Kapitalistyczna renta to koszt

W poprzednich postach (tu i tam) wprowadziłem pojęcie Krajowej Rocznej Renty Kapitalistycznej [KRRK], oraz przyjąłem zgrubnie oszacowaną jej wartość na 30% PKB, czyli obecnie ok. 540 mld zł/rok. Na obrazku cała sytuacja dochodów krajowych będzie wyglądać mniej więcej tak:

udz_doch_popr_v2

Umieszczone w nazwie tego wskaźnika słowo „renta” (reprezentowana przez pomarańczowy i czerwony kawałek tortu) sugeruje, że wartość ta jest jakimś kosztem, co niewątpliwie dla niektórych może wydawać się podejściem kontrowersyjnym. W standardowej interpretacji każdy wydatek w gospodarce jest jednocześnie dochodem dla drugiej strony transakcji, co w sposób jasny wynika z zasad księgowości, a zatem tak samo jak np. płace [W], KRRK będzie po prostu składnikiem PKB, (czy dokładniej DNB). Nie zamierzając podważać tożsamości, postaram się jednak wykazać, że perspektywa kosztowa w odniesieniu do KRRK jest bardziej logiczna; warunkiem pozwalającym przyjąć taką interpretację jest odejście od konceptu kraju jako „zagregowanego” społeczeństwa (żyjącego według Doktryny Jedności w Rynku) i uznanie, że na danym umownym terytorium (K) funkcjonują faktycznie dwie zbiorowości – powiedzmy zbiorowość Organizatorów (ZO) i zbiorowość Proli (ZP). Dodajmy, że funkcjonują (lub przynajmniej funkcjonować mogą) w zgodzie, a raczej może w oparciu o coś na kształt kontraktu, w którym ZP zgadza się płacić ZO coroczną rentę (KRRK), a ZO w zamian za to wynagrodzenie zajmie się pozyskiwaniem, przetwarzaniem oraz dystrybucją zasobów na terenie K. (Oczywiście inna wersja będzie taka, że to wcale nie jest żaden kontrakt, a „stan naturalny” świata stworzonego przez Wielkiego Lesefera, a jeszcze inna, że faktycznie mamy do czynienia z systemem narzuconym przez Posiadaczy, podtrzymywanym za pomocą memetyki wolnorynkowej T.I.N.A. – ale dywagacje w temacie co utrzymuje na miejscu kapitalistyczny modelu organizacji gospodarki pozostawmy na inne okazje.)

Jeszcze jeśli chodzi o wybór słowa „renta”: być może nie jest to najbardziej precyzyjny termin dla określenia czegoś, co zgodnie z myślą tego cyklu reprezentuje wartość przypominającą bardziej honorarium prowizyjne; w sumie cała ta seria wpisów ma wskazywać, że to, co jest płacone w postaci KRRK to nie jest jakiś „czynsz” za udostępnienie kapitału – bo to by oznaczało, że w praktyce to my – 99 czy 96% – jesteśmy „w gościach”, a nie u siebie, podczas gdy w rzeczywistości – przynajmniej tej logicznej – jest dokładnie odwrotnie. „Renta” – tak jak wspomniałem – w moim zamierzeniu z jednej strony ma komunikować koszt, z drugiej odzwierciedlać absurd logiki T.I.N.A., wg. której nie ma innego wyjścia jak tylko powierzyć się kapitalistom – czyli właśnie przybrać rolę gościa, korzystającego z instalacji postawionej przez kapitał, a przez to domyślnie zobowiązanego do płacenia trybutu. Niemniej jestem otwarty na wszelkie uzasadnione propozycje w zakresie zmiany terminologii.

