Dlaczego upadła „komuna” – ekono-zgadywanka

Pod pewnymi względami frapującą może wydawać się być zagadka upadku modelu, który w Polsce tzw. Ludowej na przestrzeni 20 lat osiągnął skumulowany wzrost PKB na poziomie 97% (1959-1978) wobec 79% w Trzeciej Neoliberalnej (1989-2008)*. W roku, który można pod pewnymi względami uznać jako szczytowy punkt na krzywej krańcowej efektywności systemu nakazowo-rozdzielczego – czyli w 1978 – PKB per capita w PRL wyniosło 6.111 $ (dolary Geary-Khamis 1990), wobec 12.828 w UK, 14.240 we Francji, 13.455 w Niemczech, 12.064 we Włoszech, 8.695 w Grecji, czy 9.023 w Hiszpanii (dla ciekawych dla dalszego porównania: 5.491 w Jugosławii, 6.253 na Węgrzech, 7.786 w Czechosłowacji, 5.011 w Chile, 978 w Chinach, 4.064 w Korei Płd., czy 6.559 w byłym zagregowanym ZSRR – reszta dla ekono-geeków w pliku cytowanym na dole). Widać tu jasno – z odczytu proporcji bardzo zbliżonych do stanu obecnego (za wyjątkiem Korei i Chin rzecz jasna) – że nasze obecne „gonienie Zachodu” jest w rzeczywistości jak na razie pogonią za odrobieniem strat dystansu „zgubionego”  po 1978 r. i wcale nie należy wykluczać, że na celu „dogonienia” tego relatywnego stanu sprzed 40 lat będą musiały spocząć realistyczne oczekiwania względem leseferystycznej terapii stosowanej nad Wisłą.

Żeby było jasne – nasza pracownia chce zachować wertykalny dystans nie tylko w odniesieniu do poziomu dna, które, jeśli chodzi o zagadnienia badania natury „komuny”, wyznacza ipeeno-inkwizycja powołana do życia przez praktycznych leseferystów celem, jak się wydaje, memo-udup13nia idei kolektywizmu jako takiej – ale chcemy także zachować rezerwę wobec epatowania złotowiekowstwem kolektywistycznym, które – z braku alternatyw z życia wziętych, jak można sądzić –  usiłuje zmitologizować osiągnięcia praktycznego modelu demoludowego do postaci pomnikowej. Poza tym staramy się generalnie unikać wygrzebywania recept ze starych zakurzonych kufrów, a dzisiejszą ekono-zgadywankę traktujemy (oprócz wymiaru zabawowego) jedynie jako obszar badań, których ew. wyniki mogą wygenerować tło, które z kolei być może posłuży celom bardziej wyrazistego rozwinięcia pewnych szczególnych i bardziej aktualnych memetyk w kolejnych wpisach.

Należy jeszcze obiektywnie dodać, że krańcowa użyteczność modelu, o którym rozmawiamy, przegięła się niekorzystnie nie tylko w przypadku Nadwiślańskiej pseudo-komuny – stagnacja czy regres były (wg. cyfr podawanych przez cyt. Maddisona) dominujące w krajobrazie gospodarczym tzw. demoludów dekady schyłkowej modelu (czyli 1980-tych). To spostrzeżenie pozwala w zasadzie z góry wyeliminować takie hipotezy upadku jak szczególna nieudolność aparatczyków czy szczególna niesforność proli w jakimś konkretnym kraju.

W tym odcinku podarujemy sobie już porównania, wykraczające poza sprawy pekabeowskie, jak Gini-gadżety (25 w 1987, dziś ok. 35), mieszkaniowo-dochodowo-dostępność, czaso-pracowość, czy ogólnie jakiekolwiek inne subiektywne pomiary jakości życia standardowego prola; prawdopodobnie zresztą osiągnięcie jakiegoś faktograficznego konsensusu w tych obszarach jest raczej niemożliwe, bądź przynajmniej bardzo trudne do wypracowania; deficyt opracowań danych porównawczych nie dziwi, mając na uwadze realistyczne szanse np. na otrzymanie od komitetu praktycznych leseferystów grantu na pracę naukową typu: „Dlaczego życie standardowego kolektywistycznego prola za PRL było być może wcale nie-gorsze niż neolibo-kompatybilnego prola w praktycznym leseferyzmie XXI wieku?”.

Tutaj chcemy się skoncentrować na tym, co właściwe mogło pójść nie-tak po 1978 r., i to jedynie w kontekście stworzenia jakiegoś wstępnego katalogu hipotez; nie jesteśmy gotowi na udzielenie żadnych definitywnych odpowiedzi (przynajmniej dopóki nie dostaniemy stosownego grantu od IPN-u). Zapraszamy jednocześnie czytelników do wyrażania poparcia dla Waszych ulubionych hipotez z podsuniętej listy propozycji (najlepiej po ich uprzednim odczytaniu) czy zgłaszania własnych pomysłów w sekcji ‘komentarze’.

