Niska ocena elit a upadek modelu organizacji gospodarki – korelacje

Nie żebym strasznie (buu!) polecał, ale fakt faktem lektura J.Taintera The Collapse of Complex Societies wygenerowała w mojej głowie zauważalne zamieszanie memetyczne, co skutkować może paroma zrzutami na bloga. Tu właśnie jeden z nich.

Otóż, jak opisuje Tainter, część badaczy upadków dawnych cywilizacji przyczyn załamania początkowo dobrze zapowiadających się modeli organizacji społecznych upatruje w różnorakich „deficytach” po stronie zarządzających elit – czy będzie to nieudolność, brak ogarniania spraw czy po prostu prywata, głupota lub wręcz szaleństwo. Tainter jednak bardzo sceptycznie podchodzi do tego typu narracji wyjaśniania upadku, przywołując koncept circumstance-induced perception – czyli powiedzmy „postrzegania uwarunkowanego okolicznościami”.

Chodzi w tym o to, że w rzeczywistości – przy pewnym zadanym (założonym z góry jako opcja domyślna) systemie – tzw. władza nie jest w stanie zbyt wiele zmienić – ani na lepsze ani na gorsze – a percepcja tej władzy (elit rządzących) przez – powiedzmy – lud –  zależy wyłącznie od tego, czy dany system jest w fazie wznoszącej czy opadającej.  O tym, w jakiej z tych faz znajduje się dany system, decyduje to, czego Tainter użył jako klu swojego dzieła, a mianowicie jest to umiejscowienie w konkretnym punkcie na krzywej marginalnych korzyści: system jest w fazie rozwoju, kiedy nakłady ponoszone w związku z jego organizacją przynoszą efekty wyższe od tych nakładów; w pewnym momencie jednak, historycznie z zasady, krzywa najpierw przybiera przebieg horyzontalny (kolejne rosnące koszty muszą być ponoszone, aby w ogóle utrzymać efekty na dotychczasowym poziomie), po czym nieuchronnie załamuje się i wtedy już jedynym sensownym ekonomicznie rozwiązaniem jest reset – do jakiejś innej, prostszej formy organizacji. Inaczej mówiąc – kiedy krzywa jest wznosząca praktycznie co by głupiego nie zrobił Cesarz czy inny pomazaniec (lub jakiś kolektyw takich wybrańców) będą oni i tak konsekwentnie notować (za pośrednictwem ankieterów wyposażonych w gliniane tabliczki i rysik albo w sznurki do kipu) wysoki poziom zaufania w sondażach. I odwrotnie – kiedy marginalne korzyści z systemu będą korelować odwrotnie z dalszym inwestowaniem w ten system, jakkolwiek by się dany zarządca nie spinał, i tak będzie cieszył się nienawiścią i/lub pogardą poddanych.

Powracając z zamierzchłych czasów Imperium Rzymskiego i cywilizacji Majów do teraźniejszości – możemy spróbować znaleźć aktualne nawiązanie do tych motywów. Nie jest tajemnicą, że współczesne elity – mimo (albo może właśnie dlatego?) że nie są zsyłane na Ziemię w prezencie (którego nie można odrzucić) przez jakąś kombinację planet czy inne trans-galaktyczne byty, a są z zasady wybierane przez lud sam w sobie – odnotowują regularnie coraz to nowe minima wszędzie tam, gdzie w ankiecie chodzi o wskazanie jakichś cech uznawanych za pozytywne. Co jeszcze istotne dla naszej dzisiejszej mini-diagnozy – wszyscy ci wybrańcy – a przynajmniej wszyscy jeśli mówimy o zbiorze krajów określanych mianem demokracji liberalnej – wypełniają swoje funkcje zarządcze w jednym „zastanym” i przyjmowanym jako „naturalne” środowisku – czyli organizacji gospodarki opartej o własność prywatną, gdzie wszelka aktywność agentów motywowana jest chęcią osiągnięcia zysku wyrażonego w pieniężnych IOU.

Tak powszechnie niskie (a w wielu przypadkach wręcz żałosne) notowania stanowią dość poważną przesłankę do wyciągnięcia wniosku, że problem leży nie po stronie przedstawicieli elit, a raczej oznaczać to może, że recenzje elektoratu podążają po prostu ścieżką wyznaczaną przez opadającą krzywą korzyści marginalnych, której przebieg obrazuje z kolei to, co ma aktualnie i w najbliższej przyszłości do zaoferowania kontynuacja podążania szlakiem wskazanym przez Wielkiego Lesefera. Owszem, tak jak i swego czasu pomysł: „zorganizujmy Imperium Rzymskie” był dobry i do pewnego momentu przynosił korzyści (przynajmniej obywatelom Cesarstwa) tak i leseferyzm może pochwalić się pewnymi sukcesami z przeszłości (na ogół zresztą z dość odległej przeszłości). Jednak sygnały w postaci powszechnej i rosnącej niechęci do elit, zwłaszcza w kombinacji z innymi znakami, które zaczęły się pojawiać masowo po 2008 r., wskazywałyby na to, że można bezpiecznie (o ile ten przymiotnik jest adekwatny w tych okolicznościach dla kogokolwiek) obstawiać, że krzywa się już przegięła. Jeśli tak rzeczywiście jest, to od momentu przegięcia każda inwestycja w podtrzymanie modelu będzie przynosić tylko straty; straty, których ciężar jak zwykle spadnie w pierwszym rzędzie na proli; tłumacząc: być może wkrótce wszyscy będziemy Grekami (w znaczeniu – chcąc zachować przeterminowane ciastko uczestnictwa w leseferystycznej wspólnocie trzeba zjeść to ciastko, czy może raczej taką żabę po niemiecku ala Schäuble – w każdym razie coś z gatunku ekstremalnego gourmet – i potem odchorować skutki tego myślenia życzeniowego i przywiązania do diety opartej na wydrukowanym przez Wielkiego Lesefera mocno ograniczonym menu – wszystko w imię zachowania za wszelką cenę tradycji i rytuałów, które kiedyś dały podstawy dla organizacji obecnie funkcjonującego leseferystycznego imperium).

