20-30 h pracy najemnej na tydzień – zarys perspektyw

W poprzednim chaotycznym ciągu wpisów w temacie redukcji czasu pracy najemnej (tu  i tam) próbowaliśmy nakreślić ogólną memetykę, która – w opozycji do leseferystycznej mantry „bogactwo poprzez intensyfikację pracy najemnej” – dostarcza przesłanek świadczących o tym, że zmniejszenie podaży godzin, jaką prole oferują wyzyskobiorcom, wcale nie musi prowadzić do pogorszenia dostępności dóbr i usług, zwłaszcza tych pierwszej potrzeby, czy w ogóle do spadku wolumenu ich produkcji, za to gwarantuje jednocześnie bez wątpienia natychmiastową poprawę komfortu życia proli. Pozostaje kwestia – jak przekonać proli, że kluczem do polepszenia ich losu w skali makro nie jest wcale spirala wyścigu intensyfikacji wyzysku, a wręcz raczej prole powinny zacząć biec po ratunek w dokładnie przeciwnym kierunku?

W zidentyfikowaniu tego jednego kluczowego, a jednocześnie prostego do zdefiniowania i do wyznaczenia celu można dopatrzeć się swego rodzaju ekonomiczno-politycznej analogii do buddyjskiej middle way – gdzie ani nie wybieramy kontynuacji samo-torturowania się 8+-godzinną pracą najemną każdego dnia, oczekując na owoce tej ascezy, które, jak wskazuje praktyka, nigdy nie dojrzeją, ale też nie decydujemy się na radykalne i gwałtowne zerwanie z  kapitalistycznym reżimem pracy najemnej w ogóle; czyli w miejsce skrajności obieramy złoty środek – dążymy do zaimplementowania takiego wymiaru pracy, który w danych warunkach jest konieczny (i wystarczający) z punktu widzenia wytworzenia odpowiedniego wolumenu zagregowanej wartości realnie użytkowej – ani mniej, ani więcej. Do podążania tą ścieżką nie potrzebne jest katowanie proli edukacją makroekonomiczną, nie generuje ona żadnych wewnętrznych między-prolowych podziałów, zapewnia prawie natychmiastową satysfakcję (przynajmniej tym, którzy nie są pracoholikami; ale zresztą: nikt nie broni nikomu pracować, a znacznie lepiej jest to robić dla siebie, dla rodziny, społeczności czy idei zamiast dla wyzyskobiorcy!), a przy tym nie zawiera żadnego pierwiastka bezpośrednio brutalizującego wyzyskobiorców, jak zwiększanie podatków, strajki czy nawet ustawowe podnoszenie płac minimalnych (nie mówiąc już anty-wyzyskobiorczych zamieszkach czy opcjach widlastych).

Aby taka „praktyka” zadziałała, nie trzeba wcale rozumieć mechanizmu działania tej metody; wystarczy konsekwencja w jej aplikacji, tj. pełne skoncentrowanie się na tym jednym postulacie: skrócenia wymiaru pracy, oraz może pewna doza wiary, czy raczej jakiś miks przekonania i stoicyzmu, który pozwoli zignorować w naszej wędrówce tą drogą do wolności nieuchronnie towarzyszące tej wyprawie pohukiwania leseferystycznych demonów (jak ktoś woli – może sobie zobrazować to jako przeprawę przez dolinę ciemności). Jeżeli będziemy podążać naszą „środkową” ścieżką, nie zważając na pokusy czy groźby, wzywające na manowce – nirvana całkowitego wyzwolenia z reżimu pracy najemnej przyjdzie z czasem sama, tzn. będziemy w stanie „przejrzeć” realny świat (tu: świat realnych zasobów), który obecnie ukryty jest za zasłoną iluzji leseferystycznego maja gadżetów pekabeowskich, wigowskich, kernowskich czy zairowskich odczytów humorów wyzyskobiorczych, rejtingów, zdrowotności finansówj etc. A nawet jeśli takiej nirvany osiągnąć się nie uda – nie ma problemu – przynajmniej, tak czy owak, mniej się orobimy, lol! (Z drugiej strony nie należy tej analogii posuwać za daleko – w duchu Buddyzmu wyzysk należałoby zaakceptować i zignorować jako część generalnej iluzji maja i mieć do niego stosunek obojętny – co zapala lampkę ostrzegawczą, że około-buddyjskie memy mogą być równie dobrze użyte przez leseferystów instrumentalnie do pacyfikacji proli!).

