Tylko u nas: Wielka tajemnica bogactwa narodów wreszcie ujawniona! (+garść ekscentrycznych dywagacji)

Można by powiedzieć, że cała nauka o ekonomii – a przynajmniej ta jej część, która próbuje opisywać czy wyjaśniać kwestie „bogactwa narodów” – to tak naprawdę tylko zbiór mambo-dżambo, którego jedyną imponującą cechą jest ilość napisanych zbędnych słów, podczas gdy całą tę zagadkę demaskuje jeden prosty wykres:

japan_energy_gdp-kopia-2

Źródło:  V. Smil  Energy in Nature and Society (przydatna rzecz na półce każdego realisty termodynamicznego). TPES czyli Total Primary Energy Supply (Całkowita podaż energii pierwotnej)

Wyznawcy różnych kultów ekonomicznych – zarówno burżuazyjnych jak i marksistowskich – gotowi są zaargumetować się na śmierć, jaki to konkretny algorytm aranżacji zasobów – ze spektrum wyznaczonym przez ekstrema kolektywizm/własność prywatna czy leseferyzm/planowanie – zapewni najlepsze wyniki pekabu. Jednak dyskusje te, dopóki pomijają realizm termodynamiczny, w zasadzie można odparować mniej-więcej do esencji, którą stanowić będzie sposób dystrybucji tego, co można wyprodukować dzięki energetycznej mannie, przyjmując dywidendę środowiskową jako coś danego na zawsze, jako czynnik constans (albo raczej wręcz rosnący w tempie constans, wraz ze wzrostem oczekiwań/popytu).

Jeśli jednak włączyć do tego toku przepływy/stany zasobów, a szczególnie dostępność skoncentrowanych form energii, natychmiast staje się jasne, że twierdzenia, że to akurat ten czy owaki algorytm gospodarowania przyniósł poprawę zagregowanego/uśrednionego poziomu życia mierzonego wolumenem skonsumowanych dóbr/usług, są w gruncie rzeczy puste, ponieważ podstawą takiej poprawy, czy to w powojennych USnakes, PRL-u, czy Chinach post-rewolucyjno-kulturalnych itd. była zawsze zdolność do zaangażowania energii do napędzania procesów pozyskiwania zasobów i produkcji gadżetów. Owszem, historycznie występowały i nadal występują wariacje, gdzie nawet pomimo dostępu do skoncentrowanych form energii, pekab z różnych przyczyn, których dziś nie będziemy omawiać, nie chce ruszyć; natomiast wszędzie tam, gdzie już rusza, wzrost użycia dywidendy termodynamicznej – lokalnej czy z importu – jest, czy przynajmniej do tej pory był, warunkiem sine qua non.

OK – wielu ekono-optymistów (zwłaszcza tych poddanych TEDo-ewangelizacji czy Singularitianów) słusznie zauważy, że na pewnym etapie rozwoju następuje alienacja tych dwóch krzywych – pekabu i zużycia energii, co zwiastować ma przejście gospodarki na nowy, lepszy poziom określany różnymi kolokwializmami, takimi jak ekonomia post-industrialna, gospodarka oparta na usługach, technologiach czy wiedzy. Oczywiście, my wcale nie zamierzamy zaprzeczać, że pewne rozejście się krzywych historycznie miało miejsce, co obrazuje wykres Smila intensywności energetycznej dla wybranych wiodących krajów gospodarki towarowo-monetarnej:

energy_intensities-kopia-2

Jednak w narracji, która chciałaby ekstrapolować dalszy globalny spadek intensywności energetycznej pekabu, skrzętnie zapomina się jednak o zjawisku takim, że spora część bezpośredniego zużycia energii jest wypychana z krajów typu OECD wraz z outsourcowaniem produkcji do krajów tzw. rozwijających się. Na podstawie obserwacji, że krzywa pekabu lokalnie szybuje coraz wyżej nad krzywą TWh, wyciągane są często pochopne wnioski czy nadzieje, że ten wzór z czasem zreplikuje się nam globalnie. Druga sprawa: kraj, którego sytuację przedstawiał pierwszy obrazek, nie został wybrany przypadkiem: Japonia jest przykładem dojrzałej, technologicznie zaawansowanej gospodarki, gdzie efektywność angażowania energii traktowano zawsze poważnie, stąd akurat te dane mogą stanowić dobry prognostyk ścieżki, którą podążać będzie reszta świata.

