Neoliberalizm a wysoki udział państwa w PKB – o co chodzi?

Historia ekonomii wskazuje, że pojawienie się rynków narodowych w żadnym przypadku nie było rezultatem stopniowej i spontanicznej emancypacji sfery ekonomi spod kontroli rządu. Przeciwnie, rynek był efektem świadomej i często brutalnej interwencji rządowej, która narzuciła rynkową organizację społeczeństwa dla osiągnięcia celów innych niż gospodarcze. – K. Polanyi “Wielka Transformacja”

„Nakarmcie sytych, a będzie wam dane” – Księga Przypowieści Wielkiego Lesefera [1:01]

Jeżeli chcieć by zdefiniować neoliberalizm w najkrótszych słowach – na wzór hasła: komunizm to władza rad + elektryfikacja – można by ten model określić jako: N. = bezwład rad + rezerwowa armia bezrobotnych. (Bezwład rad – czyli zdyscyplinowanie systemu 1 obywatel = 1 głos za pomocą twardej ma-te-ma-ty-ki rynkowej.)

Można zauważyć, że wspólnym mianownikiem wszystkich trzech faz neoliberalizmu (omawianych tu i tam), a szczególnie faz 2 i 3, było dążenie do stworzenia takiego systemu/reżimu, w którym aparat państwa (dalej zwany gubmintem) będzie poddany takiej właśnie dyscyplinie. Ta obserwacja pozwala na bardziej precyzyjne zdefiniowanie problemu, jaki dla proli stanowi niewątpliwie neoliberalizm, choć należy pamiętać, że mało który prol – zgodnie z założeniami – ma odpowiedni aparat poznawczy czy w ogóle czas na dostrzeżenie tego neolibo-słonia w swoim pokoju. Wg. dość popularnej hipotezy, która zakłada, że neoliberalizm to dążenie do ograniczenia udziału państwa w gospodarce, neoliberalizmu „nie ma” (przynajmniej jeszcze!), bo praktycznie nigdzie % sektora publicznego znacząco się nie kurczy. Jednak w płycie instalacyjnej do wgrania neoliberalizmu do krajowego ustawodawstwa  (program do ściągnięcia: wyszukaj pod nazwą „Konsensus Waszyngtoński”) wcale nie występuje komenda: ‘zredukuj udział gubmintu w pekabie’. Owszem – „grodzenie” w neoliberalizmie jest zawarte w linii komend (w zależności od wersji) nr 8 : ‘prywatyzuj’ i to postępuje OK po wgraniu programu tak, że coraz to nowe kawałki wydzierane są automatycznie spod domeny kolektywistycznej; jednocześnie jednak rośnie często udział sektora publicznego w innych obszarach – jak biurokracji, militaryzmu czy wydatków na budowę infrastruktury czy R&D (które mogą być następnie zutylizowane przez kapitalistów do generacji zysków, zgodnie z algorytmami prymitywistycznej ekonomii podażowej).

Należy zaznaczyć, że takie zjawiska jak przyrost administracji czy np. bizantyjskie „inwestycje” krajowe czy samorządowe (akfaparki, stadiony, monumentalne centra „kultury”, w których z rzadka uświadczysz prola, bo służyć mają one przede wszystkim jako miejsca, w których lokalni bonzowie biznesu, polityki oraz credentialed class będą się spotykać się celem wzajemnego poklepywania się po plecach; jest to, nawiasem mówiąc, kolejny przykład postępu względem czasów, gdzie świątynie feel-good samo-poklepywania się musiały być finansowane przez samych kapitalistów) są perfekcyjnie kompatybilne z neoliberalizmem. Inaczej mówiąc: neoliberalizm polega na systemowym i trwałym poddaniu aparatu państwa szczególnej dyscyplinie rynkowej, nie zaś na zmniejszeniu relatywnego rozmiaru zagregowanego sektora publicznego (zmniejszenia % gubmintu w PKB). Dyscyplina ta z kolei polegać będzie NIE na ograniczaniu zagregowanych wydatków rządowych, a ograniczaniu CELÓW, jakim te wydatki mogą służyć. A konkretnie – główną kategorią celów, która będzie przedmiotem szczególnie twardej dyscypliny rynkowej, mają być wszelkie wydatki, które mogłyby naruszać podstawę neoliberalnego modelu podziału dochodu narodowego, jakim jest reżim NAIRU, czyli systemowe utrzymywanie presji, mającej zapobiegać wzrostom płaco-cen. Podstawowymi elementami NAIRU będzie zaplanowane utrzymywanie nawozu rezerwowej armii (której żołnierze są zwani w slangu leseferystów tejkersami albo welfare queens/kings) oraz minimalizacja socjalu tak, żeby standardowy prol znajdował się nieustannie w sytuacji przymusu ekonomicznego – gotowości do przyjęcia zawsze każdej, nawet najbardziej podłej oferty zatrudnienia od mejkerso-dżono-galtów (wyzyskobiorców). Dyscyplina rynkowa może być natomiast poluzowana wszędzie tam, gdzie zapewnione będzie działanie funkcji by-pass (obejścia) leseferystycznej bazowej interakcji ‘kompost rynku pracy –> wyzyskobiorcy’ czy ‘podstawowe potrzeby –> stowaryzowany obieg’ – tzn. inaczej im bardziej bezpośredni (krótki) będzie obieg pieniężnych fal: ‘wydatki budżetowe –> kieszeń kapitalisty’, tym większy będziemy mieć poziom kompatybilności gubmintowej polityki z neoliberalną dyscypliną.

