UBI vs. redukcja wymiaru pracy – zdefiniowanie celów

Koncept UBI (bezwarunkowy dochód gwarantowany) wydaje się być tolerowany w środowisku praktycznego leseferyzmu w przeciwieństwie do innych – naszym zdaniem bardziej racjonalnych – pomysłów upodmiotowienia (czy odzasobowienia) proli, co z pozoru może wydawać się zaskakującym odwrotem od 30-40-letniej socjal-darwinistycznej ofensywy leseferystycznej, która w obecnej mutacji prowadzona jest pod kryptonimem austerity (bądź zamiennie – pod hasłem ‘uzdrawiania finansów publicznych’, ‘reform strukturalnych rynku pracy’, ‘poprawy konkurencyjności’ etc.). Dowodem wysokiego poziomu tej tolerancji jest  fakt, że temat UBI nie tylko wypływa dość regularnie w leseferystycznych periodykach głównego potoku – z reguły sprzedawany czy typowany jako jedyne rozwiązanie „dylematu” substytucji klasycznej pracy najemnej albo przez automatyzację (np. tu) bądź też przez wyrugowanie takich sztywnych/nie-elastycznych przestarzałych form uczestnictwa w generowaniu pekabu przez rosnącą popularność wolności kontraktów zielone światło dla apkowego neofeudalizmu „ekonomii fuchowej” (zob. tam), ale  zdarza się nawet, że faktyczne projekty takich rozwiązań trafiają pod głosowania (np. helweckie referendum), czy gdzieniegdzie wręcz są nieśmiało wdrażane (pilot UBI w Finlandii; nawiasem mówiąc, z naszej strony wątpimy w realność wprowadzenia pełnowymiarowego* UBI w krajach, które nie dość, że podpisały euro-leseferystyczne pakta fiskalne, to jeszcze na dodatek zeksternalizowały swoją politykę monetarną; to się może udać jedynie przy założeniu totalnej masakry pozostałego socjalu i systemów usług publicznych; a może właśnie o to chodzi?). Tym, co szczególnie uruchamia nasz alert, są pojawiające się głosy poparcia dla UBI ze strony figur, które grają w lidze Globalnych Posiadaczy, w tym takich znanych jako zagorzali głosiciele neo- czy krzemo-randroidalnej filozofii.

Jednocześnie idea UBI bardzo często wywołuje wręcz entuzjazm w środowiskach, pozycjonujących się jako anty-neoliberalne (jak np. złotowiekowcy, ale także część przyczajonych gdzieniegdzie marksistów). O co tutaj może chodzić? Czy ta zgodność wizji może zwiastować jakąś konwergencję myślenia o nowej ekonomii – jakiś dostosowany do współćzesności kompromis czy pakt pomiędzy kapitalistami i prolami, czyli może jutrzenkę powrotu pluszowej twarzy kapitalizmu? Może neolib wygłówkował w końcu, że zaciskanio-pasowość zaczęła na poważnie konfliktować z pompowaniem pekabu (co może z czasem poważnie podminować memetykę ściekaniową) i przez to czuje się zmuszony do popuszczenia? Czy może kapitaliści-producenci (w tym „producenci” prolo-do-roboty-zaganiających apek) domagają się skrycie, pod płaszczykiem dzielenia się bogactwem, turbo viagry dla algorytmu Mt2 > Mt1 w postaci znacznego zwiększenia deficytów budżetowych, co pozwoliłoby im na zwiększenie sprzedaży?

Pomimo, że na poziomie emocjonalnym każda modyfikacja retoryki paso-zaciskaniowej może ucieszyć czy dawać jakąś nadzieję na radykalne odejście od, czy przynajmniej istotną modyfikację pseudo-moralistycznego pryncypium, sprzedawanego prolom współcześnie pod banerem ‘kto nie generuje elastycznie podaży fucho-godzin to nierób (i pewno komuch jakiś czy-się-stoi-czy-się-leży bumelant, tejkers p13prz0ne 2 lewe ręce królów socjalu)’, profesjonalne podejście (którego wypracowanie stawiamy sobie za cel) do wytworów konceptualnych Wielkiego Lesefera, nakazuje nam traktować każdy pomysł, który leseferyści są skłonni dopuścić do swojego prolo-wyciskającego mempleksu, z dużą dozą podejrzliwości.

