Perspektywy pekabu w krainie wapniaków

Nauka, zajmująca się wyjaśnianiem prolom, dlaczego ich dola musi być zawsze fokked-up i dlaczego mają to przyjmować z radością, zwana ekonomią neoklasyczną, nie ma ostatnio dobrej passy. Po blamażu histerii publiczno-długowej Rogoffa, po tym, jak okazało się, że wysoki udział gubmintu nie szkodzi pekabowi ani nie odstręcza kapitalistów, czy kiedy nawet MFW zaczyna wątpić w skuteczność austerity (skuteczność, dodajmy, w osiąganiu deklarowanych celów), kolejny cios w prawdy objawione zadany został podstępnie właśnie niedawno (w tym miesiącu) przez dwóch akademików z MIT, zajmujących się podrzędną dyscypliną jaką jest badanie rzeczywistości (w opozycji do bardziej nobliwej dziedziny czyli studiowania i właściwego interpretowania pism Wielkiego Lesefera).

Ale o co tym razem chodzi? Otóż Panowie D.Acemoglu i P.Restrepo postanowili sprawdzić, jaki to dokładnie armagedon może się nam szykować w wyniku zestarzenia się społeczeństw, a swoje wnioski przedstawili w tym artykule.

Kto chce, może rzucić okiem. Tak czy owak cały, niezbyt długi zresztą, choć nasączony ma-te-ma-tyką, wywód, dobrze podsumowuje zdanie:

„[…]there is no evidence of a negative relationship between aging and GDP per capita; on the contrary, the relationship is significantly positive in many specifications.”

[…nie ma dowodów na negatywną korelację pomiędzy starzeniem się [społeczeństwa] a PKB per capita; przeciwnie, w wielu przypadkach związek ten jest znacząco pozytywny.]

Tłumacząc dalej: zebranie danych ze 169 krajów za lata 1990-2015 wykazało, że prawda objawiona, według której starzenie się populacji prowadzi nieuchronnie do problemów z pompowaniem pekabu, w warunkach polowych „nie działa”, tzn. dokładniej mówiąc nie ziściła się w tym badanym okresie, czy – w wielu indywidualnych przypadkach krajowych – sprawdziła się „odwrotnie”.

Przez dekady mieliśmy (i mamy nadal) okazję podziwiać różne odmiany histerii spadko-demograficznej. Nad Wisłą szczególną popularność (od czasów „reformy” emerytalnej) zyskała wersja „kto sfinansuje emerytury?”, gdzie za prawdę objawioną, zgrabnie łykniętą zresztą przez zlobotomizowaną populację, uznaje się konieczność zagłodzenia przyszłych emerytów wobec spadającej liczby aktywnych proli, od których można będzie wyłuskać cząstki pieniężne na podtrzymywanie zgredów przy życiu (przełamanie tej żelazkowej logiki może faktycznie sprawiać konceptualny problem, jeśli domyślnie założymy, że płace powinny i będą zawsze oscylować wokół poziomu subsistence, nawet w obliczu hipotetycznego deficytu rąk do pracy). Inna, nieco bardziej zaawansowana narracja chłodno argumentuje, że rosnący wskaźnik obciążenia demograficznego (o którym pisane było tu) zadusić musi z pewnością pekaba, bo zużyte prole będą pochłaniać wszelkie nadwyżki i przez to  – łolaboga – „zabraknie na inwestycje”, albo jakoś tak. Ale nawet bez wyszukanego filozofowania wciśnięcie logiki „mniej aktywnych proli –> mniej pekabu” nie wydaje się niczym trudnym; przecież każdy od dawna wie, że jeśli we folwarku ubyło zdrowych i silnych rąk do pracy, to nie było komu zebrać plonów czy obrządzić wszystkich świniaków (wskutek czego Pan miewał humory czy napady melancholii, a Pani – migreny; w wersji audio: tu puścić z playbacku zawodzące szlochy lewiatanowych płaczek w tle).