Oto i nasza lista propozycji (celem zaoszczędzenia pikseli pominiemy tu opisywanie hipotez typu „socjalistĄ zawsze kończą się cudze pieniądze”) (uwaga! będzie grubo, ale chcemy upchnąć wszystkie hipotki w jednej notce, bo na końcu będzie wspomniane kolektywistyczne głosowanie):

  1. Systemy aspirujące do kolektywizmu prędzej czy później wykładają się przez nieskuteczny mechanizm dyscyplinowania proli. Czyli – model działał w miarę dobrze, ale tylko dodyscyplina czasu (30+ lat) napędzany jakimiś innymi czynnikami niż obecna metoda mobilizacji siły roboczej, działająca poprzez terror zadanego lesefero-środowiska rynku pracy (pracuj – czy raczej walcz o współuczestnictwo w procesie wyzysku – albo zostań freeganistą czy go&die or whatever) i groźbą opadnięcia poniżej poziomu subsistence w grze sterowanej finansowymi IOU. Być może czynnikiem takim były nakazy pracy (pracuj albo… albo sam nie wiem co, czyli nie wiemy dokładnie jakie były sankcje za uchylanie się; raczej chyba nie śmierć głodowa w każdym razie), czy może nawet jakiś ulotny entuzjazm mas wyciągniętych z poprzedzającej twardej rzeczywistości folwarcznego kieratu – fakt faktem jakby-nie-było te metody mobilizujące do zaangażowania mogły ulec z czasem erozji, co stopniowo, według tej hipotezy, doprowadziło do załamania się produktywności i w konsekwencji do upadku systemu.

  2. Poluzowanie  austerity (nieco inne ujęcie tego w pkt 7 oraz także powiązany punkt 4). Czyli w pewnym momencie – zbyt szybko – zdecydowano się poluzować śrubę prolom, wymieniając ascetycznego Wiesława na jesłiken-owskiego Edwarda, rozniecającego aspiracje konsumeryczne, zamiast podążania konsekwentnie ścieżką modelu zaimplementowanego np. w Korei Płd. – tj. budowy konkurencyjnej bazy wytwórczej bez oglądania się na wylęgające się tu i ówdzie aspiracje proli (w PRL taka akcja mogła być utrudniona ze względu na fatalny PR reżimu, o czym więcej w pkt. 7).victoria2mini Próby zaspokojenia tych żądzy konsumeryzmu, w obliczu braku adekwatnej bazy wytwórczej, być może wpłynęły negatywnie na warunki wymiany handlowej, generując też po drodze balast długu zaciągniętego w obcych walutach, co w kombinacji z pkt 3 poniżej, wywołało efekt negatywnej synergii. Nie należy wykluczyć, że po drodze zaniedbano opcje substytuowania importu, które są szeroko dostępne dla gospodarek w dużym stopniu zamkniętych (niezglobalizowanych).

  3. Szoki zewnętrzne – w tym zwłaszcza szok naftowy oraz szok monetarystyczny Volckera, który wygenerował wysokie oprocentowanie długów $ (wg Wiki 1980-tych odsetki od długów zagranicznych tykały w tempie 10% rocznie). oil-price-shockminiNadmienić trzeba, że kryzys naftowy przydusił też mocno perspektywy pekabeowskie praktycznie we wszystkich krajach ropo-importerach (także kapitalistycznych) – i to na długie lata. Być może z racji mizernych wyników na polu globalnej konkurencji (czy także z powodu wcześniejszego zignorowania czynników energochłonności czy w ogóle poszanowania zasobów nieodnawialnych), PRL mógł odczuć skutki tego w szczególnie dotkliwy sposób (choć z drugiej strony niski poziom zmotoryzowania populacji oraz niezły transport publiczny przeczyłyby tej tezie). Do ww. szoków zewnętrznych w l. 1980-tych doszły jeszcze sankcje USA.

  4. Odejście od zasad pryncypiów planowania zasobowego. Proces odchodzenia od zasad memetyki plano-zasobowej zaczął być obserwowalny w l. 1970-tych i początkowo przyniósł (subiektywną, czy samopoczuciową) poprawę. Jednakże z czasem brak możliwości zaciągania „kredytu środowiskowego” (z takich czy innych przyczyn, np. z uwagi na brak integracji z dominującym globalnym modelem leseferystycznym i stąd brak popytu na aktywa denominowane w nie-kompatybilnych z globalnymi standardami monetarnymi biletach NBP) musiał sprowadzić aspiracje na ziemię. W tym ujęciu jednak, jak należy zauważyć, praktycznie cały dystans, który dzieli świat kapitalistycznego centrum (tzw. „Zachodu”) od reszty, polega właśnie na wypracowaniu zdolności/tricków do ekstrakcji/utylizowania dywidendy środowiskowej (co stanowi rzeczywisty odpowiednik wnuko-obciążania) tak, że możliwe staje się jej pompowanie na cele wzrostu PKB. Tzn. jeżeli ustanowić by hipotetyczny limit zero-footprintowy kolejka_cpnmini(co prędzej czy później i tak nastąpić będzie musiało w wyniku procesów dostosowawczych, które, jak się można spodziewać, nie do końca będą przebiegać wg. jakiegoś przemyślanego planu) wystąpiłoby natychmiastowe załamanie funkcji ΔPKB w 95%+ krajów świata; załamanie znacznie bardziej gwałtowne niż kryzys lat 1980-tych w PRL (ponoć jedynym krajem z zerowym tzn. możliwym do podtrzymania w bardzo długim okresie, footprintem jest Kuba). Oczywiście w tamtych czasach raczej mało kto artykułował cokolwiek w zakresie związków termodynamiki z rozwojem gospodarczym, a już szczególnie mało kto, niestety, robił to w systemach para-kolektywistycznych i stąd trudno byłoby wymagać, aby prole połechtane wpierw wizją bycia klasy wiodącej, wyraziły nagle zbiorową ochoczość do pomagania w planach zwrotu w kierunku autarkicznej gospodarki środowisko-oszczędzającej.