Funkcjonowanie w zgodzie na jednym terytorium nie oznacza jednak koniecznie wspólnoty interesów. Zaczynając chociażby od samej wielkości KRRK  – ponieważ nie jest ona ustalona z góry ryczałtowo, a raczej kształtuje się jako wynikowa szeregu czynników (nad których częścią jedna lub druga ze stron posiada pewną kontrolę i które mogą być negocjowane, a inne z kolei są wyznaczane przez zastane czy zadane warunki zewnętrzne niezależne od stron), oczywistym jest, że każda ze stron będzie próbować zmienić udział KRRK w PKB na swoją korzyść. Poziom życia członków ZP będzie często odwrotnie proporcjonalny do wysokości wypłacanej KRRK, a już zwłaszcza kiedy jej wartość przekroczy jakiś krytyczny próg udziału w PKB (np. wartość KRRK = 10% PKB możemy uznać za rozsądną, natomiast taka, która przekroczy 50%, będzie już budzić wątpliwości – czy zarządzanie musi pochłaniać aż połowę wypracowanej na danym terytorium nadwyżki?) Możemy przyjąć, że koszt tej renty będzie rozsądny dopóki będziemy mieć do czynienia ze wznoszącą się krzywą marginalnych korzyści, tzn. realne nakłady społeczne, poniesione na pokrycie renty, będą przynosić efekty większe od tych nakładów. Jako przykład pozytywny: zgadzamy się płacić kapitałowi corocznie 30% PKB, bo widzimy, że w przeciągu np. 15 lat tort przynależny prolom (załóżmy 50% PKB) urósł  realnie dwukrotnie (tj. PKB w stałych cenach zwiększyło się o 100% – rocznie circa 5% –  czyli owszem, płacimy kapitałowi coraz więcej – bo ciągle 30% od rosnącego PKB – ale i sami mamy po 15 latach 2 razy więcej, co pozwala niejako „pokryć” płaconą rentę już po ok. 10 latach, a później pozostaje nam już tylko oczekiwać spokojnie dalszych, spływających do naszych kieszeni korzyści). (To wszystko rzecz jasna przy założeniu, że bez kapitału wzrostu w ogóle by nie było.)

Ale już kiedy wzrost PKB oscyluje w granicach 1-3% nasza „inwestycja” w zdolności Organizatorów przestaje wydawać się tak atrakcyjna (k’mon – nawet w najciemniejszych czasach lat 1980-tych przygniecionego odsetkami Volckera militarystycznego kapitalizmu państwowego zdemoralizowani aparatczycy dawali jakoś radę przynajmniej utrzymywać produkcję na poprzednich poziomach, pochłaniając przy tym jako swoje honorarium pewno coś w okolicach 5% PKB). Co gorsza nawet gdy PKB będzie spadał w sposób istotny i trwały – jak to się ostatnio gdzieniegdzie potrafi zdarzyć – w praktyce okazuje się, że to wcale nie zwalnia społeczeństwa od płacenia kontrybucji; ba, często okazuje się, że lekarstwa aplikowane przez leseferystów w kryzysie skutkują wręcz procentowym wzrostem KRRK tak, jak gdyby w kontrakcie oprócz „marży” zapisane było jakieś minimum wyrażone w kwocie nominalnej. Nierzadko w trakcie takiego zamieszania sama śmietanka Organizatorów – czyli Prywatni Centralni Planiści (sektor finansowy) – muszą dostawać jeszcze coś w rodzaju specjalnej zapomogi, która pozwoli im przejść suchą stopą przez ten czas turbulencji po to, aby w spokojniejszych czasach mogli na nowo przejąć stery i skierować neoliberalny okręt na kurs do leseferystycznego eldorado.

Druga sprawa – kontrakt nie opisuje szczegółowo, w jaki sposób ma się odbywać zarządzanie – używany jest głównie system punktowy, będący miarą  homogenicznej (a przez to dość mocno abstrakcyjnej z perspektywy gospodarki realnymi zasobami) efektywności wyznaczanej wyłącznie przez wartość „zysk” wyrażoną jako Δ(M+/M) – stąd często konflikt interesów wystąpi także w obszarach sposobów alokacji i gospodarowania takimi zasobami. ZO będzie koncentrować swoją aktywność głównie tam, gdzie możliwa będzie maksymalizacja KRRK. Skutkiem tego może być np. finansjalizacja gospodarki albo rabunkowa eksploatacja środowiska, przy jednoczesnym zaniedbaniu obszarów istotnych dla ZP – jak dostępność mieszkań, czy ogólnie czynniki składające się na jakość życia, zwłaszcza te z gatunku sustainability (czyli polegające na wyborze takich działań, które pozwalałyby na podtrzymanie procesów gospodarczych teoretycznie w nieskończoność). Centralne planowanie prywatne z zasady w ogóle nie bierze kryterium sustainability pod uwagę.  Tak więc renta, o której tu mówimy to faktycznie tylko jedna pozycja na rachunku – koszt powiedzmy monetarny obecnego modelu organizacji zasobów; do tego należałoby dopisać koszty środowiskowe, których generowaniu Wielki Lesefer zdecydowanie sprzyja – ale ta kategoria ekonopatologii wymaga zdiagnozowania w dedykowanych wpisach.