Rozwiązanie dylematu co lepsze – UBI czy może raczej jakieś inne formy,  mające ułatwić prolom przetrwanie w warunkach kapitalizmu fazy nad-akumulacji –  będzie zależeć od tego, jak zdefiniujemy cele, do których nasza zmiana paradygmatu miałaby zmierzać. Zdaniem naszej pracowni celem nadrzędnym powinno być zawsze i wszędzie poszanowanie zasobów; zasobów materialnych (czy idealnie także całej biosfery, czyli roślino i zwierzo-gadżetów) oraz (pozostając w terminologii taylorowskiej) zasobów ludzkich; w tym drugim przypadku będziemy mieć na uwadze przede wszystkim czas i zdrowie h.sapiensów. Ten generalny cel, naszym zdaniem, bije nawet ewentualne (obecnie pozostające tak czy owak w stanie hibernacji) ambicje abolicji systemu praco-najemno-niewolnictwa [wage slavery] (który w nomenklaturze Wielkiego Lesefera zwany jest rynkiem pracy). Inaczej mówiąc, należałoby dążyć do takiego modelu, w którym wykorzystanie wymienionych zasobów osiągnęłoby taki stopień racjonalizacji, że utrzymanie czy zachowanie optymalnego poziomu czy jakości życia nie wymagałoby dokładania coraz większych i większych wolumenów energii, surowców czy prolo-godzin do kotła, w którym Wielki Lesefer warzy nam PKB.

Takie podejście jest szczególnie adekwatne u progu ery, w której dalsze pompowanie pekabu za pomocą dywidendy termodynamicznej (o bliskiej korelacji PKB i zużycia energii więcej innym razem), stanie się fizycznie niemożliwe, a największą szansę przetrwania organizacji ludzkich będą prezentować systemy, mogące funkcjonować w stanie permanentnej zero-wzrostowości (lub najlepiej – potrafiące zachować integralność w trendach skalowania w dół). Praktyczno- leseferystyczna odmiana kapitalizmu niewątpliwie nie należy do tego typu kategorii systemów; czy kapitalizm jako taki, w swoich różnych twarzach/odsłonach, da radę dostosować się do takiego „nowego” paradygmatu termodynamicznego – tego nie wiemy (ale uważamy to za wątpliwe). Niemniej jednak – przyjmując nasz cel główny tj. poszanowania zasobów – uważamy, że nie jest koniecznością jakaś agresywna mobilizacja w kierunku „obalenia” kapitalizmu z użyciem ekstremalnie brutalizujących, widlasto-gilotynowych środków ekspresji prolo-frustracji; wystarczy skoncentrować wysiłek organiczny na priorytetach stosunkowo łatwych do realizacji czy do „memo-sprzedaży”, czyli zająć się problemem marnotrawstwa zasobów bezpośrednio, zaczynając od problemu roztrwaniania prolo-czasu.

O co miałoby chodzić w tej łagodnie perswazyjnej memetyce? Myśląc zasobami (a nie punktami) przestaje nas interesować pekabe, a zamiast tego skupiamy się na tym, skąd wezmą się gadżety, które uznamy za niezbędne czy przydatne do życia. W tej perspektywie w kwestiach zagospodarowania prolo-zasobu interesować nas będzie jedynie to, czy wystarczy nam prolo-rąk czy prolo-głów do zebrania zbożo-gadżetów, wypieczenia chlebo-gadżetów, utrzymania odpowiednio żwawej wibracji elektronów czy cząstek gazu w sieciach przesyłowych, do utrzymania substancji mieszkaniowej w odpowiedniej kondycji, do rozsądnej maksymalizacji obsady personelu w placówkach zdrowia etc. etc. Nie będziemy za to przejmować się tym, kto nas jutro tele-zmolestuje czy skołczuje, kto napisze ekono-lobotomizujący artykuł w wybizie, kto sprzeda nam oszusto-polisę albo wyceniony na pół-roczne dochody zestaw garnków, kto wybuduje kolejne bloczysko dla lumpen-rentierów, kto zajmie się anihilacją aktywów finansowych zgromadzonych przez lumpen-spekulantów etc. etc. W naszej nibylandii „widzimy” tylko te stanowiska wyzyskobrania, albo te łańcuchy dostaw, które przyczyniają się konkretnie do zmaterializowania się na końcu tych łańcuchów (w punkach odbioru) gadżetów potrzebnych do funkcjonowania na jakimś przyjętym za rozsądny poziomie; rozsądny czyli adekwatny do zdolności wytwórczych gospodarki w danych konceptualnych ramach wyznaczanych racjonalnie termodynamiką (a nie TED-o czy agencjo-rejtingowo lub IMF-o projekcjami).