  5. Błędy w algorytmach planowania zasobowego. Do pewnego momentu (gdzieś do końca lat 1960-tych) „komuna” była niewątpliwie przykładem oparcia dużej części gospodarki na planowaniu zasobowym. Brak możliwości stosowania zaawansowanych technik obliczeniowych czy symulacyjnych, które stały się technologicznie dostępne kiedy i tak było już za późno (chociaż projekt Cybersyn pojawił się już na początku lat 1970-tych), powodował jednak, że alokacja zasobów musiała odbywać się za pomocą bardzo prostych algorytmów. To wymusiło degradację (czy zredukowanie) ambicji planowania zasobowego, u których źródeł stało hasło „każdemu według potrzeb”, do czegoś w rodzaju planowania punktowego, z tym że takiego, w którym zamiast finansowych IOU rolę punktów odgrywały wolumeny jakiś kluczowych surowców, materiałów, półproduktów, czy rzadziej towarów. Np. pamiętamy (no, nie wszyscy może) o bitych rekordach wytopu surówki (takiej z hut), hutawydobycia węgla czy kwintali zebranych z hektara. Te kluczowe wskaźniki punktowe zaczęto być może zanadto utożsamiać z sukcesem modelu, podobnie jak to ma miejsce obecnie w przypadku fascynacji gadżetami takimi jak PKB, WIG, rejtingi czy stan oszczędności na jakiś kontach; z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że 50 lat temu przyjęto taką wiarę, zgodnie z którą sukcesy w osiąganiu coraz wyższych wyników na tak wyznaczone skali punktowej musiały prędzej czy później skapnąć (czy raczej bardziej optymistycznie – wręcz manno-spłynąć) do innych, bardziej niszowych obszarów, takich jak produkcja papieru toaletowego. Jednym z takich podstawowych błędów planowania było niewątpliwie skrajne zaniedbanie kwestii energochłonności gospodarki; dopóki energia była tania (a stopień jej angażowania w prymitywnych procesach technologicznych produkcji – niski) – problem czaił się ukryty pod dywanem; kiedy jednak rosnące wolumeny produkcji chciały pochłaniać coraz większe ilości energii przy rosnących jej kosztach – dalszy rozwój takiego modelu gospodarczego zderzył się z barierą zasobową, zaniedbaną czy ignorowaną przez stosowane wcześniej prymitywne algorytmy. Jako jakąś odmianę czy odnogę tej hipotezy można tu wrzucić przypuszczenie, że w środowisku deficytów towarowych i słabej pozycji para-pieniądza biletowego, jako odpowiednik skłonności do gromadzenia finansowych IOU (co w kapitalizmie prowadzi często do zduszenia popytu i tą drogą może sprowadzić kryzys niekupowania), w naszej komunie pojawiło się zjawisko odkładania „załatwionych” czy „wystanych” towarów w ilościach często wykluczających realistyczne możliwości ich skonsumowania na własne potrzeby (zwłaszcza w przypadku żarcio-gadżetów z ograniczonym terminem zdatności do spożycia). Jeśli zjawisko to występowało na masową skalę, mogło to niewątpliwie nasilać patologie błędnej alokacji zasobów (czego skutki, choć wcale nie mniej szkodzące, będą mieć podażo-wektor odwrotny względem kapitalistycznego chomikowania pieniężnych IOU, tzn. zamiast stanu permanentnej nadwyżki mocy produkcyjnych będziemy mieć równie permanentny stan luk podażowych). (Być może właśnie w odpowiedzi na to pojawiły się kartki, co rozwścieczyło proli, którzy nie mieli już co odkładać!).
    Jeszcze inny wariant tej historii będzie taki, że z początku – w środowisku prymitywnych metod produkcji zorientowanych na zaspokajanie naprawdę podstawowych potrzeb – proste algorytmy zasobowe dawały radę; jednak wraz z powstawaniem wzajemnych zależności i sprzężeń charakterystycznych dla bardziej zaawansowanego łańcucha produkcyjnego stopień skomplikowania algorytmów zasobowych wymagany dla ich skuteczności rósł wykładniczo. Stąd też krzywa marginalnych korzyści stawała się coraz bardziej płaska, a niedobory wywołane mnożącymi się wąskimi gardłami zblokowały w końcu cały obieg.

    Czy hipotetyczne skomputeryzowanie planowania zasobowego, jeśli wdrożone odpowiednio wcześnie, mogłoby zapobiec tendencjom degradacji modelu? Tego nie wiemy, natomiast wiemy, że niewątpliwie jakaś część marnotrawstwa zasobów była wymuszona geopolityką, co stanowi podstawę dla hipotezy nr 6.
    (Szczególną odmianę błędów alokacji zasobów – szczególną ze względu na to, że chodzi o zasoby ludzkie – wrzucam w odrębnym pkt 10 w dalszej części).