Tu można postawić pytanie: jaki jest w ogóle trend udziału KRRK w PKB? Tzn. czy ten kontrakt „przewiduje” coś w rodzaju stałej prowizji (uzależnionej od „obrotu”)? Otóż wydaje się, że (pomimo ewidentnych różnic pomiędzy regionami świata, dla zobrazowania których można zamiast KRRK posłużyć się ogólnie dostępnymi danymi w zakresie wskaźnika, który jest generalnie ujemnie skorelowany z KRRK, czyli udziału płac w PKB, np. centrum kapitalistycznej EU vs. jej peryferia) tak właśnie mniej więcej jest, tzn. kawałek tortu zjadany przez Organizatorów może pozostawać w danym kraju na zbliżonych poziomach przez długie lata czy dekady. Problemem może za to być, co w ramach tego kontraktu jest dostarczane.

Być może kraje rozwijające się (i peryferyjne – aspirujące do poziomu centrum) decydują się płacić wyższą KRRK, w nadziei na to, że zmotywowani takim gestem Organizatorzy wytężą się bardziej i wkrótce wszyscy – ZO i ZP – cieszyć się będą wspólnie osiągnięciem wyższego poziomu rozwoju? Ale czy nie jest przypadkiem tak, że obecnie, na pewnym etapie zaawansowania kapitalistycznej organizacji produkcji gaża dla ZO jest wypłacana już za samo podtrzymanie całej zbudowanej dla celów tego kontraktu struktury produkcyjno-organizacyjnej, natomiast nikt już nie wymaga w zamian żadnych efektów, które można by zaliczyć do kategorii przynoszących poprawę warunków życia płatników (czy zleceniodawców)? Czasem można odnieść wrażenie jak gdyby od zawarcia kontraktu minęło tak dużo czasu, że wszyscy zapomnieli już w ogóle o istnieniu takiej umowy, nie mówiąc już o tym, w jakim celu została ona zawarta ani że może być wypowiedziana. Po prostu jedni płacą, a drudzy przyjmują zapłatę, bo tak się utarło. (czy też tak życzy sobie Wielki Lesefer).

Istotnym indykatorem, który sygnalizuje konflikt interesów już na wstępie, jest fakt, że np. na terytorium określanym jako Polska funkcjonuje dajmy na to 35 mln jednostek przynależnych do ZP, podczas gdy ZO liczy zaledwie 1-1,5 mln (wraz z rodzinami), czyli ok. 3-4% łącznej populacji. (Jest to oczywiście kolejne, bardzo szacunkowe, ale moim zdaniem realistyczne podejście do tematu – co prawda mamy bodajże 3 mln zarejestrowanych JDG, ale z tego prawdopodobnie maksymalnie tylko 0,5 mln zatrudnia  w ogóle jakichkolwiek pracowników – czytaj np. tu, stąd całą resztę należy zaliczyć do ZP. Do tego 0,4-0,5 mln doliczmy jeszcze kastę CEO – czyli 50-100k jednostek, oraz może następne 50-100k regularnych kapitalistów i rentierów. Wraz z rodzinami ZO może stanowić w mojej ocenie od 1 do max. 1,5 mln mieszkańców).

Na te 3-4% ogólnej liczby populacji przypada KRRK w wysokości ok. 30% całego PKB (a więc inaczej mówiąc na każdego członka tej sub-społeczności przypada średnio dochód roczny w kwocie 540k). Są to wartości wynagrodzeń o kilka rzędów (circa 10-krotnie) wyższe od średniej dla przedstawicieli ZP, co niewątpliwie może skutkować znaczną rozbieżnością celów, aspiracji czy w ogóle sposobu postrzegania otaczającej rzeczywistości.

