Alert leseferystyczny: Tramp zabierze pracę Chińczykom! (Albo i nie.)

Dzisiejszy wpis został zainspirowany notką (na którą uwagę zwróciliśmy oczywiście skuszeni tytułem rodem niczym z Fucktu) z wybizu. O ile większość notek (i ich autorów) na wybizie nawet nie próbuje ukrywać swojej leseferystycznej instrumentalności – i żeby każdą z nich odpatologizować Pracownia musiałaby być czynna 24h/dobę – o tyle akurat teksty autorstwa tego konkretnego członka wybizowej neoliberalnej załogi wydają się przynajmniej nieźle ogarniać zagadnienia makro (w tym także tematy pieniądza, co jest rzadkością). Ogólną tezę notki, nad implikacjami której chcieliśmy się dziś skupić, oddaje cytat:

Tak się składa, że największym importerem świata od lat są Stany Zjednoczone. Ich deficyt handlowy to setki miliardów dolarów rocznie. Jeśli Trump chce to zmienić i ten deficyt zlikwidować, to nieunikniony będzie jeden z dwóch efektów: po pierwsze na świecie może pojawić się inny równie duży i bogaty importer. Niestety w tej chwili trudno wskazać jakiegokolwiek kandydata do tej roli. USA rocznie kupują za granicą więcej niż pozostałe 29 państw z pierwszej trzydziestki największych importerów świata łącznie. Pozostaje efekt drugi: na świecie będzie musiał zniknąć eksport o ogromnej wartości. Bo skoro eksport zawsze jest równy importowi, to przy spadku importu gdzieś na świecie, musi też gdzieś indziej na świecie zniknąć eksport.

Teza jest jak najbardziej prawidłowa, jak i trafne są (ale tylko w szczególnym środowisku memetycznym, o czym za chwilę) wnioski w zakresie skutków hipotetycznego sukcesu buńczucznie zapowiadanego przez Trampozaura programu redukcji deficytów handlowych US:

Proszę sobie teraz wyobrazić co się dzieje w Chinach, Niemczech i Rosji, kiedy ich eksport spada o połowę. Mamy kompletny kryzys w tych gospodarkach. Nie ma dla kogo produkować, więc trzeba ograniczać produkcję, więc zwalniać ludzi z pracy, bezrobotni stają się biedniejsi, więc spada też popyt na rynku krajowym, czyli trzeba dalej ograniczać produkcję, i tak dalej i tak dalej. Potem to się przenosi na kraje sąsiednie, na innych partnerów handlowych. Na przykład Niemcy z przetrąconym eksportem ograniczą zamówienia podzespołów i innych towarów w Polsce (mamy z Niemcami nadwyżkę handlową). W ten sposób mamy także gotowy kryzys w Polsce. Katastrofa gospodarcza rozprzestrzeni się na cały świat.

Mówiąc dokładniej: hipotetetyczno-kasandryczna teza wybiziaka (z którym ponownie trzeba się zgodzić w tym, że ziszczenie się protekcjonistycznych planów Trampozaura jest bardzo mało prawdopodobne) jest prawidłowa, dopóki poruszamy się w ramach algorytmu M(t2) > M(t1), który obecnie bez wątpienia jest tym, co determinuje globalnie logikę takich specyficznych zachowań czy strategii aktorów. Specyficznych – bowiem jeśli chwilkę zamyślimy się głębiej nad tym doomsayerowskim scenariuszem – zauważymy dość dziwną prawidłowość: rozwój szeregu krajów przyjmowany jest jako w znaczącym stopniu zależny od wysyłania swoich realnych zasobów gdzieś daleko za oceany; w zamian tacy wysyłacze otrzymują jakieś elektroniczne zapisy, reprezentujące finansowe IOU, i właśnie te zapisy jak gdyby wyświetlają nam to, czy ten rozwój postępuje i czy w odpowiednim tempie. Co więcej – takie kraje, oprócz tego, że wysyłają dobrowolnie za granicę jak najbardziej namacalne dobra, posiadające niewątpliwie wartość użytkową (na które to dobra chrapkę miałoby mnóstwo ich własnych obywateli), to dodatkowo jeszcze znaczna część populacji (prolo-zasobu) takich krajów spędza mnóstwo czasu po to tylko, żeby wyprodukować własnymi rękami gadżety, które wylądują w koszyku jakiegoś obywatela krainy Konsumenta Ostatniej Instancji. Czyli – te zagraniczne elektrony mają chyba jakiś związek z praco-rozdawnictwem, zatem pewno są dobre? Jednak cały ten ciąg zaczyna – po chwili refleksji – nasuwać podejrzenia o jakieś szaleńcze marnotrawstwo przez pozbywanie się rodzimych zasobów – o co tutaj chodzi?

