To zmienia wszystko – oprócz paradygmatu praco-rozdawania

At the highest end, green investment could create thirty-four times more jobs then just building another pipeline.

N.Klein „This Changes Everything

Na początek uwaga – ten wpis nie ma na celu zdyskredytowania N.Klein czy w ogóle całej idei przezbrojenia modelu zasilania gospodarki na bardziej czy całkowicie zielony. Jeśli chodzi o ten aspekt książki – zastąpienia spalania węglowodorów solarami i innymi tego typu gadżetami – mamy jedynie uwagi co do dość prze-optymistowanego i raczej ubogiego w liczbowe odniesienia do termodynamiki obrazu energetyki odnawialnej, jaki rysuje nam Klein; tu można bez trudu znaleźć lepsze pozycje, chociaż z kolei na plus należy zaliczyć trafne wykazanie związku czy wręcz symbiozy paradygmatów kompulsywnej ekstrakcji z przyjętym modelem praktycznego leseferyzmu (neoliberalizmu). Inną rzeczą – dla nas nieco irytującą – jest to, że Klein zdecydowała się konsekwentnie ciągnąć narrację w konwencji frazeologii monetarystycznej, czyli pieniądzo-cząsteczkowej. Takie podejście będzie z zasady obarczone błędem logicznym; błędem takim gdzie za podstawę rozumowania przyjmuje się środowisko gospodarcze, w którym transfer wolumenów cząstek pieniądza z jednej sfery gospodarki do innej (np. z przemysłu wydobywczego do branży produkcji solarów) pozwala automatycznie i bezoporowo przekierowywać zasoby (które pokornie podążą w ślad za tymi pieniądzo-cząstkami), podczas gdy w rzeczywistości makro (i to poważnie makro, bowiem rozmawiamy o problemach globalnych) tak to nie zadziała.  Ale dziś nie o tym.

W tej notce chcieliśmy zwrócić uwagę na inny syndrom, obecny bynajmniej nie tylko u Klein, ale charakterystyczny dla praktycznie wszystkich znaczących nurtów, mających na sztandarach „naprawę kapitalizmu”; syndrom, który można uznać za ucieleśnienie powiedzenia, że „dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane”. Chodzi nam tu o nieprzemijalny w tych wszystkich kampaniach dobro-chęciowo kapitalizmo-ratująco-łatających imperatyw „praco-dawania” (lub zamiennie „miejsco-praco-kreowania”) przyjmowany uniwersalnie za totem przez znakomitą większość naprawiaczo-apologetów kapitalizmu – począwszy od środowisk ortodoksji leseferystycznej, przez realistów wolnorynkowych aż do złotowiekowców.

Tutaj dla jasności zaznaczymy – jesteśmy świadomi faktu, że przyjmując założenie czy to optymalności bieżącego systemu gospodarowania, który jest symbiozą sprywatyzowanego planowania centralnego i Wielkiego Kalkulatora Rynkowego w środowisku algorytmów punktowych (pieniężnych IOU), czy przynajmniej założenie nierealności jego zmiany (np. na planowanie zasobowe), ilość i jakość miejsc wyzyskobrania jest i będzie rzeczywiście czynnikiem decydującym o poziomie życia proli. Nie zamierzamy też kwestionować tego, że stanowiska związane z jakąś zieloną rewolucją technologiczną mają duże szanse cechować się wyższą jakością od roboty, którą „zapewnia” (czy, zgodnie z ww. Syndromem: rozdaje) kompleks wydobywczo-paliwowy (gdzie praca jest często niebezpieczna dla życia czy zdrowia), nawet pomijając już kwestie footprintu środowiskowego. Niemniej jednak Klein czy wszyscy inni entuzjaści praco-kreowania powinni mieć świadomość, że deklaracja „zielone inwestycje stworzą nawet 34 razy więcej stanowisk pracy” oznacza ni mniej ni więcej jak to, że uruchomienie takich procesów jest/będzie trzydzieści cztery razy bardziej pracochłonne, niż otworzenie nowej kopalni czy stacji frakowania gazu (34 razy na jednostkę postawionej mocy czy na jednostkę wydanych na inwestycje dolarów – to nie wynika wprost z treści TCE; precyzyjniejsza metodologia w źródle cyt. w książce, którego jednak nie chciało nam się eksplorować).