Ale pomijając już to, najistotniejsza różnica będzie tkwić w tym, że typowy wzór wydatkowania dochodów będzie całkiem odmienny dla standardowych przedstawicieli tych grup. Prole zdecydowaną większość swoich dochodów będą wydawać na bieżąco, z tego większą część na zakupy krajowe (czyli będą dawać pracę). Organizatorzy znaczną część dochodów, jak można przypuszczać, będą odkładać w postaci oszczędności, w tym aktywów finansowych, których jedynymi źródłami, jak wiemy, mogą być kredyty zaciągnięte przez inne podmioty, skumulowane deficyty budżetowe („dług” publiczny) bądź alternatywnie dochody z eksportu. Innymi preferowanymi wydatkami Organizatorów będą takie, które zwiększą ich indywidualny potencjał „przetargowy” jeśli chodzi o ich przyszły udział w KRRK – i tu z jednej strony może być przyjmowana strategia rozbudowy bazy produkcyjnej (inwestycje), ale równie dobrze może to być nabywanie obiektów generowania renty sensu stricte – czyli najczęściej nieruchomości. Pozostała część będzie wydatkowana na konsumpcję – krajową lub zagraniczną, ale można śmiało uznać za pewnik, że konsumpcja krajowa typowego przedstawiciela ZO, chociaż prawdopodobnie większa w liczbach bezwzględnych, będzie stanowić znacznie mniejszy udział całego strumienia dochodów (przyjmijmy, że będzie to 10%) w porównaniu do uśrednionego prola. Ale to wszystko w zasadzie wiemy; przejdźmy do dalszego toku.

Załóżmy, że nagle zarządzanie obecną bazę wytwórczą (jak i aktywa nieprodukcyjne) przejmuje jakiś super-komputer (czy kolektyw uformowany przez ZP, czy też może po prostu Organizatorzy stwierdzili, że nie chcą dłużej zajmować się zarządzaniem zasobami i zostawią swoje kapitałowe „zabawki”, albo wymienią je na IOU, które wygeneruje dla nich państwo) tak, że z dnia na dzień płacenie wynagrodzenia w postaci KRRK staje się zbędne – kontrakt wygasł. Zakładając dalej, przyjmijmy, że (przynajmniej przez jakiś czas) produkcja i cała reszta gospodarowania zasobami działa bez zmian – choćby na zasadzie rozpędu czy powielania wzorców ustanowionych przez Organizatorów – co wówczas stanie się z PKB? (Pomijając już fakt, że posługiwanie się agregatem PKB niewiele nam mówi o jego dystrybucji – jeśli np. cały nominalny wzrost PKB zostanie pochłonięty w danym roku przez przyrost KRRK, będzie to sygnałem, że wystąpił punkt przegięcia, po którym krzywa marginalnych efektów organizacji kapitalistycznej przybrała postać linii horyzontalnej; jeżeli ten trend jest trwały – np. 10+ lat, z dużym prawdopodobieństwem można przewidywać, że rozwojowy potencjał modelu zarządzania zasobami w oparciu o motywację zyskiem M+>M został trwale wyczerpany).

Przecież, biorąc PKB od strony agregatu wytworzonych dóbr i usług, nic się nie zmieni, a przynajmniej realny potencjał wytwórczy będzie w naszym hipotetycznym przykładzie dokładnie taki sam, jak był wczoraj (na potrzeby naszego myślowego eksperymentu przyjmijmy jeszcze, że całe to zamieszanie z zerwanym kontraktem nie przyniesie żadnych negatywnych konsekwencji jeśli chodzi o stosunki i wymianę z innymi terytoriami, na których funkcjonują nadal ich własne ZO). Owszem, ponieważ Organizatorzy utracili czy zrezygnowali ze swojej pensji (KRRK) niższy będzie popyt na wytwórczość krajową – wartość ta w skali kraju spadnie dajmy na to o 8%. Ale czy na pewno?

