Robota dla roboty to głupota czyli fokk jobs

Niedawno natrafiliśmy na interesujący esej autorstwa historyka prof. Jamesa Livingstona dostępny do poczytania tu. Interesujący, bowiem mamy tu do czynienia z rzadkim fenomenem odrzucenia kultu praco-rozdawania czy tzw. kreowania miejsc pracy, który to kult, jak słusznie zauważa Autor, jest wspólnym mianownikiem zarówno tzw. prawicy i tzw. lewicy; obie te memetyki różnią się między sobą w tym zakresie jedynie wyborem środków, za pomocą których takie korzystne zwiększenie prolo-wykorzystania ma być osiągnięte.

Celem złapania kontekstu notki zachęcamy do rozpoczęcia od przeczytania artykułu. Dla tych “leniwych” (czy może raczej – zgodnie z duchem podejścia fokk jobs – “szanujących swój czas” – co należy uszanować i pochwalić) w kilku zdaniach o co chodzi w rzeczonym tekście:

Otóż Autor celnie identyfikuje pewien szczególny i powszechnie uznawany i aprobowany mempleks, zgodnie z którym wykonywanie pracy najemnej przedstawia wartość samą w sobie, inherentną i jak gdyby niezbędną do samo-zdefiniowania się jednostki w społeczeństwie; budowa charakteru przez (samo-)dyscyplinę codziennej rutyny, na którą składa się – według standardów niezmiennych od kilkudziesięciu lat – minimum 40h/tydz. orki, niezależnie od tego, jak ten akt złożenia ofiary, otwierającej wrota do pełnego udziału w społeczności ciężko-pracowaczy, wpływa na fizyczną czy mentalną kondycję danej prolo-jednostki.

Ta narracja swego czasu miała prawdopodobnie sens, tzn. w kapitalizmie bez wątpienia wystąpił okres, w którym ekonomia podażowa dokądś zmierzała; ekonomia podażowa – czyli taka idea organizacji zasobów, gdzie skuteczna mobilizacja kapitalistycznego kompostu w postaci siły roboczej, pozwalała wygenerować nadwyżki, które z kolei przekuwane były w dalszy rozwój kapitału produkcyjnego, co z czasem kumulowało się gdzieniegdzie do postaci coraz lepszej prolo-produktywności. (Należy pamiętać, że ta Wielka Transformacja, zanim doprowadziła w końcu w 2-giej połowie XX w do fenomenu poważnych nadwyżek podażowych, nie obyła się bez ofiar: większość XIX w. to było brutalne mielenie prolo-kompostu – począwszy od pierwotno-akumulacyjnych grodzeń, przez dickensowskie czy ziemio-obiecaniowe klimaty pracy; w tym świetle praktycznie każdy z nas jest tu dłużnikiem naszych prapra-, ale jak wiemy – przynajmniej dopóki nie znajdziemy skutecznych metod wysyłania cząstek pieniężnych w czasie – spłacanie długów względem przeszłych pokoleń nie jest możliwe; możemy co najwyżej pochylić się w zadumie).

Na bazie tego pierwotnego kompostu z czasem uczestnictwo w procesach wytwarzania zaczęło wreszcie generować dla proli coś więcej niż tylko możliwość samo-reprodukowania się tego nawozu. To umożliwiło memetyczną transformację biologicznego przymusu pracy w nowoczesną (XX-wieczną) postać etosu pracy [EP]. (Autor akurat nie wgłębia się w ten aspekt ewolucji stosunków pracy, traktując EP ogólnie jako byt constans – przynajmniej od XVII w – “..say 1650…”; naszym zdaniem jednak wyróżnienie fazy brutalnego malthusowskiego przymusu/kompostowania od fazy otworzenia się perspektyw “budowania kariery zawodowej” jest  zasadne i pomocne dla ogarnięcia całej dynamiki.)

