Błąd złożenia a logika leseferystycznego pojmowania rynku pracy

Wiemy, że jeśli jedna osoba na trybunach wstanie z miejsca, będzie prawdopodobnie w stanie lepiej obserwować mecz; jeśli jednak to samo zrobi cała publika, nie dość że nikt nie będzie mieć  lepszego widoku, to jeszcze wszyscy niepotrzebnie się zmęczą staniem. Na tym polega pułapka myślenia błędem złożenia (fallacy of composition)– czyli charakterystyczna m.in. dla leseferystycznej hipnozy bezrefleksyjna ekstrapolacja od mikro do makro.

Albo: na seminarium pt. „Rewolucyjna reforma rynku pracy” zwala się mnóstwo ludzi, myślących że chodzi o prezentację pomysłów na zmniejszenie godzinowego wymiaru wyzysku. Tymczasem na mównicę wchodzi Balcerowicz i zaczyna terkotać o niskiej wydajności. Jeżeli jeden słuchacz będzie chciał opuścić aulę natychmiast po tym, kiedy okaże się, że prelegentem jest nasz guru – uda mu się wyjść bez problemu, dzięki czemu uratuje swój mózg przed leseferystycznym promieniowaniem i zaoszczędzi czas. Jeżeli jednak wszyscy licznie zgromadzeni na sali poczuliby na raz ten sam determinujący impuls „ratuj się kto może” – najprawdopodobniej nie udałoby się im tego dokonać w tym samym czasie; co więcej, taka próba szukania drogi ratunku mogła by skończyć się wzajemnym stratowaniem przy wyjściu ewakuacyjnym. (Przykładem, gdzie zamiast błędu złożenia wystąpi efekt synergii byłoby np. obrzucenie naszego leseferystycznego prelegenta zgniłymi jajami – prawdopodobieństwo utrafienia w cel jest tym większe, im więcej słuchaczy zdecyduje się cisnąć jajko w tym samym momencie, zmniejszając szanse na skuteczny unik; ale o tym przykładzie więcej za chwilę).

Wiemy, że jeśli JA podejmę decyzję, że tym razem nie wydam całej pensji, to JA odnotuję nadwyżkę pieniężnych IOU i zwiększą się moje oszczędności; jeśli jednak wszyscy podejmą takie samo postanowienie, to zagregowane oszczędności będą co najwyżej takie jak przedtem (pieniądze nie wylęgną się same z prób ich odłożenia –  magia Wielkiego Lesefera będzie bezsilna), a najprawdopodobniej wręcz się zmniejszą, bo spora część proli wyleci z roboty z uwagi na brak zamówień (przynajmniej w gospodarce typu M(t2) > M(t1)), wystąpią tendencje do zdelewarowania (część pieniądza zniknie) i na tym skończą się mrzonki o inwestycjach (czy o budowaniu bogactwa) z oszczędności.

Wiemy, że jeden kraj może (czy raczej mógł w erze pre-total-globalizacyjnej) podjąć strategię rozwoju gospodarki działającej na algorytmie M(t2) > M(t1) w oparciu o agresywne promowanie eksportu, co będzie stymulować wyzyskobiorców do zwiększania inwestycji i zatrudnienia. W momencie jednak kiedy wszystkie (czy większość) krajów będzie próbować podążać tą ścieżką, skutkiem będzie jedynie globalny płacowy wyścig do dna.

Podobnie mają się rzeczy na osi prole<->zatrudnienie<->czas pracy<->wynagrodzenia. Jest oczywiste, że jeżeli jeden prol podejmie decyzję o intensyfikacji pracy – czy to przez wzmożenie wysiłku na jednostkę czasu, czy przez gotowość do zwiększenia podaży swojego czasu alokowanego na wykonywania pracy najemnej – najprawdopodobniej taki prol zwiększy (chwilowo przynajmniej) swoje zarobki. Jeżeli jednak wszyscy prole będą starać się (a będą – za sprawą ekonomicznego przymusu) zrobić to samo, jedynym co się zwiększy będzie intensywność wyzysku. I właśnie dokładnie z taką sytuacją mieliśmy i mamy do czynienia (z krótkimi przerwami) od czasu, kiedy na poważnie podjęto próbę absolutnego utowarowienia pracy ludzkiej, tj. gdzieś od lat 30-tych XIX w.

