O perspektywach praco-rozdawnictwa

Można stwierdzić, że dla sympatyków wszystkich nurtów ekonomii burżuazyjnej jedną z największych trosk jest niedostateczny poziom praco-rozdawnictwa, czyli inaczej: zatrudnienie jest mniejsze (czy bezrobocie większe) niż optymalne, przynajmniej z perspektywy pekabu. Różnice pomiędzy poszczególnymi obozami wolnorynkowców leżą w odmiennym zidentyfikowaniu przyczyn takiego niekorzystnego (czy przynajmniej kłopotliwego) stanu rzeczy. I tak odpowiednio np.:

  1. Wolnorynkowcy, którzy grawitują w kierunku singularitarianizmu („techno-osobliwiatarianie„?) będą skłaniać się do poglądu, że praco-rozdawnictwo będzie w trendzie zanikającym z uwagi na geometryczny postęp automatyzacji i robotyzacji

  2. Złotowiekowcy jak i realiści wolnorynkowi przyczyn upatrują po stronie popytu, który jest niedostateczny z powodu np. za niskich płac (czy zbyt małych deficytów budżetowych – w tym drugim przypadku)

  3. Leseferyści-ksenofoby winą obarczają outsourcing czyli ucieczkę produkcji do krajów trzeciego świata czy choćby na peryferie neoliberalnego centrum, będącą wynikiem niedostatecznego patriotyzmu kapitału, czego wyrazem ma być wyzyskiwanie proli obcych w miejsce rodzimych (co ciekawe, w krajach peryferii neoliberalnego imperium ksenofobo-leseferyzm charakteryzuje się nieco innymi, a często wręcz przeciwstawnymi objawami: lamentowany jest napływ obcego kapitału, a otwieranie oddziałów zagranicznych przez krajowych wyzyskobiorców łechce narodową dumę z ekspansjonistycznych zdolności naszego kapitału; taki ideowy misz-masz może niestety wskazywać na pewne wewnętrzne sprzeczności podejścia, które wykazuje determinację do terytorialnego otagowania kapitału, być może w próżnej nadziei, że za tym fantomem stoi coś więcej niż podążanie za algorytmem M(t2) > M(t1)

  4. Mizesolodzy wskazują (niespodzianka!) gubmint jako źródło wszelkich ekono-nieszczęść; także i w przypadku niemrawego praco-rozdawnictwa winowajcą jest typowy gubmintowy katalog instrumentów zwalczania wolnościo-przedsiębiorczości jak podatki dochodowe, płaca minimalna, socjal, bank centralny, deficyty budżetowe, pieniądz fiat etc. etc. – klimaty znajome.

Dzisiaj nie będziemy jednak zajmować się roztrząsaniem, która z tych wersji jest najbardziej prawdopodobna. Zamiast tego te przepychanki ideologiczne wolnorynkowców potraktujemy jako pretekst do dalszego rozwijania tematyki ‘co dalej z pracą najemną?’. W tym kontekście najbardziej ponure prognozy dla rozwijania się paradygmatu praco-rozdawnictwa prezentuje opcja nr 1, której propagowanie, jak na ironię, jest domeną tych, którzy patrzą w przyszłość ludzkości z największym chyba, pośród wymienionego grona zwolenników kapitalistycznego modelu gospodarowania zasobami, optymizmem. I naszą perspektywę postaramy się tym razem nakreślić właśnie na tle podejścia techno-osobliwitarian.

Nasza pracownia podziela (częściowo) ten osobliwościowy optymizm, z tym że w naszym przypadku motywy do świętowania są prawdopodobnie inne niż te, na których zbudowana jest singularitariańska legenda. Nasze nadzieje budzi raczej ten fragment odkrywającej się dynamiki, który wolnorynkowców napawa obawami lub traktowany jest jako trudne wyzwanie, wymagające jakiś nadzwyczajnych środków zaradczych, czyli właśnie postępująca atrofia totemu praco-rozdawnictwa – zwłaszcza jeśli chodzi o pewne szczególne obszary, w których ten fenomen w dzisiejszych czasach lubuje się objawiać. Ale o tym za chwilę.

W mempleksach około-techno-osobliwych coraz bardziej powszechnym przejawem optymizmu jest idea dochodu gwarantowanego (UBI – wcześniej było o tym tu i tam). W ujęciu techno-optymistów UBI jest pozycjonowany jako remedium na zanikające zjawisko praco-rozdawnictwa (które samo w sobie jest niezbędnym elementem kapitalizmu jak gdyby z definicji; ale singulariartanizm mierzy wysoko i nie takie rzeczy potrafi zapewne zredefiniować!) w środowisku, w którym coraz więcej i więcej czynności związanych z wytwarzaniem gadżetów czy usług wykonywane jest (czy będzie/za chwilkę ma już być) przez roboty.