Inaczej mówiąc – na pewnym etapie kapitalistycznej organizacji gospodarki zasobami wystąpił fenomen zawiązania się w miarę proporcjonalnej, jasnej i, jak można by powiedzieć – (w miarę) uczciwej zależności pomiędzy ciężko-pracowaniem (czy pomiędzy uzyskanymi kwalifikacjami) a dochodami. Jak jednak słusznie zauważa nasz Profesor, ten fenomen od jakiegoś czasu nie pozostaje już z nami; Autor mówi wprost: dzisiaj wejście na ścieżkę realnej kariery wymaga zostania gangsterem – gangsterem handlującym prochami bądź też gangsterem żonglującym obietnicami IOU na Wall Street (uzupełniając: trzecią drogą będzie zapewne kariera krzemowego randroida, a czwartą może – stanie się neoliberalnym politykiem). Wraz z upływem czasu i wraz z postępami współczesnego rynku pracy dla uczestników gry coraz bardziej jasny staje się fakt całkowitego zerwania więzi pomiędzy nakładem pracy a wynagrodzeniem. W ten sposób fundament (czy może raczej fasadowa elewacja, którą to rolę pełni, składający się głównie z piasku i pastelowej farby, tynk ekono-szamanizmu zwanego ekonomią neoklasyczną), trzymający memetycznie do kupy sens kapitalistycznego rozdysponowania zasobów jako jakiejś funkcji nakładu pracy, zaczyna się kruszyć (czy raczej może odpadać płatami z tego obrazka rodem jak z leseferystycznej edycji Strażnicy).

Co jeszcze istotniejsze i na na co Livingston również zwraca uwagę – wytwarzanie dóbr angażuje coraz to mniejszą i mniejszą część prolo-populacji, a mimo to nominalne bezrobocie (przynajmniej w USA) jest bardzo niskie – niezbyt odległe od stanu pełnego zatrudnienia, który wydaje się być złotym graalem wszystkich teoretyków ekonomii burżuazyjnej; ergo: kapitalistyczna maszynka wyzysku celem podtrzymania iluzji postępu czy rozwoju musi generować całą masę g0wnianych posad, które, pomimo całkowitej funkcjonalnej nieprzydatności, zaliczane będą niedyskryminacyjnie do PKB, zachowując miraż rozwoju czy wzrostu.  I mimo, że ten paradoks – tj. oderwanie się sensu pracy najemnej od celu, jakim nominalnie pozostaje dostarczenie przydatnych społecznie dóbr/usług i załamanie się funkcji etosu pracy w obliczu faktu, że najlepiej opłacane zawody reprezentują z reguły aktywności kontr-produktywne, szkodliwe czy wręcz kryminalne – wszystkie znaczące siły polityczne – z lewa i prawa – nadal epatują totemem praco-rozdawania i obsesyjnie czy przynajmniej deklaratywnie dążą do osiągnięcia stanu osiągnięcia pełnego zatrudnienia. (Żeby zbytnio nie zamulić wątku, pomijamy w tym wpisie kwestie perspektyw dostępności dywidendy termodynamicznej, które są hamulcem dla tego typu swobodnych projekcji).

Konkluzja eseju jest taka, że dalszy pochód w kierunku rzeźbienia charakteru prola poprzez zapewnienie mu/jej pracy jest drogą donikąd, przynajmniej w środowisku, gdzie wytwórczość pewnego koszyka racjonalnie niezbędnych dóbr angażować powinna logicznie zaledwie kilka czy kilkanaście % całej populacji. Powrót w wielkim stylu produktywnych miejsc pracy do rozwiniętych gospodarek kapitalistycznych jest mrzonką, którą to iluzjo-wizję wydają się podzielać zarówno różnej maści konserwatyści jak i złotowiekowcy. (Tak naprawdę – naszym zdaniem, jak i zdaniem np. MMT-erów – pożytecznej roboty do wykonania jest dużo – poza sektorem wytwórczym; problem w tym, że w praktycznym leseferyzmie nie ma szans zadziałać żadna siła motywacyjna do angażowania prolo-zasobów w obszary, które mogłyby z pożytkiem służyć celowi publicznemu, ponieważ obszary te są niekompatybilne z algorytmem M(t2) > M(t1), czyli inaczej pożerają cząstki pieniężne zamiast je generować).