W tym świetle wyniki cytowanych badań powinny chyba zaskoczyć, a przynajmniej, jak można by mieć nadzieję, skłonić do refleksji tych wszystkich, którzy dali się opętać kazaniami demograficznych doomsayerów (zaznaczmy, tej odmiany, która straszy straszliwymi konsekwencjami spadku liczebności aktywnej  zawodowo populacji, nie zaś jej wzrostu). Jednak dla tej części obserwatorów, którzy mieli okazję odkryć, że jednym z głównym celów wszystkiego, co komunikują nam ekonomiści, jest na-ślepowe i uporczywe utrzymywanie stanu nad-podaży prolo-godzin, takie rezultaty badań rzeczywistości nie powinny być oczywiście niespodzianką. Tzn. wiedząc, że cała teolibo-paplanina to w zasadzie nic więcej, jak tylko zaklęcia czy uroki rzucane celem trzymania populacji w ryzach, można było podejrzewać, że w doomsayerstwie demograficznym nie ma ani ziarna prawdy, a chodzi jedynie o zasianie terroru, który skłoni proli do jeszcze intensywniejszego i dłuższego zap!3rdalania i jeszcze gorliwszego czapkowania praco-rozdawaczom.

Tymczasem, jak wskazuje bieg ekono-wydarzeń już od bardzo dawnych czasów to właśnie niedobór podaży prolo godzin – czy to wskutek jakiejś czarnej zarazy, czy np. w warunkach eksplorowania kłazi-dziewiczego, nowo-zainfekowanego gospodarką towarowo-monetarną kontynentu – zwykł emitować radykalny impuls rozwojowy. Tym niemniej – i dla nas rezultaty, wskazujące, że nawet tak krótki okres działania zmniejszającej podaż prolo-godzin demografo-dynamiki może wpływać wręcz pozytywnie na pekaba p/c, są pewną niespodzianką; dodajmy – mile widzianą, mimo tego, że nie należymy wcale do miłośników epatowania akurat tym narzędziem pomiarowym per se.

Rzecz jasna pozostaje jeszcze kwestia, czym wyjaśnić wystąpienie tego fenomenu, w tej konkretnej próbie. Autorzy wskazują, że decydujące znaczenie ma tu niejako wymuszona warunkami dynamika substytucji pracy ludzkiej w drodze akceleracji absorbcji przez kapitalistów odpowiednich, istniejących i znanych rozwiązań technologicznych, które ni-stąd-ni-zowąd zaczynają się cieszyć w kręgach wyzyskobiorców zaskakującą popularnością. Szoko-niedowierzanie! <sarc>

My, przyjmując konkluzje artykułu za dobrą monetę, chcielibyśmy ponadto wierzyć w to, czego nie można z całą pewnością stwierdzić na podstawie tam zaprezentowanych danych (badanie raczej nie obejmowało tej konkretnej sfery), a mianowicie że erozja nadmiaru podaży prolo-godzin w drodze starzenia się społeczeństwa, oprócz tego, że skłania kapitalistów do zaangażowania dostępnej techniki czy może też stymuluje dalsze innowacje, prowadzi także do stopniowej eliminacji posad, należących do kategorii superflouos jobs (zbędnej roboty generowanej przez kapitalizm). W naszej ocenie ta nadzieja nie jest pozbawiona podstaw – w środowisku, w którym myśli się, jak zużytym generatorom podaży prolo-godzin zapewnić niedyskryminacyjnie siłę nabywczą na humanitarnym poziomie (zamiast próbować „poprawić” strukturę demograficzną biorąc zgredów głodem czy zaplanowaną brako-pieniężnością służby zdrowia „finansowanej składkami”), solidny popyt na dobra podstawowe będzie stwarzał lepsze warunki do funkcjonowania podmiotom, zajmującym się ich wytwarzaniem, co racjonalnie powinno przełożyć się na stabilny (czy przynajmniej – zakładając wpływ automatyzacji – spadający wolniej niż w innych sektorach) popyt na prolo-godziny w tych właśnie obszarach. Następnie zmniejszająca się jednocześnie naturalnie ogólna podaż prolo-godzin będzie stymulować – w drodze konkurencyjnej walki o pracownika – migrację z posad bezproduktywnych czy z kompostującej ochoczo nadwyżki (odpadki z rynku pracy) ekonomii fuchowej do obszarów produktywnych i kluczowych z punktu widzenia racjonalnej gospodarki zasobami.

A więc, jako puentę dzisiejszego odcinka, rzucamy hasło: „Starzejmy się!” (albo może lepiej: „Starzejmy się z godnością i świadomością!”).

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s