Aplikując podejście prolo-zasobo-szanujące, za stan idealny należałoby byłby uznać taki, gdzie prolo-wyzysk odbywałby się wyłącznie tam, gdzie jest to niezbędne do utrzymania takiego rozsądnego poziomu życia w zagregowanej dla danego obszaru skali makro. W efekcie tego podejścia automatycznie nasuwa się konkluzja, że co najmniej 50% obecnego agregatu prolo–wyzysko-godzin, nie przedstawia żadnej wartości dodanej (a z czego część reprezentuje niestety wręcz wartość ujemną). Ta konkluzja prowadzi w sposób naturalny do wniosku, że przywrócenie równowagi na rynku wyzysku powinno nastąpić w drodze znacznego – nawet 50%-owego  – zmniejszenia podaży, nie zaś – jak próbują nas przekonywać niektórzy „postępowcy” – w drodze zwiększenia popytu. To jest właśnie logika, która stoi za ideą manifestu redukcji wymiaru czasu pracy najemnej.

Ekstrapolując tę logikę – z czasem na skutek naturalnych procesów dostosowawczych popyt na prolo-godziny wobec drastycznie zredukowanej podaży szczególnie silnie będzie objawiać się tam, gdzie elastyczność popytu konsumenckiego jest najniższa, tj. właśnie w obszarach wytwarzania dóbr i usług podstawowych. W ten sposób kontrolowany szok podażowy stopniowo uwolni gospodarkę od zjawiska superflous jobs (być może symbolicznym punktem dokonania się tego procesu będzie moment, kiedy godzinowa stawka wypiekacza kołaczy zrówna się z tą, którą dostaje kołcz).

A jakie cele przyświecają proponentom UBI? Jako sceptycy względem tej alternatywy tego do końca nie wiemy, natomiast możemy spróbować postawić tezę, że filozofia tego pomysłu grawituje raczej ku stronie zwiększania popytu, i prawdopodobnie programy tego typu, pod przykrywką dzielenia się bogactwem, nadal mocno związane są z paradygmatem pompowania pekabu, ignorując zagadnienia termodynamiczne. Owszem – wzbudzenie fal pieniężnych wywołane przez iniekcję strumienia UBI, generując popyt, da prawdopodobnie sygnał producentom do uruchomienia rezerw mocy wytwórczych bądź do zainwestowania w ich rozbudowę, co z kolei może zwiększyć popyt na prolo-godziny, co następnie (z pozoru paradoksalnie) wpłynie pozytywnie na poziom zatrudnienia (jak i być może na płace). Jak jednak można zauważyć koncept UBI pozbawiony jest czynnika, który stymulowałby stopniową eliminację zbędnej pracy (godzin wyzysku w obszarach superfluous). Co więcej, można oczekiwać tendencji, gdzie prole posiadający back-up w postaci UBI będą uciekać w pierwszym rzędzie właśnie od zajęć ciężkich czy postrzeganych jako mające dość wątpliwy wizerunek sukcesowo-karierowy – typu rzeźniko-skrawaczo-rozbieracz, pakowacz-ładowacz-rozwożacz, paszo-gadżeto-zbieracz sezonowy etc.  – niemniej jednak stanowiących kluczowe – z punktu widzenia łańcucha zaopatrzenia w podstawowe produkty – węzły, szukając suplementarnych do UBI dochodów w sferze najczęściej właśnie często bezproduktywnej gospodarki fuchowej, co da wyzyskobiorcom, działającym w tych obszarach, jeszcze lepszą pozycję negocjacyjną.