Autor wplata sugestię, że we współczesnych warunkach budowa prolo-charakteru, zamiast odbywać się na bazie przymusu ekonomicznego (którego utrzymywanie straciło tak czy owak sens, tzn. ekonomię podażową należałoby pogrzebać i przebić kołkiem osinowym), powinna raczej być oparta na powrocie do czegoś w rodzaju ekonomii więzi międzyludzkich, a jakaś podstawowa porcja produkowanych coraz bardziej i bardziej efektywnie dóbr powinna stać się prawem jednostki. Livingston nie określa, na jakiej zasadzie miałaby się odbywać dystrybucja takich owoców nadprodukcji, poza wzmianką, że narzędziem do realizacji tego miałby być wzrost opodatkowania dochodów – korpo i osobistych. W domyśle można przyjąć, że instrumentem dystrybucji byłaby jakaś forma dochodu gwarantowanego [UBI].

Teraz – co na to Pracownia? Po pierwsze – dla nas każdy głos, kontestujący afirmację paradygmatu praco-rozdawania czy wszelakich form intensyfikacji zaganiania proli do roboty, jest mile widzianą jutrzenką racjonalnego myślenia o ekonomii. Co należy podkreślić – takie racjonalne podejście oznacza nie tylko krytyczną recenzję powszechnie obowiązującego w obecnym globalnym środowisku praktycznego leseferymu paradygmatu NAIRU, gdzie rezerwowa armia bezrobotnych musi zawsze być w gotowości na potrzeby nieustającej kampanii o zachowanie wartości pieniądza, ku uciesze generałów naszej gospodarki, tj. kasty wierzycieli; jest to także przesłanka do kontestacji programów różnych frakcji ekonomicznych “postępowców”, propagujących całą gamę – z reguły wyciągniętych ze starych keynesowskich szuflad sprzed pół wieku – magicznych sposobów na wejście na ścieżkę pełnego zatrudnienia (włączając w to, samobiczująco, – promowany przez nas na starym blogu mmtpl – koncept gwarancji zatrudnienia JG, przynajmniej w wersji takiej, jak proponowana przez głównych adwokatów MMT – tj. w wersji zwiększającej agregat prolo-godzin i co za tym ma pójść – pompującej PKB; bynajmniej jednak nie przekreślajmy konceptu JG; ma on szanse powrócić na ekono-scenę w lepszym stylu, ale o tym już kiedy indziej).

Ale – z drugiej strony – mamy 2 poważne zastrzeżenia do tez z eseju Livingstona. Po pierwsze – następująca sprawa: “ [what if]… aristocratic privilege of leisure becomes the birthright of all” (~co jeśli przywilej cieszenia się czasem wolnym zarezerwowany dotąd dla arystokracji stanie się prawem każdego człowieka); naszym zdaniem to motto jest przejawem promowania życzeniowych mrzonek; mrzonek, które obiecując utopię, mogą łatwo, zjeżdżając z cienkiego wzorcowo-pobożno-życzeniowego toru, wykreować świat dystopiczny; świat, który zacementuje podział, stojący także u podstaw obecnej memetyki leseferystycznej czy randroidalnej – na klasy mejkersów i tejkersów (czyli na klasę ‘kreatorów bogactwa” – wolnych przedsiębiorców oraz ich randroidalnych giermków – oraz pod-klasę braczy, która będzie się w stanie utrzymać przy życiu wyłącznie dzięki wziątkom, czyli dzięki temu, co spadnie ze stołu mejkersów). Owszem, w tej dystopii do zbioru mejkersów-budowniczych zaliczać się będzie nadal jakaś część proli np. specjaliści IT czy inni fachowcy, których kapitalistyczna maszynka wyzyskobiorcza potrzebuje (oprócz neoliberalnych polityków) do stworzenia obszarów efektywnej koncentracji bogactwo-kreowania – akumulacji finansowych IOU – czyli punktów niezbędnych do osiągnięcia wygranej w naturalnym wyścigu, którego celem w leseferystycznym środowisku będzie zawsze wyrżnięcie (czy wchłonięcie) konkurencji, a docelowym stanem nirvany – monopolizacja, czy przynajmniej jakaś oligopolistyczna symbioza (kto głupi chciałby prawdziwego wolnego rynku, który z założenia musi sprowadzać marże niechybnie i prędko do najniższego wspólnego mianownika, którym logicznie jest nieuchronnie 0? Ten dreszczyk emocji, towarzyszący uczestnikom wyścigu do dna, pozostawmy prolom i lumpenkapitalistom).