  6. Marnotrawstwo zasobów wymuszone geopolityką. Według jednych źródeł wydatki na obronność mieściły się w granicach 3-5% PKB, choć w l. 1945-54 było to ponoć 15% PKB  (obecnie 2%). 300k zmilitaryzowanych proli było rok w rok wyłączonych z udziału w produktywnej aktywności (teraz 70k, ale z drugiej strony czym jest różnica 200k par rąk do pracy wobec stanu zaangażowania dzisiejszej armii biegu jałowego, walczącej na froncie sprzedaży?). militaryWedług innych źródeł (niestety nie mogących się pochwalić wiarygodnym udokumentowaniem) rzeczywisty poziom zaangażowania zasobów wymuszony geopolityką był znacznie większy (np. poprzez specyficzne rozliczanie transferów pomiędzy krajami-satelitami a centrum, czyli ZSRR; np. należy zauważyć, że prawdopodobnie od przełomu lat 1970/80 PRL płaciło ZSRR za ropę wg. światowych cen rynkowych). Nie mając dokładnych danych (spotkałem tylko się z szacunkiem, że koszt renty satelickiej wynosił 2% PKB; a tak przy okazji: ile %PKB wynosić może obecna renta wolnościowa?) ograniczymy się jedynie do spekulacyjnej hipotezy, że czynnik 6 realistycznie mógł odpowiadać za łącznie max. 5% utraty całej dostępnej puli zasobów. Oczywiście ilość tego geopolitycznie nasypanego piasku w trybach, biorąc pod uwagę sprzężenia pośrednie, można przeszacować znacznie w górę, uwzględniając np. zblokowane przepływy know-how czy odcięte  kanały wymiany handlowej, ale o tym parę zdań poniżej w oddzielnej hipotce 8).

  7. Za mało komunizmu w „komunizmie”. Można zauważyć, że pogarszanie wydolności modelu zbiegało się w czasie ze stopniowym porzucaniem konceptu wdrażania w życie zasady „każdemu według potrzeb, od każdego według możliwości”, co nie musi oczywiście wskazywać określonego przyczynowo-skutkowego wektora korelacji. Skala potrzeb – biorąc pod uwagę realistyczne zdolności do ich zaspokajania – została, jak się wydaje, na pewnym etapie napompowana, zapewne z przyczyn propagandowych. Podobne zjawisko towarzyszy zresztą reżimowi neoliberalnemu w zasadzie od samego początku, tj. od wprowadzenia doktrynu szoku. Być może regułą jest, że po upływie ~25 lat część populacji zaczyna zauważać dysonans pomiędzy oficjalną wizją nadciągającego dobrobytu a bieżącym stanem rzeczywistym; że nic (w każdym razie nic co można uznać za miłe i przyjemnie pachnące) z obiecywanej przez dekady manny na nich nie skapuje; w komunie, tak jak w teolibie, po 25 latach odbierania jesłiken-ostwa na wszystkich kanałach (bez różnicy, że wtedy na dwóch, a teraz na stu) prole podkurw10ne zmniejszeniem dostępności mięsiwa masowo wyległy na ulice (ale zaraz, zaraz –  w neolibie nic podobnego nie miało jeszcze miejsca; różnica polega na tym, że obecnie obietnice składa Wielki Lesefer, a nie jakiś mniej-więcej zmaterializowany Aparat; Aparat można zlokalizować i np. obrzucać kamieniami czy podchajcować jego placówki; ale spróbuj trafić pozyskaną ze ścieżki rowerowej dofinansowanej przez UE kostką bauma niewidzialnego Wielkiego Lesefera! – szachmat!).
    Ale co ma do tego „zawartość komuny”? Otóż wydaje się jasne, że PRL od początku wcale nie nosił się z zamiarami stopniowego wdrażania „kolejnych etapów” komunizmu, a wektor mobilizacji działań coraz bardziej i bardziej odchylał się w stronę kapitalizmu państwowego, angażującego pracę najemną (a zatem wyzysk) i system punktowy (pieniądz) bez zbędnych ogródek oraz charakteryzującego się ewidentnie kastą elit, odrywających się stopniowo od prolo-bazy, formujących przy tym pewną duszno- czy zatęchło-opresyjność Aparatu, rujnującą PR, a przez to i opcje dostępnych motywacji. Generalnie (z uwagi m.in. na satelicki charakter kraju, sposób wyłaniania organów itp.)mo_1mini Aparat ten, mający zapewne w założeniu substytuować te niewystępujące z natury w systemie nie-kapitalistycznym czynniki motywująco-dyscyplinujące, postrzegany był jako reżim narzucony, a przez to utracił skuteczność motywowania obrazkowym ikono-kolektywizmem; czyli, inaczej mówiąc, abstrakcja wspólnego celu stała się w tym ponurym środowisku ewidentna dla większości.

    Zakładając mocno hipotetycznie, że zamiast wicierozumiciowania, od początku starania reżimu zorientowane byłyby jasno na osiągnięcie kiedyś tam pełnej komuny – tzn. bez wyalienowanych bonzów partyjnych, bez nieudolnego kopiowania metod wyzyskobiorczych (i z czasem może nawet bez namiastko-pieniądzowości), być może identyfikacja proli z wizją wspólnego celu pozwoliłaby przetrwać „przejściowe trudności” bez rozwalania całego modelu. Ale oczywiście PRL nie działał w próżni – dokładnie taka sama degradacja pojęcia „komunizm” miała miejsce we wszystkich krajach bloku – stąd wybór innej ścieżki był raczej niemożliwy.

  8. Za mała integracja z globalnym rynkiem. Ten fakt po części również wymusiła geopolityka. Ale biorąc pod uwagę, że nikt nigdy nawet nie próbował (może za wyjątkiem działań bezpośrednio powojennych) odchodzić od pracy najemnej (a zatem od czegoś, co definiuje obecność wyzysku, w odróżnieniu od alokowania swoich możliwości na rzecz wspólnoty przez np. identyfikację z nią) nie było pryncypialnych przeszkód, żeby pozwolić zachodnim wyzyskobiorcom stawiać inwestycje typu greenfield (od podstaw) w wybranych sektorach.temperowka-na-zyletke-jpegmini Z kolei brak zobowiązań w postaci umów o wolnym handlu pozwoliłby na dowolne „sterowanie” w jakich segmentach gospodarki widzimy kapitalistów, rozkładających swoje kapitałowe zabawki, jako wartość dodaną i na swobodne określanie warunków dla takiego wyzyskobrania (ze względu na taniość prolo-godzin nie ma podstaw sądzić, że łapczywi w swojej naturze wyzyskobiorcy oparliby się takiej pokusie). Taki model, który można by traktować jako pragmatycznie-przejściowy na drodze dokądś tam, miałby spore szanse rozładować doraźnie napięcia podażowe – zarówno drogą uzupełnienia produkcji na rynek krajowy jak i przez wytwórczość eksportową, co otwierałoby z kolei opcje zapychania podażowych dziur równoważnym importem czy też na pewne, bardziej odpowiadające parytetowi siły nabywczej, dostosowanie relacji wymiany biletów NBP na twarde finansowe IOU.

