Co to kapitalizm?

Co to co to ten kapitalizm? Dzięki internetowym rycerzom kółek mizesologijnych wiemy na ogół tylko tyle, że to jest coś, czego z reguły nie ma; zaistnieniu tego czegoś prawie zawsze na przeszkodzie coś stanie; a to jakiś podatek rujnujący przedsiębiorcĄ ich innowacyjne plany, a tam łyżka dziegdzio-okradająco-demoralizującego socjalu, a gdzie indziej znowu czai się rybo-ślimak, którego śluz wyznacza drogę do zniewolenia. W każdym razie kapitalizm nie pojawia się nigdy tam, gdzie występują jakieś problemy gospodarcze, natomiast może incydentalnie zaistnieć w miejscach, które doczekały się jakiejś epizodycznej medialnej czy ratingowej pochwały.

Problem z tą dość szeroko stosowaną definicją polega na tym, że utożsamia ona zjawisko nazywane „kapitalizm” ze stanem, w którym 100% (minimalnie 90%) aktywności gospodarczej sterowane jest przez Wielki Kalkulator Rynkowy [WKR], co ważne – najlepiej bez (przynajmniej widocznego) udziału/wpływu Centralnych Planistów Prywatnych (sektora finansowego) oraz gdzie współczynnik socjal-darwinizmu wynosi co najmniej 0,95 (19 na 20 niepracujących proli nie otrzymuje żadnej usankcjonowanej prawnie pomocy, umożliwiającej przeżycie).

W tych baśniach z krainy Wielkiego Lesefera Kapitalizm – owszem – występuje tu i ówdzie i bardzo rzadko i z reguły tam, gdzie media poinformują o jakiejś ewidentnej poprawie; charakter tej poprawy nie jest istotny, a o jej zaistnieniu informują znaki. Może to być znak w postaci pekabeowskiego wzrostu „znikąd” (np. po zapaści, której po 2 latach już nikt nie pamięta), czy też w formie depeszy agencyjnej czy rankingu, które zdolne są wzbudzić fascynację publiki jakimś szczególnie pozytywnym cudem, który zaistniał gdzieś na jakimś terytorium, gdzie uprawiany jest praktyczny leseferyzm (np. spadek notowanego bezrobocia przy braku wzrostu partycypacji zatrudnienia).

Oczywiście całkiem inne definicje kapitalizmu będą proponować np. komuniści (tacy prawdziwi – czyli ci, dyszący nienawiścią do wolności – jak zdefiniowana przez Wielkiego Lesefera – i ściskający w rękach sierpy i młoty, żeby tę wolność kontraktów raz na zawsze kolektywnie poszatkować i ubić, a nie ci z SLD, TR czy PO), którzy często za wystarczający warunek mówienia o kapitalizmie uznają już sam fakt wystąpienia pracy najemnej.

My tu w Pracowni do zidentyfikowania ram zbioru, w którym ma zmieścić się kapitalizm, używaliśmy dotąd jako wyznacznik motywację aktywności gospodarczej zyskiem (M+ > M) czy M(t2) > M(t1) w reżimie ochrony własności prywatnej, w tym zwłaszcza chodzi o własność prywatną środków produkcji – ale nie jesteśmy takim sformułowaniem do końca usatysfakcjonowani, (Nawiasem mówiąc, generalnie mało kto, nawet wśród prawdziwych komunistów czy marksistów, ma jakiekolwiek obiekcje względem prywatnej własności osobistej, tzn. takich rzeczy jak majtki, smartfon do łowienia pokemonów, gitara, mąż, czy rower albo nawet hipsterski skuter; co do auta opinie mogą być już różne.) Każda definicja intensywnie subiektywnych zjawisk będzie obarczona pewnymi niedoskonałościami, ale warto przynajmniej pokusić się o próbę doprecyzowania, celem minimalizacji propagowania BS.