Mechanizm leseferystycznego zapędzania proli do roboty jest prosty i zidentyfikowany został trafnie niewiele później niż miały miejsce jego narodziny – przez Marksa. Przyprawiając logikę Marksa popytową teorią cykli w kapitalizmie mamy: konkurujące pomiędzy sobą prole zbijają płaco-ceny, w związku z tym muszą pracować dłużej na swoje subsistence, w związku z tym, pomimo zwiększenia wysiłku, nadal nie dysponują środkami na żadną znaczącą konsumpcję powyżej tego subsistence, w związku z czym kapitaliści nie inwestują – zarówno z uwagi na brak wystarczającego popytu jak i na bezproblemową dostępność – zalew podaży tanich prolo-godzin, ani też w ogóle zresztą nie mają potrzeb zwiększania produkcji (oczywiście mówimy tu o skali makro; w skali mikro często jeden kapitalista będzie starał się wygryźć z rynku innego na różne sposoby). Obserwowalnym tego skutkiem jest brak korelacji pomiędzy wydajnością a płacami, czyli faktycznie ta legenda – że na bogactwo trzeba zapracować własnymi rękami, za pomocą której wyzyskobiorcy i tzw. ekonomiści skutecznie zaganiają proli do roboty – jest tylko fantomem – wirtualnie wygenerowaną w głowie prola, dyndającą ciągle jak gdyby na wyciągnięcie ręki, marchewką 3D.

Proces przygotowania proli do tego pościgu za leseferystyczną holograficzną marchewką bogacenia się poprzez ciężką pracę rozpoczyna się już na etapie szkolnym, gdzie prole nabywają różne umiejętności, które w przyszłości posłużą im do konkurowania pomiędzy sobą. Ten proces jest kontynuowany następnie na każdym etapie życia prola przy patronacie neoliberalnego państwa, które z bezrobociem „walczy” za pomocą kursów, szkoleń czy staży, przy okazji napychając kieszenie kapitalistów bezpośrednio z budżetu własnego czy UE. Elementem tego samego maja są leseferystyczne koszałki-opałki o niskiej wydajności, mobilności czy elastyczności, które mają uzasadniać klimat do dołowania płac.

Przykładem podobnego błędu złożenia będzie filozofia, leżąca u podstaw tyrad randroidów z IT wygłaszanych ku pokrzepieniu proli-nieudaczników: „i ty mogłeś zostać informatykiem!”. Jeśli w narodzie mamy 1 czy 3% proli zdolnych utrzymywać się z IT, ich zarobki będą najprawdopodobniej stosunkowo wysokie; jeśli byłoby ich już 10% – część z nich niewątpliwie musiała by klepać biedę. Jeśli natomiast udział osób, chcących i zdolnych robić nic innego jak tylko pisać fajne apki czy podłączać drukarki w biurach, przekroczyłby 50% – cały krajowy system dostarczania podstawowych towarów i usług mógłby po prostu przestać działać i wszystkim – nie tylko aspirującym informatykom – mogłoby zajrzeć w oczy widmo głodu.

W zasadzie jedyną skuteczną bronią przeciwko terrorowi za pomocą wyzysko-zwiększającego [W-Z] premedytowanego błędu złożenia jest ustawowa redukcja wymiaru czasu pracy (która rzecz jasna może być wprowadzona  jedynie w efekcie skrajnej determinacji proli zjednoczonych wokół  idei anty-leseferyzmu – nie ma co absolutnie liczyć tu na spontaniczną inicjatywę ustawodawczą od neoliberalnego państwa). Oczywiście, z uwagi na to, że błąd złożenia W-Z jest częścią powszechnie przyjętego i akceptowalnego leseferystycznego mempleksu i przez to jego eliminacja (przez „zdemaskowanie”) jest bardzo trudna –  takie postulaty – zmniejszenia wymiaru czasu pracy do powiedzmy 20h/tydz. – wzbudzą niewątpliwie wśród proli panikę – wywołaną wizjami, że z racji zmniejszonego wysiłku czeka ich nieuchronna kara w postaci proporcjonalnie mniejszych zarobków. Ta fobia jest bardzo na rękę organizatorom leseferystycznych porządków, którzy rozsiewają armagedonalne wizje nawet w obliczu tak mikroskopijnych prób redukcji wymiaru czasu pracy najemnej jak wolne niedziele w handlu.