  9. Za duża integracja z globalnym rynkiem. Być może najgorsze są półśrodki – wiemy, że w pewnym momencie nasza komuna zaczęła pakować się w różnorakie licencje wykupywane od zachodnich kapitalistów (jak i różnorakie aberracje importowe, materializujące się najwyraźniej celem zaspokajania często zaskakujących w obliczu otaczającej siermięgi potrzeb konsumenckich, które wydają się teraz jak gdyby nie na miejscu w ówczesnych warunkach – tu nagle przypomniały się nam gumy Donald, które swego czasu sami bezrefleksyjnie konsumowaliśmy, chłonąc chciwie oczami żywość kolorów na załączonych historyjkach) z nadzieją prawdopodobnie na rozkręcenie eksportu gotowych wyrobów poskładanych na bazie tych licencji (bądź też, alternatywnie, chcąc zaspokoić rozbudzone ambicje konsumerystyczne proli – vide prolo-motoryzujący zakaszlany wehikuł).guma2mini Większość z tych projektów nie okazała się, łagodnie to ujmując, strzałem w dziesiątkę; można by nawet wysnuć tezę, że kupowano głównie patenty wygrzebane przez zachodnich cwaniako-kapitalistów z koszy, do których trafiały odpady kreślarsko-projektowe odrzucane przez tamtejszy menedżment.

    Być może lepszym rozwiązaniem byłoby konsekwentne podążanie ścieżką substytucji importu za pomocą własnego, jakkolwiek nie-siermiężnego R&D (czy po prostu w drodze nabywania interesujących pojedynczych egzemplarzy wytworów imperialistów celem poddania ich procesom odwrotnej inżynierii, co do dzisiaj jest z powodzeniem praktykowane przez sprytne kraje rozwijające się) i trzymanie się perspektywy zasobowej (jaki był np. sens – inny niż propagandowy – kaszlako-motoryzowania proli wobec ograniczonych możliwości importu paliw i operującego dość sprawnie transportu publicznego?).

  10. Marnotrawstwo zasobów ludzkich. Temat na wypełnienie kilku gęstych wpisów, ale tu tylko pokrótce, o co chodzi. Punktem wyjścia jest: „dlaczego tak wielu pracując tak długo wytwarzało tak niewiele?”. Jedną z hipotez dla wyjaśnienia tego stanu, którą pokusimy się tu postawić, będzie twierdzenie, że PRL, wbrew rzekomo przyświecającej jej memetyce komunistycznej, robiła bardzo niewiele w kierunku polepszenia losu prola. Czyli, podobnie jak w praktycznym leseferyzmie, celem wydawała się pozostawać maksymalizacja podaży czasu z życia proli, który mógł być zaangażowany w pracę najemną; różnica polegała na tym, że w PRL nadwyżka tej podaży była niedyskryminacyjnie wchłaniana przez aparat wytwórczy (czy z czasem coraz bardziej przez około-wytwórczą dwutysiącowo-stojąco-leżącość), podczas gdy w neoliberalizmie nadwyżka ta podlega stygmatyzacji nalepką nieudacznik-bezrobol, co ma motywować tak oznakowaną jednostkę do wykopania dołka pod jakimś innym, chwilowo bardziej szczęśliwo-samorealizującym się prolem aktywnym w systemie wyzysku, poprzez zaoferowanie wyzyskobiorcy niższej prolo-ceny lub/i lepszych kwalifikacji/wyglądu/umiejętności czapkowania.
    Czyli, idąc dalej, można postawić tezę, że nasza komuna, dokładnie tak samo jak praktyczny leseferyzm, nie przykładała prolo-czasowi (edit: zgodnie z  uwagą komentatora – należy zaznaczyć tu dla jasności, że chodzi nam o prolo-czas jako zasób, nie zaś o prolo-godziny, w których odbywa się wyzysk) żadnej inherentnej wartości i tym samym ten czynnik był całkowicie ignorowany przez algorytmy planowania (w tym planowania zasobowego). Jednocześnie w środowisku braku (bądź zbyt słabego) motywowania punktowego, który sterował zachowaniami menedżmentu, skutki tego braku poszanowania prolo-czasu były jeszcze gorsze niż w reżimie kapitalistycznego algorytmu M(t2) > M(t1), ponieważ w tym drugim przypadku pojedynczy prolo-poganiacze na poziomie mikro – mając świadomość konieczności wypłacenia zaangażowanym prolom twardych finansowych IOU – charakteryzować się będą jakąś – większą czy mniejszą – skłonnością do podnoszenia produkcyjności takiego prola (przez umaszynowienie czy poprawę organizacji), a w ten sposób – stopniowo – polepszać się będzie techniczne czy organizacyjne uzbrojenie pracy. (Oczywiście daleko stąd jeszcze do rzeczywistego poszanowania czasu prola – to może zacząć być realizowane dopiero po radykalnym ustawowym zmniejszeniu wymiaru czasu pracy).
    Zauważmy, że jeżeli w systemie planowania (przynajmniej częściowo) zasobowego (charakteryzującego się bardzo słabą motywacją punktową) podaż prolo-godzin potraktujemy jako constans, czy jako „pulę”, z której możemy dowolnie i bezkosztowo czerpać, po stronie motywacji do R&D mamy próżnię, którą możemy próbować wypełnić jedynie „zadaniowością”; tj. narzuceniem jakiś planów wolumenów produkcyjnych.marnowanie_prolo_czasumini Najprawdopodobniej taki czynnik motywowania do podnoszenia efektywności okazał się za słaby, aby pokonać naturalną bezwładność materii ludzkiej (co zapętla nas z powrotem do hipotezy 1).