Wydatki administracyjne, choć częściowo – poprzez chociażby sam fakt tworzenia biurwo-etatów, podbierających prolo-podaż – sprzeczne z NAIRU, są tolerowane, ponieważ prawdopodobnie* rosnący stopień złożoności współczesnej gospodarki wręcz wymusza coraz szybszy przyrost kosztów czy wolumenu administracji, co wynikać może z zasady malejących marginalnych korzyści, czy spadającego wskaźnika nakłady/korzyści, które to zjawisko jest inherentną cechą organizacji społecznych o wysokim stopniu skomplikowania – vide J.A. Tainter The Collapse of Complex Societies; być może coraz większe dawki biurokracji są środkiem podejmowanym jako próby łatania geometrycznie kumulujących się błędów praktycznego leseferyzmu; retuszowania do postaci wizualnie zgodnej z ilustracjami z wielko-leseferowej wersji Strażnicy na zasadzie podobnej, jak zużyty silnik potrzebuje coraz większych dawek oleju, żeby toczyć do przodu wyeksploatowany wehikuł. Poza tym należy zauważyć, że bezrobocie na poziomie znacznie więcej niż zadowalającym (z perspektywy NAIRU) utrzymuje się POMIMO rosnącego zatrudnienia w biurokracji, a podstawowe stanowiska administracyjne są oznaczane metkami z takimi atrakcyjnymi przeceno-płacami i bazują na dowolnie zrywalnych kontraktach tak, że można traktować większość biurwo-wyrobników praktycznie również jako część bufora rezerwowej armii siły roboczej, tyle że przynajmniej utrzymywanego w lepszej od bezroboli gotowości już przez sam fakt nałożenia jakiś obowiązków, czy chociażby drylu przychodzenia do pracy, co wynika z kontraktów zatrudnienia.

Państwowe wydatki militarystyczne, infrastrukturalne oraz bizantyjskie są z punktu widzenia Wielkiego Praktycznego Lesefera (nie wiedzieliście, że WL może wystepować pod różnymi wcieleniami? czujcie się oświeceni!) well-OK, ponieważ po pierwsze nie stanowią zagrożenia dla reżimu NAIRU, a po drugie, służą podtrzymaniu modelu gospodarczego opartego na motywacji zysku, dostarczając kapitalistom-producentom kroplówkę pro-sprzedażową, która to witamina jest zawsze deficytowa w monetarystycznym środowisku płaco-duszenia (jest to o tyle sprytna metoda iniekcji popytu, że nie niszcząc kultury kompostu armii rezerwowej, jednocześnie przy okazji automatycznie buduje nowy wymiar prolo-polaryzacji – na biurwy – czyli kolejnych tejkersów, oraz całą resztę proli, która musi tą nadbudowę finansować swoimi podatkami, a przy okazji jeszcze leseferystyczne myślo-czołgi zyskują otwarte pole do ofensywy pt.: „trzeba wzmocnić wysiłki celem wprowadzenia prawdziwej wolności gospodarczej”; voila: mamy memetyczne perpetuum mobile).

Projekty infrastrukturalne, dodatkowo, zgodnie z filozofią ekonomii podażowej, ułatwiać mają kapitalistom prowadzenie ich działalności i stanowią element polityki pro-wyzyskobiorczej (czy zwłaszcza pro-eksportowej, którą lubi się szczycić każdy neoliberalny gubmint; poza tym, zza ekranów drogowych nie widać symptomów ucieczki niekompatybilnych proli w zbieractwo-łowiectwo czy w zbójowanie, ani też naprędce bez-kredytu-zbudowanych szałasów tych plemion). Ale dla porównania – takie przedsięwzięcia jak np. budowa niekomercyjnych mieszkań będą się już mieścić w kategorii działań zdecydowanie wrogich neoliberalizmowi, ponieważ w oczywisty sposób są zagrożeniem dla interesów śmietanki współczesnego kapitalizmu, czyli kompleksu dewelocwaniacko-banksterskiego. Dzięki temu, że neoliberalne państwo, „zapewniając” brak mieszkań np. komunalnych motywuje skutecznie proli do zaciągania kredytów kwadratowych, banksterka może następnie smarować kapitalistyczną gospodarkę wykreowanym podczas takiej akcji kredytowej pieniądzem.

