Nierówności ekonomiczne – pytamy eksperta

Jak można zauważyć różne ruchy, deklarujące pro-prolowość, jako paliwa dla napędzania swojej memetyki często wykorzystują zestawienia danych typu: bogactwo  XX/X (np. 80 czy ostatnio nawet jedynie 5) jednostek – Globalnych Posiadaczy – stanowi równowartość tego, co zdołał w środowisku praktycznego leseferyzmu uskrobać dolny piąty decyl całej globalnej populacji – czyli te ~3,5 mld najmniej zaradnych sapiensów. Temat jest trudny i dlatego o pomoc w zarysowaniu problematyki nierówności ekonomicznych zwróciliśmy się do doktora Gniewosława Dziwiłły, eksperta z Instytutu Ekono-Psychologii.

Pracownia Ekonopatologii: Na czym polega fenomen Globalnych Posiadaczy [GP]?

G. Dziwiłło: Generalnie mamy tu dwie perspektywy: część obserwatorów chciałaby postrzegać GP jako wyjątkowo skutecznych przedsiębiorców, kreatorów bogactwa. Dla innych natomiast pojawienie się tak zaawansowanych form akumulacji sygnalizuje patologię. Z tym że ta druga grupa wydaje się mieć problem z jasnym zdefiniowaniem, na czym ta patologia miałaby dokładnie polegać.

PE: W czym wydaje się leżeć problem?

GD: Prawdopodobnie dla wielu ludzi ekstremalne formy koncentracji tak zwanego kapitału kłócą się z ich wizją tego, czym ma być kapitalizm. A ponieważ, jak wiemy, te wizje potrafią być diametralnie różne, tak też i będziemy mieć często do czynienia ze skrajnie odmiennymi próbami wytłumaczenia samego tego problematycznego zjawiska, jak i również z odpowiadającą temu silną wariacją, jeśli chodzi o propozycje naprawy sytuacji.

PE: Jakieś przykłady?

GD: Dla tych, którzy chcieliby widzieć kapitalizm jako perpetuum mobile nieustającej wolnej konkurencji równych szans, duże podmioty dominujące, zwłaszcza w finansach czy handlu, kolą w oko. Tutaj często za przyczynę problemu identyfikuje się to, co wy w Pracowni nazywacie gubmintem. Czyli w tym przypadku naturalną receptą będzie ścieżka do neutralizacji tego gubmintu, który obecnie – według tej hipotezy – nie zajmuje się niczym innym, jak tylko naginaniem w jakiś sposób otoczenia do potrzeb korporacyjnych gigantów. Notabene zwolennicy wolnego rynku są raczej mało skłonni wziąć pod uwagę wariant odwrotny – że to GP są prawdziwymi zwycięzcami walki konkurencyjnej typu free-for-all, a jednocześnie determinują czy definiują zarówno warunki, w jakich działają gubminty, jak i ich rozmiar, czyli zakres prerogatyw. Takie pozytywne, niewidzialne sprzężenie zwrotne.

PE: Ale przecież prawie we wszystkich krajach mamy też siły postępowców, które właśnie gubmint postrzegają jako perspektywiczną tamę ostatniej szansy, która pozwoli ujarzmić niekontrolowane rozlewanie się potęgi korpo-gigantów po całym globie, a jednocześnie – za pomocą podatków – przechwycić część ich „energii” dla jakiś określonych ambitnych celów społecznych czy gospodarczych?

GD: Tak, to prawda. Ale powiedziałbym, że właśnie kiedy zaczynamy postrzegać GP jako worki z pieniędzmi, którymi można zasypać tzw. dziury budżetowe, czy z manną, którą można nakarmić głodujących w Afryce – wraz z przyjęciem takiej perspektywy pojawia się niezdolność do skutecznego zaadresowania problemu. Jeśli oczywiście przyjąć, że fenomen rosnących nierówności w ogóle stanowi problem.

PE: Dlaczego od razu „niezdolność”? Może po prostu brak woli?