Wybór czy uwierzyć w osiągnięcie szczęścia przez bogactwo za pomocą szybszego czy dłuższego kręcenia kieratem, czy może raczej otworzyć się na potencjalne efekty konsekwentnego anty-harówkowego samadhi, należy do nas; w tym drugim przypadku jedyną rzeczą, którą trzeba nieugięcie praktykować, będzie głosowanie wyłącznie na tych, którzy szczerze i poważnie obiecują zmniejszenie ustawowego wymiaru czasu pracy lub/i obniżenie wieku emerytalnego (oczywiście problemem może być to, że takich ugrupowań w ogóle nie ma lub są zbyt mikroskopijne, żeby świadomość standardowego prola dokonała ich detekcji – ale nikt nie mówi, że wejście w skali makro na tę jedyną właściwą ścieżkę będzie łatwe; ale bez próbowania na pewno się nie uda).

Oczywiście ta metoda – ścieżka do wyzwolenia przez redukcję wymiaru pracy (którą leseferyści bez wątpienia ochrzciliby „drogą do zniewolenia”, której początek wyznacza ograniczenie swobody kontraktów) – rodzi wiele pytań o praktyczny przebieg jej realizacji i towarzyszące temu skutki makro. Dla przykładu: wykluczając sytuację, w której prolom w znaczącej części świata uda się jednocześnie przeforsować wejście na taką ścieżkę, kraj, który zrobi to pierwszy, natychmiast stawia się w niekorzystnej pozycji, jeśli chodzi o globalną konkurencję: wyzyskobiorcy po prostu zabiorą swoje kapitałowe zabawki z takiego terytorium i skorzystają z „normalnego” reżimu wymiaru czasu pracy najemnej oferowanego gdzieś za granicą. Jest to obawa w dużej części uzasadniona, dlatego też istnienie dużego bloku państw – jak UE – pomimo tego, że jak dotychczas blok ten wykazywał się skutecznością głównie w kontynuacji wdrażania anty-pracowniczej ofensywy dokładnie według receptur i życzeń Posiadaczy – z drugiej strony hipotetycznie może stać się wehikułem do introdukcji zuniformizowanych norm czasu pracy, obejmujących znaczący obszar gospodarczy (pewno dopiero pod warunkiem wydania zakazu zbliżania się lobbystów wyzyskobiorców na odległość mniejszą niż 100 km od Brukseli, złamanie którego dawałoby zielone światło do przymusowego dożywotniego skierowania do re-edukacyjnego ośrodka użytecznej pracy oraz pod warunkiem natychmiastowej likwidacji gniazd, gdzie technokraci-leseferyści składają swoje jaja – jak Komisja Europejska).

Ale co, zakładając, że UE jakimś cudem wprowadziłaby rzeczywiście ogólnoeuropejski program radykalnej obniżki wymiaru pracy – na początek 28-32h/tydz. (4 dni robocze w tygodniu)? Przecież chyba natychmiast zalana zostałaby chińszczyzną z dzikich krajów, gdzie żadne standardy zatrudnienia nie obowiązują? Ale powoli – najpierw ustalmy jedną podstawową rzecz: jeśli prole z kraju C produkują towar T po to tylko, żeby go wysłać do kraju E, a oczekiwanym efektem tego jest zwiększenie stanu aktywów finansowych kapitalisty K(c) – to które dokładnie prole stracą w wyniku tego „zalania”? Te, które takie gadżety skonsumują, czy raczej może te, które pocą się po 12h/dz., żeby je wytworzyć i których w danym reżimie „rozwoju” nie stać na ich zakup, pomimo taniości płaco-cen? A jak Chińczycy (czy Rynki) w efekcie zwiększenia importu netto (czy raczej zmniejszenia eksportu netto) przez UE „zażądają” dewaluacji euro? Nic się złego nadal nie dzieje –  wkracza Wielki Kalkulator Rynkowy, a piłka wraca do gry na stronę wyzyskobiorców, którzy zdecydowali się mimo wszystko pozostawić linie produkcyjne obsadzone prolami, pracującymi 30h/tydz w Europie.

Albo z innej beczki: udział siły roboczej w kosztach produkcji przemysłowej to circa 15-25%; czyli nawet zakładając, że wyzyskobiorcy w UE nie poczynią nic w celu uefektywnienia wyzysku przez np. umaszynowienie ani też nie zostaną uruchomione bezczynne dotąd rezerwy siły roboczej, koszt jednostkowy wzrośnie maksymalnie o 10%, zakładając nawet dwukrotną redukcję wymiaru godzinowego (tj. przy założeniu, że standardowy prol za 20h wyzysku na tydzień dostanie dokładnie tyle samo co za 40h przed regulacją). Czy motyw 2x więcej czasu wolnego nie jest wystarczającym uzasadnieniem dla pogodzenia się z ewentualnymi podwyżkami cen gadżetów o jedyne 10%?

