Fundusze strukturalne: przedłużenie doktryny szoku?

Tak jak było omawiane tu – neolibowa doktryna szoku w PL początku lat 1990-tych odniosła jedynie częściowy sukces; jako niepowodzenie należy odnotować przede wszystkim ograniczony postęp grodzeń, tzn. po przejściu neolibowych konkwistadorów spora część instalacji, instytucji oraz gruntów zachowała nadal status para-kolektywistyczny. Co istotne dla tej notki – duży kawałek tego tortu znalazł się ­– w efekcie różnych legislacji, wynikających z charakterystycznej dla kapitalizmu obsesji na punkcie wyodrębniania – pod administracją (i własnością) samorządów lokalnych. W tym wpisie chcieliśmy przedstawić prawdopodobny kierunek, zmierzający do załatania niektórych niedociągnięć doktryny szoku, który przebiegać może (z dużym prawdopodobieństwem) w formie bardziej strawnych dla elektoratu grodzeń pełzających, gdzie szereg z pozoru niepowiązanych procesów stopniowo, ale konsekwentnie i nieustępliwie prowadzić będzie do wydarcia znacznych obszarów z tej pozostałej po pierwszym frontalnym ataku domeny commons.

Nasz opis tego zjawiska – choć oparty na obserwacjach ze świata realnego – nie będzie miał na celu punktowanie jakiegoś konkretnego samorządu czy samorządowca i stąd nie będzie zawierać name- czy place-calling; taka dynamika, pod różnymi postaciami, może odbywać się gdziekolwiek, a przynajmniej gdziekolwiek tam, gdzie neoliberalny ustrój gospodarczy z zasady zapala zielone światło dla tego typu strategii czy po prostu prozaicznie wymusza taką a nie inną dynamikę automatycznie. Prawdopodobnie stworzenie takiego specyficznego środowiska, które z czasem będzie coraz bardziej wywierać presję na oddawanie czy pozbywanie się commons (w tym lokalnych naturalnych monopoli) pod kapitalistyczne grodzenia, było celem jednej z 4-ch kluczowych dla neoliberalizmu „reform” z 1999 r., tj. tej samorządowej (pod hasłem: więcej władzy w ręce lokalnych społeczności, ale cząstki pieniężne – najlepiej pod postacią kredytu – musita, wicie-rozumicie, zorganizować sobie sami; być może wykreowanie takich dwóch poziomów, na których odbywają się przepływy, czyni całość bardziej odporną na populizm – tzn. samorząd może łatwiej zgonić przyczyny swojej zaplanowanej impotencji w realizacji rzeczywistych potrzeb lokalnych zbiorowości na brako-pieniężność, tj. im większy wolumen całego finansowego „obrotu” gubmintowego zepchniemy w dół, tym metafora ‘państwo = takie trochę większe gospodarstwo domowe’ staje się bardziej wiarygodna).

Tłem dla całej tej historii są właśnie lata 1990-te, gdzie charakterystyką działań samorządów był generalnie marazm*, przynajmniej jeśli odniesiemy to do ery gorączki konstruowania całej gamy spektakularnych monumentów, której początek wyznaczył napływ kroplówki funduszy strukturalnych [FS] z UE (które to transfery –  jak się można domyślać –  miały na celu, pod maskę poprawiania konkurencyjności, łagodzić przewidziane i oczekiwane przez architektów euro-neolibu – przynajmniej do pewnego stopnia – stany  nierównowag wymiany handlowej czy generalnie nierównowagi rynkowych przepływów finansowych w ramach Wspólnoty; jednak ten raczej symboliczny wobec skali przepływów i skali nierównowag w ramach Wspólnoty gest w postaci tej akcji pod kryptonimem FS powoduje, że ucieczka w płacowy wyścig do dna i tak jest codzienną koniecznością dla słabych „partnerów”). Oczywistym jest, że dla elektoratu w PL kontrast percepcyjny (wizualny zwłaszcza) pomiędzy mizerią lat 90-tych – kiedy „nic się działo” – a obrazem obwodnic, akfaparków, stadionów czy centrów „kultury”, które zaczęły pączkować masowo po akcesji, stanowi dość trudny do kontestacji  „dowód” na to, że każdy samorządowy bonzo, który miał okazję podessać się pod ten strumień manny, jest dobrym gospodarzem. (Tzn. taki obrazek jest trudny do kontestacji bez uciekania się do rozwlekłego diatrybowania jak w naszych postach; jeszcze trudniejsze – w środowisku memetycznym, w którym UE postrzegana jest powszechnie jako antonim nirvany wolno-rynkowego prawdziwego kapitalizmu – będzie krytyczne podejście do FS bez uciekania się do retoryki prymitywistów z ksenofobicznego skrzydła miłośników socjal-darwinizmu.)