GD: Niezdolność. Nie bez podstaw wszyscy leseferyści nabijają się z planów  opodatkowania krezusów rysownych przez „postępowców”. Żeby takie pomysły miały szanse powodzenia, sama wola nie wystarczy – czasu było już dość. Zresztą – dobranie się do worków z pieniędzmi jako remedium na wszystko – to bardzo naiwna perspektywa. Żeby coś zmienić konieczna byłaby zasadnicza zmiana algorytmów, które obecnie sterują przepływem zasobów, ale na to nikt nie pójdzie, z oczywistych przyczyn.

PE: Jakie są to przyczyny?

GD: Wszyscy są zbyt „long” na tej pozycji, zbyt dużo zostało zainwestowane, zarówno mentalnie jak i zasobowo w ten konkretny model gospodarowania.

PE: A jednak jakiś czas temu sprawy udawało się trzymać w ryzach nawet w kapitalizmie.

GD: Dżina łatwo jest wypuścić z butelki. Różni postępowcy już od dawna przymierzają się wepchnąć ten pasztet z powrotem do tubki, najczęściej za pomocą podatków. Ale ktoś już dawno zauważył: taxes are for little people.  Zresztą – co chcielibyśmy tak naprawdę opodatkować? Są różne pomysły, ale ich cechą wspólną jest na ogół wiara w to, że przechwycenie pieniędzy prowadzić będzie do lepszej dystrybucji zasobów. Ale ta logika jest błędna, bo utożsamia przepływ finansowych IOU ze strumieniem zasobów. Nie mówiąc już o tym, że sposób „wyceny” GP stosowany w różnych rankingach, często obarczony jest błędami metodologicznymi i służy raczej do epatowania cyframi, zamiast nieść przydatne informacje. Głównym składnikiem aktywów GP są udziały w korporacjach, a część tych firm – zwłaszcza tzw. techno-jednorożce, to często niewiele więcej niż wydmuszki, których rynkowa cena opiera się na irracjonalnej wierze „inwestorów” w moc sprawczą tej jednej, unikalnej aplikacji smartfonowej. Nie zmienia to jednak faktu, że GP są w stanie mobilizować gigantyczne ilości finansowych IOU i cieszyć się władzą, którą taka zdolność daje.

PE: Czyli dupa?

GD: Nie do końca. Kluczem może być rozszczepienie dwóch, czy trzech różnych spraw, które teraz ulegają często mentalnej fuzji. Chodzi mi o to, że konieczne są dwie, trzy czy może jeszcze więcej różnych terapii, na różne dolegliwości, a nie jakaś jedna, uniwersalna. Wiemy, że jeśli coś ma być „do wszystkiego”, to najczęściej jest do niczego.

PE: Terapie?

GD: Tak, ponieważ chodzi o przyjście z pomocą. Pomoc globalnym dolnym decylom to jedna sprawa. Ale chcemy także, czy powinniśmy chcieć, pomóc także całej reszcie. W tym także Globalnym Posiadaczom.

PE: Pomóc Posiadaczom???

GD: Tak, ponieważ, moim zdaniem, większość Posiadaczy, i prawdopodobnie wszyscy z kategorii GP, są ofiarą genetycznej aberracji. To znaczy sądzę, że syndrom kompulsywnego zagarniania coraz większych i większych gór finansowych aktywów, gdzie po prostu nie istnieje żaden poziom, żaden sufit, po osiągnięciu którego Posiadacz wydawałby się czuć usatysfakcjonowany – to nie jest charakterystyka typowego homo sapiensa. Większość ludzi chciałaby oczywiście zgromadzić jakąś pokaźną kwotę, ale raczej mają na myśli coś, co pozwalałoby, w ich opinii, komfortowo myśleć o przyszłości, czy np. realizować swoje hobby. Słowem – uwolnić się trwale od przymusu ekonomicznego.  A już na pewno – jak sądzę – mało kto, po osiągnięciu jakiegoś wymarzonego sobie bezpiecznego poziomu aktywów, rzucałby się jeszcze intensywniej w aktywności, polegające na wyciskaniu jeszcze więcej wartości dodatkowej z nieszczęsnych globalnych pariasów, którzy nie bardzo mają co do gęby włożyć, czy kolesiowania się z neoliberalnymi politykami. Fuj!

PE: Ale może to dobrze, że ktoś się tak poświęca? Jak inaczej można by w ogóle mobilizować kapitał na duże i śmiałe projekty?