    Być może sprawy przyjęłyby całkiem inny obrót, gdyby algorytmy planowania zasobowego od początku traktowały prolo-czas jako zmienną, posiadającą wartość, którą należy cenić samą w sobie. Idealistyczną ekspresją tego byłaby stopniowa redukcja podaży prolo-godzin (zamiast trendu upychaniowości nadwyżek proli po zakładach pracy, bez oglądania się na potrzeby). Jednak na przestrzeni 45 lat funkcjonowania „komuny” działania w tym kierunku miały charakter wyłącznie symboliczny (vide wieczna walka o wolne soboty, co stanowi potwierdzenie stawianej tu hipotezy).

    Czy zaciążyła nad tym uniwersalna klątwa etosu pracy, tj. wiara, że nirvanę można osiągnąć tylko przez samo-katowanie się przez min. 40h/tydz., niezależnie od systemu? Być może właśnie skutkiem tej filozofii w obu konkurencyjnych systemach –  w praktycznym leseferyzmie i w praktycznej parodii komunizmu – znaczna część proli angażowana jest/była w bieg jałowy – parę w gwizdek (w leseferyzmie np. narośl marketingowo-sprzedażowa i cała reszta, o czym było tu, natomiast za „komuny” – oprócz licznie występujących bez wątpienia „sztucznych” miejsc pracy – w jakiejś części praktycznie wszyscy zmuszeni okolicznościami do wykonywania pracy najemnej w warunkach nieadekwatnego do czasów i stanu wiedzy uzbrojenia technicznego). Być może w przypadku, gdyby od razu na wstępie zasobowe plany gospodarcze przewidywały określanie wolumenów produkcji na jednostkę prolo-godziny,  krzywa krańcowej efektywności modelu okazałaby się bardziej odporna w zderzeniu z czynnikami, które wygenerowało zadane historyczne otoczenie.

  11. Knowania imperialistów. Można traktować to w kategorii dowcipu, ale przypominając sobie, że kapitalizm może żyć tylko przez ekspansję – albo w drodze inwestycji, albo przez grodzenia – nie trzeba uciekać się do spisko-teoretyzowania aby wysnuć tezę, że zachodni centralni planiści prywatni nie mogli się powstrzymać od łypnięciaimperialistamini od czasu do czasu chciwym okiem na setki tysięcy (czy miliony – biorąc pod uwagę cały obóz) kilometrów kwadratowych przestrzeni, setki tysięcy zakładów wyzysko-generacji, setki tysięcy km rur, przewodów czy innych tego typu instalacji, tysiące placówek regeneracji zepsutych proli etc. – a wszystko to całkiem nieogrodzone, dziewicze – rynko-nie-spenetrowane, drżąco-czekające na swojego Posiadacza. Czy to łypanie przełożyło się na jakieś konkretne dołko-kopiące działania w wymiarze wystarczającym, aby przechylić szalę? Tego nie wiemy, ale propozycja hipotezy pozostaje.

Jak można zauważyć wiele (jeśli nie większość) z wyciągniętych z głowy i zrzuconych do tego posta hipotez charakteryzuje się wzajemno-przenikalnością. Ale w naszym zamyśle ma to być ekono-zabawa (a nie spinka w klimacie wnuko-IOU-ratujących ewangelii ipeeno-mizesolo-leseferystycznych). Nasz obfity ekono-melanż zwieńczamy pluralistyczną ankietą-wybieranką, a ewentualne nasze komentarze czy CD tematu już kiedy indziej.

EDIT: Niezły (mimo pewnych mankamentów) zarys ekono-historyczny do poczytania tu: http://ciborowski.host247.pl/prl.htm#6


*za Maddisonem (źródło: http://www.ggdc.net/maddison/maddison-project/home.htm); oczywiście wybór jakiegoś tam konkretnego okresu będzie zawsze pewną manipulacją (np. entuzjaści neolibu za rok startowy dla pompowania osiągnięć III Neoliberalnej przyjmują 1991 – w którym PKB już zdążył zanurkować o te circa 10% pod ciężarem doktryny szoku); oczywiście – jakiego ujęcia czasowego by nie użyć, będzie to lepsze od memetyki typu: „w 1989 standardowy prol zarabiał 20US$ podczas gdy w 2016 będzie to już 300 czy 500 – czyli jest bogatszy o 2 pierdyliony %)

Advertisements

9 thoughts on “Dlaczego upadła „komuna” – ekono-zgadywanka

  1. teogderyk

    Obowiązek komcionauty spełniony, sonda wypełniona! Z tymże gwoli jasności, w ’78, kiedy to hasło „Lepsze jutro było wczoraj!” stało się ciałem, to ja pewnie, stosunkowo niedawno, zakończyłem obsrywanie tetrowych pieluch. Tak więc wybrane przeze mnie opcje raczej nie są wynikiem osobistych doświadczeń.