Otwarte usankcjonowanie takiego podziału – np. przez ustanowienie dochodu gwarantowanego, który teoretycznie miałby umożliwiać egzystencję bez konieczności uczestnictwa w systemie wyzysku – pomimo, że z pozoru stanowi postęp wobec prolo-kompostowania w reżimie NAIRU – mogłoby stworzyć bezprecedensowe środowisko zależności, tzn. model przymusu generowania podaży prolo-czasu zastąpiony zostałby kulturą “datków” – na podobieństwo karmienia paszą bydła rzeźnego, którego smętna egzystencja oparta jest w całości na dostawach paszy przez hodowcę, gdzie dokarmianie odbywa się, z pozoru przynajmniej, bez-zobowiązaniowo, tzn. hodowca przydziela dzienną dawkę paszy niedyskryminacyjnie – niezależnie czy dany przedstawiciel bydła (w naszym przypadku: dwu-nożnego) wykształcił jakieś pożądane cechy (np. potrafi się łasić, czy  kręcić kierat bez zbytniego angażowania uwagi poganiacza) czy nie; w tej wersji oczywiście przeznaczeniem trzody jest zjadanie – czyli konsumowanie, a nie bycie zjadanym (chociaż kto wie – vide soylent green), co będzie podstawą do zachowania pozorów, że leseferystyczny model M(t2) > M(t1) działa i to działa na rzecz wszystkich, a jednocześnie taki układ będzie generować stały i o niespotykanej przynajmniej od czasów niewolnictwa skali tejkerso-degradujący (w wersji ekstremalnej – do statusu pod-ludzi) strumień memetyczny.

Inaczej mówiąc: pomimo tego, że modele dochodu gwarantowanego teoretycznie mogą stanowić postęp względem obecnego przymusu ekonomicznego, jednocześnie otwierają wrota do niezbadanej i niepokojącej krainy; krainy, której geometria potencjalnie będzie umożliwiać zbudowanie jeszcze głębszych podziałów, czego efektem może być wykreowanie permanentnej pod-klasy ­zdanej całkowicie na zmienne fluktuacje łaski kreatorów bogactwa. Taki scenariusz jest jeszcze bardziej prawdopodobny w środowisku, w którym – tak jak proponuje Livingston – środki dla stworzenia prolo-klasy para-próżniaczej, miałyby pochodzić z podatków ściągniętych właśnie od tych kreatorów bogactwa (i odpowiedno uzdolnionych minionków przez nich zatrudnianych). Naszym zdaniem – jeżeli już ludzkość zdecydowałaby się pójść w ten eksperyment – warunkiem jego przynajmniej częściowego powodzenia byłoby jasne rozdzielenie dwóch spraw – kontroli popytu i opodatkowania. Takie podejście polegałoby na tym, że kwota świadczenia dochodu bazowego byłaby funkcją możliwych do mobilizacji na potrzeby tej karykatury klasy próżniaczej zasobów podstawowych, tj. obiektów zamieszkania (w wersji optymistycznej: mieszkań; w realistycznej: pokoi czy łóżek w salach noclegowych), przydziału energii, paszo- i szmato-gadżetów, nie zaś funkcją cząstek pieniężnych, które uda się ściągnąć od kreatorów bogactwa, czyli od mejkersów.