GD: Pozostawiając już kwestie użyteczności tych „projektów” na boku – nie wydaje się, że nawet to jest celem głównym, do którego dążenie tłumaczyłoby w jakiś przekonywujący sposób obsesyjne zachowania GP. Moim zdaniem tym, co stanowi faktyczną motywację GP, jest chęć uzyskania nieograniczonej zdolności do manipulacji innymi sapiensami. Coś, co określało się kiedyś jako „rząd dusz”. Takie ciągoty, zwłaszcza biorąc pod uwagę kontekst motywacji, sygnalizują, niestety, syndrom osobowości psychopatycznej. Stąd mówimy o terapii.

PE: No dobrze. Ale przecież pośród sapiensów zawsze występowali i zawsze będą pojawiać się psychopaci, czyli jest to taka walka z wiatrakami: nawet jeśli „uleczymy” jednego Posiadacza-Psychopatę, w jego miejsce zaraz wskoczy kolejnych dwóch?

GD: Nie zgodzę się. Genotyp psychopatyczny występuje jedynie u circa 3% populacji, a to świadczy o tym, że kiedyś musiały występować presje ewolucyjne „karające” jego nosicieli. Być może np. wspólnoty pierwotne wolne od wewnętrznych konfliktów wzniecanych nieuchronnie przez psychopatów charakteryzowały się lepszą kooperacją, osiągając przez to większą skuteczność czy przetrwalność. W momencie jednak kiedy na ewolucję biolo nałożyły się zmiany kulturowe – tj. np. narodziny rolnictwa, podział pracy – ta aberracja genotypu nagle stała się „korzystna” – tzn. umożliwiała nosicielom się „odnaleźć” – np. ze względu na hierarchizację społeczności, która, pozwalając na skuteczne zorganizowanie grup większych niż 150-200 osób, otwiera jednocześnie furtkę dla frirajderów – eksploatatorów. W dawnych czasach frirajderstwo tłumaczone było często „faktem” namaszczenia przez siłę wyższą, obecnie zaś odbywa się to pod banerem „kreowania bogactwa”.

PE: Ok. Ale chyba nawet w społecznościach zhierarchizowanych nie istnieje jakiś mechanizm, który przesądza, że psychopaci będą niezmiennie katapultowani na top, czy to w biznesie czy to w polityce?

GD: Generalizowanie zawsze jest ryzykowne, ale spójrzmy na to z tej strony: większość ludzi sądzi innych swoją miarą. To znaczy, jeśli np. mi czy tobie kłamstwo przychodzi z największym trudem, zakładamy, że inni mają podobnie, a kiedy już skłamią, natychmiast spalą buraka czy będą skrobać się kompulsywnie po nosie. Tymczasem psychopata dopiero kiedy kłamie, czy ujmując to w kategoriach korpo-nomenklatury: „popuszcza wodze wyobraźni” albo „zaprzecza stereotypowemu myśleniu” – dopiero wtedy czuje się jak ryba w wodzie. Do tego stopnia, że z łatwością oszuka nawet poligraf, a jednocześnie – sądząc swoją miarą – będzie zawsze ostrożny i krytyczny wobec postaw czy zamiarów deklarowanych przez innych. Oczywiście, kłamstwo może i ma krótkie nogi, ale posunięte do perfekcji staje się sztuką manipulacji, a ta z kolei umożliwia takie zakrzywienie przestrzeni, że proste wektory jak prawda-fałsz tracą jakiekolwiek znaczenie, przestają służyć jako kompas. Kto dla przykładu czytał o „nawróceniu” Bransona – tego od Virgin Group  –  na „zieloność” w „To zmienia wszystko” Klein, wie, na czym to polega. Manipulacja czy inne makiawelizmy – większość ludzi nie czuje do tego predyspozycji, natomiast psychopata po prostu źle się czuje, kiedy pozbawiony jest możliwości rozgrywania pionków na swojej szachownicy. A sam jednocześnie zachowuje czujność, bo próby manipulacji uważa za behawioralną normę. Działając w takim algorytmie – kto będzie na pozycji straconej, a kto ma atuty w rękawie? Kwestia czasu i statystyki i wynik końcowy gry – to znaczy kto zostanie kreatorem bogactwa czy legislacji, a kto będzie musiał się dostosować – nie jest zbyt trudny do przewidzenia.