Zresztą podobnie silną korelację pokazują zestawienia globalne, tym razem o nieco krótszej perspektywie czasowej:

gdp_energy_1971_2009-kopia

Źródło: World Bank, zaciągnięte stąd

Z tego artykułu też cytat do przemyślenia: „A barrel of oil, which could be extracted for a dollar, would in turn generate 25,000 hours of labor. One dollar equals 25,000 hours of labor. This is essentially free energy, and it has fueled the economic growth of every nation on earth.

Inny przykład: Francja 1980-2000 – średni wzrost PKB 2+%, średni wzrost zużycia energii pierwotnej 1,75% (czytaj tu)

W dzisiejszym odcinku pominiemy wnikanie w kompozycje tego, co wrzucane było i jest do kotła warzącego pekaba; wystarczy powiedzieć, że generalna zasada dotychczas była taka, że wejście do tego mixu każdego nowego, powiedzmy bardziej zaawansowanego paliwa czy innego źródła zasilania – czy to węgla, ropy, gazu, energii nuklearnej czy tzw. źródeł odnawialnych, na ogół nie wiązało się ze zmniejszeniem konsumpcji uprzednio najlepszego generatora, tzn. podlanie pekabu ropą wcale nie zmniejszyło spalania węgla, napuszczenie gazu nie zredukowało apetytu na ropę, a wiatro-solarność to jak na razie hajp, z którego generacja, chcąc być złośliwym, chyba z ledwością pokrywa zapotrzebowanie energetyczne, wynikające z organizowania zlotów i rozpowszechniania publikacji, mających szerzyć energetyczno-optymistyczny kool-aid w tym przedmiocie, pomijając już kwestie rzetelnego wliczenia całego łańcucha produkcyjnego przy wyliczaniu EROI. (Ogólny ogląd zobacz tu fig.1)

Możliwość termodynamicznego udoskonalania  pewnych, czy większości procesów niewątpliwie nadal istnieje, choć zdaniem wielu, w tym obszarze era zrywania nisko wiszących konfitur jest już za nami, podobnie zresztą jak epoka wysokich, rzędu 50+ EROI. Kluczowym pytaniem pozostaje tak czy owak to, co zrobi krzywa pekabu, w momencie kiedy jej energetyczna siostra zacznie wyraźnie opadać? Ale o tym może kiedy indziej. Dziś, po tym przygotowaniu memetycznym, chcieliśmy zaprezentować krótki przegląd tego, co na tle tych wykresów czy tej historii mają nam do powiedzenia różne ekono-memetyki burżuazyjne, a następnie – w tym samym kontekście – obiecane ekstrawaganckie konkluzje.

*

Rzecz jasna odczyty tych danych mogą niektórych prowadzić do wniosku, że nic złego się nie przecież nie dzieje: aby nadal pompować pekaba wystarczy jedynie po prostu dorzucać coraz więcej energii do kotła, w którym on się warzy, o co zadbać przecież musi prawo popytu i podaży; tzn. kiedy cena np. paliw odpowiednio wzrośnie, kapitaliści zainwestują w nowe, lepsze wiertła i ropa popłynie jeszcze szerszym niż dotąd strumieniem, po czym ceny ponownie spadną etc., bądź ewentualnie, just right in time, pojawi się coś całkiem nowego, co można będzie zaprząc do produkcji gadżetów. Takie stanowisko wydaje się prezentować m.in. mentor neoklasycyzmu ekonomicznego (który można by notabene nazwać też stoicyzmem termodynamicznym; a może lepiej hedonizmem?), czyli niezawodny prof. Mankiw: „nie ma powodów do niepokoju, historia pokazuje, że ceny paliw kopalnych są w trendzie spadkowym” (to nie jest wprawdzie cytat, ale dość obiektywna, jak mamy nadzieję, próba zilustrowania klu nowiny głoszonej przez naszego neoklasycznego guru). OK, może tak, może nie. Ale, tak czy owak, profesor nie traci (tzn. zakładamy, że nie traci – lektura wszystkich objawień przekracza nasze heretyczne możliwości) swojej energii na wnikanie w to, jaką różnicę będzie robić to, czy baryła kosztuje 1 czy 1.000$, w otoczeniu, w którym EROI spadnie w okolice 1.