Mem odruchowego automatycznego ignorowania błędu złożenia W-Z jest tak potężny, że nawet fakt ewidentnej poprawy zagregowanego bytu proli, którą przyniosły podjęte historyczne i skuteczne próby ustawowej redukcji podaży czasu życia proli dostępnej dla wyzyskobiorców, nie jest w stanie skutecznie obnażyć błędo-złożoności leseferystycznej mantry zaganiania proli do intensyfikacji roboty (być może spowodowane jest to tym, że ww. osiągnięcia miały miejsce już bardzo dawno – prawie 100 lat temu). Prole w procesie leseferystycznej lobotomii stały się po prostu ciężko uzależnione od pracy najemnej (i nie chodzi wcale tu tylko o kwestie pozyskiwania dochodów, a raczej o zbudowany przez leseferystów, czy w ogóle wolnorynkowców, etos konieczności maksymalizacji zarówno indywidualnego wysiłku jak i całego agregatu czasu zatrudnienia). Oczywiście całą akcję redukcji czasu pracy można wesprzeć memetycznie poprzez ustanowienie wynagrodzeń minimalnych tak, żeby pomimo obcięcia godzin pracy wyzyskobiorcy po prostu nie mogli płacić mniej niż w warunkach obecnego reżimu 40h/tydz. Tak naprawdę jednak nie jest to wcale potrzebne – chyba nie wierzymy w to, że wyzyskobiorcy w zderzeniu ze znaczną redukcją podaży dostępnego na potrzeby wyzysku czasu z życia proli po prostu odłożą swoje zabawki kapitałowe i zajmą się hodowlą organicznych (i prawdziwych!) marchewek? A chcąc bawić się dalej w tę grę będą po prostu zmuszeni podnieść stawki i prędzej czy później okaże się nam wszystkim cud: pracując 4h/dziennie (albo np. 3 dni/tydz. po 7h) będziemy zarabiać dokładnie tyle samo (i dokładnie tyle samo w stanie kupić), co wcześniej, pracując po 8 czy więcej godzin na dzień.

Czy będzie to aby na pewno „cud” czy też po prostu efekt zaprzestania brnięcia w bagno leseferystyczej logiki najeżonej (niewątpliwie instrumentalnie) błędami złożenia – to nie ma znaczenia – w obu przypadkach do odniesienia sukcesu w walce z leseferystycznym lewiatanem potrzebny jest wysiłek: albo wysiłek otwarcia się na wiarę, że istnieje jakikolwiek świat, gdzie obowiązuje inna grawitacja niż ta, z którą mamy do czynienia w leseferystycznym maja i że pewne rzeczy mogą „stać się same” pod warunkiem wybudzenia się z wolnorynkowej hipnozy, albo też wysiłek intensyfikacji myślenia opartego na logice w miejsce kultywowania leseferystycznych legend o bogactwie z pracy (a dokładniej legend o bogactwie, które można wypracować dla siebie swoją własną ciężką pracą najemną, bo tego, że bogactwo wyzyskobiorców bierze się z pracy proli, nikt tu nie zamierza kwestionować).

Można rzecz jasna zaoponować, wskazując, że intensyfikacja wysiłku logicznie musi prowadzić do zwiększenia efektów (tak jak w przykładzie z rzucaniem jaj) i w zasadzie ewentualne ciągoty progresywistyczne powininny skupić się – bezpiecznie i zapobiegliwie – wyłącznie na kwestiach dystrybucji, czyli metod rozdysponowania dóbr/bogactwa, będących owocem skutecznego zapędzenia proli do roboty, która to sztuka udaje się najlepiej właśnie przy użyciu nauk Wielkiego Lesefera. Jest w tym pewna logika i jest to w części prawdziwe – rzeczywiście w praktycznym leseferyzmie, oprócz regularnego i konsekwentnego nadawania właściwej legendy na wszelkich możliwych kanałach, nie trzeba już robić w zasadzie nic ponadto, aby prole zwijały się jeden przez drugiego jak w ukropie, dzięki czemu produkcja (niektórych) gadżetów może osiągać efektywność niespotykaną w innych modelach organizacji produkcji.