My tu w Pracowni okres napływu funduszy strukturalnych będziemy określać mianem „era neoliberalnego bizancjum” [NB] (czy może właściwszym określeniem byłoby: ‘lata NB’, ponieważ bliski koniec tej manny jest nieuchronny; z dużym prawdopodobieństwem po 2020 kurek zostanie definitywnie odcięty). Najbardziej rażącym przykładem NB jest chyba Hiszpania, ale i w Trzeciej Neoliberalnej ekstremalne przykłady marnotrawstwa są ogólnie znane. Tu sprecyzujmy stanowisko Pracowni (prawdopodobnie odmienne od opinii niektórych, zahipnotyzowanych np. wypasioną infrastrukturą drogową „postępowców” w tej sprawie): nasza definicja NB obejmuje nie tylko takie fenomeny jak lotnisko w Radomiu, czy rewitalizacja rynku we Włocławku; my do tej kategorii będziemy zaliczać zdecydowaną większość finansowanych w ramach FS przedsięwzięć – oprócz akfaparków i stadionów do NB zaliczamy też lotniska, autostrady oraz (jak na razie jeszcze nie rozpoczęte) programy typu kolej dużych prędkości [KDP] – słowem wszystko to, co jest absolutnie sprzeczne chociażby z zasadami poszanowania dywidendy termodynamicznej (nie mówiąc już o poszanowaniu prolo-czasu). Nie musimy chyba nadmieniać, że cały zamysł funduszy strukturalnych (głównie chodzi tu o podzbiór EFRR)  oparty był na prymitywizmie ekonomii podażowej i na swoistym kulcie cargo**, zakładającym nieuchronne wystąpienie (czy może bardziej adekwatnie mówiąc: zstąpienie) efektu spływania/skapywania – wkrótce/nie-za-długo, ale koniecznie po uprzednim zainstalowaniu pewnej gamy wizualnych emblematów, na które można się na co dzień natknąć, odwiedzając kraje o gospodarkach bardziej zaawansowanych. Zgodnie z zasadami kultu ekonomii podażowej napływ funduszy z założenia miał/musiał pozostawać w możliwie najwyższym stopniu neutralny dla reżimu NAIRU, a przez to koncentrował się przede wszystkim w obszarach o wysokiej materiałochłonności (drugą stroną medalu podejścia podażowego był strumień manny na szkolenia). (Inaczej mówiąc – wygenerowane w tych akcjach gubmintowe fale pieniężne miały z zasady krążyć głównie pomiędzy kapitalistami, dlatego też równolegle tworzone otoczenie – w tym zwłaszcza zaplanowana pro-wyzyskobiorcza polaryzacja neoliberalnego państwa – zapewniały komfortowe środowisko do duszenia plac pomimo napływu tych fal pieniężnych do gospodarki; częścią tej konstrukcji było/jest np. przetargowe kryterium nisko-cenowości posunięte do absurdu, czy zielone światło dla uelastyczniania, czego potwierdzeniem było planowe zimpotencjonowanie takich organów jak PIP).