Jak słusznie zauważa Tainter – zafiksowanie w kierunku utrzymania modelu, który domaga się coraz więcej i więcej (oczywiście od bazy, która to wszystko utrzymuje i którą niezmiennie stanowią prole) w zamian przynosząc coraz mniejsze efekty jest błędem, którego źródło tkwi w irracjonalnym przywiązaniu do pewnych emblematów, które w danej chwili (czy także z perspektywy romantycznych historyków) wydają się symbolizować coś w rodzaju złotego wieku. Takie totemy – czy będą to kulturowe artefakty, będące post-produktem czy zwieńczeniem danego systemu organizacji, czy bizantyjskie monumenty stawiane celem rozpaczliwego udowodnienia zanikającego potencjału całego modelu – są także widoczne w przypadku leseferystycznej organizacji gospodarki. Inaczej: oczekuje się, że plebs,  niezależnie od tego jak bardzo będzie fokked up, powinien doceniać osiągnięcia kapitalistycznej demokracji liberalnej – prawo do głosowania, swobodnego poruszania się celem poszukiwania pracy (przy użyciu autostrad i aeroplanów, które nigdy nie były tak dostępne jak za leseferyzmu), dostępu do tanich towarów, w których taniość wbudowana jest wolność kapitalistów do nieograniczonego czerpania dywidendy środowiskowej, prawo do podziwiania coraz bardziej spektakularnych wytworów kultury masowej itd. Tainter wylewa na takie podejście kubeł zimnej wody – upadek organizacji społecznych o wysokim stopniu złożoności na pewnym etapie (po przegięciu krzywej) jest najczęściej po prostu ekspresją powrotu do normalności – dostosowania do rozsądku kosztów, które zawsze musi ponosić baza, na której opiera się cała konstrukcja zaawansowanych społeczności. W pewnym stadium – kiedy krzywa się załamie – najtańszym wyjściem może być właśnie to, co określa się jako „upadek” – a co w rzeczywistości jest wycofaniem się ze ślepej uliczki rosnących kosztów i malejących efektów. A sam upadek – choć opłakiwany przez miłośników silnych akcentów cywilizacyjnych czy weekendowych podziwiaczy piramid i koloseów – przynosi często poprawę warunków bytowych  bazy, na której barkach czy karkach całe te wyszukane struktury były cały czas oparte.

I właśnie o kosztach współczesnego modelu organizacji gospodarowania zasobami zamierzam wrzucić coś więcej w takim małym mini-cyklu, który będzie treścią kilku najbliższych postów.

PS. Nie należy się jednak przedwcześnie cieszyć (czy martwić – w przypadku zwolenników leseferyzmu) spadającymi notowaniami elit – jak to się mówi: jedyne znaczące cokolwiek sondaże to te, które są efektem co 4-5 letniego spacerku (lub, co w tym kontekście bardziej znaczące – wstrzymania się od takiej eskapady) do urny wyborczej. Jak ja sądzę, początek hipotetycznej fazy upadku, sygnalizujący rzeczywiste i namacalne odczarowanie elektoratu od utrzymywania jakichkolwiek nadziei pokładanych w bieżącym systemie, wyznaczy po prostu jakiś odpowiednio niski poziom frekwencji wyborczej. Jaki to będzie punkt – czy 40, 30 czy 20% – trudno powiedzieć, ale moim zdaniem dopiero osiągnięcie jakiegoś szokująco niskiego poziomu będzie w stanie uświadomić wszystkim, że demokratycznie obrany kolejny (w zadanym systemie – leseferystyczny z zasady) król jest nagi (podobnie, jak w pewnym momencie dla rolniczych społeczności Imperium Rzymskiego kwestia inwazji barbarzyńców przestała pełnić rolę straszaka, a niektórzy ówcześni prole właśnie w barbarzyńcach dostrzegali wręcz, często nie bez racjonalnych podstaw, nadzieję na poprawę bytu). To, że głosowanie na alternatywy jest bezskuteczne, zostało udowodnione np. w Grecji. Dlatego też swego czasu kibicowałem R. Brandowi w jego anty-frekwencyjnej krucjacie (dopóki nie zmienił frontu, popierając kompatybilistów leseferyzmu z Labour P.).

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s