Idąc dalej – można  zaryzykować twierdzenie, że główny nurt upadłej nauki zwanej ekonomią, wydaje się kierować maksymą: „nie ma czegoś takiego jak termodynamika”, a stąd wszystkim, którzy należą do tego obozu i chcą wzrostu pekabu, a jednocześnie dostrzegają wyżej narysowane korelacje, pozostaje filozofia, którą da się, w mniejszej czy większej ilości kroków, zredukować do recepty: „Drill baby, drill!”. Dla celów poglądowych przedstawiamy kilka typowych przykładów ekono-narracji, które charakteryzują różne style i różne poziomy wyobcowania gawęd o pekabie od termodynamiki, wraz z krótką charakterystyką:

Mizesolodzy wierzdzą, że tak jak każdy rząd socjalistów zderzyć się w końcu musi z krzywolafferrą i brakiem cudzych pieniędzy, tak i Planeta będzie musiała ukorzyć się przed krzywopodażą i dostarczyć, zgodnie z wielkoleseferowym prawem, potrzebną podaż ukrytą dotąd za sprawą spiskujących kolektywistów, za pośrednictwem śmiałków-geo-eskploatatorów dżonogaltowych (a tak odkryte zasoby otworzą następnie możliwości konkurencji małym – czyli prawdziwym – przedsiębiorcĄ). Plus do tego zniesienie podatków od spalania i innych socjal-ekoterrorystycznych narzędzi ograniczania wolności uczyni wszystko jeszcze tańszym, a więcej CO2 na potrzeby fotosyntezy doprowadzi szybko do nadmiaru (i potanienia) paszo-gadżetów, rozwiązując problem głodu w Afryce (kurtyna+oklaski).

Randroidom (czyli mizesologom, którym się udało odziedziczyć jakiś majątek, względnie wycisnąć trochę grosza z proli) tak w zasadzie to byłoby nawet na rękę, żeby baryła wystrzeliła gdzieś w okolice 1.000$ – oni, jako jednostki niewątpliwie wyjątkowe – z pewnością dadzą sobie świetnie radę w każdych warunkach, a satysfakcja pomykania swoim suwikiem wśród spoconego plebsu skazanego na pedałowanie do roboty w fabrykach napędzanych wyciągniętymi z XIX w. maszynami parowymi, które co raz wciągają jakiegoś prola w swoje tryby – bez-fokken-cenna!

Singularitarianie uważają, że wkrótce każdy wystarczająco sprytny, żeby znaleźć pracę (a już zwłaszcza ci, którzy teleportowali się już na krzemo-nośniki – nie po to chyba te innowacje, żeby siedzieć w domu jak USB-kołek) będzie śmigać zielonym roadsterem, koniecznie o mocy >300kW i  ważącym >2t – napędzanym energią, która weźmie się z nowej generacji baterii, z solarów na dachu mega-fabryki tych baterii, albo najlepiej w ogóle z-wody (czy może z powietrza? skoro MMT-erzy „wynaleźli” cząstki pieniądzowe fiat, krzemodżonogaltowe spryciarze z pewnością wkrótce wymyślą energię fiattoo-cheap-to-meter). (Z kolei np. nawróceni na singularitarianizm, którzy dysponują nadwyżkami pieniądzowych IOU, a chcą się ich pozbywać się z prędkością bliską dźwiękowej, mogą zdecydować się kupić bilet na inwestycyjną przejażdżkę hajperlupem.)

Leseferyści-ksenofoby planują przywrócić narodową dumę i suwerenność, reaktywując rodzime tradycje starych dobrych i nowych – jeszcze lepszych – metod wygrzebywania węglowodorów i wrzucania ich do klasycznych, sprawdzonych kotłów, wytwarzających pekabe oraz nawołując do zwiększenia prolo-rozpłodowości tak, żeby spalanie narodowych węglowodorów miało odpowiednie perspektywy także w dalekiej przyszłości.