Wracając jednak do głównego toku: w miastach, w których era NB zbiegła się z rządami administratorów równie silnie jak i pomysłodawcy całej tej akcji osadzonych memetycznie w kulcie cargo ekonomii podażowej (czyli w zdecydowanej większości przypadków) wystąpił efekt synergii, którego rezultatem stał się wyścig o wyrwanie jak największego kawałka z tortu FS (co następnie zapewniało wysoką pozycję w rankingach wykorzystania funduszy do epatowania skutecznością). Tutaj pominiemy już występujące z dużym prawdopodobieństwem zjawisko doboru konkretnych rodzai monumentów cargo pod potrzeby konkretnych firm (czy konkretnych osób); generalnie tak czy owak  – według naszej obserwacji – zdecydowana większość ‘projektów” na szczeblu lokalnym należy do kategorii „pożeraczy”; pożeraczy nie tylko funduszy (jak można by powiedzieć: amortyzatorów fal pieniężnych, które mają za zadanie powstrzymać skutki ewentualnego przeciekania takich fal na rynek pracy) – pochłanianych zarówno na etapie konstrukcji, ale także późniejszej eksploatacji, ale przede wszystkim pożeraczy zasobów – w tym oczywiście w znacznej mierze nieodnawialnych. Inaczej mówiąc jest to przykład realnego (czyli zasobowego) wnuko-obciążania (czyli: nawet w warunkach ziszczenia się najgorszych doomsayerowskich scenariuszy, nie mówiąc już o nieuchronnym w praktyce neolibu spełnieniu się dynamiki wyschnięcia źródeł cząstek pieniężnych w budżetach, czy to autostrada*** czy do pewnego momentu także i stadion, będą indukować potrzeby dalszego pompowania/marnotrawstwa zasobów, ponieważ obraz krzywej malejących korzyści z takich obiektów będzie jeszcze przez długi czas maskowany przez samą świadomość gigantycznego wolumenu poniesionych wcześniej nakładów ­–  psychologiczny efekt wyparcia rzeczywistości: im więcej zainwestujesz – czy to finansowo czy memetycznie – tym trudniej wycofać się na racjonalne pozycje).

Ale w obecnym reżimie praktycznego leseferyzmu najistotniejszym (i wystarczającym, żeby uruchomić odpowiednie procesy) elementem tej układanki będą właśnie przepływy finansowe. Wiemy, że wykorzystanie FS uwarunkowane było wniesieniem udziału własnego (średnio coś w granicach 30-35%). Mimo, że taki poziom środków własnych wydaje się być atrakcyjny, mając na uwadze zagregowane wolumeny strumieni (oraz wspomnianą wyżej dynamikę rzucania się szczerbatego na suchary) budowa większej części lokalnego NB nie byłaby możliwa BEZ znacznego zadłużania się gmin. Efekty wdrożenia planu pod kryptonimem „bizancjum jako dowód, że neolib działa” znalazły dość szybko odzwierciedlenie w bilansie naszego przykładowego (anonimowego) samorządu:

dlug2

Co należy podkreślić: w kapitalizmie tzw. „dług” publiczny jest instrumentem dostarczania aktywów finansowych sektorowi prywatnemu, stąd nie mamy tu zamiaru krytykować faktu zadłużenia samorządów per se; perspektywa takiej ewentualnej krytyki zależeć będzie od skłonności rządu centralnego do przyjęcia tego samorządowego źródła generacji IOU na własną klatę, czyli do bilansu centralnego (oraz oczywiście od celowości  czy zasadności takiego indukowania finansowych IOU). Jak wiemy jednak, każdy rząd krajowy, chcący pozostawać w ramach wyznaczanych przez paso-zaciskaniową manię monetarystyczną (zwaną jako regułę zdrowych finansów), która wyznacza mechanikę gospodarek UE, jest praktycznie sparaliżowany, jeśli chodzi o politykę fiskalną; tzn. generacja pieniężnych IOU przez samorządy odbywa się (zapewne zresztą zgodnie z założeniami całego pan-europejskiego pakietu leseferystycznych paktów fiskalnych) faktycznie na zasadzie ‘regionu jako zeskalowanego kilka rzędów wielkości w górę gospodarstwa domowego’. Tj. praktycznie całe nasze bizancjum jest (i ma być w przyszłości) funkcjonalnie finansowane przez podatników, tzn. w ramach zdolności gmin do wyekstrachowania cząstek pieniężnych z lokalnych społeczności.  Jest oczywistym, że w takim środowisku (jeżeli nic się nie zmieni) musi – prędzej raczej niż później – wystąpić dynamika lokalnej utraty płynności – i nie wątpimy, że ta aranżacja jest całkowicie zamierzona i ma na celu akcelerację kapitalistycznych grodzeń, bowiem w najbliższej przyszłości nie ma co liczyć na jakąś spektakularną akcję oddłużania samorządów przez gubmint centralny, który też przecież jest uwikłany – formalnie przynajmniej – w szaleństwo budżetowania (musi prowadzić swoje rachunki jak chytra baba rozważna i odpowiedzialna gospodyni domowa z Radomia czy skądkolwiek). Należy zauważyć, że całość tej dynamiki odbywa się w środowisku: im lepsze wykorzystanie FS tym większe musi być zadłużenie, a sam charakter tych „inwestycji” dodatkowo zapewnia z reguły perspektywy ponoszenia dalszych kosztów eksploatacyjnych (czy w kategoriach realnych – pochłaniania zasobów) w długiej, długiej przyszłości – najczęściej przy pomijalnych korzyściach krańcowych dla lokalnej populacji, w tym zwłaszcza znikomej dla dolnych decyli; czyli samo-nałożenie jarzma nie będzie miało charakteru li tylko epizodycznego – raz zainstalowane bizancjum sięga także do portfela (finansowego ale i zasobowego) wnuków.