Co z usługami? Tu udział kosztów pracy najemnej jest niewątpliwie wyższy – może 30 czy nawet 50%? Ale katalog usług, które da się outsourcować 10k km jest w pewien naturalny sposób ograniczony – nie będzie ekonomiczne polecieć do Wietnamu, żeby obstrzyc swojego cziłała, choćby ta usługa kosztowała tam 50 razy taniej niż w Paryżu. Usługi staną się być może mniej dostępne także dla proli-lokalsów, ale tę lukę może z powodzeniem wypełnić energia powstała w procesie kreacji dodatkowego czasu wolnego: po co zatrudniać niańkę w czwartek i piątek, kiedy są to nasze dni wolne od pracy najemnej? W uwolnionych dniach możemy także z powodzeniem nauczyć się wykonywania prostych usług samodzielnie – pomalować przysłowiowy płot, wymienić kondensator w czajniku z zaprogramowanym przez producenta ograniczonym czasem życia* itp.  Czy nie poczujemy się lepiej, przeznaczając czas na naukę i praktykę nowych umiejętności, zamiast napawać się randroidalnie dostępną opcją żerowania na przymusie ekonomicznym, dociskającym innych proli do oferowania takich usług poniżej ich realnego kosztu? Ekonomista zaprotestuje: „ale przecież ta ścieżka niechybnie doprowadzi do spadku PKB!”? Ale na czyją głowę spadnie to PKB? A może zatem fokk PKB?

Ponadto – zachowajmy trochę wiary w moc sprawczą Wielkiego Kalkulatora Rynkowego: obszary istotne, w których pojawią się „wąskie gardła”, być może przyciągną płaco-cenami proli, które dotychczas zajmowały się obsługą biegu jałowego gospodarki – rozdawaczy ulotek, telemarketerów, sprzedawców oszusto-polis czy może nawet kołczy. Pamiętajmy – w gospodarkach rozwiniętych superfluous labor (posady nie wnoszące nic w skali makro do dostarczania towarów i usług) stanowią być może nawet 50+% całej zatrudnionej siły roboczej. Tam gdzie koncentruje się realna (tj. obiektywnie potrzebna) podaż towarów i usług nie powinno zabraknąć impulsów popytowych.

Ale co z dostępem do surowców czy np. lekarstw, które dany obszar importuje? Utrata konkurencyjności przez lokalnych wyzysyskobiorców niewątpliwie może spowodować spadek kursu waluty, a przez to podstawowe rzeczy do ogrzania, transportu czy leczenia proli staną się chyba znacznie mniej dostępne? Zwróćmy jednak uwagę, że redukcja zużycia zasobów nieodnawialnych wszystkim dobrze zrobi (i być może da impuls do pracy R&D nad efektami pozyskiwanymi w wyniku ich niszczenia), a wobec ograniczenia dojazdów do miejsca wyzysku do 3 dni w tygodniu (zamiast 5) – ograniczenie konsumpcji nastąpi w sposób naturalny. Problem leków czy służby zdrowia może być rzeczywiście niepokojący (kwalifikowana kadra już obecnie pracuje ponad siły) – nie mamy tu (na razie) odpowiedzi na wszystkie pytania. W krytycznych sytuacjach zawsze warto posłuchać Alana Wattsa, który bez ogródek mówi, że walka o każdy dodatkowy dzień agonalnego pacjenta to nonsens, nawet pomijając niewspółmierne wysokie nakłady zasobów – wysoko-wykwalifikowanej siły roboczej, opatentowanych związków chemicznych i skomplikowanej maszynerii – angażowane do takiej, najczęściej z góry przegranej, bitwy. Tu nie ma łatwych odpowiedzi, ale być może ważniejsze i skuteczniejsze od napychania kieszeni BigPharmie, byłoby zapewnienie wspomagającej kadry przeszkolonej w podstawowym stopniu do zwykłej, doraźnej ludzkiej pomocy + zapalenie zielonego światła dla środków łagodzących możliwych do samo-produkcji w doniczce. Zresztą przykłady z realnego świata pokazują, że dodatnia korelacja pomiędzy stopniem zaawansowania leseferyzmu i swobody kontraktów zatrudnienia a poziomem opieki zdrowotnej jest mocno wątpliwa – np. Kuba obłożona przez dekady klątwą Wielkiego Lesefera nadal posiada służbę zdrowia (i medyczne R&D) na przyzwoitym poziomie.

_______________________

*Przykład z życia: całkiem spox czajnik z regulacją i czujnikiem temperatury firmy na P zaczął odmawiać zagotowania wody do 100°C; kupno nowego  =~200, naprawa („wymiana płytki” winkwink) 60, właściwy magiczny kondensator – 1-2 zł (plus czas znalezienia rozwiązania na YT i czas samo-naprawy – ok. 1 h); a jaki smak herbaty po dokonanu samo-naprawy!

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s