W zasadzie jest pięć elementów-obszarów (nie wykluczam, że coś mogłem pominąć – ale o tym przypomni mi z pewnością korekta kolektywistyczna w komentarzach), których pewne określone stany, jeśli wystąpią łącznie, można uznać za wskazujące na wystąpienie kapitalizmu:

  1. określenie (czy raczej wyodrębnienie – o czym za chwilę) własności środków produkcji
  2. monetarność (lub umonetyzowanie czy upieniężenie) gospodarki
  3. sposób angażowania zasobów ludzkich
  4. sposób dystrybucji materiałów, towarów i usług
  5. motywy, którymi kierują się agenci-organizatorzy produkcji

W przypadkach 2 i 3 raczej nikt nie powinien mieć wątpliwości: biorąc pkt. 2 – gospodarka jest niewątpliwie zmonetyzowana (upieniężona) tzn. użycie pieniądza jest powszechne, zwłaszcza jeśli chodzi o aktywność „zewnętrzną” agentów (czynności w ramach gospodarstwa domowego, takie jak zmywanie, wychowanie dzieci, wykładanie karmy dla domowego przedstawiciela rasy wyższej – czyli koto-randroida, w normalnych warunków nie angażują pieniądza); punkt 3: większość aktywności wliczanej do PKB odbywa się przy angażowaniu pracy najemnej – w dowolnej postaci tej kategorii, jak umowa o pracę, o dzieło, samozatrudnienie czy wyzysk na czarno za umową audio. Oba te stany 2 i 3, przynajmniej jeżeli stanowią cechę przeważającą, będą charakterystyczne dla kapitalizmu (np. w feudalizmie zarówno rola pieniądza – we współczesnym znaczeniu – jak i kontraktów, jeśli chodzi o zatrudnienie, była niewątpliwie znacznie mniejsza, żeby nie powiedzieć – marginalna; w historycznych systemach nakazowo-rozdzielczych z kolei poziom upieniężenia jak i powszechności pracy najemnej był często zbliżony do współczesnych gospodarek leseferystycznych – do czego wrócę później).

W punkcie 4 – w kapitalizmie dystrybucją towarów i usług ma teoretycznie zajmować się wyłącznie Wielki Kalkulator Rynkowy [WKR], ale taki stan jest oczywistą utopią, co staraliśmy się wykazać w poście o Centralnych Planistach Prywatnych. Faktyczny stan obszaru zainteresowania nr 4 na pewno będzie przedmiotem szczególnej kontestacji ze strony leseferystów-idealistów, którzy nigdy nie będą skłonni uznać za kapitalizm sytuacji, w której nawet jedna cena (np. cena za przejście ostatnim chodnikiem nie posiadającym płatnych bramek, który jakiś kolektywista wybudował z czyichś podatków) nie będzie ustanowiona przez grę popyt-podaż. Oczywiście na tym polu dochodzi często do pomieszania pojęć gospodarki tzw. wolnorynkowej i kapitalizmu. Jeśli uporczywie trzymać się pryncypiów – należy przyznać, że gospodarka całkowicie kontrolowana przez WKR z praktycznych przyczyn jeszcze nigdzie nie wystąpiła w swojej czystej formie (i najprawdopodobniej nie wystąpi nigdy), natomiast jeśli próbujemy określić warunki brzegowe kapitalizmu, rozsądnym wydaje się przyjęcie za wyznacznik tego typu sytuacji, kiedy większość lub przynajmniej istotna część całego wolumenu wymiany odbywa się za pośrednictwem rynku, tzn. w warunkach, gdzie nabywcy podejmują decyzje zakupowe na podstawie cen wyrażonych w jednostkach rozliczeniowych, powszechnie stosowanych w zmonetyzowanej gospodarce i gdzie ceny z tak zawartych transakcji stanowią jednocześnie sygnały wpływające na aktywność producentów (czy dostawców usług), działających według algorytmu M->C->M+ (lub M->M+). W naszej ocenie ten warunek jest obecnie spełniony praktycznie globalnie. Co więcej – w znaczącym stopniu warunek ten był spełniony także w historycznych gospodarkach nakazowo-rozdzielczych (zwanych komuną), zwłaszcza w ich schyłkowej fazie.