Czyli wspomniany na początku bezwład neoliberalnego państwa nie polega na tym, że udział gubmintu podlegać będzie systematycznemu okrajaniu; o nie: w obecnej fazie nad-akumulacji i nadwyżek zdolności produkcyjnych odłączenie gubmintowej aparatury do wymuszonego przetaczania strumieni pieniądza oznaczałoby kryzys na niewyobrażalną skalę (a w konsekwencji niechybny i prędki upadek całego modelu produkcji; pytanie: czy w związku z tym należałoby perwersyjnie popierać postulaty mizesologów? raczej nie sądzimy: ofiara, którą musiałyby złożyć społeczeństwa w okresie „przejściowym”, byłaby niewątpliwie gigantyczna, a piętno procesów barbaryzacji jest potem trudne do wymazania). Istota bezwładu tkwi w systematycznym okrajaniu dostępnego gubmintowi (czy większości parlamentarnej) katalogu celów czy obszarów, do których można przetaczać pieniądzo-strumienie.

Reasumując: wbrew pozorom nie występuje wcale logiczna sprzeczność pomiędzy neoliberalizmem a rosnącym udziałem sektora publicznego w PKB; państwo z przerośniętą administracją i rozdętymi wydatkami może doskonale koegzystować symbiotycznie z kreatorami bogactwa, przynajmniej dopóty, dopóki aparat gubmintu (w tym organy ustawodawcze) poddane są właściwie sprofilowanej rynkowej dyscyplinie. Za ekspresję neoliberalności państwa należy zatem uznać wszelkie trendy do zacieśnienia takiej dyscypliny. Stąd np. nawet rząd, który zdecyduje się ustanowić jakąś nową pozycję w katalogu wydatków tzw. socjalu, ale z drugiej strony będzie entuzjastycznie dążył do zawarcia międzynarodowych traktatów wolnego handlu, przez które dominacja dyscypliny rynkowej zostanie nieodwracalnie wzmocniona (i jednocześnie będzie zdeterminowany do nałapania dodatkowych cząstek pieniężnych na potrzeby sfinansowania swoich monetarystycznych para-socjalnych programów) – taki gubmint zdecydowanie należy zakwalifikować jako neoliberalny.

No i nie zapominajmy – środowisko M(t2) > M(t1) (gdzie w tym przypadku t1 to początek kadencji, a  t2 jakiś punkt, leżący gdzieś na prawo na osi czasu) nadaje także melodię, w rytm której wibrować będą nasi polityko-wybrańcy (w większości niestety są to jednostki o psychopatycznej charakterystyce, gdyż właśnie chyba taka pozwala czuć się komfortowo w środowisku ciągłych interakcji ze współczesnym aparatem medialnym, który zorientowany jest na masową ewangelizację skryptami Wielkiego Lesefera w wersji prolo-przystępnej), posiadający zacięcie w kierunku samo-realizacji poprzez publiczne podwieszanie się na rozwiniętej przez Posiadaczy i ich myślo-czołgi (i spolaryzowanej z reguły korzystnie według różnych, nic-praktycznie-dla-proli-nie-znaczących osi) a-ekonomicznej politycznej pajęczynie (a-ekonomicznej, ponieważ akurat na tej konkretnej osi nie występuje żadna znacząca polaryzacja; tzn. np. można spierać się czy 500+ jest dobre czy złe dla gospodarki, natomiast nie można podważać tego, że do tego programu potrzeba nałapać skądś tam cząstek pieniężnych; inaczej: we współczesnej polityce jest tylko jeden biegun odniesienia dla debatowania spraw ekono-, który wyznacza w przybliżeniu jakieś oswojone ujęcie skryptów Wielkiego Lesefera, jak np. czytanki czy czytadła Mankiwa; jeśli jakaś polityczna marionetka** bąknie coś, co nie jest kompatybilne z takim ekono-holografo-światem, natychmiast zostanie medialnie rozszarpana przez ekspertów, którzy całe życie spędzili i zjedli zęby właśnie w tym równoległym holo-świecie. Tak jak w przypowieści cytowanej na wstępie – chcesz nakarmić głodnego – to sam możesz skończyć jako kompost na śmietniku rynku pracy, kiedy kadencja się skończy, bo nie-sytym nie dany jest klucz do obrotowych drzwi.


* hipotezę to trudno byłoby może udowodnić ma-te-ma-tycz-nie, ale umocowana jest ona w faktycznie obserwowalnym trendzie pączkowania biurokracji, występującym w większości rozwiniętych gospodarek praktycznego leseferyzmu

** W systemie tzw. demokracji reprezentatywnej każdy polityk teoretycznie wręcz powinien być marionetką – marionetką w rękach swoich wyborców – tak więc w samym takim określeniu nie ma jeszcze niczego deprecjacyjnego; problem leży raczej w tym, że już wybrane marionetki z reguły zrywają się z uwięzi swojego elektoratu, preferując zamiast swoich dotychczasowych więzi takie sznurki, po których może trickle-down-spłynąć na nie nektar. Możliwości przearanżowania takiej scenografii omówimy może kiedy indziej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s