    Lubię to

    Odpowiedz
  2. bloglolka

    „Czyli, idąc dalej, można postawić tezę, że nasza komuna, dokładnie tak samo jak praktyczny leseferyzm, nie przykładała prolo-czasowi żadnej inherentnej wartości i tym samym ten czynnik był całkowicie ignorowany przez algorytmy planowania (w tym planowania zasobowego).”

    Że niby praktyczny leseferyzm nie przykłada prolo-czasowi żadnej inherentnej wartości? Chyba w makro. W mikro mamy zakazy korzystania z toalety bez zaświadczenia lekarskiego, sugestie korzystania z pieluchomajtek i „piekło w Gembie” (ja wiem, że Japonia na Gembie odniosła swego czasu sukces – jeszcze zanim została ona odpowiednio zoptymalizowana przez lesefera) z określaniem każdej czynności pracowniczej z dokładnością do dziesiątej części sekundy, tak że prol nie ma czasu otrzeć potu. Oraz presję na elastyfikację czasu pracy, tak żeby danego dnia prol nie wiedział czy będzie pracował zero godzin, czy szesnaście godzin. Na tym polu nastąpiło znaczne pogorszenie. Prol już nie ma czasu na socjalizację, jak kiedyś.

    Aha, żeby nie było, komuszy przymus zatrudnienia generował marnotrawstwo w postaci ucieczki z miejsca pracy celem rozmienienia środków produkcji na alkohol podczas pierwszej przerwy w nowej pracy takiego przymuszanego zagorzałkowanego zwalczacza systemu.

    Lubię to

    Odpowiedz
    1. s.halaer Autor wpisu

      @bloglolka: Być może nie do końca precyzyjnie sformułowałem to zdanie (czy myślo-skróciłem). Chodziło mi oczywiście o czas prola w ogóle (tzn. cały czas jaki prol ma do dyspozycji), a nie konkretnie część tego czasu, w której następuje prolo-wyzysk.
      Tzn. jeszcze inaczej – neoliberalizm interesuje się wyłącznie właśnie tą wyzysko-godzinową częścią prolo-czasu i, tak jak zauważyłeś, do tej części przykłada nadzwyczajną uwagę tak, aby intensywność wykorzystania tej części prolo-czasu była „odpowiednia” (tu często w odróżnieniu od „komunistów”); natomiast pozostała część doby prola nie przedstawia „cech użytkowych” (poza może czasem przeznaczonym na dokonywanie wydatków) i neolib nie uważa jej za coś, co posiada jakąś wbudowaną wartość samą w sobie.
      Całkowicie logiczną (z punktu „neolibu”) ścieżką „rozwoju” rynku pracy będzie trzymanie prola na ciągłym stendbaju – pod telefonem czy apką, które zawiadomią prola w stosownym czasie, że będzie „przydatny” od do. W „komunie” odpowiednikiem tego zaprzeczenia inherentności wartości czasu z życia prola było „siedzenie (czy leżenie) w pracy” (zamiast puścić nieszczęśnika po prostu do domu po np. 4 godzinach).
      Mamy nadzieję, że to załata tok wpisu w stopniu satysfakcjonującym.

      Lubię to

      Odpowiedz
      1. bloglolka

        Zdaje się, że rozumiem lepiej, ale niekoniecznie się zgadzam. Ale po kolei:
        1. „Tzn. jeszcze inaczej – neoliberalizm interesuje się wyłącznie właśnie tą wyzysko-godzinową częścią prolo-czasu”
        Jasne, przecież neoliberalizm programowo obkurcza państwo, które powinno się interesować też pozostałą częścią doby. Czasami do takiego poziomu, że „nie ma już kasy” na badania „dlaczego życie kiedyś może wcale nie było gorsze niż teraz”. Brakuje nawet na tę część „teraz”, więc Wielki Lesefer zaczyna głęboko wierzyć, że golem prola, którego ulepił na własne potrzeby (np. zażartej walki o utrzymanie handlu w niedziele, bo golem ma taki lajfstajl, że w niedziele sobie chodzi do galerii) wyraża rzeczywiste potrzeby proli. Tymczasem całkiem możliwe, że neoliberalizm coraz częściej oczekuje od proli rzeczy niemożliwych, co siłą rzeczy generuje tarcie.

        2. W „komunie” odpowiednikiem tego zaprzeczenia inherentności wartości czasu z życia prola było „siedzenie (czy leżenie) w pracy” (zamiast puścić nieszczęśnika po prostu do domu po np. 4 godzinach).
        Tu mam pewien problem, gdyż kiedyś i teraz ten czas pracy to są jakościowo różne kwestie. Sam wymiar ilościowy czasu pracy nie mówi, ile się rzeczywiście pracuje (i teraz i wtedy). A poza tym, co ten prol miał robić w domu? Nie było przecież Internetu. I jak ów prol miałby wykonywać w tym domu prywatne fuchy, skoro te często wymagały wykorzystania państwowych środków produkcji? Zresztą myślę, że w reżimie „czy się stoi czy się leży” były dość duże możliwości wychodzenia wcześniej, jeśli zaistniała taka potrzeba. Oczywiście dla potrzeb statystycznych, kolega odbijał kartę pracy o odpowiedniej godzinie. Więc o ile w reżimie Wielkiego Lesefera propozycja okrojenia (rzeczywistego) wymiaru czasu pracy ma sens, tak w przypadku poprzedniego reżimu nie musiało mieć to aż takiego znaczenia.