MMT-erzy postulują podsypać pekaba nawozem w postaci deficytów budżetowych, ok – gwoli sprawiedliwości i po starej znajomości – poprawmy: „nie blokować pekabu, pozwalając ustanowić się ujemnym (czy czasem dodatnim) wynikom fiskalnym endogenicznie”, przy okazji budując czy odnawiając infrastrukturę wszelaką, w tym też taką, która służyć będzie do przemieszczania się 3 tonowym wehikułom rozrywkowo-użytkowym.

Sytuacja jest tak konfundująca, że pośród tej gamy ekono-memetyk to nagle euro-sado-monetaryści jawią się jako jedyni, którzy wydają się wykazywać jakąś dozę termodynamicznego rozsądku.  Choć na pierwszy rzut oka europejskie (czy ostatnio także np. argentyńskie) wydanie kutwo-leseferyzmu spod znaku austerity wydawać się może ekonomicznym obłędem, jednak – jeśli tę ekono-filozofię potraktujemy jako coś na kształt treningu/przygotowania populacji na dyskomforty nadchodzącej ery post-peak-everything [PPE] – całość zaczyna układać się w logiczny ciąg.

Można zgadywać, że dla celów przetestowania i ewentualnego dalszego doskonalenia swojej metody, euro-monetaryści rozsądnie wybrali na początek tylko kilka krajów do uczestnictwa w eksperymencie; rola pionierów została przypisana Grekom, Hiszpanom i Portugalczykom, aczkolwiek wydaje się, że już wkrótce dołączą także więksi partnerzy, jak Italianie, a w fazie post-beta – prawdopodobnie cała reszta proli ze Wspólnoty.

Cały Program został starannie przygotowany pod względem realizmu symulacji oraz stopniowania trudności. I tak wiemy, że w warunkach PPE poziom życia drastycznie spadnie. Prawdopodobnie jednym z pierwszych symptomów nadchodzącego zmierzchu będzie znaczny spadek realnej siły nabywczej proli – i dokładnie taki scenariusz mają naśladować wprowadzone od 2010 r. ćwiczenia pod kryptonimem „wewnętrzna dewaluacja”. Następnie braki w dostawach energii doprowadzą w szybkim tempie do zamierania całych sektorów gospodarki i gigantycznego bezrobocia, ale zauważmy, że choćby ten koszmar ziścił się choćby jutro, Grecy już teraz są doskonale przygotowani*: nauczyli się sztuki przetrwania w takich warunkach, gdzie często cała rodzina polegać musi na jedynym żywicielu, któremu udało się trafić na akcję praco-rozdawania, czy załapać na emeryturę.

Ale zaraz, zaraz? Emerytura w epoce PPE? Spokojnie – cięcia emerytur to kolejny krok urealnienia symulacji. Nawet w warunkach, gdy PPE będzie się już rozgrywać na żywo, gubmint przez jakich czas będzie się starał podtrzymać podstawowe świadczenia, choćby wyprzedając resztki commons rodzącej się klasie neo-feudałów post-peakowych. Podobnie, inne publiczne domeny –  służba zdrowia, edukacja etc. – nie znikną z dnia na dzień; będą raczej stawać się stopniowo coraz mniej i mniej dostępne.