Ale hipotetyzowanie na temat ciągów zdarzeń makro, które może wywołać UBI, pozostawmy na inną okazję (tu nadmieńmy tylko, że obydwie omawiane tu alternatywy, będą generować szczególnie trudne problemy w przypadku aplikacji lokalnej, tzn. np. w pojedynczym kraju; tj. obydwie mogłyby bez wątpienia działać skuteczniej, jeśliby wprowadzić je jednocześnie na znaczącym globalnie obszarze gospodarczym, np. pan-europejsko). W dzisiejszym wpisie chodzi bardziej o próbę identyfikacji różnic pomiędzy motywacją, która przyświeca architektom UBI, a tą, która napędza manifesty prolo-godzino-redukcyjne. Można podjąć próbę uogólnienia w kilku punktach, dla kogo oferta UBI może być, albo przynajmniej może wydawać się być atrakcyjna, przy założeniu pozostawienia całej reszty ekono-otoczenia ceteris paribus. Jeżeli np.:

  • uważasz, że odczuwasz większą krańcową satysfakcję z przyrostu konsumpcji niż z przyrostu czasu wolnego, ALBO przeciwnie: jesteś tak zaawansowanym minimalistą, że nie widziałbyś problemu w komfortowym funkcjonowaniu na samym UBI (zakładając np. proporcje takie, jak w finlandzkim pilocie czyli 560€/m-c)

  • odnajdujesz się w świecie wage slavery jak ryba w wodzie (czy też w ogóle skłaniasz się do rynko-pracowej interpretacji tego systemu); (ALBO wręcz przeciwnie: zgodnie z twoimi zasadami praca najemna brzydzi cię do głębi w takim stopniu, że nie zamierzasz poświęcić tego rodzaju aktywności nawet jednej godziny ze swojego życia)

  • wykonujesz pracę z kategorii superfluous i jara cię to
  • nie sądzisz, że termodynamika jest w stanie powstrzymać wzrost pekabu (ALBO przeciwnie: jesteś zdania, że katastrofa jest tak czy owak przesądzona i jakieś żałosne próby disaster management są tylko stratą czasu; na razie bawmy się, póki można)

  • jesteś przedstawicielem tej rzadko spotykanej w przyrodzie podgrupy klasy randroidów, którzy zachowują apetyt pomimo faktu, że nikt w twojej okolicy nie głoduje
  • jesteś wyzyskobiorcą

to racjonalnie UBI będzie na pewno lepszą alternatywą niż redukcja wymiaru pracy (i często także lepszą, niż stan obecny).

Natomiast w przypadkach kiedy:

  • chciałbyś mieć więcej wolnego czasu, nawet kosztem jakiejś części dochodów (zwłaszcza, w powszechnej obecnie sytuacji, gdzie sposób zorganizowania gospodarki wokół 8 godzinnych cykli, czy może również presje środowiskowe w warunkach, kiedy takie cykle są normą, uniemożliwiają bądź przynajmniej znacznie utrudniają dokonanie takiego wyboru)

  • z racji uwarunkowań rodzinnych, zdrowotnych itp. twoje możliwości pracy w cyklu 40h/tydz. są ograniczone i w związku z tym albo w ogóle nie pracujesz, czynisz nadludzkie wysiłki, żeby dopasować się do schematu, albo też stajesz się w końcu nawozem dla „elastycznej” ekonomii fuchowej

  • wykonujesz pracę w szkodliwych warunkach i/lub niosącą podwyższone ryzyko chorób zawodowych
  • zauważyłeś, że wbrew temu, co obiecuje Doktryna Jedności w Rynku, twój poziom życia (czy może poziom satysfakcji z życia), nie wykazuje korelacji z pekabem

  • nękają cię kasandryczne wizje świata po wyczerpaniu się dywidendy termodynamicznej i nawet dżonogalty krzemowe, nadające swój techno-kool-aid na TEDo-falach nie są w stanie ukoić twoich fobii

  • zastanawiasz się czasem, dlaczego pomimo kilkunasto-krotnego wzrostu wydajności, sprzedawanie coraz to większej i większej liczby prolo-godzin jest niezmiennie wyznacznikiem bycia na czasie z modelowym stylem uczestnictwa proli w społeczeństwie

  • jesteś marksistą, który nie poddał się memetyce praco-rozdawania

wtedy racjonalnym wyborem wydaje się być zasubskrybowanie się do obozu prolo-godzino-redukcjonistów.