Jeśli chodzi o punkt 5 – stan faktyczny, towarzyszący nieodmiennie leseferystycznej organizacji gospodarki, będzie często kontestowany przez ortodoksję leseferystyczną, która niestrudzenie usiłuje podtrzymywać wersję, że faktyczną motywacją charakterystyczną dla prawdziwego kapitalizmu jest wymiana – np. uprawiacz bananów uprawia je intensywnie, wytwarzając nadwyżki, których nie jest w stanie sam skonsumować (zjeść) jedynie dlatego, że tak uzyskaną nadwyżkę chce wymienić na ryby (czy żwirek dla swojego masta). Jednak z tą wersją w sposób dość istotny kolidują fakty, gdzie w realu organizatorzy produkcji często-gęsto wykazują tendencje do gromadzenia finansowych IOU i wydają się dokładać dużych starań celem zachowania (czy często nawet celem pomnożenia) realnej wartości tak zgromadzonych nadwyżek, których wolumen w niektórych przypadkach ewidentnie wyklucza możliwości jego wydatkowania celem zaspokojenia nawet najbardziej wyszukanych potrzeb osobistych. Czy ktoś, kto w toku działalności gospodarczej, gromadzi finansowe IOU w ilościach wykluczających realistyczną wizję wydatkowania ich na zaspokajanie swoich potrzeb, nie jest godzien miana prawdziwego kapitalisty, który powinien chcieć niewiele więcej aniżeli zamienić kiść bananów na pięć deko ryb (czy nawet na 5 ton, jeśli lubi sobie solidnie podjeść – ale przecież nie na 5 tys. ton)? Hej, tu Ziemia… Istotą gry są punkty – którymi w upieniężonej gospodarce są pieniądze, rozdzielane przez Centralnych Planistów Prywatnych czyli przez instytucje finansowe. To, czy uznamy te instytucje za wolnorynkowe czy nie-wolnorynkowe jest sprawą absolutnie wtórną; być może para-kolektywistyczna izba rozliczeniowa (czyli bank centralny, obsadzany zresztą z zasady załogą weryfikowaną w oparciu o kompatybilność ze zgodną z leseferyzmem pseudo-ekonomią teoklasyczną), powstrzymująca chaos, który wynikłby nieuchronnie w rezultacie „uwolnienienia” instytucji finansowych charakterystyczny np. dla XIX wiecznej bankowości w USA, gdzie poszczególne banki emitowały własne banknoty, przesądza, że mamy obecnie do czynienia z systemem nie-w-pełni-wolnorynkowym; ok, zgoda – ochrona deponentów przed skutkami periodycznych runów na banki prawdopodobnie rujnuje wizję nirvany według Wielkiego Lesefera. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal mamy do czynienia z systemem punktowym, gdzie agenci-organizatorzy produkcji kierują się motywem zainkasowania na końcu danego cyklu ich działalności M+ > M0, nie zaś motywem zamiany bananów na rybkę.