Mechanizm tego odejmowania sobie od ust po to, aby nakarmić łyżeczką naszego “konkurenta” w globalnej wymianie handlowej jest możliwy do wewnątrz-świadomościowej racjonalizacji chyba wyłącznie przy przyjęciu za domyślne środowiska algorytmów Wielkiego Lesefera. W tym środowisku na każdym z końców tego ciągu logicznego możemy zidentyfikować dwa węzły sprawcze tego procesu: z jednej strony będziemy mieć kapitalistę-fabrykanta, z drugiej – za oceanem – jakiś generator siły nabywczej.

Kapitaliście-fabrykantowi jest rzecz jasna dokładnie wszystko jedno, komu sprzeda swoje gadżety; interesuje go tylko prowadzenie swojego zakładu wyzyskobrania w zgodności z algorytmem M(t2) > M(t1) – czyli inaczej mówiąc osiągnięcie zysku wyrażonego w monetarnych jednostkach miary (ale może się mylę; może jednak chodzi o rybo-banano wymianę, a Chińczyk gromadzi te IOU tylko tymczasowo, ale kiedyś – wcześniej czy później – odda się szałowi zakupo-wymiany w USA czy gdzie indziej). W środowisku międzynarodowej wymiany handlowej taką preferowaną jednostką jest USD, ale oczywiście to jest tylko sprawa techniczna, która wcale nie przesądza jeszcze o kierunku ruchu strumieni towarów; wymiana lokalnej waluty na USD nie stanowi przecież żadnego problemu dla importera w praktycznie dowolnym kraju na świecie. Tym, co determinować będzie w pierwszym rzędzie, powiedzmy, chłonność  (czy konsumo-żądzę) danego rynku krajowego, a przez to kierunek zasysania dóbr,  będzie drugi węzeł – czyli generator siły nabywczej.

Typy generatorów siły nabywczej są tylko dwa: dochody oraz kredyt (a dokładniej Δ kredytu, czyli zmiana stanu pozycji zadłużenia). W środowisku międzynarodowej wymiany handlowej te dwa źródła generacji siły nabywczej będą jeszcze skalowane przez dodatkowy czynnik – kurs wymiany płynnej waluty, w której następuje pierwotna generacja. Dopiero na tym etapie ciągu logicznego na scenę wkracza turbo-siła mighty Dollara: w obecnych warunkach globalnego praktycznego leseferyzmu (ale nie tylko – ta zasada będzie raczej uniwersalna dla wszystkich systemów opartych na algorytmach gromadzenia finansowych IOU) to nie wymiana handlowa decyduje o kursach walut, a raczej kursy te są wynikową gry podaży i popytu na aktywa finansowe; nie bez przyczyny najbardziej preferowane są – postrzegane nie bez podstaw jako bezpieczne i wysoce płynne – aktywa denominowane właśnie w USD. Stąd też Globalny Konsument Ostatniej Instancji [GKOI] nie musi się zbytnio przejmować swoimi deficytami handlowymi, ponieważ kurs jednostek, w których generowana jest siła nabywcza jego konsumentów, jest w dużym stopniu niezależny od salda tej wymiany. W zasadzie jest regułą, że saldo wymiany handlowej każdego kraju będzie musiało – w jakimś rozsądnie przyjętym okresie – być równoważone strumieniem przepływów kapitałowych (aktywów finansowych) o odwrotnym wektorze; różnica w przypadku GKOI polega w zasadzie tylko na skali: po prostu w tym przypadku przepływy (czy raczej przypływy) kapitałowe, wynikające z globalnego popytu na bezpieczne aktywa finansowe (+ także wpływy wynikające z zasysania przez amerykańskie korpo aktywów finansowych generowanych przez ich zagraniczne oddziały, spółki zależne etc.), są rzędy wielkości wyższe (i posiadają stabilniejszą charakterystykę) niż w przypadku pozostałych krajów, i stąd też KOI może “bezkarnie” kontynuować swoje szaleństwa zakupowe.