W gospodarce zmonetyzowanej powszechne podatki są niezbędne, ale – jak wiemy ze starych wpisów o MMT – nie do tego, co wmawia nam od dziesięcioleci teolib, czyli nie do finansowania wydatków gubmintu. Podatki od-sprzedażowe służą do kontroli popytu (w praktyce neolibu to zdegenerowało się zresztą do funkcji trzymania prolo zdolności nabywczej pod butem), natomiast podatki od, powiedzmy, – bogactwa, służą służyć powinny uniemożliwieniu czy przynajmniej utrudnieniu czerpania dochodów z renty (ale o podatkach więcej może innym razem). Jeżeli zdrowo-rozsądkowa zasada kalkulacji/inwentaryzacji realnych zasobów zostanie złamana i jako podstawę do wdrożenia programu UBI przyjmie się cząstki pieniężne zebrane od aktywnych generatorów dochodów/zysków – degeneracja systemu, a następnie degeneracja społeczeństwa jest pewnikiem. Należy mieć obawy, że właśnie do skanalizowania współczesnych ekono-frustracji na ścieżkę takich dystopicznych procesów rozkładu zmierza randroidalna frakcja neolibu, która wydaje się coraz bardziej otwarta na pomysł UBI. Dlatego też – ciesząc się z każdej jutrzenki memetycznej, obnażającej pustotę totemu praco-kreacji i przeżytkowość etosu pracy – należy jednocześnie zawsze zachować czujność klasową, zwracając uwagę na detale proponowanych rozwiązań oraz starając się przewidywać długoterminowe skutki ich potencjalnych projekcji na stosunki kapitał-praca.

Naszym zdaniem znacznie lepszym rozwiązaniem praktycznym – lepszym zarówno od UBI, lepszym od wszelkiego rodzaju inwestycji narodowych oraz lepszym także od gwarancji zatrudnienia (w wersji, zakładającej proste zwiększenie agregatu prolo-godzin) – jest program radykalnej redukcji dopuszczalnego ustawowo wymiaru czasu pracy najemnej. Wychodząc z tej perspektywy należy przyznać Autorowi rację w tym zakresie, że powinniśmy skończyć z totemem pełnego zatrudnienia jako celu samego w sobie; ten posąg złotego graala apologetów kapitalizmu należy niewątpliwie obalić z piedestału. Z drugiej strony jednak pełne zatrudnienie może być objawem – pozytywnym efektem ubocznym czy odczytem lakmusowym wprowadzenia racjonalnej i radykalnej przebudowy całego systemu gospodarczego, zmierzającej do zasadniczej zmiany grawitacji (czy może raczej dokładniej do pozbycia się balastu obecnej fantomowej para-grawitacji cząstkowo-pieniężnej i praco-rozdającej), która za sprawą Wielkiego Lesefera ciąży – od 200 lat – nad stosunkami organizacji wytwarzania i pracy. Efektem jak się wydaje lepszym, aniżeli potencjalne wprowadzenie do tkanki społecznej trwałego podziału – na klasę produktywną – mającą być aliansem kreatorów bogactwa (Posiadaczy) i zatrudnionych przez nich garstki najbardziej wykwalifikowanych czy przynajmniej najbardziej efektywnych proli, oraz pod-klasę proli-tejkersów, którym taki nowy system wyznaczy rolę do aspirowania do statusu nowej klasy próżniaczej, która, z konieczności, będzie jedynie karykaturą oryginalnej, arystokratycznej czy burżuazyjnej leisure class; karykaturą, której wąskość ram czy poziom groteskowości dostępnego spektrum aspiracji będzie odtąd zawsze domyślnie funkcją skłonności łaskawo-rzucania odpadków  ze stołu, przy którym biesiadować będzie klasa aktywna – czyli ten nowy sojusz klasowy: unia kapitalistów z wybranym, przydatnym i produktywnym w nowych warunkach – warunkach praktycznego leseferyzmu fazy absolutnej nad-akumulacji – segmentem nad-proli.

Naszym zdaniem należałoby się poważnie zastanowić przed zawarciem takiego (na razie jeszcze hipotetycznego) nowego kompromisu (pod którym może ukrywać się nowy i być może określający stosunki produkcji na wiele dekad czy wieków pakt z Wielkim Leseferem; inaczej – czy Nowy Testament WL nie będzie tożsamy z zasadą plus ça change, plus c’est la même chose). Wolność od przymusu pracy najemnej – to brzmi kusząco – nie da się ukryć i być może są szanse, że taki układ byłby tak czy owak mniej opresyjny od bezsensownego drylu – nieustającej etoso-dyscypliny musztrowania armii rezerwowej. Ale czy nie byłoby znacznie lepszym i być może bardziej emancypującym i bardziej perspektywicznym rozwiązaniem przyjęcie paradygmatu dzielenia się pracą? Czy – wobec spodziewanych tendencji substytucji prolo-pracy czy fundamentalnych zmian technologicznych, które – zgodnie z proroctwami ala Bochniarz – mają czy muszą odesłać model pracy etatowej do lamusa – czy nie byłoby bardziej logicznym systemowe ograniczenie oczekiwanej nawet przez najbardziej zapalonych giermków Wielkiego Lesefera nad-podaży prolo-godzin?