Czy „reklamowanie” czegokolwiek przez podkreślanie większej pracochłonności – a zwłaszcza już tak kolosalnie większej – jest słusznym wyborem? Zapewne tak – ale tylko w warunkach terroru memetycznego charakterystycznego dla świata praktycznego leseferyzmu, w którym jak wiadomo wszystko podporządkowane jest praco-rozdawaczom (u nas w pracowni zwanych wyzyskobiorcami). To świadczy o tym, jak daleko posunięta została już, pod naporem memo-algorytmów wprowadzonych przez Wielkiego Lesefera, degradacja logiki: wszyscy would-be naprawiacze systemu, celem stworzenia jakiegoś uniwersalnie strawnego kontrapunktu dla leseferystycznych legend, zastanawiają się usilnie jak zwiększyć pracochłonność procesów wytwórczych! Czy przynajmniej: jak zaprząc wizje – prawdopodobnego czy nie – dalszego dociążenia proli robotą do sprzedawania swoich pomysłów na ratowanie kapitalizmu. Rzecz jasna to się sprzedaje i to sprzedaje się dobrze, ponieważ w świecie stworzonym przez Wielkiego Lesefera prole są fizycznie czy fizjologicznie uzależnione od pracy najemnej i stąd domagają się coraz większych i większych jej dawek, nawet pomimo oczywistego faktu, że te zwiększone dawki przynoszą coraz mniejszą i mniejszą satysfakcję „po użyciu”.  Jeżeli spojrzeć na to trzeźwym okiem, widać, że mamy do czynienia ze współczesną perwersyjną mutacją luddyzmu, gdzie każde działanie, mające obradzać praco-rozdawaniem staje się automatycznie czymś pożądanym i dobrym. Czy i jak można wyleczyć praco-wciągającego narkomana? – Te motywy terapeutyczne pojawiały się i będą się pewno pojawiać na łamach pracowni, ale próbujmy wrócić do naszego głównego toku.

Ironia takiego sformowania frontu „walki idei” (czyli zestawienia programów praco-tworzących kontra leseferyzm, który z zasady dont gives dafokk) leży w tym, że – jak niby wszyscy wiedzą – kapitalista czerpie realne bogactwo z nieopłaconej części czasu pracy, a zatem w przypadku hipotetycznej zielonej rewolucji przeprowadzonej na warunkach cząstkowo-pieniądzowych i wielko-rynkowo-kalkulatorowych kapitaliści z branży energetycznej mieliby aż do 34 razy więcej okazji do zagarnięcia swojej, przynależnej im wartości dodatkowej; podczas gdy w rzeczywistości tym, co stanowiłoby zagrożenie dla dominacji kapitału w skali makro byłyby procesy wręcz odwrotne – tj. zmniejszanie pracochłonności procesów w drodze automatyzacji, czy usprawnień organizacyjnych, eliminujących  zbędne – z punktu widzenia racjonalnej gospodarki zasobami – stanowiska. Ale jednocześnie rodzi się pytanie – dlaczego zatem to sami kapitaliści – w poszukiwaniu okazji do pomnożenia czaso-okazji do nabicia wartości dodatkowej – nie chcą rozpocząć pracochłonnościo-zwiększającej zielonej rewolucji?

Pierwsza sprawa – to, co jest oczywiste (czy przynajmniej dostępne do ogarnięcia) z perspektywy makro, pozostaje poza zasięgiem percepcji indywidualnych graczy – tu: wyzyskobiorców. Instynkt klasowy kapitalistów potrafi materializować się w postaci wspólnego frontu głównie w takiej formie, która wyrażać się będzie w dążeniach do maksymalizacji podaży prolo-godzin na potrzeby wyzyskobrania (tzn. działań, których efekty można będzie szybko zobaczyć „za bramą” – w postaci bijących się o miejsca wyzyskobrania proli), co znajduje najczęściej ekspresję w postaci zgodnych stanowisk związków zawodowych wyzyskobiorców na rzecz zwalczania socjalu oraz obrony status quo w zakresie ustawowego wymiaru czasu pracy (czy podwyższania wieku emerytalnego), ale także mocnej opozycji przeciw wszelkim formom gospodarowania, które mogłyby stanowić konkurencję w walce o podział tortu tej prolo-podaży, jak utrzymywanie firm państwowych, spółdzielni, kolektywów produkcyjnych czy zwłaszcza idei takich jak państwowa gwarancja zatrudnienia. Ale już jeśli chodzi o wyzwania szeroko-makrowe, kapitaliści będą podobnie bezradni jak bezbronni są prole wobec zainstalowanego przez leseferystów mechanizmu wewnątrz-prolowej konkurencji, która pcha ich niezmiennie na ścieżkę licytacji do dna – czy to licytacji umiejętnościami (lub urodą czy zdolnościami do czapkowania) czy też gotowością do poświęcania coraz większej i większej puli czasu z życia na potrzeby wyzysko-gry.