Jak można łatwo wywnioskować, koncept robota-konsumenta może przedstawiać dla kapitalistów mentalny (czy także klasowy) problem. Rozwiązaniem, które mogłoby przyjść do głowy np. świeżo upieczonemu MMT-erowi, byłoby tchnięcie w takiego golema ducha siły nabywczej fiat za pomocą deficytów budżetowych. Jednak taka gra, w obliczu erozji prolo-bazy fiskalnej, szybko zdegenerowałaby się do czegoś na kształt pokera na zapałki i prędko mogłaby się znudzić kapitalistom przyzwyczajonym do obracania instrumentami IOU,  które cechują się warunkową trudno-dostępnością i których odpowiedni zasób umożliwia sterowanie zachowaniami konkretnych biolo-jednostek, nie posiadających, a potrzebujących takiego właśnie zasobu do przeżycia. Inaczej – gubmint, który kreuje zapałki pieniądz ex nihilo, nie będzie łatwo sterowalny pod prostą groźbą szantażu, że takich zapałek podatków/pożyczek mu nie dostarczymy. Aby cały taki obieg zadziałał, potrzebny jest trzeci składnik tej układanki; obecnie rolę tej sprzęgającej zębatki wypełniają prole, których udział w praco-rozdawaniowej formie niewolnictwa aktywność na rynku pracy jest determinowana żądzą  zdobycia pieniężnych IOU (celem biolo-przetrwania i ew. reprodukcji) w połączeniu z trudnością pozyskania takich tokenów czy zapisów. Właśnie ten trybik tcha ducha w kapitalistyczną maszynę. W warunkach, kiedy pomiędzy generatorem siły nabywczej a producentem dóbr czy usług zabraknie takiej prolo-przekładni, system wytwarzania w gospodarce typu M(t2) > M(t1) się nie zazębi.

Ale czy na pewno musi to być biolo-prolo-duch? Każdy singularitarianin, posiadając otwarty umysł, z łatwością wyobrazi sobie wielozadaniowego robota z wgranym takim algorytmem, który uruchamia funkcję służenia (oddawania się do dyspozycji wyzyskiwacza robotów) jedynie w przypadku, kiedy jakieś tokeny-punkty (przyznawane za wykonaną pracę) takiemu androidowi się skończą (czy ich licznik wyświetli krytyczną rezerwę). To mogłoby nadać realizmu czy smaczku takim nowym, abiotycznym stosunkom pracy, a biolo-prole stałyby się teoretycznie zbędne – dokładnie tak samo, jak odpowiednio zaawansowana golemo-technologia  raz na zawsze rozwiązałaby problemy z poszukiwaniem właściwego partnera seksualnego [ah, really?]. Ale powracając na Ziemię – ponieważ te rozwiązania muszą jeszcze chwileczkę poczekać na zmaterializowanie się ducha proroctwa techno-osobliwości (+ niezręczna kwestia co począć z biolo-prolo-nawozem, szczególnie tym już poczętym), także część kapitalistów (jak również  złotowiekowcy oraz pewna pod-grupa realistów rynkowych) wydaje się coraz przychylniej spoglądać na pomysł UBI.

Ale może warto, zanim damy ponieść się fali surfowania po singularitariańskich oceanach, postawić sobie pytanie, czy zjawisko akceleracji substytucji ludzkiej pracy najemnej jest rzeczywiście faktem, czy może jest to kolejne wolnorynkowe yeti? Tego do końca nie wiemy; różne źródła czy raczej różne badania wykazują tu duże rozbieżności interpretacyjne. Np. wg. tej notki substytucja zachodzi jedynie na niewielką skalę, jeżeli już w ogóle.

My w Pracowni również dość sceptycznie zapatrujemy się na perspektywy eksponencjalnej robotyzacji. Zwyczajowe anegdoty, mające być znakami nadchodzącego roboto-do-przodu-skoku na miejsca wyzyskobrania, jak samoobsługowe kasy w supermarketach, kamery, zastępujące biolo-ochroniarzy, czy entuzjastyczne notki neolibo-techno-mediów o kolejnym przypadku jazdy testowych samo-zmierzających do celu samochodów bez ofiar w ludziach, nie zdołały postawić naszych pracownianych serc w stan gotowości na przyjęcie ewangelii singularitariańskiej; pozostajemy niewierno-tomaszami zjednoczenia w techno-osobliwości.