Jako próbę (roboczą, może nie do końca udaną) metafory tych stosunków – weźmy totalnie może abstrakcyjny, ale być może w miarę dobrze oddający klimat współczesnego rynku pracy, przykład: Załóżmy, że występuje fenomen tak łatwego dostępu do węgla (który, jak się jeszcze dodatkowo okazało, jest abiotyczny, i mnoży się sam z siebie, tuż pod powierzchnią Ziemi), że praktycznie każdy, niewielkim nakładem, może otworzyć kopalnię – węgiel jest wszędzie. W efekcie marże branży są żyletkowo-cienkie – producenci padają jak muchy jeden po drugim, ale zaraz pojawiają się nowi, a ceny dla konsumenta są śmieszne – pali się tym shitem wszędzie – nie tylko w domach, ale i na przystankach czy głównych ulicach handlowych, żeby ciepłem zwabić klienta; ba – większość ludzi przerabia samochody na węgiel, bo to jazda prawie za darmo. Tyle tylko, że jako skutek uboczny cały glob jest wręcz zasnuty sadzą (załóżmy, że nikt się nie przejmuje GO – tak jak zresztą i to ma miejsce w rzeczywistości); trudno oddychać.

Co na to leseferyści? Wiadomo – wszystko cool – producentów masek do oddychania czeka boom. Co na to “postępowcy”? Może maski powinny być rozdawane za darmo? Albo może należy wprowadzić strefy wolne od spalania czy lepsze piece? Lub może lepiej płacić przedsiębiorcom za wstrzymanie się od wygrzebywania węgla? Co na to filozofia ala Livingston? Proste: rząd skupuje masowo węgiel (za środki uzyskane dzięki opodatkowaniu dochodów firm-grzebaczy czy z wprowadzenia obowiązku wykupu koncesji) i następnie odkłada czarne złoto na gigantycznych hałdach. Wydobycie – powiedzmy bez zmian, hałdy rosną, ale wskutek interwencji zmniejsza się też dostępność i za tym rosną też (być może) ceny – spalanie i smog – przy dobrych wiatrach – również spada (a może jednak strumień podaży, zalewającej rynek i tak wzrośnie, bo środki na interwencyjny skup są ograniczone przez podatki? Tego nie wiemy).

A co będzie odpowiednikiem naszego podażo-ograniczającego podejścia? Otóż musi to być brutalne wprowadzenie czapo-ilościowego limitu na wydobycie; ponieważ – jak to wyliczyli fachowcy – zużycie węgla jest co najmniej dwukrotnie większe, niż wymagają tego nasze warunki klimatyczne – wprowadzamy system puli koncesji – koncesji określających dopuszczalną ilość wydobycia w zagregowanym wolumenie, stanowiącym 50% ubiegłorocznego zużycia. Następnie o te kupony-pozwolenia na wydobycie konkretnych ilości węgla wszyscy chętni przedsiębiorcy będą się licytować – biorąc pod uwagę racjonalnie swoje własne zdolności do efektywnego dostarczenia dobra na rynek. Nasz mechanizm licytacji zapewnia stworzenie rynku, promującego najlepszych producentów, a jednocześnie gwarantuje racjonalną gospodarkę zasobem (i oczywiście zredukowanie smogu o 50%). Czy takie nakazowo-rozdzielcze czary-mary nie są bardziej spektakularne niż stare sztuczki Wielkiego Lesefera, czy nowa apologeto-kapitalistyczna magia, której istota ma polegać na wznoszeniu hałd “odpoczywającego” od pracy zasobu, którego gigantyczny wolumen z czasem coraz bardziej będzie raził oko, zaśmiecając krajobraz i prosząc się wykorzystanie?

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s