Oczywiście można sobie wyobrazić takie wykorzystanie funduszy strukturalnych, które dążyłoby do zmniejszenia kosztów codziennego funkcjonowania proli – np. wrzucenie maksymalnie możliwej puli na cele budownictwa komunalnego (nawet nie-socjalnego, ale np. samofinansującego się w oparciu o realne koszty budowy). Ale taka ścieżka została skutecznie odcięta począwszy już od pierwszej fazy introdukcji neoliberalizmu – raz jako wyczekiwane przez elektorat „uwłaszczenie” (zastąpienie konceptu wartości użytkowej fantomowym napompowaniem bogactwa, a raczej „papierowej” wyceny aktywów; papierowej – przynajmniej dopóki nie będzie zrealizowany akt sprzedaży); dwa – „zluzowanie” samorządów z obowiązków utrzymywania substancji mieszkaniowej – co w dalszej perspektywie otworzyło wrota dla koncentracji środków w kierunku konstruowania czystych (neutralnych z punktu widzenia bieżącego prolo-bytu) form bizancjum, czyli łatwo zauważalnych dla każdego monumentów-emblematów postępu, co  miało – zapewne w założeniu – stać się trudnym do kontestacji wyznacznikiem rozwoju (więcej o mechanice destrukcji budownictwa nie-komercyjnego było pisane tu)

Jako „bonus” – efekt uboczny komercjalizacji budownictwa w oparciu o decyzje centralnych planistów prywatnych – na szczeblu lokalnym urosła nam w piórka znacząca nowa siła: dewelocwaniacy, których skumulowane aktywa finansowe pozwalają już gdzieniegdzie wywierać bezpośredni wpływ na biurokrację samorządową, przy czym te procesy przejmowania sznurków przez lokalny kapitał zaczynają w coraz większym stopniu odbywać się w zasadzie bez nadmiernej troski o utrzymanie tych fluktuacji motywów, kierujących decyzyjnością, na rozsądnie dyskretnym poziomie (deweloperka na szczeblu lokalnym sadowi się podobnie jak kompleks finansowy, wydobywczo-paliwowy czy militarny w stosunku do gubmintu centralnego). To, że podmioty lokalnie silne kapitałowo coraz częściej otrzymują dokładnie takie plany zagospodarowania jak sobie tego życzą (czy też, że strumienie z NB płyną w np. kierunku zapewnienia obsługi przyszłych obszarów budownictwa komercyjnego) w środowisku kultu cargo jak i kultu praco-rozdawania czy „inwestowania” nie powinno zresztą dziwić – po dekadach pompowania ewangelii Wielkiego Lesefera prole są już pogodzone z wersją, że bezpośrednie zasilanie kieszeni kapitalistów manną to w zasadzie jedyny dostępny (choć rzadko skuteczny) sposób na poprawienie dystrybucji niezbędnego do prolo-funkcjonowania środka kool-aid  jakim jest magiczny proszek praco-wciągania.