Natomiast tym, co nie zniknie nigdy, będą podatki, które z czasem może tylko zmienią nazwę na taką, która będzie lepiej odpowiadać nowemu charakterowi tych danin, tj. będą określane jako „renta neo-feudalna” czy „trybuty lenne”; no i oczywiście nie będą służyć już do przekierowania zasobów do sfery publicznej, a będą raczej środkiem mobilizacji proli do oddania się w służbę neo-feudałom, w których rękach znajdą się „tytuły” własności do wszystkiego, co będzie przedstawiać jakąś wartość. Ale i tu trening jest już obecnie na poziomie zaawansowanym – dla Greków jest już normą, że coraz większa i większa część owoców ich pracy służyć musi wypłacaniu trybutów posiadaczom listów zastawnych, jak i posmakowali również tego, co oznaczać będą próby buntu. Wiedzą, że wszelki opór przed oddawaniem kolektywistycznych portów, lotnisk, wysp etc., sprowadzi na nich jeszcze większą mizerię i zamiast marnować czas i energię na zachowanie przywilejów starego świata, znacznie lepiej i praktyczniej jest poszukać sposobów na przetrwanie w nowym, na razie symulowanym, ale wkrótce faktycznym i permanentnym środowisku PPE. A w takim środowisku jednym z lepszych sposobów przetrwania jest ucieczka z gospodarki monetarnej w ogóle (a przez to zniknięcie z radarów fiskalnych i wierzycielskich) – tj. np. zorganizowanie sobie miejsca (i umiejętności) do upraw przeznaczonych do samo-konsumpcji czy drobnego barteru; rozwój takich zdolności przetrwania bardzo dobrze stymulowany jest przez masowe odessanie pieniądza z gospodarki, które monetaryści właśnie organizują w ramach tych ćwiczeń.

Można postawić pytanie: dlaczego cały ten Plan ukryty jest pod zasłoną monetaryzmu? Prawdopodobnie chodzi o to, że ogłoszenie wszystkich szczegółów, przyczyn i celów Planu na raz, mogłoby wywołać niepotrzebną panikę i zaprzepaścić niewątpliwe długoterminowe korzyści, których odpowiednie docenienie wymaga wielu lat hartowania samo-dyscypliny, a tej ostatniej zdecydowanie jeszcze brak wśród populacji Zachodu rozleniwionej dekadami zasysania dywidendy termodynamicznej.

A dlaczego akurat monetaryzm? Prawdopodobnie przeprowadzono stosowne badania, które wykazały, że jest to ekono-filozofia, która jest w stanie w sposób najprostszy i najbardziej zrozumiały oraz przekonujący przemówić do standardowego zjadacza chleba spalacza ropy, który łatwo absorbuje logikę: makroekonomia to nic więcej niż zarządzanie własnym gospodarstwem domowym, tyle tylko, że trzeba to pomnożyć razy kilkadziesiąt milionów. Czyli pieniądz bierze się z pracy, a jak nie ma pieniędzy, to trzeba zacisnąć pasa – voilá! Inaczej: ponieważ populacja jest bardziej skłonna uwierzyć w wyczerpanie się pieniądza, aniżeli w wyczerpywanie się zasobów energetycznych, pragmatyzm wskazuje, że taka droga do zmian postaw roszczeniowych na realizm termodynamiczny będzie znacznie prostsza i skuteczniejsza, niż straszenie zawiłymi krzywymi Hubberta, które są generalnie abstrakcją dla populacji przekonanej, że ropa bierze się w dystrybutorze za sprawą zmyślnych kapitalistów, dostosowujących podaż do popytu.

Ktoś może pomyśleć: O! Pracownia znowu sobie robi jaja z monetarystów. Może tak, może nie. Może monetaryści nie są wcale tacy głupi, jak próbują udawać, że są. Może sami sobie robią jaja z populacji, która tak zatraciła się w pogoni za cząsteczkami pieniężnymi, że aż sama się wręcz prosi, żeby zostać obiektem jakiegoś praktycznego żartu na skalę kontynentalną?  Może takie ćwiczenia, jak daleko można posunąć z pozoru absurdalny dryl realizowany za pomocą prostych tokenów, mających symbolizować bogactwo, naprawdę służą jakiemuś większemu celowi (innemu niż ubogacenie banksterki), który my możemy co najwyżej próbować odgadnąć? Czy tym razem nam się udało? – tego do końca nie wiemy, ale nie wykluczalibyśmy hipotezy, że w monetarno-towarowych krajach Centrum, które dawno już zużyły swoją lokalną termodynamiczną dywidendę praktycznie do końca, a nie dysponują jednocześnie magią, którą zapewnia pieniądz rezerw (bądź przynajmniej marginesem bezpieczeństwa, wynikającym z odpowiednio niskiej gęstości zaludnienia), wcale nie mamy do czynienia li tylko z symulacją ery PPE, ale po prostu spadek dostępności energii w Europie jest już faktem, i właśnie to głównie trzyma pekaby na krótkim łańcuchu,  nie zaś sado-monetarystyczny trening survivalowy.