Kapitaliści wpadają w tę samą pułapkę błędo-złożoności z jej przeciwstawnej strony: indywidualny kapitalista czy korpo-zarząd będzie zawsze śfięcie i głęboko przekonany, że substytucja pracy to najlepsza broń przeciwko roszczeniowym prolom; stąd też można sobie wyobrazić trudności, jakie napotkałby każdy związek zawodowy wyzyskobiorców, w przeforsowaniu zmian strategii, którą miałyby następnie wdrażać marionetki z neoliberalnych gubmnitów; zmian tej strategiii w kierunku zwiększenia pracochłonności, m.in. w obszarze zasilania procesów gospodarczych skoncentrowaną energią. To się nie uda (pomimo faktu, że największe cwaniaki – Global-Posiadacze, mając do dyspozycji całe sztaby ekono-kombinatorów, prawdopodobnie zdają sobie sprawę z tego, jak przebiega cała ta dynamika; ale joker klasyki prolo-dyscyplinowania przez NAIRU sprawdzał się przez tyle dekad, że każdy obawia się wprowadzenia jakichkolwiek modyfikacji do sposobu, w jakim zorganizowana jest ta współczesna wyzyskobiorcza maszynka ekstrakcyjna); dlatego też akcja kapitalistów jako klasy być może nigdy nie będzie w stanie wyjść poza mniej lub bardziej doraźne działania płaco-dociskające i maksymalizujące podaż prolo-godzin (z czasem mogą do tego być włączane – czy raczej już bywają  – działania prolo-brutalizujące).

Inna aspekt tej zielonej praco-rozdawaczowej memetyki będzie taki, że prawdopodobnie te szacunki efektów spill-over (rozlewania się) popytu na prolo-godziny są mocno przesadzone, a to dlatego, że zielona narracja (zaznaczmy ponownie – nie chodzi nam absolutnie o zdyskredytowanie odnawialnej energii per se), ma – z jakiś, być może z praktycznych przyczyn – w założeniu grać nuty kompatybilne z tonacją nadawaną przez wolnorynkowe systemy punktowe i w związku z tym przyjmuje epatowanie zwiększoną pracochłonnością jako jednym z podstawowych atutów swoich kampanii informacyjnych. Tu podkreślmy – nasze  stanowisko jest takie, że jeżeli rewolucja energetyczna celem osiągnięcia skuteczności wymagałaby naprawdę (racjonalnie) zwiększenia pracochłonności procesów inwestycyjnych czy wytwórczych – niechby nawet o 100 razy – nie mamy z tym problemu; rezerwy obecnej armii bezrobotnych, ale i przede wszystkim armii proli zaangażowanych w superfluous jobs (prac nie wnoszących żadnej wartości dodanej – jak tele-molestowanie, pielęgnowanie korpo-trawników, ekscesy REPów, napieprzających korpo-wehilułami 10k km/m-c, TIRo-wożenie homogenicznych towarów z jednego końca kontynentu na drugi w imię dostarczenia konsumentowi wyboru, czy wręcz kontrproduktywnych – np. wciskanie oszusto-polis czy ubezwłasnowolnianie populacji kredytami fx) bez problemu mogłyby zaspokoić ten nowy, zielony praco-popyt. Taka transformacja wymagałaby jednak czegoś znacznie więcej, aniżeli prób przekierowania odpowiednio-gigantycznych wolumenów pieniądzo-cząstek w kierunku pożądanych inwestycji w solary czy inne gadżety. Większym – znacznie większym – wyzwaniem byłoby przekierowanie dotychczasowej odrażającej, brudnej i złej energii z-węglowodorowej na potrzeby właśnie budowy takiej całkiem nowej infrastruktury generacji, ale także – jeżeli pracochłonność tej rewolucji jest faktyczne aż tyle razy wyższa – rekrutacji (szczerze nienawidzimy tego słowa i postaramy się go unikać w przyszłości, albo zmasakrujemy je w którymś z przyszłych wpisów) proli, zaangażowanych dotąd w procesach generowania pary w gwizdek (w przeciwnym przypadku – przy tak spodziewanych masowych aktach praco-rozdawania wkrótce mogłoby zabraknąć chętnych; część proli będzie wolała np. dalej tele-molestować w cieple, aniżeli wspinać się na dachy w słotach czy upałach, żeby instalować panele PV; inna część paro-gwizdkowców może być z kolei po prostu fizycznie, mentalnie czy manualnie niekompatybilna z tymi zadaniami). Czyli – w praktyce po to, aby utrzymać energetyczne standardy życia populacji przynajmniej na dotychczasowych poziomach, a jednocześnie skierować strumień skoncentrowanej energii – konwencjonalnej, do czasu kiedy zielono-generatory zaczną przejmować funkcje – na potrzeby budowy całkiem nowej infrastruktury praktycznie od podstaw – potrzebne jest wręcz zwiększenie (przynajmniej tymczasowe) generacji energii z planeto-niszczących źródeł. Ale wróćmy do głównego wątku.