Punkt pierwszy zostawiamy na koniec, bowiem uprzednio forsowaliśmy tezę, że jednym z warunków, wskazujących na wystąpienie kapitalizmu, jest podstawa w postaci własności prywatnej (w tym zwłaszcza własności środków produkcji). Tymczasem – jeśli się nieco głębiej zastanowić – to właściwie dlaczego mielibyśmy dokonywać dyskryminujących podziałów własności? Czy np. wystąpią zasadnicze różnice w funkcjonowaniu trzech podmiotów o rozproszonej własności, gdzie w jednym przypadku większość akcji będzie w posiadaniu konkretnych osób fizycznych, w drugim 50%+ będzie własnością podobnych podmiotów o rozproszonej własności, a w trzecim przeważającym nominalnym właścicielem będzie tzw. skarb państwa? Przecież motyw dla aktywności i oceny skuteczności menedżmentu (prolo-zaganiaczy) jest we wszystkich przypadkach taki sam: M(t2) ma być większe od M(t1), gdzie t może oznaczać kwartał, czy rok, w zależności od perspektywy spekulacyjnych preferencji właścicieli. Spekulacyjnych – bo tu widać dokładnie, że posiadacze akcji nie chcą wcale ryb za banany – interesuje ich tylko i wyłącznie przyrost keszu, kapuchy, mamony, sary – i dotyczy to także spółek zdominowanych przez państwo. W praktycznym neoliberalizmie posady w zarządach czy radach nadzorczych spółek quasi kolektywistycznych jak i stricte prywatnych będą nagradzać zarówno efektywność wyciskania wartości dodatkowej z proli jak i kompatybilność z celami głównymi neolibowego mambo-dżambo. Nie ma zasadniczej różnicy – owszem, spółki SP są w nieco większym stopniu obsadzane przez kadry aktualnie rządzącej pod-grupy teolibu – ale spróbuj namierzyć prawdziwego kolektywistę w zarządach quasi-państwowych gigantów – fat chance; na ten front posyłane są drony, które w niczym nie różnią się od robocorpów obsadzanych przez przedsiębiorstwa wolne od opresji mieszania się państwa do gospodarki. Oba rodzaje dronów-poganiaczy są w pełni kompatybilne i możliwe do zamiennego stosowania – co widać zresztą w praktyce. Obrotowe drzwi działają równie dobrze w obie strony.

Tak więc, po namyśle, niniejszym nasza pracownia odchodzi od dyskryminacyjnego użycia charakteru własności (składu akcjonariatu) środków produkcji dla celów zdefiniowania kapitalizmu. Dopóki podmioty o dowolnej kompozycji właścicielskiej poddane są praktycznie dokładnie identycznemu systemowi motywacyjnemu – rozbieranie struktury własności nie ma sensu. To, co jest istotne, to sam fakt zdefiniowania własności – czyli konceptualnego procesu, gdzie dokonujemy wyodrębnienia jakiegoś podmiotu z całej masy „instalacji” gospodarczych i oczekujemy, że ten podmiot będzie zachowywał się zgodnie z algorytmem punktowym – np.  M(t2) > M(t1)

Wbrew pozorom sprawa ta nie należy do kategorii zabaw semantycznych. Odrzucenie dyskryminacji własności, które tu właśnie świadomie czynimy, oznacza dość fundamentalny przewrót mentalny, w którym możemy zestawić w jednym teamie zarówno Posiadaczy jak i pseudo-kolektywistów reprezentujących neoliberalne państwo. Co więcej – taka perspektywa oznacza też, że np. większość inicjatyw, opierających się na własności pracowniczej, w zadanym środowisku praktycznego leseferyzmu, w zasadzie podąża (bo musi) tą samą ścieżką motywacyjną (prole wyzyskują samych siebie, no chyba, że taki podmiot z zasady nie będzie akumulować nadwyżek finansowych, rozdając cały ewentualny zysk członkom kooperatywy na bieżąco), która jest w pełni kompatybilna z właściwie zdefiniowanym kapitalizmem.

Idąc jeszcze dalej – nawet w historycznych systemach nakazowo-rozdzielczych podmioty wówczas działające charakteryzowały się wyodrębnioną strukturą, która prowadziła rozliczenia oparte na wartościach wymiany, nawet, jeśli takie wartości były determinowane nie przez (lub nie w pełni) przez WKR, a np. przez system dekretowania cen. Z takiej perspektywy te systemy nakazowo-rozdzielcze, w których funkcjonowały jednostki gospodarcze, posiadające jakiś zdefiniowany status własności (odrębności poprzez posiadanie ksiąg rachunkowych, zliczających na poważnie wyniki wyrażone w finansowych IOU), angażujące pracę najemną, rozliczające się za pomocą punktów (którymi w gospodarce upieniężonej są pieniężne jednostki rozliczeniowe, nawet jeśli zamiast nazwy „pieniądz” określimy je jako np. bilety NBP), z reguły w zgodzie z algorytmem M(t2) > M(t1), faktycznie prawie mieszczą się w ramach, które logicznie wyznaczają wyzysko-poletko zwane kapitalizmem. Jest to kwestia wyłącznie rozłożenia akcentów: udział centralnego planowania prywatnego vs. kolektywistycznego (czyli punktowego vs. zasobowego), ceny wyliczane w większym czy mniejszym stopniu przez WKR, stopień motywacji menedżmentu do wyciskania wartości dodatkowej etc.