Można by zapytać: czy pomiędzy tymi dwiema alternatywami (których już samo zaistnienie można optymistycznie przyjąć jako jutrzenkę wobec jesieni dotychczasowego konceptu wolności, której ekspresją był/jest paradygmat T.I.N.A.) nie istnieje jakaś ‘środkowa ścieżka’? Tzn. czy nie można sobie wyobrazić jakiejś hybrydy, która łączyłaby zalety obydwu hipotetycznych alternatyw, unikając jednocześnie ich wad? Otóż właściwa identyfikacja celów czy motywów, stojących za każdą z dwóch tych szkicowanych tutaj opcji, wskazuje, że raczej nie jest to możliwe; te ścieżki z definicji i z samej ich istoty mają charakter rozbiegający się, czy odpychający się tak, jak dwie strony z pozoru jednolitego kawałka magnesu, za pomocą którego chcemy uporządkować na nowo prolo-cząsteczki; liczy się polaryzacja: albo na prawo – zgodnie z wektorem wyznaczonym przez Posiadaczy, albo na lewo co będzie działaniem pod-włos, a przez to trudniejsze. Być może jakaś hybrydyzacja miałaby sens w okresie przełączania zwrotnicy tj. kiedy dotychczasowa praktyczno-leseferystyczna T.I.N.A. wyczerpie swoje memo-zdolności hipnotyzujące, a mimo tego prole nadal nie zauważą żółto- czy złoto-czarnego słonia w salonie; tzn. np. w reakcji na panikę, która prawdopodobnie może ogarnąć zlobotomizowanych, uzależnionych od praco-wciągania proli w obliczu obligatoryjnej redukcji dopuszczalnego wymiaru wyzysku, tymczasowe równoległe wprowadzenie UBI (w jakiś szczególnych formach – raczej bardziej na zasadzie nie-nadających się do akumulowania talonów-recept, aniżeli żywej gotówki) – może mieć kojący psychologicznie wymiar, który zmniejszy traumę „odstawienia”. Z czasem jednak, kiedy wyzyskobiorcy, specjalizujący się w dostarczaniu podstawowych dóbr i usług, zaczną na poważnie walczyć o prolo-godziny („co jesteś mi w stanie zaoferować za mój czas, panie/pani ejcz-arowiec/kapitalisto? odpowiedzcie, na czym polega kwadratura koła płacowego wyścigu do dna; wymieńcie szybko 10 zastosowań waszej zgromadzonej góry finansowych IOU innych, niż standardowe generowanie dochodów z renty; i proszę, zanim udzielicie właściwych odpowiedzi, przypomnijcie sobie, że jest 100 innych bram, za którymi podobni do was czekają na możliwość wygenerowania wartości dodatkowej z mojego czasu, którego dostępność jest obecnie prawnie chroniona…” – jak mógłby powiedzieć podczas interwju prol „skazany” przymusowo na program odwyku, gdzie krok nr 1 to max. 20 godzin praco-wciągania tygodniowo), system powinien teoretycznie ustabilizować się wzdłuż nowej, zasobowo-szanującej linii równowagi.

PS. Wpis dzisiejszy czasowo zbiega się z okresem, kiedy Wielki Lesefer ubiera się w czerwony kubrak, przykleja brodę i hoho! – wzywa proli do intensyfikacji przerabiania zasobów i zwiększenia szybkości krążenia cząstek pieniężnych. Starajmy się w tych trudnych chwilach zachować klasowy czy zasobowy rozsądek (co często wymagać będzie odporności wobec rodzino-presji). Trudno nie przyznać, że próby zastosowania filozofii minimalizmu konsumpcyjnego pod koniec każdego roku byłyby wyraźnie łatwiejsze w warunkach, gdzie możliwości hoho-mikołajo-fuchowania byłyby ograniczone przez zamordystyczne regulacje podaży prolo-czasu.