Faktografika jest taka, że kapitaliści  – w obecnym reżimie – nie odczuwają żadnej żądzy przejścia na na przemysł odnawialnych źródeł generacji; w kapitalizmie grodzenia – zawłaszczanie (za pomocą zgromadzonych pieniądzowych IOU) obszarów commons na potrzeby ekstrakcji np. węglowodorów wydają się być od samego początku funkcjonowania tego modelu preferowaną ścieżką rozwoju – łatwiejszą i mniej ryzykowną niż inwestycje w moce wytwórcze czy w innowacje. Wymuszenie zmiany tego paradygmatu poprzez sprzedawanie wizji rozmnożenia miejsc wyzyskobrania w drodze zwiększenia pracochłonności procesów prezentuje dość słaby kontrapunkt; słaby zarówno z perspektywy wyzyskobiorców jak i proli, dla których życio-czasu, jak się wydaje, duża część zielono-reformistów ma podobnie lekceważący stosunek jak Wielki Lesefer. Owszem – z pewnych względów podtrzymywanie aktywności zawodowej czy rozwijanie umiejętności (jak w przykładach powoływanych przez Klein – szkoleń Amero-Indian czyli Native-Americans – w zakresie np. instalacji solarów) populacji ma oczywiście sens (w każdym modelu gospodarowania), ale umiejętności i wiedzę można szlifować nie tylko w warunkach przymusu ekonomicznego, mającego jeden cel – maksymalizację podaży prolo-godzin, tj. w warunkach terroru praco-rozdawania, gdzie całość aktywności ludzkiej jest podporządkowana kreatorom miejsc wyzyskobrania (rozwój czy choćby podtrzymanie poziomu skills miały jakoś miejsce bezproblemowo na przestrzeni tych 99,9% lat historii gatunku, kiedy sapiensy nie były manipulowane niewidzialnymi łapskami Wielkiego Lesefera). W szerokich planach zielonego frontu rzadko można znaleźć odniesienia do redukcji superfluous jobs, a przecież wyeliminowanie przymusu ekonomicznego opartego na koncepcie praco-rozdawania w sposób oczywisty – oprócz uwolnienia prolo-czasu – bez wątpienia doprowadziłoby także do redukcji emisji, czy w ogóle – którego to woła należałoby postawić na początku naszej karety – do redukcji zapotrzebowania na skoncentrowane formy energii, które to obciążenie w znacznym stopniu generowane jest – w dużej mierze sztucznie (za sprawą imperatywu pompowania ΔPKB, który jest przez Klein – owszem – krytykowany, ale bez konkretnego odniesienia się do kwestii, co wymusza u źródła ten paradygmat) – przez system planowania punktowego w połączeniu ze skryptami Wielkiego Lesefera. Zamiast udawania kompatybilności z dotychczasowym systemem, planowanie jakiejkolwiek rewolucji zasilania powinno uczciwie oszacować nakłady realnych zasobów: energii (w kWh), surowców (w Mt) i prolo-czasu (w h), koniecznych do udanej transformacji, zamiast brnięcia w miazmaty pieniądzo-zasobowości czy miejsco-praco kreacji.

Jak się wydaje uwadze Klein unika ta pewna subtelna strona dynamiki kapitalistycznej: ponieważ to właśnie ekonomiczny przymus, generujący podaż prolo-godzin, pozwolił na wypłynięcie na szczyt praco-rozdawającym korpo-monsterom, w tym także tym, zajmującym się przekształcaniem zakopanej dywidendy termodynamicznej na strumień aktywów finansowych, z których następnie formowana jest pajęczyna do zawieszania odpowiednich neoliberalnych kukieł, już samo pozostawanie we frazeologii miejsco-wyzysko-kreowania czy oddawanie czci pomnażaniu pracy budzi poważne wątpliwości co do tego, czy mamy do czynienia z jakąś poważną kontestacją współczesnego  systemu ekstrakcji.

Klein powołuje się czasem na model gospodarki w warunkach wojny – tak jak w US w l. 1941-45 – czyli na jedyny precedens, w którym nikt – nawet najbardziej ortodoksyjni leseferyści – nie ogląda się na prawa spisane czy zesłane przez Wielkiego Lesefera, w którym system przezbraja się na rzeczywiście efektywne wykorzystanie, ale i na poszanowanie zasobów – zarówno surowcowych jak i ludzkich (w kontekście rzucania mięsem armatnim brzmi to jak żart, ale przecież nawet najgorsi psychopaci IIWŚ nie rzucali tym mięsem dla uciechy, czy tylko dlatego, że mogli, ale raczej zawsze mając w głowach jakiś plan, nawet jeśli był on mocno fokked up). Ale jeśli chcemy na poważnie toczyć wojnę – wojnę przeciw pasożytom, przerabiającym rękami proli Planetę na kupo-himalaje finansowych IOU – a rozmawiamy o i planujemy nasze strategie w kategoriach właśnie tych finansowych IOU oraz kompulsywnego pomnażania praco-rozdawania – ta wojna jest z góry przegrana.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s