Tak czy owak, w charakterze puenty proponujemy refleksję: łatwo jest wrzucić parę pikseli, które ułożą się w jakąś idealistyczną wizję, gdzie miliardy sapiensów nagle i spontanicznie przestawią swój tryb życia i swoje priorytety na kompatybilność ze środowiskiem i z termodynamiką. Z dużym prawdopodobieństwem jednak zakładać można, że takie projekcje w zderzeniu z sapienso-skłonnością do denializmu rzeczywistości, kiedy tylko ta nie odpowiada oczekiwaniom, i gdzie dodatkowo egoistyczne strategie indywidualne będą zawsze sumować się do siły przeciwdziałającej zmianom w kierunku odejścia od marnotrawczego modelu (jak w tzw. dylemacie społecznym)  –   dadzą na wyjściu totalny chaos, który dopiero z czasem – który obejmować będzie kilka czy kilkanaście pokoleń – ustabilizuje się do postaci, w której wyewoluują jakieś nowe algorytmy, być może lepsze niż obecny Mt2 > Mt1.

Albo inaczej – czy jesteśmy wziąć na siebie odpowiedzialność za różne chaotyczne pomysły „rozruszania” gospodarki, nie przedstawiając żadnych realistycznych pomysłów, czym te fantazje mają być długoterminowo napędzane? Stąd – w geście uznania praw homosapienso-dynamiki oraz hojnej aplikacji zasady domniemania dobrych intencji – dzisiejszy mini kudos dla euro-monetarystów – niezależnie, jakie są ich faktyczne intencje czy plany – fakt jest faktem: nieco okrężną drogą, ale udało im się gdzie-niegdzie postawić eksperymentalną tamę konsumeryzmowi i prawdopodobnie mają także dokonania na polu ograniczania rozrodczości, co jest niewątpliwie jakąś cegiełką w kierunku osiągnięcia kompatybilności z termodynamiką. Inna sprawa, że można sobie wyobrazić czy przynajmniej życzyć sobie realizowania tych celów w znacznie lepszym czy bardziej humanitarnym stylu.

PS1. W ramach propagowania realizmu termodynamicznego (tym razem na poważniej) polecamy dla lepszego wczucia się w te klimaty stary, ale nadal aktualny tekst Archdruida. Kto wie, może w 2012 właśnie ten tekst zainspirował euro-leseferystów, którzy od tamtej pory ze zdwojoną siłą próbują doprowadzić gospodarki euro-zony do kontrolowanego upadku tak, aby zawczasu przygotować czy zahartować populację na zbliżający się armagedon PPE?

PS2. Wbrew tabloidalnemu tytułowi (click bait!) nasze ujęcia zagadnień termodynamicznych są całkowicie nie-oryginalne; jest to tylko próba przerobu piśmiennictwa szeroko dostępnego – na ogół jednak po angielsku, po to, aby zbudować kontekst dla wpisów z innych, bardziej specyficznych kategorii; kontekst, który dla niektórych czytelników, szczególnie tych skazanych na, lub tych którzy preferują wchłanianie ekonomemetyki made in Poland, może być jednak obcy; polska szkoła pisania o ekonomii znana jest bowiem z tego, że po pierwsze kwestie termodynamiczne traktuje z dużym przymrużeniem oka – jako swego rodzaju kuriozum, które może budzić jakieś niszowe zainteresowanie jedynie wskutek zblazowania nadmiarem dobrobytu; po drugie – jeżeli już ktoś w Polsce niszczy środowisko, to zgodnie z tą linią będą to raczej bez wyjątku prole, którzy, wbrew cywilizowanym trendom, „wolą” palić węglem i oponami oraz pomykać 20-letnimi tedeikami – ze względu oczywiście na swoją ciemnotę czy wręcz odrazę do ekologii  (której skuteczna memetyczna sprzedaż wiązana  – ‘musisz kupić łącznie z neoliberalizmem’ – jest faktycznie wyzwaniem dość trudnym).

___________

*) trochę więcej i bardziej na-poważnie o aktualnej fazie „eksperymentu” można poczytać tu

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s