Może się na pozór wydawać, że pracownia pisze tu truizmy, ale naszym celem jest zwrócenie uwagi, że źródłem generacji nadzwyczajnie wysokiej międzynarodowej siły nabywczej (czy może raczej konsumpcyjnej) nie jest jakiś druk – czy to przez FED czy w ogóle gubmint, co jest powszechnie przyjmowane za prawdę objawioną – zapewne dzięki wieloletniej emisji mizesologicznych odmóżdżających konceptów monetarnych. Tzn. amerykański konsument nie rzuca się na chińszczyznę czy niemczyznę jak szczerbaty na suchary tylko dlatego, że Bernanke sięgnął do starych recept M. Friedmana (czy tu; co ciekawe – oryginalny cytat Friedmana, na który m.in. my sami powoływaliśmy się na starym blogu w ostatnim czasie “zniknął” ze strony źródłowej hoover.org; nie zrobilśmy niestety screentshota) robiąc QE; to nie ma absolutnie nic do rzeczy. Nominalną siłę nabywczą generują po pierwsze amerykańskie banki komercyjne, udzielające kredytu, oraz – w znacznie mniejszym stopniu (proporcje były pokazywane tu) – deficyty budżetowe gubmintu US.

Popyt na aktywa denominowane w USD (tak, tak, na te drukowane, bowiem następnie ten papier upychany jest jakąś nieznaną nam technologią na twarde dyski) jest wtórnym czy drugorzędnym elementem tej układanki, ale istotnym o tyle, że faktycznie pozwala chronić (czy skutecznie ekstrapolować, albo przedłużać ramię konsumenta) tak wygenerowaną siłę nabywczą w środowisku międzynarodowej wymiany handlowej. (Dla porównania kraj taki jak Neoliberalna Republika Nadwiślańska nie dość, że pochwalić się może znacznie mniejszym PKB, jak i PKB per capita, to ma jeszcze dodatkowo znacznie niższy względny – wobec PKB – poziom generacji fal pieniężnych, zarówno tych wzbudzanych przez system bankowy jak i przez nadwiślańskie deficyty gubmintowe; czyli nawet zakładając jakąś formę utwardzającego zakotwiczenia pozycji waluty – np. poprzez przyjęcie euro – i tak nie zmieniłoby to mizernych przesłanek dla wejścia polskiego konsumenta śmiało do ligi globalnych konsumentów, zżerających owoce cudzej pracy; w praktyce zresztą €-pejski eksperyment emulacji standardu złota – jak się okazuje – wręcz stymuluje pro-eksportowy wyścig do dna – prawdopodobnie z uwagi na to, że zachowania aktorów w EUM są zdominowane przez konkurencję między-członkowską, chociaż bez wątpienia pewien typ górno-decylowych konsumentów odczuwa w swoich portfelach pewne oszczędności właśnie dzięki takim aranżacjom euro-porządku monetarnego; utwardzenie waluty wydaje się następnie amplifikować nierównowagi, tzn. dotychczasowi eksporterzy-netto zyskują “ochronę” przed aprecjacją, a importerzy rzucają się w odpowiedzi w ślepą uliczkę dociskania płac; ale to na marginesie.)

Należy zwrócić uwagę, że – obrazując sobie algorytm wymiany handlowej krajów, których aktywa nie cieszą się tak uniwersalnym popytem jak te denominowane w USD (chociaż i w takich przypadkach gra na aktywach pozostaje czynnikiem dominującym nad bilansem przepływu towarów i usług), jako swego rodzaju barter – równoważenie importu eksportem wydaje się mieć sens; w dłuższej perspektywie permanentne ujemne salda handlowe prędzej czy później mogą zderzyć się szokowo z np. ucieczką kapitału, w wyniku czego międzynarodowa zdolność do kupowania (teleportacja lokalnej generacji siły nabywczej do innego wymiaru walutowego) populacji drastycznie zmaleje. Często stawiana jest hipoteza, że to właśnie groźba chaotycznego wystąpienia takiej dynamiki w jakimś stopniu kształtuje strategie krajów-zgromadzaczy finansowych IOU denominowanych w walutach uznawanych za stabilne. Naszym zdaniem jednak rola hipotetycznych politycznych krajowych strategii gospodarczych jest mocno przeceniana w niektórych narracjach, próbujących opisać czy zdemaskować osobliwości współczesnej międzynarodowej wymiany handlowej, chociaż oczywiście przepompowowywanie użytkowych rodzimych zasobów na potrzeby eksportu za pomocą np. odpowiedniej polityki fiskalnej czy innych metod ograniczania popytu krajowego – przez chociażby powierzenie sprawy stosunków pracy w ręce Wielkiego Lesefera – pozostaje w dużej mierze kwestią wyboru politycznego; takie dziwaczne zachowania krajów, karmiących łyżką populacje krajów-konkurentów znacznie lepiej wyjaśnia jednak algorytm M(t2) > M(t1) sam w sobie, albo jeszcze lepiej – w towarzystwie totemu praco-rozdawania.