Owszem, biorąc powyższe za podstawę, można wyznaczyć arbitralnie, że model, gdzie np. udział 50%+ rejestrowanej (zewnętrznej, mającej miejsce poza gospodarstwem domowym) aktywności gospodarczej oparty jest na planowaniu zasobowym (i gdzie pieniądz w obrocie gospodarczym  staje się w przeważającej części narzędziem, służącym bardziej do odnotowywania transakcji przepływu materiałów, aniżeli sygnałem, motywującym do podejmowania aktywności), przestaje już spełniać warunki do zdefiniowania go jako kapitalizm. Być może taka sytuacja miała miejsce w gospodarkach zwanych popularnie „komunistycznymi” – prawdopodobnie w pierwszej czy pierwszych dwóch dekadach funkcjonowania takich modeli tak mogło rzeczywiście być. I aczkolwiek takim systemom było daleko od autentycznej, przesyconej naturalnym zapachem ostracyzmu wobec konceptu posiadania „komuny” (takiej np. jak naszkicowana w wizji takiego hipotetycznego systemu  w „The Dispossessed” Ursuli Le Guinn), nazwanie tego kapitalizmem może większości wydać się wersją zbyt mocno naciągniętą. Ale okres „reform” junty lat 1980-tych w PL, stanowiący – z premedytacją lub przypadkiem – preludium do doktryny szoku następnej dekady, i którego klu ewidentnie polegało na próbie wprowadzenia tego kluczowego czynnika, jakim jest wyodrębnienie podmiotów (samorządność, samofinansowanie i jakieś tam trzecie S), które od tegoż wyodrębnienia mają się kierować własnym interesem (motywowanym najczęściej właśnie algorytmem M(t2) > M(t1) – ten okres to już ewidentnie kapitalizm, nawet już niekoniecznie z łagodząco-towarzyszącym post-przymiotnikiem „państwowy”.

No dobra, tyle gadki szmatki, a gdzie ta definicja „kapitalizmu”? Ok – definicja poniżej – z tym, że zastrzegamy, że jest to tylko próba – wstępne podejście naszej pracowni do trudnego tematu. W każdym razie na razie przyjmujemy wersję roboczą, że:

Kapitalizm to system gospodarczy, w którym powszechna jest wyodrębniona własność, w tym zwłaszcza wyodrębniona jest własność środków produkcji (czy środków dostarczania usług jak i potencjalnych środków generacji renty), w którym agenci-organizatorzy produkcji i usług (oraz nabywcy środków generowania renty) działają w jakimś środowisku punktowym (które praktycznie zawsze realizowane jest przez upieniężenie), gdzie motywacja do aktywności gospodarczej determinowana jest w stopniu przeważającym oczekiwaniem osiągnięcia kompatybilności z algorytmem ΣPkt(t2)>ΣPkt(t1), nie zaś osiągnięcia maksymalizacji racjonalizacji zagospodarowania dostępnych zasobów, a podstawowym środkiem do realizacji takich celów gospodarczych jest angażowanie zasobów ludzkich w formie różnych wariantów pracy najemnej.