PE: No ale tak czy owak, wracając do tematu organizacji społecznej – dzisiaj musimy trzymać do kupy społeczności, składające się nie z kilku tysięcy, ale z dziesiątków milionów osobników. Chyba nie da się tym zarządzać bez hierarchii?

GD: Być może nie, a każdym razie pewno jeszcze nie teraz. Dlatego też, ponownie, należałoby oddzielić dwie kwestie czy dwa problemy. Jedną sprawą będzie udoskonalenie struktur, które mają trzymać wszystko do kupy, w taki sposób, żeby zminimalizować możliwość ich penetracji przez frirajderów czy psychopatów, zachowując jednocześnie zdolność decyzyjną czy koordynacji działań. Być może kluczem będzie tu uodpornienie demokracji na hakowanie przez odpowiednie rozproszenie decyzyjności, np. więcej referendów czy w ogóle odejście od demokracji przedstawicielskiej w kierunku np. cyberdemokracji. Z drugiej strony należałoby zająć się bezpośrednio zagrożeniami, jakie potencjalnie niosą osobniki o skłonnościach psychopatycznych, często także dla samych siebie, czy dla swoich rodzin. To z kolei wymagałoby systemu identyfikacji – czyli wczesnego ostrzegania, oraz, niestety, także izolacji psychopatów.

PE: Izolacji? Brzmi złowieszczo…coś jak myślozbrodnia.

GD: Izolacji od pewnego określonego zamkniętego katalogu funkcji społecznych. Nikt rozsądny nie będzie wzywał do powrotu do praktyk wspólnot jaskiniowców, którzy, jak można przypuszczać, w momencie kiedy jakiś psychopata zaczynał zbytnio załazić danej grupie za skórę, po prostu – siłą kolektywu – pozbywali się takiego degenerata w sposób trwały i nieodwracalny. Natomiast także w dzisiejszych czasach pewien poziom „dyskryminacji” nie jest niczym nadzwyczajnym, np. osoby pozbawione zmysłu widzenia czy słuchu nie mogą wykonywać zawodu pilota. Na podobnej zasadzie raczej nie chcielibyśmy widzieć jednostek pozbawionych empatii, czyli zmysłu potrzebnego do mapowania aspiracji i potrzeb innych  ludzi, czy niezdolnych do wypowiedzenia jednego zdania prawdy, brylujących w Sejmie, w organach decyzyjnych bankowości, energetyki, przemysłu farmaceutycznego, ubezpieczeń, massmediów, czy nawet wytwarzania i dystrybucji żywności, albo jako eksperci ekonomiczni, doradzający gubmintowi.

PE: A nie wystarczyłoby odpowiednie zaetykietowanie? Np. bank X, producent czipsów Y czy partia Z mieliby obowiązek umieszczać stosowną informację w komunikacji publicznej, jeśli stwierdzono by obecność psychopatów wśród ich menedżmentu lub wśród członków, kandydujących do parlamentu? Coś jak widoczna informacja, zajmująca 20 czy 30% objętości przekazu, typu: „Informujemy, że dyrektor naszego działu zdrowej żywności, według procedur testowych zgodnie z dyrektywą 235/4, wykazał cechy psychopatyczne w intensywności 85/100”. Reszta to byłby wolny wybór konsumenta czy wyborcy.

GD: Nie sądzę, żeby to było praktyczne. W sytuacji, z którą mamy do czynienia teraz, jak oceniam, takie hipotetyczne etykiety musiałaby umieścić praktycznie każda korporacja i każda partia. W ten sposób mielibyśmy do czynienia z podobną dynamiką dewaluacji przekazu, jak to miało miejsce z ostrzeżeniami na paczkach papierosów. Choć, tak czy owak, nawet taki zachowawczy system byłby lepszy w porównaniu z dziejszym absolutnym przyzwoleniem na frirajderstwo.

PE: Mówi Pan teraz o prewencji. A co z tymi, którzy już teraz, powiedzmy, nagromadzili stosy finansowych IOU i trzesą rynkami?

