ograniczeniami w zakresie pozyskiwania i przetwarzania informacji ludzie nigdy nie będą wiedzieć, które działanie będzie dla nich najkorzystniejsze. Będą kierować się w tym zakresie przekonaniami bazującymi na lepszych lub gorszych heurystykach i zasobie wiedzy. Stąd nigdy nie poznają rozstrzygającej odpowiedzi o prawdziwość teorii hiper-determinizmu. Stąd też przekonanie o najlepszości neoliberalizmu czy neoprawicowizmu wcale nie musi być wieczne. „Gadżecizm” skończy się w momencie, gdy pojawi się duży problem z pozbyciem się (utylizacją) takiego gadżetu (taki problem już występuje). A system lajkowy trochę kompensuje niedogodności związane ze sporadycznością kontaktów.

    Bardziej pesymistyczna jest hipoteza frirajderstwa. Rozdzielenie psychopatów od reszty społeczeństwa jest odwieczną bolączką sapiensów.

    Polubienie

    Odpowiedz
    1. s.halaer Autor wpisu

      Jasne – ja również nie uważam, że popularne przekonanie o najlepszości neolibu jest wieczne. Ba! Być może takiego przekonania nawet teraz już nie ma, ale pewne ramy myślenia czy pewien zespół głębszych memetyk utrzymuje wysoką tolerancję na neolib, jako, jak starałem się kombinować, swego rodzaju efekt uboczny. Tzn. godzimy się na paradygmat czapkowania, bojąc się utracić dostęp do pewnych hologramów, mniej czy bardziej ulotnych, jak emblematy dostępności (abundance) różnych egzotycznych towarów, wymienialność waluty, swobodę podróżowania; przeraża nas wizja gospodarki autarkicznej, odciętej czy bojkotowanej przez kapitał, bo to oznaczać może zniknięcie tych hologramów, które tak czy owak potrafią się także zdematerializować nawet tam, gdzie polecenia euro-leseferystów są wykonywane z całą sumiennością. Nic nie jest dane raz na zawsze i może czasem lepiej przyzwyczajać się do ulotności „prewencyjnie”. Jednak takiej filozofii z kolei nie służy „materializm” czy linearne postrzeganie postępu, zamiast pogodzenia się z chaotyczną czy cyrkularną naturą ciągów zdarzeń.

      Polubienie

      Odpowiedz
      1. bloglolka

        Ostatnie wybory w różnych częściach świata pokazały, że politycy deklarujący budowę murów (dla kapitału też) mają całkiem duże poparcie.

        Trzeba też pamiętać, że rezygnacja z czegokolwiek, by dopiec kapitałowi jest niebezpiecznie bliska postępowaniu „na złość babci odmrożę sobie uszy”. A narzekanie, że ludzie mają awersję do ryzyka jest elementem mempleksu neoliberalnego. Tę awersję zresztą dość skutecznie przełamuje sam neoliberalizm w części: „które tak czy owak potrafią się także zdematerializować nawet tam, gdzie polecenia euro-leseferystów są wykonywane z całą sumiennością”.

        Polubienie

        Odpowiedz
      2. s.halaer Autor wpisu

        Na wszelki wypadek zaznaczymy, że my nie należymy do fanów ekono-ksenofobizmu i zdajemy sobie sprawę, że ta spirala może się nakręcić w całkiem nieprzyjemne i nieprzewidywalne sposoby (i dodatkowo wcale nie poprawiające prolo-losów). Niemniej nie mamy podstaw zakładać, że neolib kosmopolityczny sprzedawany w ładnych opakowaniach typu Trudeau, Obomba, Macron etc. etc. miałby być w jakimkolwiek stopniu czymś lepszym.
        PS. Jako eksperyment poznawczy można posłuchać (jeśli ktoś nie miał okazji) M.Le Pen w Hardtalk i odnieść się (wewnętrznie czy zewnętrznie). (Oczywiście to tylko słowa, ale może jakby bardziej przekonujące, niż euro-technokratyczny kool-aid).

        Polubienie

        Odpowiedz
  4. s.halaer Autor wpisu

    Jako swego rodzaju dopełnienie czy naświetlenie naszego zrzutu myślowego (w kwestii jednego z elementów mempleksu zredukowanego przez nas jako „materializm świato-zegarkowy”, tj. darwinizmu, czy może raczej jego „wypaczeń” socjo-technicznych; nadmieńmy, że swego czasu sami byliśmy wprost zauroczeni Dawkinsem, którego prawie wszystkie książki spoczywają na naszych półkach) – linkujemy rzecz o kulisach promocji/zaprzęgania tej konkretnej nauki (genetyki czy bardziej jej zrzutu do postaci socjo-biologii) w służbę Wielkiego Lesefera
    PS. Doza dawkinso-sceptycyzmu nie oznacza nawrócenia się na kreacjonizm (przynajmniej jeszcze nie).

    Polubienie

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s