Ok – być może nasza definicja wyciosana naprędce anty-leseferystyczną siekierką nie miałaby wielkich szans w konkursie na Miss Elegancji Definicji Kapitalizmu (jeśliby organizatorzy periodycznych pleco-poklepujących sabatów teoliberalistycznych wpadli na pomysł takiego współzawodnictwa w ramach popularyzowania wiedzy o gospodarce wolnorynkowej). Jest to jednak przynajmniej próba ucięcia BS, którym oddychać musimy na co dzień, gdzie wszyscy czują się w obowiązku pochylić się nad rzekomymi wypaczeniami kapitalizmu. Oczywiście ekspresja tej troski w wykonaniu mizesologów będzie znacząco odmienna od tej wyrażanej przez złotowiekowców czy innych „postępowców”. Natomiast kapitalizm jest prozaicznie tylko (i aż) typem modelu organizacji zagospodarowania zasobów (w tym ludzkich), nie zaś przepisem do ugotowania czegoś, co (w zależności od tego, jaką memetyką zarażony jest umysł danej jednostki) ma napychać czyjeś konkretne kieszenie  – kieszenie Posiadaczy (tzw. kreatorów bogactwa) w wersji ortodoksji leseferystycznej,  kieszenie średnio-klasowych proli – w wariancie neoklasyków-oportunistów, bądź też wszystkie kieszenie – w wersji wolnorynkowców-optymistów lub złotowiekowców. Propozycje kręcenia gałkami tego jedynego kapitalizmu, który jest – tzn. tego obserwowalnego – nie zmierzają wcale do zmiany modelu (czy to w „prawdziwy kapitalizm” czy „kapitalizmo-socjalizm”); proponentom chodzi na ogół jedynie o manipulację współczynnikiem socjal-darwinizmu, którym ma się – zgodnie z daną memetyką – charakteryzować właściwy kapitalizm; jedni chcą go zwiększyć, inni zmniejszyć, ale niezależnie która wizja zwolenników kapitalizmu przeważy, model gospodarowania zasobami pozostanie ten sam.

Nie musimy dodawać, że w świetle takiej definicji – która w miejsce roztrząsania poziomu socjal-darwinizmu czy stopnia utowarowienia przejawów życia społecznego, próbuje uchwycić sedno mechanizmu mobilizacji zasobów – z kapitalizmem mamy obecnie do czynienia praktycznie na całym globie (przy czym dominującą jego formą – biorąc jako dodatkowy wyznacznik wektor kompatybilności z naukami Wielkiego Lesefera – jest neoliberalizm, czyli praktyczny leseferyzm).

I najprawdopodobniej ten właśnie model pozostanie z nami przynajmniej tak długo, dopóki, pomimo rosnącej presji ze strony praw termodynamiki (w porównaniu do której presja ze strony proli zniecierpliwionych 40-letnim brakiem skapywania to jak dyskontowa bułka na śniadanie – średnio wyszkolony agitator mizesologiczny lub lesefero-ksenofobiczny jest w stanie w ciągu <15 minut zneutralizować wszelkie wątpliwości prola względem dobroczynności prawdziwego kapitalizmu), możliwe będzie „punktowe” sterowanie wykorzystaniem i alokacją realnych zasobów.

Advertisements

One thought on “Co to kapitalizm?

  1. s.halaer Autor wpisu

    W ramach post-postowych refleksji nasunęło mi się pytanie: co to – wobec powyższego – „socjalizm”? Naprędce można rzucić tezą, że S to będzie stan, w którym nadal będziemy mieć do czynienia z wyodrębnionymi podmiotami gospodarczymi jak i z jakimś systemem punktowym (prawdopodobnie pieniężnym), który jednak – w odróżnieniu do K – w sposób istotny odchodzi od motywacji Pkt(t2) > Pkt(t1) w kierunku zestrojenia się pod kątem racjonalnej alokacji zasobów. Tzn. podmioty – czy to prywatne czy para-kolektywistyczne – mogą nadal zbierać punkty, jednak otoczenie zewnętrzne będzie takie, że funkcja „punktowa” będzie w sposób ewidentny podporządkowana celowi nadrzędnemu, tj. jakiemuś szkicowi (sensownego/optymalizującego) planu gospodarowania i dystrybucji zasobów (np. poprzez skrajnie wysokie krańcowe stawki progresywnego opodatkowania nadwyżek punktowych pozyskanych w wyniku (ciągle obecnego nieuchronnie) wyzysku, regulacje kluczowych cen i płaco-cen, kontrolę kapitału, eutanazję rentierstwa itp.) Do tematu hipotetycznego socjalizmu (tu: nie w pseudo-rozumieniu tego pojęcia w stylu „socjalizmu” skandynawskiego, jak forsowane przez memetykę złotowiekowców) być może jeszcze powrócimy.

    Lubię to

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s