Czyli te procesy – nazwijmy to „mechanika post-szokowych pełzających grodzeń” – będzie w skrócie przebiegać następująco: W pierwszym etapie na elektorat zostaje rzucony urok „niepowtarzalnej” okazji skorzystania z FS; nieskorzystanie z dofinansowań rzędu np. 70% wydaje się być grzechem większym, niż nawet zwyczajowo przyjęte jako jeden z brutalniejszych występków przeciwko Weilkiemu Leseferowi złamanie dyscypliny zdrowych finansów (w narracji prymitywistów neoliberalnych działać ma to jak gdyby za każdym razem, zaciągając kredyt na karcie, otrzymujesz 70% pay-back, ale pod warunkiem, że kupujesz gadżety kompletnie nieprzydatne w twoim gospodarstwie domowym i których nie będziesz mógł później sprzedać na allegro; mimo tych minusów posiadanie tych rzeczy niewątpliwie sprawia, że twoje bieżące notowania wśród sąsiadów i znajomych idą zdecydowanie w górę). Jak to bywa w środowisku nadzwyczajnych przecen, liczy się czas i zdecydowanie – trzeba złapać okazję, bo inne gminy nas prześcigną, zaraz będzie za późno, fundusze uciekną etc. Bierzesz albo przegrywasz (jak przysłowiowa baba – nomen omen –  z Radomia). W tym klimacie debatowanie sensowności projektów będzie prawie tożsame z przegapieniem naszego momentu, a więc w efekcie musimy dać naszemu sprawnemu gospodarzowi wolną rękę, na jakie obiekty NB zmarnuje wykorzysta te strumienie FS, albo obudzimy się z ręką w leseferystycznym nocniku – z niczym. Jeśli wszystko pójdzie dobrze – nasz sprawny neoliberalny gospodarz dostanie bez wątpienia kredyt społecznego zaufania – gość złapał byka za rogi! Manna spłynęła, a miasto błyszczy nowiutkim marmurem i podświetlanymi fontannami. Hej, chyba pamiętasz, jak to xujowo wyglądało to wszystko w l. 90-tych, z połamanymi prl-owskimi płytami chodnikowymi i zagrzybionym brutalistycznym basenem z czasów Gomułki?

Ten kredyt zaufania (w połączeniu z efektami łał!, które indukuje majestatyczność pomników NB-cargo) neutralizuje lokalnie histerię długu publicznego (tzn. miejscowa populacja będzie się bardziej przejmować fantomem wnuko-obciążania przez krajowe ujemne wyniki fiskalne – których efektów zresztą nie można z reguły „dotknąć” w przeciwieństwie do jak najbardziej namacalnej nowiutkiego interaktywnego wodotrysku  – aniżeli rzeczywistym – tj. wymagającym zbierania cząstek pieniężnych celem spłaty – długiem samorządu wyemancypowanego od centralnego gubmintu). Jednak – w środowisku, gdzie centralny gubmint podąża konsekwetnie ścieżką zdrowych finansów i przez to będzie z reguły nieskory organizować bail-outy dla samorządów – prędzej czy później nadejdzie moment, który wymusi przełączenie z trybu „rozwijania” na tryb „odpokutowania” rozwiązłości finansowej, czyli austerity – prawie dokładnie według schematu, które przećwiczyły „lokalne” (w warunkach reżimu euro) rządy Hiszpanii czy Grecji.

Jeżeli – co bardzo prawdopodobne –  w tej, powiedzmy trzeciej fazie pełzającego domykania kapitalistycznych grodzeń – elektorat da się uwieść urokowi neoliberalno-cargo-kultowego gospodarza (obdarzając Go/Ją kredytem zaufania, za którym przecież stoją namacalne projekcje prosperity) jest jasne, że będzie to najlepszy moment na totalną wyprzedaż pozostałości aktywów para-kolektywistycznych, pozostających pod zarządem gmin. Oczywiście żaden logicznie myślący Posiadacz/wierzyciel nie będzie zainteresowany monumentami NB – o nie. Na tym etapie gra będzie toczyć się o lokalne monopole – wodociągi, przedsiębiorstwa generacji energii i ciepła czy nieruchomości – budynki i instalacje komunalne czy grunty. Cały ten domykający proces – przy wspomaganiu odpowiednim ostrzałem leseferystycznych myślo-czołgów – będzie mógł być z łatwością sprzedany pod hasłem ratowania pieniędzy lokalnych podatników, czy optymalizacji procesów (w których magia wolno-rynkowa zamieni nadmierne koszty nie-ześmieciowionych dotąd wynagrodzeń w dywidendy – co będzie rynkowym odzwierciedleniem wzrostu efektywności). Zresztą – nawet jeśli gospodarzem zostałby przypadkiem ktoś, kto nie do końca podąża literą Wielkiego Lesefera – jakie inne opcje miałby do dyspozycji w krajowym zatęchłym środowisku monetarystycznym? Podwyżki lokalnych podatków, opłat, biletów zbiorkomu? Oszczędności typu wygaszenie dotowanych imprez na świecących nowiutkich obiektach naszego bizancjum czy obcięcie zamaskowanej pod banerami reklam promocji regionu praktyki napychania kieszeni przewoźników lotniczych, oznaczałoby krok wstecz na naszej drodze ku wyższej cywilizacji, gdzie dobrobyt po prostu ma wylądować w końcu z przestworzy automatycznie pod warunkiem, że na miejscu będą odpowiednie znaki czyli nasze cargo-gipso-kartonowe, szklano-stalowo-betonowe, asfaltowe czy nawet marmurowe wydmuszki, z których jesteśmy tak dumni i po których tak wiele spływania oczekujemy? Jakie szanse społecznego poparcia miałby taki hipotetyczny obrońca własności komunalnej, działający – chcąc czy nie chcąc – w środowisku pieniężno-cząsteczkowej świętości długów?