        W ramach propozycji pkt. 12. Może problem wystąpił w komponencie „znajomości”. Wielki Lesefer bardzo dba, by dobro to było dostępne tylko dla jego najbliższych (tak, że zwykły prol często nie dowiaduje się nawet, że odbyło się jakieś spotkanie „na szczycie”, na którym coś ustalono). W komunie był to zdaje się jeden z powszechnie akceptowanych środków płatniczych („ja Ci załatwię to, ale masz u mnie dług, więc w razie co załatwisz mi tamto”). Znajomości jako środek płatniczy najbardziej przypomina IMO standard złota – są fizyczne, ich przyrost w systemie jest ograniczony (przyrostem naturalnym) oraz da się na raz unieść tylko ograniczoną ich ilość. Może więc na tym odcinku wystąpił jakiś problem, który zaczął dusić gospodarkę 😉 .

        Lubię to

        Odpowiedz
      2. s.halaer Autor wpisu

        Ad. 1. No właśnie – proli już memetycznie w ogóle nie ma, pozostali “konsumenci” .
        Ad.2. Jasne – 40 lat temu racjonalne przesłanki do skrócenia wymiaru czasu pracy były znacznie słabsze niż obecnie. Nie ma wątpliwości, że w środowisku ewidentnyvh luk podażowych lepszym wariantem od “puszczania 2tysiąco-siedząco-leżącej do domu” byłoby zaangażowanie jej potencjalnej energii do produktywnych działań.
        Ale co w ogóle doprowadziło do stanu, w którym można roztrząsać takie dylematy? Tu próbujemy stawiać tezę, że od początku zaważyło na tym założenie, że prolo-czas jest jak – szukając właściwej przenośni – jak np. węgiel (trzymając nadal perspektywę z lat 1950-70tych): w ogóle nie zaprzątamy sobie głowy, że jest to coś, co może się wyczerpać (czy zamulić atmosferę, podobnie jak zamulony będzie być może umysł prola po intensywnej tyrce); naszym problemem jest wykopanie spod ziemi jak największej ilości w jak najkrótszym czasie, wrzucenie urobku pod największy możliwie kocioł – podpalamy – para bucha – czyli pewnikiem jedziemy! (a tymczasem para idzie w gwizdek).
        Jeśli chodzi o odnoszenie systemu “przysług” (załatwania) do standardu Au – muszę stanowczo zaoponować. Wzajemno-przysługowość jest dokładnym przeciwieństwem pieniądzo-towarowości. Zjawisko przysługo-długów jest z nami wiele tysięcy lat dłużej niż memetyka pieniądza towarowego i stoi u podstaw prawidłowej, w opinii naszej pracowni, identyfikacji IOU jako środka płatniczego. Limitem wolumenu przysługo-długów jest zdrowy rozsądek – tzn. zdolność przysługobiorców do “spłaty” – nie zaś jakieś zafiksowane ilościowo ograniczenia. Oczywiście obecnie jesteśmy w fazie, gdzie granica zdrowo-rozsądkowości w tym obszarze została dawno przekroczona, ale to już inna historia.

        Polubione przez 1 osoba

        Odpowiedz
  3. bloglolka

    „Limitem wolumenu przysługo-długów jest zdrowy rozsądek – tzn. zdolność przysługobiorców do “spłaty” – nie zaś jakieś zafiksowane ilościowo ograniczenia.”
    Rozumiem. Ciągle jednak uważam, że mógł być tu problem zwyczajnych ograniczeń w postaci np. „nie znam nikogo, kto jest w stanie załatwić to co akurat potrzebuję, czyli „wiarygodnie spłacić dług””. Wraz z rozwojem gospodarczym rósł przecież poziom skomplikowania produktów i usług, co mogło rodzić coraz bardziej wyrafinowane zapotrzebowanie. Stąd wyskoczyłem z tą fizycznością. Nie da się fizycznie znać wszystkich w stopniu wystarczającym do tego, żeby IOU zaczęło mieć jakąś wartość. IOU nieznajomego, którego widzi się raz w życiu, ma wartość w okolicach zera. Tak mi się przynajmniej wydaje. I przepraszam za off-topowanie. Postaram się nie grzeszyć więcej.

    Lubię to

    Odpowiedz
    1. s.halaer Autor wpisu

      Jak mawiał Minsky: każdy może wykreować pieniądz (IOU), problemem jest tylko czy ktoś ten pieniądz weźmie za dobrą monetę. No ale jeśli ktoś już zaakceptuje takie IOU „nierozsądnie” to już jest teoretycznie problem takiego akceptanta (no chyba, że mamy instytucję debt-prisoners, zwyczaje spłacania za pomocą „pounds of flesh” albo też środowisko neolibu, gdzie neolibo-państwo tak czy owak przyjdzie z odsieczą bogactwo-kreującym wierzycielom, którym przez „roztargnienie” zdarzyło się zapomnieć o realistycznym kredytobiorco-ocenianiu)

      Polubione przez 1 osoba

      Odpowiedz
  4. pawkins

    Uważam, że największym gwoździem do trumny „realnego socjalizmu” było zapożyczenie się na Zachodzie. Wprawni bankierzy (wspierani przez przymus gospodarczej integracji z ich krajami) potrafią, manipulując stopami kredytowymi i kursami walut, doprowadzić dłużnika (nawet wielkości dużego kraju) do wiecznego uzależnienia i w końcu – ruiny. Tak było z Meksykiem, z demoludami, wreszcie z Grecją…

    Lubię to

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s