A czego życzycie sobie Wy, czytelnicy?

_________

*to, co obecnie wprowadzane jest w Finlandii trudno w ogóle uznać za UBI; jest to raczej eksperyment (antropologiczny?), który ma na celu zbadać, jak zachowywać się będą bezrobotni przedstawiciele naszego dwu-nożnego zasobu, po wręczeniu „ryby”, czy może raczej „rybki” (w opozycji do np. rzekomej „wędki”, którą w leseferystycznej narracji mają być szkolenia). Jak można się domyślać, za wynik pozytywny będzie uznany taki, w którym ze strony obdarowanych nie wystąpi zmniejszenie podaży prolo-godzin w porównaniu z grupą kontrolną (czyli tymi, którzy nie wylosowali rybki). Czyli pomysłodawcy będą skłonni wprowadzić program na szeroką skalę pod warunkiem, że nie będzie to groziło spadkiem podaży prolo-godzin, co chyba wystarczająco jasno definiuje cel i motywację fińskiego eksperymentu.

Advertisements

4 thoughts on “UBI vs. redukcja wymiaru pracy – zdefiniowanie celów

  1. RX

    Czytam Panskie artykuly od pewnego czasu, co wymaga pewnego, powiedzmy samozaparcia, „grubej skury” i anielskiej cierpliwosci. W tym sesie chodzi mi o styl, mniej o tresc. Styl mozna by poprawic (co naturalnie w ramach indiwidualnych „mozliwosci” autora pozostaje – prole, leseferyzm to tylko dwa przyklady!) NIE DO ZNIESIENIA!!! – przepraszam ale jako zewnetrzny i niezalezny czytelnik moge to tak bezposrednio powiedziec. Szkoda, bo zawartosc artykulow swiadczy o szerokiej perspektywie autora. To jeszcze wazniejsze jak styl. Dlatego apeluje do pana – prosze pisac o aktualnych problemach rozwoju gospodarczego i ekonomicznego w Polsce i to prostym jezykiem zrozumialym dla kazdego. Kiedy jak nie dzisiaj mozna cos zmienic – przynajmniej w glowach odbiorcow. Jak widze polityka dnia codziennnego to dla pana odrazajaca perspektywa ktörej lepej nie wspominac. Ale wlasciwie dlaczego? Nie wypada? Za bardzo przyziemne? Z mojej zewnetrznej perspektywy w Polsce w ostatnim roku dokonal sie polityczny PRZELOM – co widac np. w reakcjach UE na wydarzenia w Polsce – niestety w „Pracowni” na ten temat ani slowa! Polska – teoretycznie- jest niezaleznym krajem, gdzie polityka monetarna i finansowa moze byc forsowana zgodnie z interesem narodowym. W tym sesie MMT moze byc praktycznie zastosowane w przeciwienstwie do krajow €-Zone. Tu otwieraja sie mozliwosci dyskusji, ktore prakrycznie gdzie indziej sa niemozliwe! Dlaczego pan tych mozliwosci dyskusji nie wykorzystuje to dla mnie zagadka! Czasami trzeba zejsc na ziemie i swoja wiedze ogulowi udostepnic. Moja propozycja nt nastepnego artykulu: rola polskiego banku centralnego w najnowszych zmianach politycznych i ekonomicznych w Polsce!
    Wszystkiego Dobrego!