Naszym zdaniem należałoby wyjść od logiki: qui bono w rezultacie takich procesów rozdymania eksportu za wszelką cenę? Przede wszystkim będzie to nasz węzeł nr 1 – czyli kapitalista w kraju-eksporterze [KE] oraz także, w pewnym stopniu – w węźle nr 2 –  bank w kraju-importerze [KI] (oczywiście bank nie musi generować fal pieniężnych bezpośrednio na cele importu; fale pieniądzowe krążą, a w kraju GKOI pieniądz taki trafi prędzej, raczej niż później, do kieszeni konsumenta, poszukującego importowanej ceno-taniowości). Pośrednim beneficjentem mogą być zatem także (pod pewnymi warunkami) niektórzy prole w KI; niektórzy, czyli tacy, którzy – pomimo uwolnienia wymiany handlowej nadal cieszą się łaską praco-rozdających pomazańców Wielkiego Lesefera. I tu – w praco-rozdawaniu – leży kwintesencja tej perwersyjnej dynamiki, która degraduje się nieuchronnie do procesu ciągłego napychania sytych (czy to sytych konsumentów ostatniej szansy czy równie napasionych krajowych czempionów przedsiębiorczo-zaradności – kapitalistów-eksporterów, którzy są tak niezaprzeczalnie cool, bo udało im się zainteresować naszymi produktami kogoś na drugim krańcu świata) pod pretekstem miejsco-praco-kreowania. (Tutaj uwaga: jesteśmy świadomi istnienia przykładów, gdzie duszenie płac przez dekady w połączeniu z silnym protekcjonizmem i, najczęściej, w kombinacji z centralnym sterowaniem para-kolektywistycznym – oprócz wykatapultowania pekabu, przyniosło także korzyści części miejscowych proli; obecnie jednak najczęściej spotykanym skutkiem strategii dociskania proli butem jest ich emigracja, czy przechodzenie na zbieractwo-łowiectwo, a know-how w tych procesach jakoś uporczywie nie chce zstąpić na lokalnych wyzyskobiorców.)

W świetle powyższego nasza teza jest taka, że rzeczywista motywacja dla dobrowolnego pozbywania się użytkowych zasobów, który to proces napędza (rzekomo) rozwój garstki krajów-eksporterów, ma swoje źródło przede wszystkim w postawieniu na piedestale kapitalisty praco-rozdawacza, tak, jak gdyby w zamiarze zniwelowania czy zneutralizowania efektów wzrostu wydajności pracy (który to wzrost jest, o czym należy pamiętać, wspomagany zastrzykami wyekstrahowanej spod ziemi dywidendy termodynamicznej). Ujmując to inaczej – ponieważ naczelną wartością praktycznego leseferyzmu jest i musi być nieustanna presja na dyscyplinowanie siły roboczej, jakiekolwiek pomysły dzielenia się owocami lepszej produktywności (w postaci np. zmniejszenia wymiaru czasu pracy lub przynajmniej przekierowania części czaso-zasobów ludzkich na rzecz celów publicznych, które mogłyby tworzyć oazy aktywności wolnej od paradygmatu Mt2 > Mt1 etc.) natrafiają – zgodnie z założeniami – na ścianę braku cząstek pieniężnych “potrzebnych” do ich uruchomienia; czyli populacja – pomimo całego, redukującego racjonalny popyt na prolo-godziny, aparatu technologicznego – musi pozostawać w stanie fizycznego uzależnienia od dziennych, min. 8 godzinnych dawek praco-wciągania, a dystrybucja-rozdawanie tego magicznego środka samorealizacji w Jedności w Rynku ma być, zgodnie z zapiskami Wielkiego Lesefera, zmonopolizowana na ile tylko się da przez praco-rozdających wyzyskoborców. W takim schemacie rzeczy działania wyzyskobiorcy-eksportera, wysyłającego owoce tego praco-wciągania gdzieś do dalekich krajów, nabierają (perwersyjnego) sensu – któż inny byłby w stanie zagospodarować właściwie czas z życia proli?