Zauważmy, że w momencie zerwania/ustania kontraktu praktycznie na nalepce z ceną zakupu każdego towaru i każdej usługi można przekreślić starą kwotę i dopisać nową – obcinając 30% ze wszystkich cen (czy też dokładniej mówiąc: średnio o 30%) – ponieważ nie ma już potrzeby „zbierania” środków na opłacenie KRRK. Stąd możemy postawić hipotezę, że np. każdy (czy typowy) prol będzie skłonny kupić o  1/3 więcej wolumenu dóbr i usług (do zasypania luki popytu ze strony Organizatorów wystarczy, że prole w odpowiedzi na 30%-owe obniżki cen kupią o 10% więcej wolumenu towarów i usług, co wydaje się wstrzemięźliwym założeniem).

Idąc dalej, można zauważyć, że w porównaniu do dawnych czasów spadną znacznie wymagania w zakresie wytwarzania nowych aktywów finansowych, służących uprzednio zaspokajaniu potrzeb oszczędzania Organizatorów, co może oznaczać, że nie potrzeba będzie już zaciągać nowych kredytów, eksportować czy dostarczać takich aktywów w ten niezbyt dobrze widziany w dobrym, leseferystycznym towarzystwie sposób, czyli generując je publicznie za pomocą deficytów budżetowych (zamiennie można też zignorować leseferystyczne dobre maniery i dalej wytwarzać publicznie takie aktywa, jeżeli prole także zasmakują w oszczędzaniu, kto wie?).

Jeżeli powyższa logika nadal nie jest przekonująca, spróbujmy trochę ad extremum (ale nie do końca ad absurdum): załóżmy, że w kraju pozostał już tylko jeden kapitalista – ten najbardziej skuteczny – Pan SuperK. (Taka sytuacja może wydawać się nieco naciągana, ale przecież cała idea konkurencji polega na tym, że system nagród wyłania zwycięzców – dlaczego taki zwycięzca nie mógłby być jeden? Organizator-monopolista, podobnie jak i dowolna zbiorowość kapitalistów, będzie dążyć do maksymalizacji wolumenu zysków, tak więc monopol wcale nie musi oznaczać wzrostu cen, biorąc pod uwagę np. efekt skali). W takim przypadku całą wartość KRRK społeczeństwo będzie rokrocznie wypłacać Panu S-K. Konsumpcja Pana S-K. na rynku wytwórczości krajowej w stosunku do pobieranego za organizację wynagrodzenia jest wartością całkowicie pomijalną. Jedyne zauważalne krajowe zakupy Pana S-K. to być może nieruchomości (wskutek czego ich dostępność dla pozostałej części społeczeństwa zmaleje). Ale zaraz, zaraz… czy Pana K. nadal można traktować jako część społeczeństwa? Czy nie wydaje się bardziej logiczne zaliczenie go do kategorii bytów zewnętrznych?

Czy nie jest takim samym zewnętrznym bytem 3-4 %-owa ZO, która postrzega praktycznie wszystkie strumienie dochodów, nietrafiające do ich kieszeni, jako KOSZT – czy będą to płace, a już zwłaszcza emerytury czy socjal? I OK, tylko dlaczego o perspektywie z tej drugiej strony – która ewidentnie pozwala dostrzec, że to Organizatorzy są kosztem dla proli – nigdy się praktycznie nie mówi? Mówi się za to, że Organizatorzy rozdają pracę, za którą jeszcze płacą – so cool, init? Prole, owszem, są skwapliwie informowane o tym, że muszą ponosić realne koszty utrzymania proli-emerytów (to w bardziej zaawansowanych narracjach – pomijam tu monetarystyczne koszałki-opałki o odkładaniu kapitału) – ale przecież tak to działało od czasów zbieractwa-łowiectwa, a pewno także za Lucy czy jeszcze wcześniej; natomiast koszty organizacyjnej czapy zaczęły się dopiero pojawiać stopniowo wraz nadejściem holocenu. Warto, żeby prole przynajmniej miały świadomość tego, że oprócz kosztów utrzymania swoich zużytych czy niekompatybilnych z rynkiem pracy pobratymców (jak i kosztów neoliberalnego państwa, którego aktywność notabene w dużym i rosnącym stopniu poświęcona jest obecnie zabezpieczeniu warunków wykonywania czy w ogóle podtrzymaniu przy życiu przedmiotowego Kontraktu) ponoszą także koszty utrzymania Zbiorowości (czy może raczej Kasty) Organizatorów, chociażby po to, aby każdy miał jasność za co „płaci” i mógł wyrobić sobie opinię, czy jest usatysfakcjonowany krańcową efektywnością uzyskiwaną w zamian za te opłaty.