Rzecz jasna nikt o zdrowym oglądzie nie będzie zaprzeczać, że postęp w efektywności wykorzystania najemnej (biolo-)siły roboczej w procesach wytwórczych historycznie miał miejsce; jednak to, czy obecne otoczenie pozwala stawiać tezy o nagłym i znacznym przyspieszeniu tego trendu, jest sprawą odrębną. Tu prognozowanie wydaje się być bardziej funkcją przyjętej memetyki, aniżeli twardej ma-te-ma-tyki; w kosmosie matematyki, którego NIE jesteśmy częścią, możemy sobie wykreślać trendy z dowolną fantazją; niestety ta wolność się kończy tam, gdzie zaczyna się świat biolo-stworów, wytworów (produktów ubocznych?) termodynamiki.

Nasz sceptycyzm wobec perspektyw akceleracji robotyzacji produkcji/usług opiera się na trzech zasadniczych przesłankach:

  • Są źródła (którym my akurat skłaniamy się ufać i o których być może napiszemy więcej innym razem), wskazujące, że zwiększanie poziomu automatyzacji procesów, prowadzi do wzrostu energochłonności na jednostkę produkcji; należąc do obozu kasandrystów energetycznych (których my określamy jako ‘realistów termodynamicznych’), uważamy to za złą wróżbę, jeśli chodzi o ziszczenie się proroctw singularitariańskich

  • Dopóki środowisko, wymuszające globalny płacowy wyścig do dna (i produkujące, jak się wydaje, nieskończone zasoby coraz to nowych proli, gotowych do generowania coraz większej i większej podaży prolo-godzin) nie ulegnie zasadniczym metamorfozom, impulsy stymulujące zwierzo-instynktowość kapitalistów w kierunku inwestowania w robotyzowanie będą raczej słabe

  • Wreszcie: polegając na obserwacjach – bezrobocie, przynajmniej to rejestrowane czy oficjalnie przyznawane przez neoliberalne agencje, wcale nie osiąga jakiś kosmicznie wysokich poziomów, (z wyjątkiem miejsc, gdzie sado-monetaryzm uprawiany jest ze szczególną zawziętością, jak Eurozona). Owszem, w wielu krajach, „paradoksalnie”, spada udział partycypacji siły roboczej, ale głównej przyczyny tej aberracji upatrywalibyśmy raczej (z-głowowo, nie chce nam się szukać twardo-danych) w tym, co mierzi ekono-ksenofobów wolnorynkowych, czyli w zamorskim outsourcingu, nie zaś w robotyzacji; (w warunkach teleportowania industrialnych stanowisk wyzyskobrania część zdegustowanych proli, którym brak elastyczności niezbędnej chociażby do pogodzenia się z zastąpieniem przestarzałego paradygmatu ścieżki awansu nowoczesnym modelem degradacji zawodowej, odpuszcza sobie partycypację na rynku praco-rozdawnictwa w ogóle, przestając psuć statystyki bezrobocia).

Ale zaraz, zaraz… Skoro Pracownia nie wierzy w nadejście zrobotyzowanej nirvany, w oparciu o co propaguje uparcie radykalne (i szokowe) obniżenie wymiaru czasu pracy najemnej? Przecież w takim scenariuszu chyba nie będzie komu wytworzyć tych wszystkich dóbr i usług, którymi cieszyć się możemy obecnie, bo po prostu zabraknie prolo-godzin do ich wyprodukowania?

Otóż naszym zdaniem najważniejszego potencjalnego źródła rezerw należałoby upatrywać nie w formie jakiegoś techno-yeti, które może się pojawi, a może i nie. Według narracji, za którą się opowiadamy, niezbędny do nowej (i tym razem może lepszej) wielkiej transformacji bufor istnieje już teraz w postaci gigantycznej armii proli zaangażowanych w wykonywanie superflouos labor, czyli w prolo-zasobach, które obecnie kapitalizm wykorzystuje kompulsywnie bez żadnego realnie poprawiającego zagregowaną jakość bytu efektu (lub wręcz kontr-produktywnie). A więc ta armia, stanowiąca być może nawet 50+% wszystkich zatrudnionych, zaangażowana jest do wykonywania robót zbędnych (jakie to są roboty pisaliśmy tu). Jedynym uzasadnieniem tego marnotrawstwa jest fenomen taki, że do tych obszarów, z jakiś przyczyn, główny algorytm współczesnego modelu gospodarowania – czyli M(t2) > M(t1) – kieruje strumienie pieniężnych IOU (i to strumienie coraz to większe). Naszym zdaniem to zjawisko jest znakiem postępującej degeneracji systemu, ale oczywiście podstawowym warunkiem takiej konkluzji jest odejście od postrzegania pieniądza jako zasobu, a to potrafi sprawiać niektórym spore problemy.