Z racjonalnego – zasobowego – punktu widzenia wszelkie ekscesy eksportowe powyżej równowagi handlowej wymiany – powiedzmy – barterowej, stanowią marnotrawstwo zasobów przez populację, zamieszkującą dane terytorium administracyjne; marnotrawstwo materiałów, surowców, energii czy – co chyba najbardziej istotne – prolo-czasu, który w tym procesie – można powiedzieć – wyparowuje, aby zmaterializować się następnie w jakiś odległych krainach. Miejsco-praco-kreowanie za pomocą eksportu jest tylko pretekstem do tolerowania systemu, któremu sens nadaje wyłapywanie i gromadzenie na kupy cząstek finansowych IOU, któremu to zajęciu poświęcają się kapitaliści – w slangu neoliberalnym zwani pracodawcami (prawidłowy termin to – przypominamy – wyzykobiorcy). Transmisję skutków hipotetycznego armagedonu zejścia ze sceny  Globalnego Pożeracza Wytwórczości (USA) dla krajów-eksporterów (a następnie dla krajów-kooperantów zainfekowanych tą zwijającą fale monetarne dynamiką) – transmisję od wyzyskobiorców do proli – zapewnia jedynie leseferystyczny algorytm praco-rozdawania dla celów nabijania wirtualnych sald punktowych; jeżeli – pozostając w scenariuszach hipotetycznych – usunięta zostałaby ta narośl [algorytm M(t2) > M(t1)] – wycofanie się zasysacza popytu z globalnej sceny oznaczałoby dla proli (z krajów podających netto karmę do zasysania) faktyczną poprawę bytu, ponieważ wobec złagodzenia algorytmu kompulsywnego pozbywania się realnych zasobów, większa część tych dóbr – produktów, materiałów, surowców, energii kWh oraz energii ludzkiej, zrealizowałaby się na rzecz danej, lokalnej społeczności.

Idąc dalej – ten scenariusz-koszmar leseferysty przekonanego, że w tym wszystkim chodzi o nieskrępowaną paluchami gubmintu wolność wymiany – jeśli potraktowany z racjonalnej perspektywy, oznaczałby po prostu to, że odtąd lokalne prole mogłyby pracować mniej (krócej), celem utrzymania danego lokalnego poziomu bytowania, ponieważ nie musiałyby już poświęcać znaczącej części swojego czasu na dokarmianie proli w kraju GKOI. Oczywiście w świecie, w którym grawitacja działa zgodnie ze skryptami leseferystów, redukcja zagregowanego czasu pracy nie oznacza bynajmniej ulżenia doli proli, a jest wręcz tożsama ze zmniejszeniem prolo-dochodów, czego skutki rozlewają się następnie na gospodarkę, czyli ciąg wydarzeń postępować będzie dokładnie tak, jak to prognozuje nasz wybizowiec. Ale  wybizowcowi raczej obca będzie perspektywa, w której – zamiast konceptualnych czy realnych prób nagięcia grawitacji tak, aby wszystkie prawa działały służebnie na rzecz utowarowienia prolo-czasu – nasza uwaga koncentruje się na przepływach realnych zasobów.

Po drugiej stronie równania – w GKOI – hipotetyczne wyrównanie salda wymiany będzie zasobowo-ujemne; ale – rzecz jasna – ponieważ tego typu mrzonkowe trampiszonowe programy nadal osadzone są w twardej “rzeczywistości” Wielkiego Lesefera – prole w US – uzależnione tak jak prole na całym świecie od codziennych dawek pracy najemnej – mogłyby tymczasowo “odżyć” w wyniku intensyfikacji lokalnego praco-rozdawnictwa. Racjonalnym – długoterminowym i trwałym – rozwiązaniem (uleczeniem współczesnej patologii krążenia zasobów) byłoby oczywiście skierowanie amerykańskich kapitalistów – w drodze przymuszenia ich w jakiś sposób do poszanowania prolo-czasu (zarówno czasu proli-lokalsów jak i proli-chinoli i innych) – na drogę optymalizacji procesów wytwarzania przy pomocy technologii, w opozycji do obecnej ścieżki, w której czynnik prolo-czasu traktowany jest podobnie jak dostępność paliw kopalnych – dopóki da się gdzieś, w perspektywie najbliższego kwartału, na globie znaleźć pokład,  którego rynkowa cena wynosi 1 czy 2$/h, po xuj inwestować w zasobo-oszczędzającą maszynerię? Póki zasób jest – trzeba wiercić do oporu!

Ta ścieżka presji na prolo-czaso-oszczędzające inwestycje (to samo zresztą dotyczyć będzie zielono-inwestycji) pozostawać będzie jednak zamknięta (nawet jeśli Trampozaur postawi taryfy, w co wątpimy) – dopóki prolo-zbiorowości ktoś nie wyleczy z tego fatalnego uzależnienia – kompulsywnej żądzy zaspokojenia potrzeby – zainstalowanej przez Wielkiego Leseferystycznego Pushera – naćpania się  codzienną dawką pracy najemnej (przypomnijmy: ten “głód” – w środowisku praktycznego leseferyzmu – może być zaspokojony przez dowolną formę uczestnictwa w wyzyskobraniu – zlecenie, dzieło, samozatrudnienie, na-czarno-robienie – to nie ma znaczenia; esencja  jest taka sama).

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s