Czy cały ten mechanizm zsyłania datków na budowę bezużytecznego i jakby zaprogramowanego do przeżerania cząstek pieniężnych jak i realnych zasobów na cele zaspokojenia próżności NB w taki sposób, że na logicznym końcu tego procesu jedynym wyjściem staje się  domknięcie procesu kapitalistycznych grodzeń – jest wynikiem dokładnie przemyślanej strategi czy po prostu taki bieg rzeczy wynika sam z siebie, automatycznie – pod warunkiem przyjęcia wolnościowego słowa Wielkiego Lesefera za dobrą monetę – to nie robi wielkiej różnicy. Te procesy degradacji będą postępować, dopóki ludzie nie wybudzą się z neoliberalnego maja, gdzie czujemy się zobowiązani obdarzać szacunkiem zasoby fantomowych cząstek pieniądza oraz figury praco-rozdawaczy, podczas gdy pogarda dla prolo-czasu oraz środowiska jest normą, i wierzymy – w ramach jakiegoś globalnego memetycznego kultu cargo –  że w zamian za przyjęcie takiego paradygmatu gospodarczego Wielki Lesefer w nagrodę będzie nam w nieskończoność zsyłać coraz większe ilości manny-dywidendy termodynamicznej do napędzania tego szaleństwa NB.

______________

* pamiętacie może, jak w l.90-tych lokalne społeczności były terroryzowane brakiem środków nawet na paliwo do radiowozów?; zdaje się, że organizowano nawet jakieś zbiórki na załatanie tego typu brako-pieniężności i przyznajemy, że wtedy dawaliśmy się również uwieść tej pseudo-logice konieczności paso-zaciskania; zauważmy, że od kiedy sformułowana została potrzeba budowy NB, tego typu memetyka została „wycofana” z uwagi na zbyt oczywisty kontrast z gigantycznym wolumenem manny kierowanej na monumenty – emblematy „sukcesu” modelu neoliberalnego.

** celna metafora porównująca lotniskowo- czy stadionowo-budowlane ekscesy samorządowców do prób podejmowanych po IIWŚ przez pacyficznych wyspiarzy – w postaci wznoszenia bambusowych wieży kontrolnych i radiostacji uwitych z tego samego materiału – jako podobnie skutecznych metod na sprawienie zstąpienia cargo – nie jest (niestety) naszego autorstwa; nie jesteśmy też w stanie podać, kto pierwszy użył publicznie tego adekwatnego porównania.

*** naszym zdaniem autostrady nie są budowane celem oszczędzania dywidendy termodynamicznej, choć te „inwestycje” są często prezentowane w takim właśnie zielono-świetle; w rzeczywistości – podobnie jak z lotniskami czy KDP  – chodzi tylko o szybkość i elastyczność przepływów towarów czy zasobów ludzkich; mem Wielkiego Kalkulatora Rynkowego obiecuje jego skuteczność alokacji zasobów pod warunkiem zastosowania zawsze najszybszych możliwych technicznie magistral wymiany.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s