Albo może z jeszcze innej beczki, do czego posłużę się zmyśloną anegdotą: Wyobraźmy sobie wioskę, w której żyje dajmy na to 100 osób. Przez środek wioski biegnie fajna wspólna droga, którą trzeba jednak odśnieżać, zamiatać, naprawiać itp. Jednak mieszkańcy nie potrafią się zorganizować tak, żeby drogę utrzymać w należytym porządku, więc dzwonią do Organizatora Dróg (OD), który zgadza się przejąć te obowiązki, pod warunkiem, że w zamian każdy mieszkaniec będzie musiał zapłacić myto za każdy przejazd. Mimo to mieszkańcy chętnie się godzą na taki kontrakt, gdyż nie chcą ciągle mieć na głowie problemu, kto i czy w ogóle odśnieży drogę. Kiedy jednak przyszła konieczność przejazdu drogą i zapłaty myta, okazało się, że nikt nie ma pieniędzy, bo rok wcześniej ci sami mieszkańcy, nie chcąc się kłopotać kreowaniem pieniędzy, powierzyli ten obowiązek innemu Organizatorowi (OP), który w jednej z chałup urządził bank. Zanim nie pojawiła się kwestia myta nikt w tej prymitywnej społeczności (dajmy na to opartej o kulturę podarunków) nie miał potrzeby odwiedzać banku; teraz za to wszyscy ustawili się tam w kolejce po pieniądze na myto; jednak w toku okazało się że właściwa organizacja pieniądza polegać musi zawsze na wyłącznie czasowym jego przydzieleniu; czyli alokowane przez OP pieniądze kiedyś trzeba oddać. Kierując się tą zasadą OP podzielił mieszkańców na tych, którzy rokują, że będą w stanie pieniądze zwrócić (mają majątek do zabezpieczenia kredytu), oraz pozostałych, którym, jako dobry organizator, musiał odmówić, zalecając im jednocześnie znalezienie pracy, za którą ktoś będzie skłonny wypłacać im regularnie pieniądze, i co oprócz dochodu wygeneruje im zdolność kredytową. Na wiejskiej tablicy z ogłoszeniami pracy jedyną ofertą pracy za pieniądze było odśnieżanie drogi. Kolejka ustawiła się teraz pod biurem OD, a sam OD (zapewne żeby zapanować nad tłumem przepychających się łokciami mieszkańców), ogłosił, że robotę dostanie ten, kto zaproponuje jej wykonanie za najniższą stawkę.

Morałem z tej opowieści nie jest wbrew pozorom to, że ktoś mieszkańców wioski oszukał, czy że oni sami wszyscy są gupkami wioskowymi. Przecież w końcu teraz ich droga jest regularnie odśnieżana, z czym poprzednio były kłopoty. Chodzi o to samo, co próbowałem argumentować powyżej: opłata dla Organizatorów jest niewątpliwie kosztem dla społeczności; akurat w przypadku naszej wioskowej zbiorowości jest to koszt (nadmieńmy: koszt realny w postaci nieopłaconej części pracy, które to zjawisko nieopłacenia musi wystąpić po to, aby możliwe było pokrycie wynagrodzenia Organizatora) ponoszony z uwagi na brak zdolności czy chęci organizacyjnych  – w danym miejscu i w danym czasie. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, żeby kiedyś w przyszłości mieszkańcy zmienili zdanie, z uwagi np. na to, że ponoszony przez nich koszt zacznie wydawać im się niewspółmiernie wysoki w stosunku do efektów, bądź też wykształcą swoje własne zdolności organizacyjne – przecież to na co się zgodzili to tylko kontrakt, czyż nie? Naszych Organizatorów nie zesłał chyba Wielki Lesefer w postaci niezbyt chcianego podarunku, którego wartości, przez grzeczność czy z bojaźni, nie chcemy poddać obiektywnej ocenie (nie wspominając już o brutalnym odrzuceniu)?

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s