    Lubię to

    Odpowiedz
    1. s.halaer Autor wpisu

      Dziękujemy za cenne uwagi jak i za komplementa.
      Jesteśmy świadomi niedostatków stylu – być może niektóre wpisy powstawały nieco za bardzo ad hoc i gdzieniegdzie należałoby coś tam przyciąć, skompaktować czy postarać się znaleźć bardziej jasną frazę przed publikacją. Zwrócimy na to uwagę.
      Ale z dobrych wieści to chyba tylko tyle, a w każdym razie raczej będziemy trzymać się konsekwentnie naszej taksonomii, ponieważ to jest coś, co z założenia ma bardziej precyzyjnie od „obowiązującej”, zaszczepionej przez leseferystów memetyki odzwierciedlać czy komunikować naturę ekono-rzeczy.
      Nie wierzymy w możliwość użycia narzędzia jakim jest blog do masowego ataku memetycznego, a nawet jeśli byłoby to możliwe obawiamy się, że nie mamy wystarczająco dużo do powiedzenia, a przynajmniej nie wystarczająco dużo DOBREGO.
      Czy nadwiślańskie wydanie maglowania politycznego jest dla nas odrażające? Raczej nie użylibyśmy takiego określenia; powiedzmy, że nie jest dla nas zbyt inspirujące. Zresztą – z pewnością istnieje wiele specjalistycznych blogo-kanałów, które prawdopodobnie generują wszelkie możliwe perspektywy na tę formę makiawelicznego kabuki. Mimo to nie należy wykluczać, że – epizodycznie – coś z tego menu znajdzie się i na łamach Pracowni – jeżeli któraś z ekono-narracji będzie to uzasadniać.
      Na koniec: jak sądzimy daliśmy do zrozumienia, że wątki pracowniane nie obracają się według jakiejś wspólnej osi, którą wyznaczać by miała MMT. Być może wyjaśnieniu dlaczego tak jest poświęcimy oddzielny wpis w przyszłości.
      No i oczywiście – zdając sobie sprawę, że nie do końca spełniamy oczekiwania – zapraszamy do dalszego odwiedzania Pracowni.

      Lubię to

      Odpowiedz
    2. kanrkwy roddendrn

      Ej tam Panie…
      Mi właśnie odpowiada linia stylistyczna szanownego bloga! Też nie wierzę (kiedyś miałam inne podejście) w możliwość ewangelizowania prolskich mas blogiem / teorią krytyczną. A tak przynajmniej jakąś przyjemność mi daje konsumpcja tych treści (lubię ciężko strawne..). Jako zarzut mógłbym dla odmiany wspomnieć zmęczenie i pewną przewidywalność dyskursu czysto ideologicznego, czy jak sobie Autoroosoba życzy: anty-memetyką. Jeśli szanowna Osobo s.halaer masz trwonić swój (bez)cenny czas, to może dodać jaki risercz: cyferki, wykresy, tabele, mapki! To najsmaczniejsze, ale jestem fanatyczką-empirykiem.

      Ale inną rzecz przy okazji muszę tu wyłożyć, bo to mnie zaskoczyło, i to bardzo pozytywnie. Wątki termodynamiczne!, czyli po mojemu ekologia polityczna. Tak dumając nad starszymi blogami, o MMT myślałam, że jest tu jakaś pustka, ta cała aparatura krytyki ekonomii neoliberalnej… ale po co? Co miałby nam dać rozsądny powiedzmy system finansowy oparty na logice, a nie teolibowych majakach? Żeby dalej rozjebywać Planetę? No i tu wątek termodynamiczny dodał sporej siły tym wpisom. ..Ale w tym miejscu muszę jednak przyznać, że ten wątek jest kurka wodna hermetyczny! Jak ja pierdolę. Tak se myślałam, że kiedyś mogę potłumaczyć o co chodzi jakby w komentarzach, żeby gawiedź nie wyposażona w narzędzia też mogła trochę skubnąć. Że te farmazony sen.halaerowe na jakiś znany język przetłumaczyć w tym zakresie. Ale nie, żebym się wpierdalał, c’nie?

      Lubię to

      Odpowiedz
      1. s.halaer Autor wpisu

        Blog P-E z założenia ma być taką trochę ekono-zabawą, kręconą na kanwie tragi-komedii, którą wystawia nam dismal science. Nie ma przeszkód, żeby ktoś spoza załogi P-E się do takiej zabawy włączył (czy włączał od czasu do czasu) ze swoimi skeczami, nawet jeśli będą oparte na odmiennym poczuciu humoru czy odmiennym odczycie ekono-otoczenia.
        PS. Szczerze mówiąc też wolę czytać ekono-notki przyozdobione wykresami, natomiast wynajdywanie czy tworzenie takich własnym sumptem to już nieco inna para kaloszy, szczególnie dla bytu non-profit. Ale weźmiemy sobie tę uwagę do serca.

        Lubię to

        Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s