Co więcej, optymistycznie, uważamy za realne przesłanki, że odpowiednio zamordystyczne regulacje czasu pracy najemnej (do poziomu <30h/tydz. od jutra, 20h/tydz. za 7 lat) raz, że dostarczą kapitalistom niezbędnej, a dziś ewidentnie brakującej, motywacji do faktycznego zaprzęgnięcia do swoich operacji techniki, która dostępna jest tu i już teraz, a dwa, co może jeszcze ważniejsze, doprowadzą drogą naturalną do zaniku praco-rozdawania w obszarach superflouos, ponieważ obieg pieniądza, który obecnie wzbudza te zbędne zombi-obszary do życia, jest wynikiem li tylko gigantycznej nadpodaży prolo-godzin, która to nadpodaż zakumulowała się przez dziesięciolecia historycznego wzrostu efektywności procesów wytwarzania do postaci olbrzymiej góry prolo-kompostu, na której zagospodarowanie – w warunkach wymiaru czasu pracy = constans, kapitalizm nie ma innych pomysłów.

Czyli, podsumowując w kilku punktach jak wygląda propagowana w Pracowni memetyka na tle wymienionych na wstępie odmian myśli wolnorynkowej:

  • zgadzamy się z singularitarianami w kwestii, że zanik praco-rozdawania wcale nie musi oznaczać końca świata jaki znamy; jednak zasadniczo nie jesteśmy entuzjastami UBI, a nasz optymizm nie wynika z wiary w moce wróżki-innowacyjnuszki, która niezmiennie pozostaje w stanie prawie-gotowości do definiującego nową rzeczywistość użycia swojej techno-różdżki; poza tym niezbyt ochoczo odnajdywalibyśmy się w przyszłości rozpisanej wg. wzorów, w które układają się mentalne nocne zmazy techno-socjopatów

  • zgadzamy się ze złotowiekowcami i realistami rynkowymi, że przy założeniu pozostawienia algorytmu M(t2)>M(t1) bez zmian, uprawianie sado-leseferyzmu będzie wkrótce możliwe wyłącznie w warunkach rosnącej znacząco efektywności sektora prywatnego (czy skuteczności wysiłków neoliberalnego państwa) w dziedzinie ochrony totemu nienaruszalności własności prywatnej w obliczu rosnącej zawartości koszyka żałośników [basket of deplorables] (któremu to wyzwaniu notabene akurat ostatnia faza cudów technologicznych korzystnie sprzyja); nie ma natomiast naszej bezwarunkowej zgody [as if somebody gives dafokk, lols! – zostaliście właśnie zhakowani przez MMT oddział Polska, haha!] na niedyskryminacyjne pompowanie popytowej kroplówki w żyły kapitalistycznego zombi fazy nad-akumulacji; czas na realizm termodynamiczny, a tam gdzie trzeba –  także w wydaniu agresywnie anty-wolnorynkowym

  • zgadzamy się (częściowo) z ekono-ksenofobami, jeśli chodzi o identyfikację przyczyn atrofii czy ześmieciawiania się mocy miejscowej wróżki praco-rozdaniuszki (w krajach Centrum); natomiast uważamy, że samą tę wróżkę należy przebić osinowym kołkiem

  • przemawia do nas mizesologika w tym zakresie, że popytowa interpretacja dynamiki gospodarki kapitalistycznej może być szkodliwa, czy prowadzić do aberracji alokacji zasobów –  zwłaszcza jeśli chodzi o obszary, generujące zbędne zatrudnienie czy nieproduktywną pracę; nie zgadzamy się natomiast zupełnie z mizesologicznym konceptem czy definicją, co przez pojęcie „nieproduktywna praca” należy rozumieć.

Reklamy

2 thoughts on “O perspektywach praco-rozdawnictwa

  1. Uparty prowincjusz

    A co ze stroną „Warszawski Instytut Nowoczesnej Teorii Monetarnej”. Ostatnio zniknęła. Czy Pracownia zamierza ja odnowić, a może przeniosła artykuły gdzie indziej? A może każe spadać zainteresowanym na drzewo?

    Polubienie

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s