GD: To z pewnością najtrudniejszy element walki o środowisko wolności od psychopatów. Dlatego też pojawia się tu najwięcej pomysłów radykalnych, łącznie z opcją, żeby zacytować Królową Kier: „off with their heads!”, w stosunku do wszystkich, którym udało znaleźć się w grupie trzymającej 50% światowego „bogactwa” – oczywiście dopóki grupa taka będzie liczona – tak jak obecnie – w dziesiątkach, setkach czy nawet kilku tysiącach osobników. To zadziałałoby niewątpliwie mocno otrzeźwiająco, hehehe, na niektórych „wizjonerów”, którzy chcą wszystkim pozostałym rozpisać przyszłość według swoich własnych dziwnych scenariuszy. Ale może bardziej praktyczne byłoby np. obligatoryjne wykupowanie wszystkich operacji czy udziałów każdego osobnika, który znalazł się w danym roku na liście Forbesa, i tak przez kolejne powiedzmy 50 lat, hahaha. Oczywiście wykupywanie za miejscowy fiat i wszystko płatne w ratach, w formie dożywotniej emerytury, najlepiej zakładając wiek dożycia taki, jaki niektórzy Posiadacze myślą osiągnąć, teleportując się na nośniki krzemowe, hihihi. Czyli całą kwotę godziwego odszkodowania rynkowego dzielimy przez 100, 200 czy 500 lat – czy ile tam wyniesie gwarancja takiego pendriva –  i wypłacamy co roku jedną ratę. O ile oczywiście w ogóle zdecydowalibyśmy się przeprowadzić cały proces wyrównywania pola gry przy jakimś zachowaniu reguły poszanowania własności prywatnej – przynajmniej w najwęższym możliwym rozumieniu tego konceptu, na podobnej zasadzie zresztą, jak dziś psychopaci swobodnie interpretują np. pojęcie demokracji. Podobnych czy jeszcze bardziej interesujących pomysłów jest zresztą na pewno więcej.

PE: A nie lepiej jednak porządnie docisnąć odpowiednio sprofilowanymi podatkami?

GD: Moim zdaniem jasnego celu nie ma co ubierać w zbędną filozofię. A nasz cel jest, czy może raczej powinien być, jasny. Kiedy po ulicach szaleje psychopata z piłą spalinową w ręku, kombinujemy, jak mu tę piłę odebrać, a nie zastanawiamy się, czy może się ona nam do czegoś przydać w gospodarstwie. Ani nie rozmarzamy się, że będziemy mogli rozdać jej poszczególne części rodzinom ofiar danego psychola w charakterze rekompensaty. Jeśli psychopata zamiast piły do terroryzowania okolicy używa finansowych IOU – sposób postępowania powinien być dokładnie taki sam – należy mu je po prostu jak najszybciej odebrać. Bądź ewentualnie dokonać takich zmian w otoczeniu czy regułach gry, że finansowe IOU utracą swoją moc jako broń masowego terroru, co – niestety – byłoby chyba równoznaczne z demontażem kapitalizmu. Opcja „strzyżenia nadmiaru” pozwala zachować algorytmy kapitalistyczne – jeśli tego właśnie chcemy.

PE: Miałoby być o nierównościach, a zamiast tego zabrnęliśmy w klimaty jak z filmów klasy B.

GD: Ja wychodzę z założenia, że najważniejsza jest właściwa identyfikacja źródła – podkreślmy źródła – problemu, co dopiero następnie otwiera możliwości jego skutecznego rozwiązania.  Kuracje objawowe, które można ciągnąć przez dekady bez żadnych efektów – w tym specjalizują się różne instytuty krzewienia neolibo-szamanizmu. Mnie to nie interesuje.  A źródłem – praprzyczyną nie tylko nierówności, a praktycznie wszelkich ekonopatologii, jest, w mojej opinii, właśnie brak elementów kompensowania czy odfiltrowywania czynnika psychopatycznego w systemie. Dlatego przywrócenie jakiegoś mechanizmu kontroli, wprowadzenie komponentu balansującego stół gry, który obecnie jest nachylony z korzyścią dla psychopatów, wydaje mi się być konieczne – jeśli myślimy na poważnie o zmianach takich jak odwrócenie trendów rozwarstwienia dochodowego czy degradacji Planety.

PE: Kontrola, kompensowanie, odfiltrowanie, skoki na kapitał – wygląda na to, że nie jest Pan zwolennikiem wolnego rynku, a raczej zamordystą?