Z drugiej jednak strony niezaprzeczalnym (ale jednocześnie wbudowanym w leseferystyczny model gospodarczy) skutkiem ubocznym organizacji gospodarki algorytmem M(t2) > M(t1) jest nieustannie rosnąca narośl superfluous labor, czyli posad zupełnie zbędnych z perspektywy realno-zasobowej (o czym pisałem poprzednio tu). Czyli np. zamiast sytuacji, w której we właściwym momencie wszyscy ciskają na komendę jaja (z ograniczonego zasobu takich jaj) w Balcerowicza, mamy taką, gdzie większość publiki jest zbyt zaabsorbowana np. wymienianiem się na jajka – jedni np. chcieliby mieć takich jaj więcej, żeby dobitniej wyrazić swoje uczucia do neoliberalizmu, inni znowu chcieliby zachować (oszczędzić) część jaj na wykład Hausnera czy Belki – czy to celem bardziej zrównoważonej ekspresji swoich uczuć czy też może po to, aby tak zaoszczędzone jajka sprzedać z zyskiem na prelekcji Kołodki; inni będą uważać ciskanie zwykłymi jajami za prymitywne, uznając  jedynie  pisanki z hipsterskimi wzorami – kiedy ten zwyczaj się upowszechni większość miotaczy będzie zbyt pochłonięta wymalowywaniem na jajkach fantazyjnych haseł i wkrótce może w ogóle zapomnieć o ich finalnym przeznaczeniu itp. Skutkiem tego, nawet gdy zaopatrzenie w podstawowy surowiec będzie lepsze w paradgmacie, gdzie część audytorium będzie zarabiać na dostarczaniu jaj (i konkurować jakością ich zgniłości, czy ręcznie malowanymi emblematami na skorupkach), paradoksalnie efekt końcowy wcale nie musi być lepszy od jajecznego wysiłku centralnie i nakazowo-rozdzielczo sterowanego. Inaczej: w idealnym na wykonanie rzutu momencie (np. kiedy padnie fraza o konieczności podniesienia wieku emerytalnego), pomimo dużej podaży zgniłych jaj, atak będzie chaotyczny i niemrawy, choćby z uwagi na to, że podczas procesów wymiany pojawiły się efekty hoarding (odkładania) jaj celem możliwości uzyskania zysku na ich wymianie czy z uwagi na wręcz niechęć ograniczania wolności systemem nakazowo-rozdzielczym „cel -3,2,1, rzucaj!”.

Dodatkowo w świecie produkcji i usług intensywna motywacja proli może przekładać się jednocześnie na demotywację wyzyskobiorców; demotywację do substytucji prac prostych przez inwestycje w uzbrojenie techniczne. Transplantując to do naszego przykładu: na każdym kolejnym seminarium metoda wyrażenia stosunku do naszego leseferystycznego prelegenta będzie niezmiennie taka sama: proste rzucanie jaj, które mamy na podorędziu, co będzie prowadzić do malejących efektów krańcowych (zakładając optymistycznie, że tym razem nasz guru wykaże się zdolnością wyciągania wniosków z otaczającego świata). Tymczasem, jeżeliby całą sytuację umieścić np. w środowisku poważnego deficytu jaj, prędzej czy później pojawiłyby się metody na zwiększenie krańcowej efektywności siły rażenia, jaką da się wycisnąć z jednego jaja, jak np. proce, katapulty, umożliwiające trafienie od góry celu ukrywającego się za mównicą, a z czasem nawet wyrzutnie, wykorzystujące skoncentrowane źródła energii z precyzyjnymi systemami celowniczymi tak, aby żadne jajko nie zbiło się bez potrzeby. Inaczej: taniość jajek nie zapewni nam w dłuższej perspektywie skuteczności ekspresji naszych aspiracji, a będzie prowadzić do coraz większego marnotrawstwa realnych zasobów.

Tak więc od leseferystycznego dua – chaos produkcji/dyscyplina proli – nie zawsze należy oczekiwać maksymalizacji realnych efektów; ba! można powiedzieć, że takie oczekiwania są raczej naiwnością. Problem leży w tym, że świat marnotrawstwa realnych zasobów i szacunku do zasobów pieniądza z jednej strony, a z drugiej – świat, w którym technologia służy oszczędzaniu zarówno materiału jak i czasu i zdrowia człowieka (a w którym to świecie za to kwestia gromadzenia finansowych IOU jest niestotna lub wręcz jest przedmiotem ostracyzmu) – światy te oddzielone są od siebie przez czarną dziurę czy otchłań, na której pokonanie jednym skokiem nikt się nie odważy, nawet zakładając, że taki skok byłby możliwy. Mostem, który ma teoretycznie umożliwić bezpieczne przejście, jest właśnie droga konsekwetnej redukcji wymiaru czasu pracy.

Temat redukcji wymiaru czasu pracy będzie (chaotycznie) kontynuowany.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s