GD: Zamordystą? Raczej nie powiedziałbym. Punktem wyjścia rozmowy był stan pacjenta, jeśli tak można wyrazić się o zbiorowościach ludzkich, żyjących w fazie zaawansowanego kapitalizmu, czy jak to wy określacie w Pracowni – w praktycznym leseferyzmie. Misja powinna polegać na próbie przedstawienia pacjentowi popartej faktami diagnozy, a nie na przymusowym leczeniu. Jeżeli przedstawiamy pacjentom wydruk USG, stwierdzający obecność tasiemca, a zdiagnozowani będą utrzymywać, że czują się świetnie, że wszczepili sobie tegoż tasiemca sami, żeby schudnąć, albo wręcz, że pasożyt to stworzenie najbliższe ich sercu i summa summarum zdecydowanie odmawiają poddania się terapii – very well. Nic na siłę. Wolny – ale przynajmniej dobrze poinformowany – wybór. Może wrócą, kiedy przyjdzie pora – oby nie za późno. Nie czuję się zamordystą. Natomiast jeśli padnie decyzja o wszczęciu terapii zwalczającej pasożyta, musi być ona zamordystyczna z definicji po to, aby mogła przynieść oczekiwane efekty.

PE: Zdaje Pan sobie sprawę, że większość uzna właśnie Pańskie – jak Pan to ujął, „terapie” – za ekonopatologię gorszą, niż sama „kondycja”, o której dziś rozmawialiśmy? A może to Pan jest również psychopatą?

GD: Oczywiście tego nie można wykluczyć bez wykonania stosownych testów. Natomiast jeśli zostałoby to obiektywnie stwierdzone, uważam, że należałoby mnie odsunąć od pracy dydaktycznej i zabronić publikacji.

PE: I co by Pan wtedy począł?

GD: Nie wiem. Może z takim glejtem wzięliby mnie do banku na doradcę klienta?

Reklamy

2 thoughts on “Nierówności ekonomiczne – pytamy eksperta

  1. K.O.liberek

    Co wy tu odwalacie? Ten cały Dziwiłło to chyba jakaś ściema – gógel nie pokazuje typa, czyli prawdopodobnie mamy do czynienia z manipulacją, czyli patologia to wy, zgodnie z tytułem bloga zresztą. Kolejne szukanie pretekstów, żeby zabrać cudze pieniądze, których socjalistom nigdy dość, tym razem drogą kłamstwa za pomocą wywiadu z jakimś pewno nieisniejącym psychologiem. Prawdziwi psychologowie zajmują się robieniem kasy zaspokajając ogromny popyt na to jak efektywnie pracować a nie jak zabierać innym. Zapytajcie lepiej dowolnego tyle tylko tym razem prawdziwego psychologa, co masa zainteresowana jedynie napełnianiem kałduna byłaby zdolna wyprodukować bez kapitału i bez odwagi do ryzyka. Zazdrość jest naturalna, kiedy się niewiedzie i kiedy bozia nie dała talentu, ot i cała tajemnica.

    Polubienie

    Odpowiedz
  2. teogderyk

    No to Kolega przejrzał nas, lewagów, na wylot! *Chapeau bas!*

    Istotnie, zżerani zazdrością, między innymi, rozpuszczamy ploty jakoby np. obecny prezydent USA miał przodków milionerów, którzy zapewnili mu początkowy kapitał, i co za tym idzie, umożliwili podejmowanie ryzyka bez ponoszenia konsekwencji błędnych decyzji. Na wszelki wypadek dodaję, że chodzi mi o konsekwencje poważniejsze niż „Kochanie, w tym roku nie kupujemy nowego odrzutowca!”.

    Bankructwa, którymi gęsto jest usiana „kariera” przywołanego biznesmena, były oczywiście wynikiem obiektywnych, zewnętrznych czynników, pozostających poza jego kontrolą. Tylko takie lewackie szuje jak my, uzasadniamy je wrodzoną głupotą i brakiem talentu. No bo przecież każdy dostaje od kolegów milionerów druga, trzecią,…, kolejną szansę na wykazanie się w biznesie, c’nie?

    Polubione przez 1 osoba

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s